wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 30 maja 2018
dzieci z dobrych domow.

troche przesady w tym artykule a troche prawdy:

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/ofiary-ambicji-rodzicow-dzieci-z-dobrych-domow,artykuly,404552,1.html

malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.

ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla "kariery" zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o "dobrych domach". bo co to w naszych czasach jest "dobry dom"?

wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki - nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.

 

piątek, 18 maja 2018
malinowe praktyki.

w lipcu malina ma szkolne praktyki. dwa tygodnie uczniowe za darmo pracuja gdzies, zeby zobaczyc jak wyglada dorosle zycie i praca. w zadnym wpadku nie mozna odbywac praktyk w miejscu pracy rodzicow. nie wszystkie firmy chca brac udzial w tym programie, bo co tam za korzysc z takiego pietnastolatka? no zadna w sumie. niektore jednak chetnie przyjmuja i pokazuja mlodym ludziom troche doroslego zycia, znajduja jakies proste zadania do wykonania.

najpierw poradzilam malinie, zeby wybrala sobie cos "manualnego", cos co sprawi jej radosc i nie bedzie planem na zycie. i natychmiast po tej madrej radzie znalazlam jej praktyke przy produkcji serialu, w teatrze musicalowym a tatus znalazl miejsce w jedynie slusznej firmie samochodowej - najfajniejsze biuro w monachium. zanim rozlozylismy wachlarz mozliwosci przed naszym dzieckiem, popukalismy sie w nasze madre, rodzicielskie glowki i dalismy malinie dzialac samodzielnie, bo to przeciez polowa tego "doroslego" zadania: szukanie miejsca pracy. malina zrobila liste firm, obtelefonowala ja z gory do dolu i teraz ma do wyboru: kwiaciarnie, malutka stocznie, ktora buduje i remontuje sportowe zaglowki (maline interesuje szycie zagli), architekta przestrzeni zielonych, zaklad krawiecki szyjacy bawarskie dirndle.

jak sie ciesze, ze sie powstrzymalismy. czasem trzeba.

poniedziałek, 19 marca 2018
malinowy sezon zeglarski

sobote spedzilismy w klubie. rozpakowalismy lodki z zimowego snu i zaladowalismy je na przyczepy. zagle sprawdzone, wszelkie sznurki, klamry i srubki przeliczone, uzupelnione i pieknie zapakowane.

a tu znienacka wczoraj spadl snieg. dzis znowu spadl snieg. temperatura nie podnosi sie ponad zero. niestety nad jeziorem garda wcale nie jest lepiej a w przyszlym tygodniu malina ma pierwsza w tym sezonie regate wlasnie tam. temperatura wody: 10 stopni. obudzilam sie dziw w nocy i przypomnialy mi sie wszystkie opowiesci o dretwieniu miesni w zimnej wodzie. zaproponowalam malinie, ze wycofamy sie tym razem z regaty i ... pojedziemy na narty, ale ona tylko sie smieje.

 

piątek, 16 marca 2018
brzuch.

 

czy to mozliwe zeby sie zalamac widzac anie lewandowska z plaskim brzuchem tydzien po porodzie? albo pozbyc sie kompleksow dzieki zdjeciu pani bigos, ktorej brzuch po porodzie wisi na udach? podobno mozna! wciagnelam sie w dyskusje na fb wczoraj normalnie jak za dawnych dziennikowych czasow. wsrod komentarzy dalo sie zauwazyc, ze swiat dzieli sie na kobiety, ktorym w pologu brzuch wisial do kolan i kobiety, ktore... klamia. grube "prawdziwe" kobiety i idiotki, dla ktorych figura jest wazniejsza od dziecka.

zadziwila mnie ta dyskusja. dorosle kobiety. niektore rodzily kilka razy i wiedza, ze kazdy porod jest inny, kazde cialo reaguje inaczej, inaczej sie regeneruje, inaczej znosi bol, inaczej sie goi. dorosle kobiety, ktore o swoim brzuchu mowia brzuszek i brzusio.

 

czwartek, 22 lutego 2018
wlasnie wrocilam z berlina.

czasem chyba trzeby wyjsc do ludzi. spedzilam trzy dni w berlinie z powodu berlinale. i tak sie jakos zlozylo, ze spadla na mnie lawina milych komplementow. z roznych stron: od obcego taksowkarza po klientke, z ktora od dawna wspolpracuje nad roznymi projektami. czuje sie dowartosciowana, ladna, madra - psychicznie wyglaskana tak, ze starczy na miesiac. jeden wieczor spedzilam tez na bardzo eleganckim przyjeciu pelnym politykow i dziennikarzy. to jest jednak inny swiat niz moj filmowo-reklamowy. wszyscy mieli normalne buty (faceci w garniturach i smokingach) i nikt nie robil selfi. troche mi bylo szkoda, bo tylu niemieckich celebrytow juz dawno nie widzialam na jednym przyjeciu. nawet nikt nie sprawdzal nerwowo maili ani nie wysylal wiadomosci na whatsapp. w ogole nikt nie trzymal iphona w garsci (jak to jest na moich relamowo-filmowych imprezach) tylko kazdy delektowal sie jakims trunkiem i... normalnie rozmawial. nie wiedzialam, ze ten swiat jeszcze ma takie piekne oblicza...

czwartek, 08 lutego 2018
dirty pączek

jutro wyruszamy na zimowe wakacje, nie wiem czemu, ale mam jakas chandre. moze to hormony albo co bo powodu nie mam.

i tak mecze sie ze soba caly juz dzien az tu nagle wpadlam na wpis na fb: zastap jednos slowo w tytule jakiegos filmu slowem paczek. to glupota taka, ale przeczytalam wszytkie komentarze: Czterej Pancerni i Pączek, Stawka wieksza niz Pączek, Gwiezdne Pączki...

hahaha...

poniedziałek, 05 lutego 2018
malinowe swiadectwo.

 

za trzy dni swiadectwa polroczne. po tamtegorocznym lekkim dolku (dwie troje), malina wyszla na prosta. jako jedyna w klasie ma jedynke z fizyki i laciny, ma tez jedna z niewielu jedynek z francuskiego i matematyki. wszystkie kreatywne zajecia: muzyka, sport, sztuka tez jedyneczki. biologia i chemia dwojeczki, wiec tez ok. w niemczech w gimanzjum dwojka jest bardzo dobrym stopniem - musialam sie do tego przyzwyczaic. jedyny przedmiot - ku naszemu zaskoczeniu - z ktorym malina ma trudnosci (i troje jak ta lala!) jest niemiecki. kiedys byla najlepsza w klasie: referaty, czytanie, ortografia. od zawsze same jedynki a teraz... bam! wypracowania. chyba nikt nie czyta tylu ksiazek ile malina, ale nie przeklada sie to na jej zdolnosci literackie. malina nie umie sie strescic, pisze trzy kilogramy slow tam gdzie wystarczylyby dwie strony i sadzi takie kwiatki jak: "podziwial u niej umiejetnosc stenografowania i piekne wlosy". chcialabym jej pomoc, ale nie wiem jak. za wszelkie rady bede wdzieczna. na razie postanowilysmy pisac "pamietnik". zawsze tylko jedna strone: opis obiadu, drogi do szkoly, jakiegos wydarzenia klasowego czy nowej sukienki kolezanki. codziennie jedna strona. zobaczymy czy to pomoze.

ze swiadectwem w dloni wyruszamy na narty jak co roku. licze godziny i minuty.

środa, 31 stycznia 2018
Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem. - Demokryt

 

takimi slowami rozpoczela sie dzisiejsza joga. przeszlysmy do cwiczen rownowagi. tancerz. ktora strona jest silniejsza: prawa, ktora do dzialania i podejmowania decyzji potrzebuje rachunku dla glowy czy lewa, intyicyjna, podazajaca za wyborem serca?

na lewej nodze stoje jak stalowa sprezyna, moge sie skupic na oddechu i napieciu miesni, wyciszam sie, otwieram serce. na prawej nodze nie moge sie na niczym skupic bo trace rownowage.

nasza pani joginka radzi, zeby probowac zrownowazyc sile obu stron i dzieki temu osiagnac psychiczna rownowage (ze tak  to w skrocie ujme) - mamy na to cale zycie, mnostwo czasu, czas na cierpliwe formowanie swojej rownowagi. na to odezwala sie pani cwiczac obok mnie. na oko ponad 70 lat, siwiutka i zadbana:

 - ja juz nie mam duzo czasu. - rozesmiala sie.

zamarlam.

na to pani joginka, tez pogodnie:

 - ale za to masz dojrzalosc.

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018
jak sie ma troje dzieci...

ojciec trojga dzieci, maz i wlasciciel malej firmy. zabil sie. podobno mial depresje. mieszkal tu jedna ulice dalej, ale znam go tylko z widzenia. wszyscy go strasznie zaluja i tylko moj maz pokrecil glowa: jak on mogl tak zostawic rodzine, dzieci.

tomasz mackiewicz tez zostawil dzieci i rodzine. podobno powyzej 7000 mozna przezyc bez tlenu tylko dwie godziny. nie mam pojecia o wspinaczce i bez medialnej burzy wokol tego nieszczescia pewnie bym o tej wyprawie nigdy nie uslyszala. taki temat, jak i samobijcza smierc sasiada zmuszaja do reflekcji.

dzis natknelam sie na ten tekst - wprawdzie o wypadku, ale tez o podejmowaniu decyzji, ambicji, marzeniach, ich realizacji, o szczesciu. gdyby szekspir dzis zyl, to mialby temat na piekny dramat o ludzkim losie.

http://sztuka-i-psychoterapia.blog.pl/2015/03/18/przyjaciela-nie-opuszcza-sie-nawet-gdy-jest-juz-tylko-bryla-lodu/

 

 

wtorek, 23 stycznia 2018
malinowe makaroniki

w sobote malina piekla makaroniki z kolezanka z klasy. kolezanka po 6 tygodniowym pobycie w klinice (ale to nie ta co sie tnie) bierze psychotropy i cortison i nie moze jesc slodyczy. pomyslalam, ze powinny upiec cos przasnego, bo bawienie sie goraca czekolada i laczenie cukru pudru z maslem bedzie dla niej tortura. nie, nie, nie, kolezanka koniecznie chce sie od maliny nauczyc piec makaroniki. trzy godziny dziewczyny staly w kuchni i swietnie sie bawily. pomyslalam, ze taka zabawa to chyba najlepszy dodatek do tych wszystkich lekarstw i dietetycznych zakazow.

o umowionej porze, idealnie punktulnie zjawila sie mama kolezanki - drobna, szczupla, jak zawsze w idealnie obcietych wlosach. powietrze w kuchni zafalowalo. dziewczyny usmiechaly sie ale juz nie smialy. musialy dokonczyc miniaturowe swinki, ktorymi udekorowaly makaroniki. widac, ze potrzebuja jakies 15-20 minut. proponuje mamie kolezanki cos do picia. nie. dziekuje.

 - t.musisz sie pospieszyc. w domu jest tyle jeszcze do zrobienia. wiesz, ze nie mamy czasu - popedza corke. a ja sobie mysle, ze jest sobota wieczor, co tam moze byc jeszcze do zrobienia? jej corka wlasnie orzechodzi terapie na odprezenie, bo z nerwow nie daje sobie rady w szkole, na ulicy, nie moze u nikogo nocowac, ma leki i ciagle sie spieszy, nie moze jesc nie tylko ze wzgledu na diete, ale tez bo zwczajnie nie moze. do kliniki trafila wazac mniej niz 40 kilo a jest niemal tak wysoka jak malina.

no wiec stoimy tak niezrecznie w kuchni, ona nie chce usiasc, nie chce zdjac kurtki, bo wlasciwie to wlasnie wychodza przeciez. cos rozmawiamy o szkole, o jej genialnym synu, o tym ze malina jak miala zakazenie krwi to musiala wziac antybiotyk.

 - antybiotyk?!!! - patrzy na mnie z niedowiezaniem i wyraznie oburzona - moje dzieci NIGDY w zyciu nie wziely antybiotyku. nigdy!

 - no ty to masz szczescie. - udaje mi sie jakos uprzejmie odpowiedziec.

 

na koniec dziewczyny chcialy podzielic makaroniki miedzy soba na pol. ale nie, nie nie. kolezanka nie moze jesc slodyczy, mama kolezanki n i e  z n o s i  makaronikow, tata je tylko slodycze bio a syn czyli brat... no jemu makaroniki pewnie sie nie spodobaja. brat jest mianowicie perfekcjonista i takie krzywe makaroniki to pewnie wysmieje i nie bedzie chcial jesc.

jak tylko sobie poszly, znow zrobilo sie milo.

makaronikow nie jemy, bo sa takie ladne, ze szkoda.

 

 

 

piątek, 19 stycznia 2018
joga - wpis nocny.

pierwszy raz w zyciu poszlam na joge w 8 miesiacu ciazy. juz niedlugo mialam rodzic, ale pomyslalam, ze co tam, przynajmniej 3-4 razy pojde i sie porozciagam przed porodem. moj lekarz wysylal mnie na joge od poczatku ciazy, ale zupelnie nie mialam czasu - to byly zlote lata w mojej branzy. kto czytal moje zapiski 10 lat temu to pamieta, ze z pierwszych zajec jogi przerazona pojechalam prosto do lekarza. okazalo sie, ze z 8 cwiczacych ciezarnych mam najbizszy termi porodu a najmniejszy brzuch. cwiczace byly tak gdzies kolo 5-6 miesiaca.

moje drugie podejscie do jogi to bylo 11 dni na polnocy polski w fajnym spa. odzywialam sie platkami salaty, jakimis kaszami bez sosu i uprawialam joge. bylo cudownie. nawet o 6 rano, kiedy cwiczylysmy w lesie na strumieniem. rano lesna lake otulala malownicza mgla i bylo zimno. stalysmy na mostku i staralysmy sie czuc energie rwacej wody przeplywajacej pod naszymi stopami. pamietam jak nasza pani joginka powiedziala, zeby pamietac, ze joga lubi cieplo, no i niezaleznie od jogi zawsze trzeba chronic i ogrzewac swoja swiatynie czyli nosic... no? co?

 - ... nosic cieple majtki? - zawolalam.

 - ... ciepla czapke!!! - sprostowala pani joginka i bardzo sie polubilysmy.

 

od miesiaca chodze na joge. jeszcze nic nie umiem ani nie moge, ale strasznie mi sie podoba. nie wiem skad, ale wrocil mi humor i jakas  dobra energia. mam wrazenie, ze zamyka sie trudny okres w moim zyciu i zaczyna sie cos nowego. bardzo jestem ciekawa co. na razie boli mnie wszystko, zakwasy mam wszedzie, ale i siedze jakos prosciej i mam wrazenie, ze znow zaczynam stac na dwoch nogach. kto zna to uczucie, ten wie jak to jest.

 

ciekawe czy to jakos wplynie na moja bezsennosc. schodze na dol i bez patrzenia na zegar moge powiedziec: 1:50 i tak jest. regularnosc, ktora mnie meczy i niepokoi. martwie sie, ze bede zmeczona, ze nie bede miala sily na nastepny dzien. kolo 4 wracam do lozka. zasypiam. rano wstaje normalnie i bez trudu. kupilam sobie mini lapmke, zeby czytac w lozku bez budzenia meza, ale jakos nie mam serca jej wlaczac, bo sie boje go obudzic. parze sobie rumianek, czytam cos i wypatruje snu i zmeczenia. postanowilam sie nie martwic, tylko do tego przyzwyczaic. moze tak ma byc?

 

 

 

 

 

 

czwartek, 18 stycznia 2018
praca ktora sprawia przyjemnosc.

czasem jak sie robi bardzo stresujaco, to sobie mysle: a lekarzem chcialabys byc? a kierowca autobusowym? a agentem cia? a moze nauczycielka? czy kasjerka?

kazdy ma swoj stres, bolaczki, lenia, odpowiedzialnosc z ktora czasem nie daje sobie rady, glupawego klienta, szefa w zlym humorze albo trzy pechowe dni, kiedy nic nie wychodzi. tak sobie mowie i wracam do moich malp i mojego cyrku, zapalam swieczke, zaparzam swieza kawe i orze dalej ten moj ugor.

od wczoraj jednak widze, ze jest taki zawod, radosny zawod istnieje. wczraj spadl snieg - nagle i duzo. w naszej wsi natychmist pojawily sie dwa odsniezajace samochody. maly i duzy. duzy zalatwial srodek drogi, maly wykanczal drozki, katy i zakrety. na samochodach krecily sie koguty, panowie kierowcy-odniezacze kiwali sobie wzajemnie glowami mijajac sie na skwerku albo machali reka do przedniow czy do mnie jak stanelam w drzwiach zobaczyc jak odsniezaja. odsniezyli doszczetnie a w dodatku kolo poludnia zrobilo sie cieplo i snieg natychmiast znikl, co nie przeszkodzilo panom przejechac ulica raz jeszcze - tak na wszelki wypadek. na szczescie w nocy sypnelo znow troche i dzis panowie sa znow na drogach i drozkach naszej wioski. chlopaki ciesza sie jak dzieci. wyobrazam sobie jak dzis rano wyskoczyli z lozek do pracy. pod naczym domem przejechali juz kilka razy i troche sie martwie, ze jak jeszcze raz tak z wigorem przeleca nasza ulice to zgarna i asfalt i kocie lby a moze nawet kraweznik.

 

 

 

 

poniedziałek, 15 stycznia 2018
w 9 malinowej klasie...

jak malina wybierala szkole 5 lat temu to natychmiast zakochala sie w tej wlasnie w ktorej jest i to gorace uczucie nie mija. kiedys myslalam sobie przewrotnie, ze to wizja wycieczki klasowej we francuskie alpy w 9 klasie tak ja zafascynowala. od lat 9-te klasy (3 grupy) jezdza w styczniu do francji, dzieci mieszkaja w 3- lub 4-osobowych pokojach, caly dzien jezdza na nartach, wieczorem same sobie gotuja kolacje.

malina i jej przyjacioleczki juz pierwszego dnia po letnich wakacjach zaczely snuc plany, robic liste niezbednych zakupow, kompletowac listy z ulubiona muzyka na spotify. a juz dwa tygodnie temu zrobilo sie goraco i w zasadzie nie bylo zadnego innego tematu poza zblizajaca sie data wyjazdu. w niedziele o 7 rano zbiorka. jeszcze kupilysmy nowe rekawiczki narciarskie, jeszcze zupki chinskie (hit wsrod malinowych kolezanek, ktory pewnie jest chemia w czystej postaci) oraz slodycze a tu w piatek malina znienacka padla powalona goraczka, bolem glowy i gardla. w sobote poszlysmy jeszcze do lekarza zeby sprawdzic, czy moze nie przesadzam, ale niestety nie przesadzilam. malina musiala natychmiast wrocic do lozka.

w niedziele skoro swit kolezanki pojechaly do francji na narty a malina zostala w domu. smutna taka, ze nie wiem. przestawilam jej lozko w pokoju, zeby miala widok z okna, kupilam nowe ksiazki, krzyzowki i jakas glupia gazetke i ciagle sie upewniamy, ze w domu jest fajnie, ze fajnie jest leniuchowac, ze w ogole jest fajnie. malina ani nie narzeka ani nic, smutna jest tylko i milczaca.

tatus poszedl w sobote zagrac w ... totolotka. postanowilismy wygrac, szybko maline wyleczyc, rzucic prace i we wtorek dowiezc ja na ten narty. no ale niestety ten plan nie wypalil.

 

środa, 10 stycznia 2018
i juz 10 dni 2018 minelo.

grudzien przelecial jak co roku pelen swiatecznych terminow, ale jakos w tym roku bylo przyjemnie. mam nowe nastawienie do zycia chyba. swieta jak swieta, prezenty jak prezenty, nawet projekt, ktory przyszedl w drugi dzien swiat nie wyprowadzil mnie z rownowagi. bardziej chyba przejal sie moj maz i znienacka zabral nas zaraz po sylwestrze w gory zeby oderwac mnie od komputera i zebym nie jezdzila do monachium, gdzie przygotowywalismy nowa produkcje i siedzialam w studio do nocy. i rzeczywiscie wszyscy sobie dali beze mnie rade a ja z malina spedzilysmy kilka dni na nartach. snieg, slonce i puste wyciagi - genialnie. na zakonczenei przezylysmy burze sniegowa - strach i panika i kolejna nauczka, ze z gorami nie ma zartow.

jakby nigdy nic rozpoczal sie nowy rok. malina wyprawila sobie urodziny, dopiero 10-ty a dwa projekty udalo mi sie pozytywnie zaparkowac w naszej firmie. dzis ide pierwszy raz na joge i generalnie jakos fajnie jest.

kamil stoch skakal tu niedaleko nas i wyskakal sobie slawe i podziw. nie fascynuje sie sportem ani letnim ani zimowym, ale taki spektakularny sukces polaka cieszy i jest prawdziwa osloda dla generalnie negatywnych i ponurych wiadomosci i polskich i europejskich. moi niemieccy znajomi krecili glowami ze zdumienia i podziwu, niemiecka prasa tez. nie moge sie nadziwic, ze w polskiej prasie od tygodnia pojawiaja sie artykuly o zawisci i zazdrosci niemieckich kibicow i skoczkow. ciekawe sa tez reakcje na zone kamila stocha. stawiajac na stylizacje goralska wyroznila sie wsrod pan, ktore na wieczor zalozyly typowe wieczorowe suknie. moim zdaniem w stylizacji goralskiej mozna wygladac genialnie a nie jak w w bluzce z obrusa na szkolnej akademii, ale efekt byl i tak piorunujacy, bo bardzo oryginalny. najbardziej jednak zaskoczyly mnie internetowe komentarze. przewaga zychwytu nad skromnoscia. jak bumerang powraca: "skromna", "dobrze ulozona", "wizytowka meza" - niesmacza mnie te slowa w stosunku do doroslej kobiety.

a wam jak sie podobaly czerwone korale i warkocz jak z janosika?

 

niedziela, 24 grudnia 2017
swieta, swieta...

 

zwykle na swieta u nas kupujemy bardzo specjalne specjaly a moja mama siedzi przy stole z nosem na kwinte i daje do zrozumienia, ze je tylko przez uprzejmosc. raz nawet przyjechala na swieta a wyjechala przed swietami.

w tym roku postanowilismy uniknac konfliktu i zeby i wilk syty i owca cala... poszukalismy jakiegos sensownego rozwiazania.

dla jasnosci sytuacji musze krotko wspomniec, ze mama niemal bezposrednio po wyladowaniu na monachijskim lotnisku zaczela negocjowac zupe na swieta. przywiozla bowiem suszone grzyby. nie wiem czy tu pisalam, ale dwa miesiace temu moja mama zatrula sie grzybami i na sygnale wyladowala w szpitalu i gdyby nie zwarte sily mojej przyjaciolki z warszawy (glebokie uklony z uderzeniem czolem o posadzke dla kropki!) i sasiadki, to cala historia mogla miec tragiczny final! zrazilo mnie to do grzybow na cale zycie, wiec mowie, ze nie chce zebysmy gotowaly zupe grzybowa. no i niepotrzebne te grzyby, bo przeciez sprawe przedyskutowalysmy juz w kilku rozmowach telefonicznych. na to moja mama, ze w takim razie bedzie barszcz. a na to ja, ze i maz i malina palaja dla mnie zupelnie niezrozumiala zarliwa niechecia do burakow we wszelkiej formie i nienawidza barszczu.

siedzimy wiec przy wspolnej kolacji, delektujemy sie pasztetem z bazanta.

 -  malina, a ty wiesz jak wyglada bazant?

 - wiem!

 - jak?

 - no normalnie. ma dwa rogi.

kurtyna, jak mawia habal.

no wiec przy pasztecie i niezlym winie wyluszczamy mojej mamie tegoroczna koncepcje, ktora jest jakby wyjsciem jej na przeciw - zeby nie musiala meczyc sie z naszym niemieckim, wigilijnym wyborem potraw:

 - w tym roku kazdy ma swoja wymarzona potrawe i to bedzie taka nasza mieszanka rodzinna.

jako pierwsza ma sie wypowiedziec moja mama. bez zastanowienia pada:

 - barszcz.

ludzie, czujecie ten klimat? akurat dzien wczesniej opowiadalaam, ze malina i maz nie lubia burakow, buraczkow i barszczu. a tu prosze moja corka i moj maz chorem:

 - o! swietnie!

to jest moj team, moja rodzina, ktore mnie w biedzie nie opuszcza. w ogole nie ma tematu! super! barszcz. nie bedzie afery jedzeniowej. nawet moje 15-letnie dziecko jest dorosle. malo nie peklam z dumy.

 

poniewaz u nas gwiazdkowym kucharzem jest tatus a ja raczej specjalistka od spektakularnych przypalen, malina postanowila uszyc tatusiowi fartuch. taki jak nosza gwiazdkowi kucharze, ale z jeansu. kupilysmy blekitny jeans i ciemnozielona popeline na wykonczenie i kieszenie. fartuch bedzie prawie do ziemi i bedzie mial dodatkowa waska kieszen na drewniana chochle. zaraz przy pierwszym szwie malinowa dziecieca maszyna do szycia wyzionela ducha. z poddasza przytachalam wiec mojego babcinego lucznika, zamknelysmy sie w malinowym pokoju, muzyka na caly regulator, zelazko z para i do dziela. mysle, ze to bedzie najfajniejszy prezent pod tegoroczna choinka. a co sieubawilmy to nasze, bo wszystko malina szyla na lozku i na przyklad fastrygujac kieszenie fartucha...przyczala fartuch do przescieradla. o jezu jak sie smialysmy.

wszyscy padli juz do lozek a ja tu sobie siedze, pisze, chrupie czekolade i popijam czerwonym winem. jutro mozna spac ile sie chce. usmiecham sie pod nosem na mysl jak dzis, kiedy w przerwie zakupowej zaprosilam wszystkich na kawe i drinka w hype type, bo wlasnie otworzyli filiale w monachium. nie maja takiej kultowej lokalizacji jak w berlinie, ale kawa tak samo genialna. znajadujemy sie w oberpolinger - odpowiedniku berlinskiego kadewe. pijemy kawe i prosecco a obok mnie siada zmeczony facet w wieku mniej wiecej mojego meza i konspiracyjnie wyznaje:

 - szybka kawka. zaraz znajdzie mnie tu zona i to cale szalenstwo potoczy sie dalej...

kiwam glowa ze zrozumieniem:

 - prosze sie nie martwic. moj maz, o! ten tam - wskazuje za meza oddalonego o trzy stolki za malina i moja mama - mowi, ze trzeba jeszcze tylko 4 razy spac i... po swietach!

pan sie smieje, wstaje, idzie do mojego meza i panowie symbolicznei stukaja sie kawa jakby wznosili toast:

 - jeszcze 4 razy...!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 22 grudnia 2017
wesolych swiat!

zycze wam cudownych swiat i zeby czas przez te kilka dni troche spuscil z tonu.

 

powolnego tik-tak kochane!

 

 

środa, 29 listopada 2017
malinowa wychowawczyni.

malina jest na szkolnym polmetku. 4,5 roku za nia i tyle samo zostalo jej do matury. jeszcze nigdy nie rozmawialam z zadnym z jej nauczycieli. chodzimy tylko na zebranie na poczatku roku, kiedy nowi nauczyciele sie przedstawiaja i tyle.

przez trzy lata malina miala druga srednia klasowa, teraz plasuje sie na niezlym trzecim lub czwartym miejscu, to co mam chodzic do szkoly i zawracac glowe nauczycielom? niedawno dowiedzialam sie, ze od 10 klasy w ogole nie ma juz spotkan z rodzicami, dzieci... hmmm... mlodziez przechodzi do oberstufe, kazdy stanowi sam o sobie jak dorosly (a w wieku 16 lat moze pic piwo!) i nikt nie moze mu nic powiedziec. pomyslalam wiec, ze to moze moja ostatnia szansa i umowilam sie na spotkanie z wychowawczynia. jako pretekst posluzyl mi fakt, ze malina tak rozrabiala w czasie studium (popoludniowe odrabianie lekcji), ze pani wyrzucila ja do piatej klasy i tam musiala odrabiac prace domowa wsrod malych dzieci. pewnie bym sie o tym nie dowiedziala, ale malina kilka dni temu wrocila strasznie zadowolona... wlasnie z tego wyrzucenia, bo: 1 - malina strasznie sie martwi o swoj image i nie chce miec opinii kujona, 2 - wychowawczynia 5 klasy jest jej ukochana nauczycielka, wiec sobie wesolo pogadaly i w ogole bylo milo.

wczoraj byl dzien otwarty i mozna bylo spotkac sie z kazdym nauczycielem. ja mialam termin 17:20. stawilam sie punktualnie a nawet wczesniej, bo szkola wielka, korytarze pokretne a nie chcialam, zeby pani na mnie czekala. po szkole placza sie tlumy zestresowanych rodzicow, nikt nic nie wie, ale jakos udaje mi sie znalezc sale, gdzie przyjmuje malinowa wychowawczyni. elegancka, mila, atrakcyjna kobieta. podajemy sobie rece. pani jest znana jako surowa, wymagajaca, bezkompromisowa i wszyscy sie jej boja, bo jako jedna z niewielu nauczycielek goni szkolnych palaczy i na przyklad w malinowej klasie dwie dziewczyny nie moga pojechac w styczniu na klasowy tydzien narciarski we francji, bo zostaly przylapane na paleniu.

pani dopytuje sie, co to ja jestem za mama, wiec sie grzecznie przedstawiam a pani zaraz przechodzi na polski. a no tak! zapomnialam, pani jest polka! omawiamy maline. no niestety diabelek. nie moze usiedziec, smieje sie, gada. pani uwaza, ze nic sie z tym nie da zrobic. taki jest malinowy temperament i nawet sie nie mozna na nia porzadnie zezloscic, bo z jednej strony przeszkadza a z drugiej strony pomaga innym w zrozumieniu pracy domowej, tlumaczy jakies tam zadania z fizyki. no i jest z niej czarus! po 5-6 minutach przeszlysmy na tematy polskie, co z wigilia, co z wakacjami, czy wypada nam przejsc na "ty" i ze umawiamy sie na kawe.

wrocilam do domu na skrzydlach, ale zanim w ogole doszlam do glosu, malina energicznie gestykulujac wyglosila dramatyczny monolog, ze tak! ze wie, ze pani jej nie znosi! ze tak! ze smieje sie czasem, ale kazdy musi sie czasem smiac! nawet w szkole! ze pani jest surowa! ze nie ma zrozumienia dla klasy a w szczegolnosci dla maliny! pani uwaza, ze ona jest najgorsza!!!

dalam jej sie wygadac.

dzis malina wrocila ze szkoly dumna jak paw. cale studium sie nie smiala i nie musiala byc przesadzana. pani zapytala po polsku, czy dostala wczoraj wieczorem bure. malina na to, ze tak! (drama queenn!) - pani na to pokiwala glowa: "no takie jest zycie". na co malina w domu:

 - wiesz, nie sadzilam, ze ona moze tak rozumiec ucznia.

 

 

piątek, 24 listopada 2017
malinowy tatus.

 

moj maz byl 6 dni w podrozy. z tego tylko dwie noce w hotelu. wiecej czasu spedzil w powietrzu niz na ziemi. niestety spie bardzo zle, kiedy on leci. budze sie i martwie, ze to pewnie moja intuicja nie pozwala mi spac. siegam po komorke sprawdzam wiadomosci i uspokojona, ze nie ma zadnych wiadomosci o samolotowych wypadkach, probuje spac dalej. dzis po 26 godzinnym locie z dwiema przerwami maz wyladowal w poludnie w monachium. wsiada w samochod, jedzie do domu. dzwoni. nastawiam na mikrofon, zeby malina slyszala. ten przylot taty to jakby juz poczatek weekendu, cieszymy sie. maz pyta czy zrobic zakupy na kolacje i czy wiem moze czy przyszla nasza zamowiona lampa to pojedzie przez centrum i ja po drodze odbierze. przewracam oczami: jedz do domu!

wieczorem jemy wczesna kolacje.

 - piwo? - pytam

 - lepiej nie. jak wypije piwo to zasne przy stole. - smieje sie maz.

po kolacji gadamy jeszcze troche. mezowi zwezaja sie oczy a jest dopiero 8 godzina.

 - nie dam rady. musze isc spac, ale jutro bede jak nowy...

malina sciska tate na dobranoc a chwile potem martwi sie:

 - co sie stalo? moze jest chory?

 - malina on w ten tydzien polecial na drugi koniec swiata zeby przygotowac z gromada ludzi, ktorych nigdy nie widzial na oczy prezentacje. godzinna prezentacje. zmeczony jest i tyle. a po drodze jeszcze chcial robic zakupy. malina, myslisz ze to jest normalne?

malina:  - ale tatus zawsze robi zakupy?

tak. robi. wspolczuje kazdemu facetowi, ktory bedzie sie w przyszlosci staral o maline. poprzeczka wisi bardzo wysoko.

 

 

 

 

 

piątek, 17 listopada 2017
malinowy babel.

 

malina poszla do szkoly w moich, dla niej troche - jak sie okazalo - za malych butach. wrocila z bablem na piecie. nastepnego dnia wrocila do domu z lekka goraczka i w bardzo zlym humorze. napoilam ja herbatka na goraczke, zapakowalam do lozka. wszyscy teraz choruja. jesien. rano bez goraczki ale z lekko obolala stopa poszla do szkoly. z autobusu wyslala sms, ze noga ja coraz bardziej boli. odpisalam, ze zorganizuje termin u ortopedy i wieczorem zobaczymy co tam sie stalo. pewnie naciagniety miesien albo cos. w poludnie malina napisala, ze noga jej spuchla w kostce i bardzo boli. natychmiast odebralismy ja ze szkoly i pojechalismy prosto do ortopedy. stopa jak czerwona pilka, nie dalo sie zalozyc buta ani skarpetki. lekarz zbadal, oznajmil, ze to nie ma nic wspolnego z koscmi tylko weszlo zakazenie tam gdzie byl babel. w niewielkiej ranie jest pelno streptokokow i nastapilo zakazenie krwi, ktore moze prowadzic do sepsy. czerwona kreska od rany - jakby ja ktos namalowal czerwonym flamastrem - ciagnela sie od piety przez cala noge do gory. natychmiast pojechalismy do szpitala. malina dostala silny antybiotyk, kule do chodzenia i moglismy wrocic do domu. gdyby podniosla sie goraczka mamy natychmiast wezwac pogotowie. takie male nic a tyle strachu. i lekcja na cale zycie, ze nie wolno lekcewazyc zadnych najmniejszych nawet ran.

 

 

środa, 15 listopada 2017
malinowe czasy

 

jak to bylo w naszych czasach? albo nie pamietam, albo jednak pod tym wzgledem bylo inaczej? malinowa kolezanka o ktorej tu pisalam, ze sie tnie, wyladowala - po dwumiesiecznym pobycie w zamknietej klinice - w prywatnym gimnazjum z internatem an drugim koncu kraju. jeszcze przez rok bedzie brala prozakopobny lek na pokonanie depresji. tydzien temu wpadla do mnie na kawe sasiadka - kiedys nasze corki chodzily razem do podstawowki i m. byla nie tylko czynnie trenujaca akrobatka ale tez jedna z najleszych uczennic w klasie, teraz w gimnazjum zupelnie nie daje sobie rady, przestala trenowac, szaleje, wscieka sie, obwinia rodzicow za swoje zle stopnie. okazuje sie, ze od pol roku chodza do psychologa, teraz dostali polecenie do kliniki i szukaja szkoly z internatem.

wczoraj po klasowce z francuskiego klasowa kolezanka maliny - jedna z dwoch klasowych prymusek - dostala zalamania nerwowego. plakala, trzesla sie, nie miala sily wstac z krzesla. przyjechala karetka a zaraz potem mama i nie wiadomo co dalej. to sa dzieci po 14-15 lat. inna malinowa kolezanka, ktora "niechcacy" rozeslala swoje zdjecia bez biustonosza do kilku kolegow wyladowala na poczatku roku w dziewczecym internacie. a znow inna, ktora juz miala dac sobie rade z bulimia, biega na kazdej przerwie do lazienki...

mysle, ze kiedys sie poprostu o tym nie mowilo.

poniedziałek, 06 listopada 2017
palec bozy albo co.

 

 

niedziela. wczoraj. malina siedzi juz w kuchni i mimo ferii przerabia matematyke. maz w pelnym rynsztunku na moj widok biegnie do kuchni i rozpoczyna kawowy rytual. co oni tacy juz obudzeni i gotowi do dnia? ja jeszcze w szlafroku. powoli. natychmiast padam na sofe i zakrecam sie w pluszowy koc.

kawa. cos bym tak do tej kawy poczytala. ale gdzie tam. dziecko sie uczy. maz tez wlasnie cieszy sie kawa. nie bede ich gonila po schodach na gore - obok lozka lezy moja aktualna ksiazka. sama tez nie mam ochoty na latanie na gore, ale na trzy kroki w strone regalu z ksiazkami mam sile. trzy kroki: ja i koc. to nie, to nie, to nie, o! alice munro. pierwsze opowiadanie juz przeczytalam, bylo swietne, ale skonczylo sie nagle jakby w polowie i pozostawilo mnie w takim niedosycie, ze odlozylam te ksiazkie w slicznej okladce na pozniej. moze na taka leniwa, deszczowa niedziele? sprobujemy. koc i ja wracamy - trzy kroki - na sofe do cudnie pachnacej, wciaz goracej kawy. jak zaczelam tak wpdlam i pewnie bym tak czytala do popoludnia, gdyby mz mnei nie wyrzucil pdo prysznic, bo dziecko glodne i sniadanie zaraz gotowe a potem tak sie ta niedziela rozkrecila - montownie nowej lampy, krotkie spotkanie ze znajomymi, rozmarynowa kolacja - ze juz do ksiazki nie wrocilam.

wieczor postanowilismy zakonczyc filmem. maz przygotowal appletv. hmmm troche szkoda mi mojego opowiadania, ale co tam, doczytam sobie w poniedzialek, tym bardziej, ze maz wrzucil w wyszukiwarke filmow "almodovar" a ja kazdy jego film moge ogladac kilka razy. wybieramy "juliete" z 2016 a my jeszcze nie widzielismy! zaczynam sobie migac drucikami (czarna kamizelka tym razem dla mnie) jakby nigdy nic. druga scena filmu i mysle sobie: artysci to sie jednak powtarzaja. taka sama scena jak w jakiejs ksiazce, ktora ostatnio czytalam. nastepna scena. kolejna scena. niemozliwe! to jest opowiadanie, ktore przypadkowo dzis znalazlam do porannej kawy. te same sceny. tak. tak!

los bardzo chcial, zebym poznala te historie o kobiecie, ktora w swoim bolu zapomniala, ze obok cierpi jej corka. tragenia rozdziela je na wiele lat. ponad dekade pozniej odnajduja sie przez kolejna tragedie. na poczatku sa matka i corka. na koncu dwie matki. piekna opowiesc o milosci, egoizmie, przebaczeniu.

jak zwykle u almodovara kolory, ktore pomagaja emocjom wgryzc sie w mozg z taka sila, ze po napisach koncowych siedzielismy z mezem dlugo milczacy i wzruszeni.

 

 

 

czwartek, 26 października 2017
malinowa szkola.

 

wczoraj zasiedzielismy sie na zebraniu rodzicow w szkole. piekna klasa, elokwentni nauczyciele, ale malina miala racje: matematyczka wstretne babsko, nauczyciel francuskiego konczy co drugie zdanie "ok? i jakos glupio podlizuje sie rodzicom. szkola pracuje na swoja opinie i po 4,5 roku (malina jest w 9 czyli 5 klasie) z trzech klas zostalo dzieci wystarczajaco tylko na dwie male klasy. jakos mnie to przygnebilo wczoraj, bo mam wrazenie, ze zostaly same prymusy, flaki z olejem i nudziarze. nie bez powodu malina troche stracila serce do szkoly i towarzysko angazuje sie glownie wsrod znajomych od zaglowek. ja mam nature uciekiniera. gdziekolwiek mi sie w zyciu nie podobalo, to zaraz uciekalam. niektore ucieczki z perspektywy czasu uwazam za zbyt spontaniczne, troche zaluje, ze nie mialam wiecej cierpliwosci, ale to chyba taka moja natura. i tak samo pomyslalam sobie wczoraj o malinie: zmienic szkole? szybko odrzucilam te mysl, siedzac obok meza w samochodzie w drodze do domu. nawet nie powiedzialam tego glosno, tym bardziej zaskoczyl mnie wiec maz: - ale nudy, co? to nie jest normalny swiat. ciekawe jak jest w innych szkolach. jak moglibysmy sie tego dowiedziec?

w domu, mimo poznej pory czekala na nas malina. ulzylo jej, ze tez nam sie nie podoba matematyczka i francuz. jak zawsze jestesmy po tej samej stronie. pozostale watpliwosci pozostawilismy dla siebie. nie spalam pol nocy.

 

 

 

 

 

wtorek, 24 października 2017
malinowy postep.

kilka lat temu pewein znajomy opowiadal mi o swoim smochodzie i synu. syn byl maly jak ojcie sprawil sobie suv audi q7. wtedy suv jeszcze nie byly takie popularne jak teraz i wielki jak traktor samochod strasznie imponowal i synowi i jego kolegom. minely ledwie 2 czy 3 lata i syn znienacka przeksztalcil sie w nastolatka. zbuntowanego, swiadomgo ekologicznie nastolatka, ktory nie zyczy sobie, zeby tata odbieral go skadkolwiek takim samochodem, bo to wstyd i siara. syn przesiadl sie na rower, przed sniadaniem zaczal pijac letnia wode z imbirem, zaczal kontrolowac rodzinne zakupy: bio? nie bio?, organic? nie organic?

tak sobie o tym przypomnialam, bo w malinowej szkole zorganizowano wyklad o mediach i wplywie internetu i telefonu na mlodziez. nie moglysmy wziac udzialu w tym spotkaniu, ale niektore malinowe kolezanki tam byly i zle wiesci rozeszly sie lotem blyskawicy: komorka to diabel. malina wrocila do domu, sprawdzila wszelkie ustawienia w naszych telefonach, zakleila tatusiowi kamere w laptopie i wprowadzila nowe prawo: od 18:00 przestawiamy nasze telefony na modus samolotowy i wylaczamy internet w domu. juz nie musze sobie strzepic jezyka o wstawianiu zdjec profilowych i wysylani selfie. teraz tylko czekam na malinowa liste bozonarodzeniowych marzen - czy bedzie tam telefon z tastatura?

malinowe pokolenie bedzie jezdzilo autonomicznymi samochodami ale juz pewnie moje wnuki przerzuca sie na stara dobra kierownice.

 

i tak sie kreci ten swiat...

wtorek, 17 października 2017
moj hastag #

 

na fb trwa akcja #metoo. "If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too" as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.?" przez chwile zastanawialam sie nad osobistym hastagiem #menot, ale jak zobaczylam ile kobiet wzielo udzial w tej akcji, pomyslalam, ze taki hastag bylby trywializowaniem problemu.

no ale u siebie na blogu moge napisac, ze jestem szczesliwa, ze pracujac w: telewizji, teatrze, agencji fotograficznej i produkcji filmowej nigdy nie mialam do czynienia z molestowanie seksualnym. od zawsze prace mam taka troche imprezowa ze i podroze, i kolacje, i festiwale, i party i jak bylam mlodsza to krotkie kiecki z wysokimi obcasami (teraz to juz tylko obcasy) nosilam i nic, nigdy.

i tak sobie mysle, ze mam szczescie do ludzi i jakas intuicje, ktora pozwala mi trzymac sie z daleka od idiotow.

 

 

 

 

 

środa, 11 października 2017
hasla.

patrze na malinowy swiat. jakie niesie jej nadzieje? jakie daje jej szanse? moja mlodosc przypadla na czasy rozwoju tolerancji, otwierania granic, obalania murow, szukania wspolnych mianownikow, przebaczania win, uswiadamiania sobie problemow ekologicznych. a malina? co ja czeka w swiecie, gdzie znow jak w czasach epoki kamiennej pierwsze i najwazniejsze staje sie: jestes nasz czy obcy? zaraz potem: bialy czy czarny, katolik, zyd czy muzulmanin, hetero czy homo, ze wschodu czy z zachodu, za aborcja czy przeciw, za eutanazja czy przeciw. czytam dzis komentarze na polskiej stronie pod wiadomoscia, ze niemiecka para gejow oficjalnie otrzymala pozwolenie na adopcje corki. co piaty komentarz zaczyna sie od slow: "jestem osoba tolerancyjna, ale..." - to tak jakby powiedziec: odzywiam sie wedle diety weganskiej, ale jem salami.

kiedys czescia musicalu metro byla piosenka "hasla", nie wiem czemu jozek usunal ja z metra, bo przeciez jest aktualna jak nigdy:

 

Żyjemy hasłami wciąż karmią tym nas
Nie wiemy już sami gdzie prawda, gdzie fałsz
Tu walka o pokój gdzie pokój już był
Dotrzymać chcesz kroku dwa kroki daj w tył.

Kto hasło wymyśli ma patent na świat
W formułkę cię wciśnie - już wiesz ileś wart
Bałagan totalny w umysłach niech trwa
Koloryt lokalny znaczenie tu ma:

Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch - makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin - nogi na stole,
Włoch - makaroniarz, arabski - szczyt,
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd...

By móc się rozbroić potrzebna jest broń
Łańcuchem pokoju skrępują ci dłoń
Więc w sprawach poważnych siedź cicho jak mysz
We Francji jedz żaby, w Japonii jedz ryż.

Z obcymi jest kłopot i żaden z nich zysk
We wspólnej Europie nie dadzą ci wiz.
Odległość niewielka tu Rzym a tu Krym
W "Paryżu północy" american dream.


Tu jest prawica, a tam lewica
Może odwrotnie? Daremny spór
Gdy między ludźmi biegnie granica
Z lewej czy z prawej patrzysz na mur?

Piszmy na murach, stropach i rurach
Znakami, których nie da się zmyć
Napisy własne prywatne hasła
Każdy jest inny - dajcie nam być!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum