wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 29 listopada 2017
malinowa wychowawczyni.

malina jest na szkolnym polmetku. 4,5 roku za nia i tyle samo zostalo jej do matury. jeszcze nigdy nie rozmawialam z zadnym z jej nauczycieli. chodzimy tylko na zebranie na poczatku roku, kiedy nowi nauczyciele sie przedstawiaja i tyle.

przez trzy lata malina miala druga srednia klasowa, teraz plasuje sie na niezlym trzecim lub czwartym miejscu, to co mam chodzic do szkoly i zawracac glowe nauczycielom? niedawno dowiedzialam sie, ze od 10 klasy w ogole nie ma juz spotkan z rodzicami, dzieci... hmmm... mlodziez przechodzi do oberstufe, kazdy stanowi sam o sobie jak dorosly (a w wieku 16 lat moze pic piwo!) i nikt nie moze mu nic powiedziec. pomyslalam wiec, ze to moze moja ostatnia szansa i umowilam sie na spotkanie z wychowawczynia. jako pretekst posluzyl mi fakt, ze malina tak rozrabiala w czasie studium (popoludniowe odrabianie lekcji), ze pani wyrzucila ja do piatej klasy i tam musiala odrabiac prace domowa wsrod malych dzieci. pewnie bym sie o tym nie dowiedziala, ale malina kilka dni temu wrocila strasznie zadowolona... wlasnie z tego wyrzucenia, bo: 1 - malina strasznie sie martwi o swoj image i nie chce miec opinii kujona, 2 - wychowawczynia 5 klasy jest jej ukochana nauczycielka, wiec sobie wesolo pogadaly i w ogole bylo milo.

wczoraj byl dzien otwarty i mozna bylo spotkac sie z kazdym nauczycielem. ja mialam termin 17:20. stawilam sie punktualnie a nawet wczesniej, bo szkola wielka, korytarze pokretne a nie chcialam, zeby pani na mnie czekala. po szkole placza sie tlumy zestresowanych rodzicow, nikt nic nie wie, ale jakos udaje mi sie znalezc sale, gdzie przyjmuje malinowa wychowawczyni. elegancka, mila, atrakcyjna kobieta. podajemy sobie rece. pani jest znana jako surowa, wymagajaca, bezkompromisowa i wszyscy sie jej boja, bo jako jedna z niewielu nauczycielek goni szkolnych palaczy i na przyklad w malinowej klasie dwie dziewczyny nie moga pojechac w styczniu na klasowy tydzien narciarski we francji, bo zostaly przylapane na paleniu.

pani dopytuje sie, co to ja jestem za mama, wiec sie grzecznie przedstawiam a pani zaraz przechodzi na polski. a no tak! zapomnialam, pani jest polka! omawiamy maline. no niestety diabelek. nie moze usiedziec, smieje sie, gada. pani uwaza, ze nic sie z tym nie da zrobic. taki jest malinowy temperament i nawet sie nie mozna na nia porzadnie zezloscic, bo z jednej strony przeszkadza a z drugiej strony pomaga innym w zrozumieniu pracy domowej, tlumaczy jakies tam zadania z fizyki. no i jest z niej czarus! po 5-6 minutach przeszlysmy na tematy polskie, co z wigilia, co z wakacjami, czy wypada nam przejsc na "ty" i ze umawiamy sie na kawe.

wrocilam do domu na skrzydlach, ale zanim w ogole doszlam do glosu, malina energicznie gestykulujac wyglosila dramatyczny monolog, ze tak! ze wie, ze pani jej nie znosi! ze tak! ze smieje sie czasem, ale kazdy musi sie czasem smiac! nawet w szkole! ze pani jest surowa! ze nie ma zrozumienia dla klasy a w szczegolnosci dla maliny! pani uwaza, ze ona jest najgorsza!!!

dalam jej sie wygadac.

dzis malina wrocila ze szkoly dumna jak paw. cale studium sie nie smiala i nie musiala byc przesadzana. pani zapytala po polsku, czy dostala wczoraj wieczorem bure. malina na to, ze tak! (drama queenn!) - pani na to pokiwala glowa: "no takie jest zycie". na co malina w domu:

 - wiesz, nie sadzilam, ze ona moze tak rozumiec ucznia.

 

 

piątek, 24 listopada 2017
malinowy tatus.

 

moj maz byl 6 dni w podrozy. z tego tylko dwie noce w hotelu. wiecej czasu spedzil w powietrzu niz na ziemi. niestety spie bardzo zle, kiedy on leci. budze sie i martwie, ze to pewnie moja intuicja nie pozwala mi spac. siegam po komorke sprawdzam wiadomosci i uspokojona, ze nie ma zadnych wiadomosci o samolotowych wypadkach, probuje spac dalej. dzis po 26 godzinnym locie z dwiema przerwami maz wyladowal w poludnie w monachium. wsiada w samochod, jedzie do domu. dzwoni. nastawiam na mikrofon, zeby malina slyszala. ten przylot taty to jakby juz poczatek weekendu, cieszymy sie. maz pyta czy zrobic zakupy na kolacje i czy wiem moze czy przyszla nasza zamowiona lampa to pojedzie przez centrum i ja po drodze odbierze. przewracam oczami: jedz do domu!

wieczorem jemy wczesna kolacje.

 - piwo? - pytam

 - lepiej nie. jak wypije piwo to zasne przy stole. - smieje sie maz.

po kolacji gadamy jeszcze troche. mezowi zwezaja sie oczy a jest dopiero 8 godzina.

 - nie dam rady. musze isc spac, ale jutro bede jak nowy...

malina sciska tate na dobranoc a chwile potem martwi sie:

 - co sie stalo? moze jest chory?

 - malina on w ten tydzien polecial na drugi koniec swiata zeby przygotowac z gromada ludzi, ktorych nigdy nie widzial na oczy prezentacje. godzinna prezentacje. zmeczony jest i tyle. a po drodze jeszcze chcial robic zakupy. malina, myslisz ze to jest normalne?

malina:  - ale tatus zawsze robi zakupy?

tak. robi. wspolczuje kazdemu facetowi, ktory bedzie sie w przyszlosci staral o maline. poprzeczka wisi bardzo wysoko.

 

 

 

 

 

piątek, 17 listopada 2017
malinowy babel.

 

malina poszla do szkoly w moich, dla niej troche - jak sie okazalo - za malych butach. wrocila z bablem na piecie. nastepnego dnia wrocila do domu z lekka goraczka i w bardzo zlym humorze. napoilam ja herbatka na goraczke, zapakowalam do lozka. wszyscy teraz choruja. jesien. rano bez goraczki ale z lekko obolala stopa poszla do szkoly. z autobusu wyslala sms, ze noga ja coraz bardziej boli. odpisalam, ze zorganizuje termin u ortopedy i wieczorem zobaczymy co tam sie stalo. pewnie naciagniety miesien albo cos. w poludnie malina napisala, ze noga jej spuchla w kostce i bardzo boli. natychmiast odebralismy ja ze szkoly i pojechalismy prosto do ortopedy. stopa jak czerwona pilka, nie dalo sie zalozyc buta ani skarpetki. lekarz zbadal, oznajmil, ze to nie ma nic wspolnego z koscmi tylko weszlo zakazenie tam gdzie byl babel. w niewielkiej ranie jest pelno streptokokow i nastapilo zakazenie krwi, ktore moze prowadzic do sepsy. czerwona kreska od rany - jakby ja ktos namalowal czerwonym flamastrem - ciagnela sie od piety przez cala noge do gory. natychmiast pojechalismy do szpitala. malina dostala silny antybiotyk, kule do chodzenia i moglismy wrocic do domu. gdyby podniosla sie goraczka mamy natychmiast wezwac pogotowie. takie male nic a tyle strachu. i lekcja na cale zycie, ze nie wolno lekcewazyc zadnych najmniejszych nawet ran.

 

 

środa, 15 listopada 2017
malinowe czasy

 

jak to bylo w naszych czasach? albo nie pamietam, albo jednak pod tym wzgledem bylo inaczej? malinowa kolezanka o ktorej tu pisalam, ze sie tnie, wyladowala - po dwumiesiecznym pobycie w zamknietej klinice - w prywatnym gimnazjum z internatem an drugim koncu kraju. jeszcze przez rok bedzie brala prozakopobny lek na pokonanie depresji. tydzien temu wpadla do mnie na kawe sasiadka - kiedys nasze corki chodzily razem do podstawowki i m. byla nie tylko czynnie trenujaca akrobatka ale tez jedna z najleszych uczennic w klasie, teraz w gimnazjum zupelnie nie daje sobie rady, przestala trenowac, szaleje, wscieka sie, obwinia rodzicow za swoje zle stopnie. okazuje sie, ze od pol roku chodza do psychologa, teraz dostali polecenie do kliniki i szukaja szkoly z internatem.

wczoraj po klasowce z francuskiego klasowa kolezanka maliny - jedna z dwoch klasowych prymusek - dostala zalamania nerwowego. plakala, trzesla sie, nie miala sily wstac z krzesla. przyjechala karetka a zaraz potem mama i nie wiadomo co dalej. to sa dzieci po 14-15 lat. inna malinowa kolezanka, ktora "niechcacy" rozeslala swoje zdjecia bez biustonosza do kilku kolegow wyladowala na poczatku roku w dziewczecym internacie. a znow inna, ktora juz miala dac sobie rade z bulimia, biega na kazdej przerwie do lazienki...

mysle, ze kiedys sie poprostu o tym nie mowilo.

poniedziałek, 06 listopada 2017
palec bozy albo co.

 

 

niedziela. wczoraj. malina siedzi juz w kuchni i mimo ferii przerabia matematyke. maz w pelnym rynsztunku na moj widok biegnie do kuchni i rozpoczyna kawowy rytual. co oni tacy juz obudzeni i gotowi do dnia? ja jeszcze w szlafroku. powoli. natychmiast padam na sofe i zakrecam sie w pluszowy koc.

kawa. cos bym tak do tej kawy poczytala. ale gdzie tam. dziecko sie uczy. maz tez wlasnie cieszy sie kawa. nie bede ich gonila po schodach na gore - obok lozka lezy moja aktualna ksiazka. sama tez nie mam ochoty na latanie na gore, ale na trzy kroki w strone regalu z ksiazkami mam sile. trzy kroki: ja i koc. to nie, to nie, to nie, o! alice munro. pierwsze opowiadanie juz przeczytalam, bylo swietne, ale skonczylo sie nagle jakby w polowie i pozostawilo mnie w takim niedosycie, ze odlozylam te ksiazkie w slicznej okladce na pozniej. moze na taka leniwa, deszczowa niedziele? sprobujemy. koc i ja wracamy - trzy kroki - na sofe do cudnie pachnacej, wciaz goracej kawy. jak zaczelam tak wpdlam i pewnie bym tak czytala do popoludnia, gdyby mz mnei nie wyrzucil pdo prysznic, bo dziecko glodne i sniadanie zaraz gotowe a potem tak sie ta niedziela rozkrecila - montownie nowej lampy, krotkie spotkanie ze znajomymi, rozmarynowa kolacja - ze juz do ksiazki nie wrocilam.

wieczor postanowilismy zakonczyc filmem. maz przygotowal appletv. hmmm troche szkoda mi mojego opowiadania, ale co tam, doczytam sobie w poniedzialek, tym bardziej, ze maz wrzucil w wyszukiwarke filmow "almodovar" a ja kazdy jego film moge ogladac kilka razy. wybieramy "juliete" z 2016 a my jeszcze nie widzielismy! zaczynam sobie migac drucikami (czarna kamizelka tym razem dla mnie) jakby nigdy nic. druga scena filmu i mysle sobie: artysci to sie jednak powtarzaja. taka sama scena jak w jakiejs ksiazce, ktora ostatnio czytalam. nastepna scena. kolejna scena. niemozliwe! to jest opowiadanie, ktore przypadkowo dzis znalazlam do porannej kawy. te same sceny. tak. tak!

los bardzo chcial, zebym poznala te historie o kobiecie, ktora w swoim bolu zapomniala, ze obok cierpi jej corka. tragenia rozdziela je na wiele lat. ponad dekade pozniej odnajduja sie przez kolejna tragedie. na poczatku sa matka i corka. na koncu dwie matki. piekna opowiesc o milosci, egoizmie, przebaczeniu.

jak zwykle u almodovara kolory, ktore pomagaja emocjom wgryzc sie w mozg z taka sila, ze po napisach koncowych siedzielismy z mezem dlugo milczacy i wzruszeni.

 

 

 

czwartek, 26 października 2017
malinowa szkola.

 

wczoraj zasiedzielismy sie na zebraniu rodzicow w szkole. piekna klasa, elokwentni nauczyciele, ale malina miala racje: matematyczka wstretne babsko, nauczyciel francuskiego konczy co drugie zdanie "ok? i jakos glupio podlizuje sie rodzicom. szkola pracuje na swoja opinie i po 4,5 roku (malina jest w 9 czyli 5 klasie) z trzech klas zostalo dzieci wystarczajaco tylko na dwie male klasy. jakos mnie to przygnebilo wczoraj, bo mam wrazenie, ze zostaly same prymusy, flaki z olejem i nudziarze. nie bez powodu malina troche stracila serce do szkoly i towarzysko angazuje sie glownie wsrod znajomych od zaglowek. ja mam nature uciekiniera. gdziekolwiek mi sie w zyciu nie podobalo, to zaraz uciekalam. niektore ucieczki z perspektywy czasu uwazam za zbyt spontaniczne, troche zaluje, ze nie mialam wiecej cierpliwosci, ale to chyba taka moja natura. i tak samo pomyslalam sobie wczoraj o malinie: zmienic szkole? szybko odrzucilam te mysl, siedzac obok meza w samochodzie w drodze do domu. nawet nie powiedzialam tego glosno, tym bardziej zaskoczyl mnie wiec maz: - ale nudy, co? to nie jest normalny swiat. ciekawe jak jest w innych szkolach. jak moglibysmy sie tego dowiedziec?

w domu, mimo poznej pory czekala na nas malina. ulzylo jej, ze tez nam sie nie podoba matematyczka i francuz. jak zawsze jestesmy po tej samej stronie. pozostale watpliwosci pozostawilismy dla siebie. nie spalam pol nocy.

 

 

 

 

 

wtorek, 24 października 2017
malinowy postep.

kilka lat temu pewein znajomy opowiadal mi o swoim smochodzie i synu. syn byl maly jak ojcie sprawil sobie suv audi q7. wtedy suv jeszcze nie byly takie popularne jak teraz i wielki jak traktor samochod strasznie imponowal i synowi i jego kolegom. minely ledwie 2 czy 3 lata i syn znienacka przeksztalcil sie w nastolatka. zbuntowanego, swiadomgo ekologicznie nastolatka, ktory nie zyczy sobie, zeby tata odbieral go skadkolwiek takim samochodem, bo to wstyd i siara. syn przesiadl sie na rower, przed sniadaniem zaczal pijac letnia wode z imbirem, zaczal kontrolowac rodzinne zakupy: bio? nie bio?, organic? nie organic?

tak sobie o tym przypomnialam, bo w malinowej szkole zorganizowano wyklad o mediach i wplywie internetu i telefonu na mlodziez. nie moglysmy wziac udzialu w tym spotkaniu, ale niektore malinowe kolezanki tam byly i zle wiesci rozeszly sie lotem blyskawicy: komorka to diabel. malina wrocila do domu, sprawdzila wszelkie ustawienia w naszych telefonach, zakleila tatusiowi kamere w laptopie i wprowadzila nowe prawo: od 18:00 przestawiamy nasze telefony na modus samolotowy i wylaczamy internet w domu. juz nie musze sobie strzepic jezyka o wstawianiu zdjec profilowych i wysylani selfie. teraz tylko czekam na malinowa liste bozonarodzeniowych marzen - czy bedzie tam telefon z tastatura?

malinowe pokolenie bedzie jezdzilo autonomicznymi samochodami ale juz pewnie moje wnuki przerzuca sie na stara dobra kierownice.

 

i tak sie kreci ten swiat...

wtorek, 17 października 2017
moj hastag #

 

na fb trwa akcja #metoo. "If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too" as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.?" przez chwile zastanawialam sie nad osobistym hastagiem #menot, ale jak zobaczylam ile kobiet wzielo udzial w tej akcji, pomyslalam, ze taki hastag bylby trywializowaniem problemu.

no ale u siebie na blogu moge napisac, ze jestem szczesliwa, ze pracujac w: telewizji, teatrze, agencji fotograficznej i produkcji filmowej nigdy nie mialam do czynienia z molestowanie seksualnym. od zawsze prace mam taka troche imprezowa ze i podroze, i kolacje, i festiwale, i party i jak bylam mlodsza to krotkie kiecki z wysokimi obcasami (teraz to juz tylko obcasy) nosilam i nic, nigdy.

i tak sobie mysle, ze mam szczescie do ludzi i jakas intuicje, ktora pozwala mi trzymac sie z daleka od idiotow.

 

 

 

 

 

środa, 11 października 2017
hasla.

patrze na malinowy swiat. jakie niesie jej nadzieje? jakie daje jej szanse? moja mlodosc przypadla na czasy rozwoju tolerancji, otwierania granic, obalania murow, szukania wspolnych mianownikow, przebaczania win, uswiadamiania sobie problemow ekologicznych. a malina? co ja czeka w swiecie, gdzie znow jak w czasach epoki kamiennej pierwsze i najwazniejsze staje sie: jestes nasz czy obcy? zaraz potem: bialy czy czarny, katolik, zyd czy muzulmanin, hetero czy homo, ze wschodu czy z zachodu, za aborcja czy przeciw, za eutanazja czy przeciw. czytam dzis komentarze na polskiej stronie pod wiadomoscia, ze niemiecka para gejow oficjalnie otrzymala pozwolenie na adopcje corki. co piaty komentarz zaczyna sie od slow: "jestem osoba tolerancyjna, ale..." - to tak jakby powiedziec: odzywiam sie wedle diety weganskiej, ale jem salami.

kiedys czescia musicalu metro byla piosenka "hasla", nie wiem czemu jozek usunal ja z metra, bo przeciez jest aktualna jak nigdy:

 

Żyjemy hasłami wciąż karmią tym nas
Nie wiemy już sami gdzie prawda, gdzie fałsz
Tu walka o pokój gdzie pokój już był
Dotrzymać chcesz kroku dwa kroki daj w tył.

Kto hasło wymyśli ma patent na świat
W formułkę cię wciśnie - już wiesz ileś wart
Bałagan totalny w umysłach niech trwa
Koloryt lokalny znaczenie tu ma:

Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch - makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin - nogi na stole,
Włoch - makaroniarz, arabski - szczyt,
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd...

By móc się rozbroić potrzebna jest broń
Łańcuchem pokoju skrępują ci dłoń
Więc w sprawach poważnych siedź cicho jak mysz
We Francji jedz żaby, w Japonii jedz ryż.

Z obcymi jest kłopot i żaden z nich zysk
We wspólnej Europie nie dadzą ci wiz.
Odległość niewielka tu Rzym a tu Krym
W "Paryżu północy" american dream.


Tu jest prawica, a tam lewica
Może odwrotnie? Daremny spór
Gdy między ludźmi biegnie granica
Z lewej czy z prawej patrzysz na mur?

Piszmy na murach, stropach i rurach
Znakami, których nie da się zmyć
Napisy własne prywatne hasła
Każdy jest inny - dajcie nam być!

wtorek, 10 października 2017
malina po wlosku.

w te wakacje malina w koncu przestala sie wstydzic, ze bedzie posmiewiskiem calej sardynii i poszla na kurs surfingowy. lekcje indywidualne, bo i wiatr byl zbyt silny i bylo juz po sezonie. zeglarskie doswiadczenie z wiatrem chyba sie przydalo, bo malina szybko zalapala co chodzi a nauczyciel nie chcial wierzyc, ze nigdy nie stala na desce. po 5 dniach mozna bylo powiedziec, ze malina jest utalentowana, poczatkujaca surfingowka...ehmmm surfinia? serdecznie podziekowalismy panu nauczycielowi i w trakcie tych podziekowan okazalo sie, ze pan ma mlodszego brata. malina do konca wakacji codziennie wypozyczala deske i skakala po falach balansujac z zaglem w towarzystwie tego mlodszego brata, absolutnego wirtuoza serfingu. chlopak chyba urodzil sie na desce! rozumieli sie bez slow, bo i nie ma jak rozmawiac w czasie skakania po falach a potem dzielil ich jezyk, bo kolega niestety niezbyt po angielsku a po niemiecku ani troche... na surfowanie umawiali sie przez whatsapp i tak tez sie pozegnali: dziekuje i do zobaczenia.

a potem? kilka dni po wakacjach zaczeli do siebie pisac. on tlumaczy to co chce jej powiedziec na niemiecki a ona odpowiada po wlosku, dzieki slownikowi_app w iphonie. tak juz rozmawiaja ponad miesiac. wczoraj m. wyznal, ze maline kocha. malina jest strasznie przejeta i zmobilizowana do nauki laciny (bo uwaza, ze dzieki temu czuje co do niego pisze po wlosku) i do podjecia nauki wloskiego.

 

poniedziałek, 09 października 2017
maz po pracy

malina w wannie. mnie nachodzi jakas fala enrgii - w ciagu 15 minut przestawiam wszystko w pokoju. pianino na drugi koniec pokoju, w przeciwnym kierunku sofa, puchaty dywan na druga strone, cienki w przeciwnym kierunku, nad oknem zawieszam girlande z bialych swiatelek. no jakby przeszla burza. malina schodzi na dol i wola oszolomiona.
 - super!!!

wchodzi maz po calym dniu pracy. juz z kuchni widac, ze wszystko przewrocilam do gory nogami. bez komentarza, mezowy telefon dzwoni, maz telefonuje przechadzajac sie po pokoju, konczy rozmowe, wraca do kuchni. nadal nic nie komentuje. rozmawiamy o tesciwej, ktora lezy w szpitalu. malina siada na sofie, ja przygotowuje kolacje, maz wyciaga wino. ja swoj kieliszek mam w kuchni, maz przepytuje maline co tam bylo w szkole, a malina siedzi na SOFIE, KTORA PRZEZ OSTATNIE DWA LATA STALA ZUPELNIE GDZIE INDZIEJ. mrugamy do siebie z malina porozumiewawczo okiem, maz nic nie mowi, wiec w koncu mysle, ze mu sie nie podoba, wiec nie komentuje zeby mnie nie urazic i czuje sie obrazona, bo raz, ze jest bardzo ladnie a dwa, ze nawet jesli to moze przeciez to szczerze powiedziec. co to za wyglupy. kolacja. maz wraca do pokoju po kieliszek, ktory postawil telefonujac na stoliku, ktory tez stoi w innym kacie niz zwykle, i nagle zatrzymuje sie w polowie drogi: o! cos zmeinilas???

 - tak.

maz rozglada sie, rozglada, rozglada i mowi:

 - ale ladnie!

 

malinowa zawierucha i deszcz.

w piatek zalozylam cieply sweter, wielki szal i cienka puchowa kurtke, malina swoj zeglarska pianke i odblaskowa czapke. bylo szaro-buro i wialo jak nie wiem co. zawiozlam maline do klubu. jeszcze nie bylo trenera, wiec troche z nia postalam marznac jak nie wiem co. malina skladala swoja lodke, zagiel, platala zgrabnie wszelkie kolorowe sznureczki. w kieszeni zabrzeczal mi telefon, nie odberalam zeby nie wyjmowac rak z kieszeni. sumienie mnie troche podgryzalo, ze ja zaraz jade do domu i zostawiam to dziecko w te zimnice nad woda. 8 stopni i wiatr. o trener juz jest. moze odwola trening, bo zimno? alez gdzie tam ida zeglowac a ja uciekam do domu. pracuje, telefonuje i nie widze, ze wichura sie rozpetala i leje jak z cebra. o 18 jade po maline, mimo szybkich wycieraczek z trudnoscia widze ulice. o malina. mokra, w piance sklada swoj zagiel, naciaga persening na lodke, nie wychodze z samochodu. sciana deszczu. o kurcze to no piatek wieczor z glowy, pewnie bedzie wsciekla, zmaznieta, przemoczona. podjezdzam jak najblizej moge, na siedzenie kladziemy recznik, do samochodu wskakuje zachwycone zyciem dziecko. na jeziorze hulal taki wiatr, ze wszystkie lodki poprzewracaly sie po kilka razy. w czasie najsilniejszego wiatru, trener kazal zeglazom przewrocic lodki mastem do dolu i siedziec na przewroconych kadlubach i tak z nogami w loodwatej wodzie przeczekac najsilniejsza wichure.

w domu malina wskoczyla do goracej wanny i z ksiazka spedzila tam pol wieczoru.

wciaz jest jak mlody zrebak, potrzebuje wiatru, przestrzeni, przygody. ja na sama mysl, jak lalo i wialo mam katar a malina tylko dobry humor.

wtorek, 26 września 2017
prozac.

 

zakonczenie naszych wakacji bylo troche dramatyczne. jak zawsze wracamy w ostatniej chwili. nad sardynia rozpetala sie taka wichura, ze nie moznabylo wysiasc z samochodu, bo wiatr zapieral dech. juz chcialam zaprzec sie nogami, ze nie wsiadamy na prom, ze przekladamy rezerwacje, ale sie okazalo, ze przyplynal najwiekszy model, taki plywajacy palac kultury, wiec sie troche uspokoilam.

na poczatku bylo milo jak zawsze, na dobranoc zrobilismy kilka pozegnalnych zdjec wyspie, wypilismy piwo i rozgoscilismy sie w kabinie. gdzies kolo 2 w nocy zaczelo bujac tak, ze moj plecak przetoczyl sie przez caly pokoj. malina i maz spali, ja przykrylam sie koldra i staralam sie nie panikowac. tak jak przy samolotowch turbulecjach liczylam dziesiatki - to mnie uspokaja. no i spiacy maz tez mnie uspokaja, bo przeciez gdyby bylo niebezpiecznie to by nie spal, prawda? to tylko moje strachy, plyniemy, so fale to buja, tak? buja. zza grubych zaslon widze blyski i zaraz sobie tlumacze, ze to migaja swiatla pozycyjne promu. to sa jednak pioruny i bija z taka furia i czestotliwoscia, ze w koncu mimo, ze to srodek nocy w glosnikach slychac dwujezyczne ogloszenie, ze wychodzenie na poklad jest zabronione  z powodu silnego deszczu, wiatru i wysokich fal. nic nie mowia o piorunach. malina sie budzi i pyta cienkim glosikiem czy moze do nas przyjsc do lozka po czym wskakuje razem ze swoja mysza mimi i do rana staramy sie nie spasc z lozka i nie umrzec ze strachu. bez slow. skoro swit dobijamy do portu - jeszcze nigdy nie wysiadalismy w takiej smiertelnej ciszy, nawet zadne dzieci nie placza, ludzie bladzi, zmeczeni, smutni. w livorno nie mozemy od razu opuscic portu. ulice zalane po dachy samochodow, widzimy dryfujace skutery, straz pozarna kieruje nas przez waskie uliczki, gdzie woda zatrzymana workami z piaskiem siega do kostek. wiadomosci podaja, ze 7 osob zginelo.

wracamy do domu. pytam maline czy bardzo sie w nocy bala. kurcze, moze nie bedzie juz chciala podrozowac promem (tak jak ja sobie to solennie tej nocy obiecalam), ale malina juz slucha jakiejs muzyki i kreci glowka:

 - na poczatku sie balam, ale jak przyszlam do was to juz nie.

i w ogole nie ma tematu. mojej dorastajacej corce jeszcze wystarczy bliskosc rodzicow. mysle o tym, bo wsrod malinowych kolezanek dzieja sie dziwne rzeczy. jedna tnie sobie ramiona czym popadnie: noz, zyletka, nozyczki. od ponad miesiaca jest w klinice, przez rok ma brac prozac a do sprawiania sobie bolu dostala specjalna gumke zeby przynajmniej sie nie okaleczac. inna kolezanka w koncu przyznala sie rodzicom do bulimii, od dwoch tygodni bierze specjalne lekarstwa i rodzice chodza z nia do psychologa. do psychologa chodzi tez inna kolezanka cienka jak patyczek, ktora nigdy nie bierze udzialu w prywatkach z nocowaniem, ani w wycieczkach szkolnych, kazda proba nocowania poza domem konczy sie atakiem kaszlu graniczacym z uduszeniem i placzem. w malinowej klasie jest dziewczyna, ktora ma pozwolenie na wyjscie z lekcji bez podania powodu i pojscie do szkolnego psychologa.

z jednej strony bardziej dorosle niz w rzeczywistosci sa: makijaz, buty na obcasach, nienaganne stylizacje na instagramie, wiedza tyle o seksie z internetu, ile my w tym wieku nie mielismy pojecia, konfrontacja z tematem wojny, uchodzcow. z drugiej strony ta mlodziez siedzi w domu i podtrzymuje kontakt glownie przez snapchat i whatsapp - zycie staje sie wirtualne i powierzchowne. emocjonalna inteligencja nie ma szans na rozwoj w takich warunkach. napiecie rosnie i dziecko zamiast isc wygadac sie z kolezankami czy rodzicami idzie do toalety i wyrzuca z siebie cala bezsilnosc, zlosc i strach.

pamietam jak malina byla malutka i nigdy jej nie bujalam zeby nie plakala. trzymalam ja mocno w ramionach i to zawsze dzialalo. zdaje sie, ze teraz tez dziala. chetnie powiedzialabym tej czy innej mamie, zeby tego sprobowala. znam rodzicow tej kolezanki od prozaku. nigdy ich nie lubilam a teraz mam tylko ochote im wykrzyczec, ze sa beznadziejni. bo sa.

ale nie moge. wszystko owiane jest wielka tajemnica. oficjalnie nic nie wiem.

 

 

 

 

czwartek, 14 września 2017
eh...

na wakacjach jest czas na perpektywe dalsza niz koniec wlasnego nosa. na promie ludzie, w hotelu ludzie, na plazy ludzie. wyjscie poza krag ulubionych znajomych, za plot ogrodu, za prog biura jest zawsze interesujacy. swiat jest inny niz wlasny mikrokosmos domowy i zawodowy.

i tu... nastapil wakacyjny wywod na cala strone drobnym maczkiem, ktory zniknal gdzies w czelusciach bloxa. nie dam rady go odtworzyc. blox odnawil mi tylko te trzy pierwsze zdania. ale mi szkoda...

piątek, 11 sierpnia 2017
shine bright like a diamond

 

malina jest na obozie, ktory - ja nie wiem jak my to przeoczylismy? my i rodzice 4 malinowych kolezanek! - jest miedzynarodowy i nawet opiekunowie nie gadaja po niemiecku. obowiazuje angielski. woda do mycia zimna, namioty z drewniana podloga, jedzenie gotuja sami, sprzataja sami. o 18:30 dostaja komorki na 15 min. od tygodnia to jest nasze swiete 15 min. malina z rozpedu telefonuje z nami po angielsku, jako jedyna w swoim 5 osobowym namiocie jest zdrowa, caly czas leje deszcz a wczoraj wystapila przed biwakowa miedzynarodowa publicznoscia spiewajac solo i a cappella "shine bright like a diamond" rihanny. tak sie tym przejelam, ze mi dzis ta glupia piosenka nie moze wyjsc z glowy. i tak mi sie przypomnialo, ze malina zanim zostala malina byla szafirkiem, bo oczy miala takie granatowe jak sie urodzila.

czwartek, 10 sierpnia 2017
milosc do roslin. oplaca sie?

 

moje niektore znajome gadaja ze swoimi rolinami, dzieki czemu kwitna im nawet kaktusy, uschniete drzewa rodza owoce a przyciete o pelni ksiezyca krzewy wypuszczaja nowe pedy. a u mnie odwrotnie. to co obcinam radykalnie, byle jak z mysla, ze nastepnym razem wyciagne z korzeniami, rosnie pieknie, bujnie i zdrowo. natomiast kwiatki o ktore dbam, podlewam, podcinam, nawoze tak sie jakos mecza, trwaja na posterunku, ale najchetniej by sobie zwiedly. kilka lat temu zamowilam roze w anglii, wsadzilam je w swietna rozana ziemie, w miejscu wybranym, nasloneczniony, bez przeciagow i te roze tak sobie raz zakwitna raz nie, no mecza sie. zupelnie inaczej z bylejakimi rozami, ktore kupilam w obi, bo byly przecenione, kosztowaly grosze a ja spodziewalam sie wizyty i chcialam, zeby bylo kolorowo. wsadzilam je ot tak, gdzie mi kolorystycznie pasowalo, w byle jaka ziemie i niedaleko drzew iglastych (kwasna ziemia) i te roze to rosna jak chwasty, kwitna po dwa razy w roku i zadne gasiennice ich nie zjadaja. jedna nawet - mimo ze jest gatunkiem plazacym po ziemii, zdecydowala sie byc roza pnaca i robi kariere na scianie.

 

nigdy nie jest za pozno.

zawodowo ten rok jest trudny. we wszystkich projektach brakuje forsy. wszyscy sie stresuja, klienci zamiast 3-4 ofert zbieraja 7-9 ofert i w kazdym przetargu na film jest sie jednym z 9 walczacych, wiec i szanse na wygrana mniejsze a pracy wiecej. jestesmy zmeczeni. malina na obozie "adventure" w srodku lasu, bez komorki za to z porannymi kapielami w rzece. mielismy biegac do kina, plywac, jesc rzeczy ktorych malina nie znosi, ale nic z tego. pracujemy do pozna, jestesmy zmeczeni resztka sil zbieramy sie na wieczorny spacer. szybko robi sie ciemno, kropi deszcz i wieczorem jest bardzo jesiennie. jeszcze sie to lato porzadnie nie rozpoczelo a juz sie skonczylo. tak sobie wczoraj usiedlismy przed komputerem, zeby znalezc cos w toskani, w drodze na wakacje, na dwa trzy dni. same fajne domki, wszystko sliczne a nic nie cieszy. przestalismy sie gapic w kolorowe obrazki, wylaczylismy komputer i zaczelismy narzekac jak nam ciezko. maz zaparzyl nam rumianku i wczesnie poszlismy spac. a dzis rano maz usmiechniety:

 - jakos mi lepiej. chyba takie wspolne narzekanie dziala oczyszczajaco.

po 24 latach zrozumial.

zrobilismy sobie kawy i kazde ruszylo do tego naszego codziennego "obierania ziemniakow".

 

 

 

poniedziałek, 31 lipca 2017
malinowa walizka.

 

w moim wychowaniu malinowym nie ma wiekszych wyskokow - jestem letnia, czasami sie troche wkurze, ale zaraz mi przechodzi, troche nagadam, malina wznosi oczy do nieba i po wszystkim. cos jest w tym wszystkim dobrego, bo jak mi nerwy jednak puszcza, to jest to niezapomniane przezycie dla maliny.

rok temu zaczelysmy wakacje od pobytu w hamburgu. ja w biurze, malina na kursie plastycznym. po 13 przyjezdzala do mnie do biura, chodzila na poczte z nasza recepcjonistka, wypelniala jakies tabelki w exelu i najchetniej "pracowalaby" do polnocy. (wlosy przefrabowala na niebieskie, pamietacie?) w tym roku tez zabieram ja do hamburga. tym razem dopiero w trzecim tygodniu wakacji, ktore zaczely sie przedwczoraj! ten tydzien malina spedza na zeglowaniu, potem jedzie ze swoja klika na oboz "przygodowy" a potem ze mna do hamburga. wczoraj wchodze do jej pokoju i oczom nie wierze.

 - co ty robisz?

- pakuje sie.

- hä? na oboz?

 - nie. do hamburga.

 - ale mamy jeszcze dwa tygodnie. pakujesz sie juz dzs?

 - tak. nie chce niczego zapomniec i nie chce zeby moje rzeczy znow fruwaly po pokoju.

ha. ha. ha. w tamtym roku kupilam malinie - ktora nagle podrosla z dnia na dzien o kilka centymetrow! - kilka nowych ciuchow. przed hamburgiem kazalam jej sie samodzielnie spakowac i NIE zapomniec o kurtce przeciwdeszczowej. tyle tylko. ale... az tyle! hamburg. zaraz pierwszego dnia leje. ale to nic. wyciagam moja kurtke przeciwdeszczowa.

 - malina, zakladaj swoja kurtke, bierzemy parasolke i lecimy. deszcz nam niestraszny przeciez!

malina otwiera swoja walizke. a mi otwieraja sie oczy, bo w walizce jest jakas platanina ciuchow jakby ktos ewakuowal sie przed bombardowaniem albo jakim innym potopem. a rzecz jest o samych nowych (nie tanich) ciuchach! malina nurkuje w tym klebowisku bluzek, sukienek i spodni i NIE znajduje kurtki. a mi nagle peka zylka i jak jakas pantera rzucam sie na jej walizke:

 - jak ty masz w tym chaosie cos znalezc???! to sa same nowe rzeczy! a wygladaja jaby je ktos wrzucil do walizki zeby wyniesc na smieci!

jakas energia we mnie wstapila i w furii zaczelam wyrzucac do pod sufit wszystko co mi wpadlo w rece. cala zawartosc walizki.

 - ha! moze znajdziemy jednak w tych smieciach twoja kurtke???! - wolam.

sama siebie zaskoczylam, ale to nic w porownamiu z malina, ktora byla w takim szoku, ze nie wiedziala czy plakac, czy krzyczec czy co. zatkalo ja.

przeprosilam ja potem a ona mnie tez i spedzilysmy cudowne 10 dni w hamburgu, ale wrazenie pozostalo, bo oto dokladnie rok pozniej, wczoraj, w malinowym pokoju stoi spakowana walizka a w niej rzeczy poskladane w kosteczke jak w szafce u zolnierza.

 - nawet parasolke zapakowalam! - triumfuje malina.

i mysle sobie, ze z jednej strony strasznie mi bylo wstyd, ze tak glupio sie wtedy wkurzylam a z drugiej strony, moze dzieci potrzebuja czasem takiego wybuchu? takiej nauczki?

 

malina w czwartek grala w big bandzie - cudownym piknikiem zakonczyl sie kolejny rok szkolny.

w piatek malina przyniosla swiadectwo. swietne swiadectwo, choc nie tak perfekcyjne jak kiedys. niestety w gimnazjum w niemczech trudno jest o swiadectwo jedynkowe. malina jest 4-ta w klasie. najlepsza z matematyki, fizyki i francuskiego. ta 4 pozycja ja zmartwila, bo zawsze byla druga, ale ja zaraz pocieszylismy: wszystko co dotyczy szkoly malina zawdziecza tylko sobie. przeszla do 9 klasy (gimnazjalna 5 klasa) a ja nadal nie wiem jak sie nazywaja poszczegolni nauczyciele, na jakim etapie jest z laciny a na jakim z biologii czy angielskiego. z francuskiego (matyldo:-) jest najlepsza w klasie i u surowego nauczyciela jako jedyna ma 1! francuski egzamin "delf" zdala jako druga w calej szkole (kolega, ktory jest pierwszy ma francuskiego ojca) - to taki egzamin, ktory sprawdza instytut francuski w paryzu.

wprawdzie jak zwykle pan dyrektor wyslal do rodzicow list, zeby isc z dzieckiem na lody i nie nagradzac za swiadectwo niczym materialnym ( i nie karac tez!, tylko przyjsc do nauczyciela!), to kupilam malinie trzy wakacyjne ksiazki i sliczne turkusowe kolczyki.

nie wiem czy juz tu gdzies o tym pisalam, ale jesli nie to napisze teraz: malina jest fajna.

 

 



poniedziałek, 24 lipca 2017
urodziny.
dzis mielismy miec konferencje video z mlodym rezyserem na temat piwnego projektu. dobrze, ze w piatek powiadomilam klienta, ze rezyser moze miec problemy z terminem filmowania, bo niestety zona rezysera ma zagrozona ciaze. moja branza jest wstretna, bezduszna, chodzi tylko o forse - wszystkim i zawsze. zdziwilam sie niepomiernie, ale klient (mezczyzna!) powiedzial, ze nie chca inneg rezysera tyko wlasnie tego ( a to nie jest zadna gwiazda, tylko mlody, mily czlowiek) i tak dostosuja termin zdjec, ze i zona urodzi (bedziemy trzymac kciuki - zapewnil) i film o piwie nakrecimy! zona tak sie wzruszyla moze, ze dzis rano poczula sie dziwnie i pojechali do kliniki. termin dopiero za miesiac, ale na wszelki wypadek tak. rezyser zapewnil, ze popoludniu beda znow w domu i spokojnie przeprowadzi konferencje. pojechali tylko sprawdzic co i jak, bo ciaza zagrozona. dwie godziny przed konferencja dzwoni: - nie wiem czy bede mogl telefonowac. wlasnie zostalem ojcem, mam ochote tylko krzyczec jaki jestem szczesliwy na nic iwecej mnie nie stac. zona urodzila znienacka. w szpitalu chwycily ja skurcze, wszyscy sie martwili a po dwoch godzinach (te co rodzily, to wiedza, ze dwie godziny to sie spaceruje a nie rodzi) urodzil sie sliczny chlopczyk, zdrowiutki jak rybka jako i mama zdrowiutka. wszyscy zaskoczeni. i tak oto w 21 wieku natura przerasta ludzi, tak pieknie i pozytywnie. wzruszylam sie jak nie wiem. malina po raz tysieczny musiala wysluchac opowiesci o tym jak sie urodzila. maz tez dorzucil pare od lat znanych szczegolow i zrobilo sie bardzo wesolo. klient sie ucieszyl, wysyla jakis prezent i czeka kiedy mlody tatus bedzie mogl rozmawiac i piwie. sa jeszcze fajni ludzie na swiecie? sa. nawet w mojej branzy.
piątek, 14 lipca 2017
sie kreci. do zawrotu glowy.

 

zyjemy w 21 wieku. myslalam, ze to bedzie wiek rownouprawnienia. czlowiek madry, silny, kreatywny bedzie mial w zyciu szanse na realizacje planow i marzen bez wzgledu na plec i kolor skory. tak jednak nie bedzie. i to nie dzieje sie samo. to jestesmy my - ludzie, my krecimy tym swiatem.

czwartek, 13 lipca 2017
wieczor na wodzie.

 

przeprowadzilam sie z kraju do innego kraju, urodzilam dziecko, nauczylam sie obcego jezyka jako dorosly czlowiek a takiej glupiej lodce nie dam rady? zeglowalam dzis na zajeciach 3 godziny o zachodzie slonca rownolegle z mezem. wolalismy do siebie "ahoj" i zawracalismy symetrycznie. nadal wiele rzeczy dzieje sie przypadkiem, nie zawsze plyne tam gdzie chce, tylko tam gdzie mi sie udaje plynac, ale malina wytlumaczyla mi, ze to normalne na poczatku.

 

 

 

 

ogrodowe zoo

 

przedwczoraj powalczylam z patyna na teakowych meblach w ogrodzie. zlapal mnie deszcz, rzucilam wszystko jak stalam a potem nie mialam czasu posprzatac. wczoraj nie bylo mnie w domu od 4 skoro swit do polnocy. a dzis rano patrze przez oknow odslaniajac zaslony: o! jez! kolo tarasu! lapie aparat i w pizamie lece na dol. ze jeze u nas laza calymi rodzinami to normalne, ale glownie w nocy i po krzakach. a tu w sloncu, w trwie...niezla gratka dla mlodego fotografa (hahaha) - no lece! i znajduje ryzowe szczotke, ktora tak sobie lezy tu od przedwczoraj.

 

poniedziałek, 10 lipca 2017
malinowa koncowka roku szkolnego.

 

na urodziny dostalam aparat fotograficzny i teraz sie stresuje zamiast pstrykac zdjecia komoreczka. krece roznymi zakretkami, objektyw plynnie wydluza sie i skraca a ja nie widze zadnej roznicy. a tak mi sie dobrze zylo. teraz fotografuje kwiatek, cale tlo wychodzi ostro, kwiatek rozmazany jak u moneta, chce oddac groze burzy, drzewa uginaja sie do ziemii, na zdjeciu stoja sobie jak zwykle i nic sobie z wiatru nie robia. mysle, ze do fotografowania trzeba jednak miec talent. malina moja komorka fotografuje to samo co ja i to jest piekne a moje takie sobie byle jakie.

w weekend malina i tatus po raz pierwszy wspolnie wzieli udzial w regacie na duzej zaglowie. malina najpierw odnosila sie do spprawy z lekkim poblazaniem, bo ona raczej woli sportowe lodki, ale po calym dniu na h boot z malowniczym spinakerem z przodu jak balonem wrocila przejeta i zachwycona i z naciagnietym sciegnem nadgarstka. mam nadzieje, ze bol sam przyszed i sam odejdzie, na wszelki wypadek zawinelam zeglarce nadgarstek bandazem.

jeszcze trzy tygodnie szkoly, ake to chyba najfajniejszy czas w roku. wyjscia na lody, do teatru, koncert letni, projekty sztuki, muzyczne, goscie z zaprzyjaznionej szkoly, od jutra nie ma juz ocen. malina bedzie miala swietne swiadectwo, mimo, ze w tym roku naprawde sobie pofolgowala. ciagle jest zakochana, ciagle ma jakis trening zeglarski, taniec, pianino, ciagle czyta jakies glupie gazetki "mädchen", w ktorych reklama lalek barbi sasiaduje z poradami typu: "masz 14 lat. jesli masz problemy z okresem a uprawialas seks z kolega to powiedz o tym rodzicom". co i raz mysle, ze opinie o malinowej szkole, ze trudna, ze renomowana sa czysta przesada, ale jednak co semestr odpadaja dzieci i malinowa klasa liczy w przyszlym roku 15 osob. najbardzije fascynuje mnie fakt, ze malina jest w klasie najlepsza z matematyki i fizyki, jako jedyna przynosi do domu jedyneczki. moze zajmie sie w zyciu czyms powaznym? pozytecznym? a nie takimi glupotami jak ja.

 

a tu prosze udalo mi sie sfotografowac makoweczki w moim ogrodzie:

 



poniedziałek, 03 lipca 2017
weekend na wodzie.

 

uczymy sie zeglowac. maz wskakuje na lodke, lapie wiatr w zagiel i fruuuu! a ja sie placze z kolorowymi linkami, walcze ze sterem przy manewrach a juz celowe przewracanie lodki jest jak zly sen i nie moge sie przemoc. wczoraj przesiadajac sie z zaglowki na motorowke zawislam miedzy nimi jak most i nie wiedzialam czy puscic nogi czy rece. malina dolaczyla do nas pod koniec treningu i miala dla mnie potem tysiac dobrych rad, ale jakos nie moge sobie z nimi poradzic. mysle, ze to jest sport, do ktorego trzeba miec intuicje, czuc wiatr a ja jakas nieczula jestem czy co. nie poddaje sie jednak latwo. bede cwiczyla do skutku. mimo pianki (tak, tak wcisnelam sie w malinowa pianke i wygladalam jak czarno fioletowy salceson) zmarzlam jak sopelek (wczoraj lalo jak z cebra) - po powrocie do domu, goracym prysznicu, goracej herbacie, polozylam sie na chwile z ciepym termoforem i... obudzilam sie dzis rano. nie wiem czy uda mi sie zostac zeglarzem, ale malina i maz maja wyraznie talent, wiec zadowole sie chocby rola majtka lub kucharza.

 

czwartek, 29 czerwca 2017
nigdy nie zajmuje sie...

memami i takimi filmikami, ale tym razem musze zrobic wyjatek:

https://www.youtube.com/watch?v=K95XgPpZkxs

 

w naszych rekach, w rekach rodzicow jest sila, ktorej nie ma nikt poza nami.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum