wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 11 sierpnia 2017
shine bright like a diamond

 

malina jest na obozie, ktory - ja nie wiem jak my to przeoczylismy? my i rodzice 4 malinowych kolezanek! - jest miedzynarodowy i nawet opiekunowie nie gadaja po niemiecku. obowiazuje angielski. woda do mycia zimna, namioty z drewniana podloga, jedzenie gotuja sami, sprzataja sami. o 18:30 dostaja komorki na 15 min. od tygodnia to jest nasze swiete 15 min. malina z rozpedu telefonuje z nami po angielsku, jako jedyna w swoim 5 osobowym namiocie jest zdrowa, caly czas leje deszcz a wczoraj wystapila przed biwakowa miedzynarodowa publicznoscia spiewajac solo i a cappella "shine bright like a diamond" rihanny. tak sie tym przejelam, ze mi dzis ta glupia piosenka nie moze wyjsc z glowy. i tak mi sie przypomnialo, ze malina zanim zostala malina byla szafirkiem, bo oczy miala takie granatowe jak sie urodzila.

czwartek, 10 sierpnia 2017
milosc do roslin. oplaca sie?

 

moje niektore znajome gadaja ze swoimi rolinami, dzieki czemu kwitna im nawet kaktusy, uschniete drzewa rodza owoce a przyciete o pelni ksiezyca krzewy wypuszczaja nowe pedy. a u mnie odwrotnie. to co obcinam radykalnie, byle jak z mysla, ze nastepnym razem wyciagne z korzeniami, rosnie pieknie, bujnie i zdrowo. natomiast kwiatki o ktore dbam, podlewam, podcinam, nawoze tak sie jakos mecza, trwaja na posterunku, ale najchetniej by sobie zwiedly. kilka lat temu zamowilam roze w anglii, wsadzilam je w swietna rozana ziemie, w miejscu wybranym, nasloneczniony, bez przeciagow i te roze tak sobie raz zakwitna raz nie, no mecza sie. zupelnie inaczej z bylejakimi rozami, ktore kupilam w obi, bo byly przecenione, kosztowaly grosze a ja spodziewalam sie wizyty i chcialam, zeby bylo kolorowo. wsadzilam je ot tak, gdzie mi kolorystycznie pasowalo, w byle jaka ziemie i niedaleko drzew iglastych (kwasna ziemia) i te roze to rosna jak chwasty, kwitna po dwa razy w roku i zadne gasiennice ich nie zjadaja. jedna nawet - mimo ze jest gatunkiem plazacym po ziemii, zdecydowala sie byc roza pnaca i robi kariere na scianie.

 

nigdy nie jest za pozno.

zawodowo ten rok jest trudny. we wszystkich projektach brakuje forsy. wszyscy sie stresuja, klienci zamiast 3-4 ofert zbieraja 7-9 ofert i w kazdym przetargu na film jest sie jednym z 9 walczacych, wiec i szanse na wygrana mniejsze a pracy wiecej. jestesmy zmeczeni. malina na obozie "adventure" w srodku lasu, bez komorki za to z porannymi kapielami w rzece. mielismy biegac do kina, plywac, jesc rzeczy ktorych malina nie znosi, ale nic z tego. pracujemy do pozna, jestesmy zmeczeni resztka sil zbieramy sie na wieczorny spacer. szybko robi sie ciemno, kropi deszcz i wieczorem jest bardzo jesiennie. jeszcze sie to lato porzadnie nie rozpoczelo a juz sie skonczylo. tak sobie wczoraj usiedlismy przed komputerem, zeby znalezc cos w toskani, w drodze na wakacje, na dwa trzy dni. same fajne domki, wszystko sliczne a nic nie cieszy. przestalismy sie gapic w kolorowe obrazki, wylaczylismy komputer i zaczelismy narzekac jak nam ciezko. maz zaparzyl nam rumianku i wczesnie poszlismy spac. a dzis rano maz usmiechniety:

 - jakos mi lepiej. chyba takie wspolne narzekanie dziala oczyszczajaco.

po 24 latach zrozumial.

zrobilismy sobie kawy i kazde ruszylo do tego naszego codziennego "obierania ziemniakow".

 

 

 

poniedziałek, 31 lipca 2017
malinowa walizka.

 

w moim wychowaniu malinowym nie ma wiekszych wyskokow - jestem letnia, czasami sie troche wkurze, ale zaraz mi przechodzi, troche nagadam, malina wznosi oczy do nieba i po wszystkim. cos jest w tym wszystkim dobrego, bo jak mi nerwy jednak puszcza, to jest to niezapomniane przezycie dla maliny.

rok temu zaczelysmy wakacje od pobytu w hamburgu. ja w biurze, malina na kursie plastycznym. po 13 przyjezdzala do mnie do biura, chodzila na poczte z nasza recepcjonistka, wypelniala jakies tabelki w exelu i najchetniej "pracowalaby" do polnocy. (wlosy przefrabowala na niebieskie, pamietacie?) w tym roku tez zabieram ja do hamburga. tym razem dopiero w trzecim tygodniu wakacji, ktore zaczely sie przedwczoraj! ten tydzien malina spedza na zeglowaniu, potem jedzie ze swoja klika na oboz "przygodowy" a potem ze mna do hamburga. wczoraj wchodze do jej pokoju i oczom nie wierze.

 - co ty robisz?

- pakuje sie.

- hä? na oboz?

 - nie. do hamburga.

 - ale mamy jeszcze dwa tygodnie. pakujesz sie juz dzs?

 - tak. nie chce niczego zapomniec i nie chce zeby moje rzeczy znow fruwaly po pokoju.

ha. ha. ha. w tamtym roku kupilam malinie - ktora nagle podrosla z dnia na dzien o kilka centymetrow! - kilka nowych ciuchow. przed hamburgiem kazalam jej sie samodzielnie spakowac i NIE zapomniec o kurtce przeciwdeszczowej. tyle tylko. ale... az tyle! hamburg. zaraz pierwszego dnia leje. ale to nic. wyciagam moja kurtke przeciwdeszczowa.

 - malina, zakladaj swoja kurtke, bierzemy parasolke i lecimy. deszcz nam niestraszny przeciez!

malina otwiera swoja walizke. a mi otwieraja sie oczy, bo w walizce jest jakas platanina ciuchow jakby ktos ewakuowal sie przed bombardowaniem albo jakim innym potopem. a rzecz jest o samych nowych (nie tanich) ciuchach! malina nurkuje w tym klebowisku bluzek, sukienek i spodni i NIE znajduje kurtki. a mi nagle peka zylka i jak jakas pantera rzucam sie na jej walizke:

 - jak ty masz w tym chaosie cos znalezc???! to sa same nowe rzeczy! a wygladaja jaby je ktos wrzucil do walizki zeby wyniesc na smieci!

jakas energia we mnie wstapila i w furii zaczelam wyrzucac do pod sufit wszystko co mi wpadlo w rece. cala zawartosc walizki.

 - ha! moze znajdziemy jednak w tych smieciach twoja kurtke???! - wolam.

sama siebie zaskoczylam, ale to nic w porownamiu z malina, ktora byla w takim szoku, ze nie wiedziala czy plakac, czy krzyczec czy co. zatkalo ja.

przeprosilam ja potem a ona mnie tez i spedzilysmy cudowne 10 dni w hamburgu, ale wrazenie pozostalo, bo oto dokladnie rok pozniej, wczoraj, w malinowym pokoju stoi spakowana walizka a w niej rzeczy poskladane w kosteczke jak w szafce u zolnierza.

 - nawet parasolke zapakowalam! - triumfuje malina.

i mysle sobie, ze z jednej strony strasznie mi bylo wstyd, ze tak glupio sie wtedy wkurzylam a z drugiej strony, moze dzieci potrzebuja czasem takiego wybuchu? takiej nauczki?

 

malina w czwartek grala w big bandzie - cudownym piknikiem zakonczyl sie kolejny rok szkolny.

w piatek malina przyniosla swiadectwo. swietne swiadectwo, choc nie tak perfekcyjne jak kiedys. niestety w gimnazjum w niemczech trudno jest o swiadectwo jedynkowe. malina jest 4-ta w klasie. najlepsza z matematyki, fizyki i francuskiego. ta 4 pozycja ja zmartwila, bo zawsze byla druga, ale ja zaraz pocieszylismy: wszystko co dotyczy szkoly malina zawdziecza tylko sobie. przeszla do 9 klasy (gimnazjalna 5 klasa) a ja nadal nie wiem jak sie nazywaja poszczegolni nauczyciele, na jakim etapie jest z laciny a na jakim z biologii czy angielskiego. z francuskiego (matyldo:-) jest najlepsza w klasie i u surowego nauczyciela jako jedyna ma 1! francuski egzamin "delf" zdala jako druga w calej szkole (kolega, ktory jest pierwszy ma francuskiego ojca) - to taki egzamin, ktory sprawdza instytut francuski w paryzu.

wprawdzie jak zwykle pan dyrektor wyslal do rodzicow list, zeby isc z dzieckiem na lody i nie nagradzac za swiadectwo niczym materialnym ( i nie karac tez!, tylko przyjsc do nauczyciela!), to kupilam malinie trzy wakacyjne ksiazki i sliczne turkusowe kolczyki.

nie wiem czy juz tu gdzies o tym pisalam, ale jesli nie to napisze teraz: malina jest fajna.

 

 



poniedziałek, 24 lipca 2017
urodziny.
dzis mielismy miec konferencje video z mlodym rezyserem na temat piwnego projektu. dobrze, ze w piatek powiadomilam klienta, ze rezyser moze miec problemy z terminem filmowania, bo niestety zona rezysera ma zagrozona ciaze. moja branza jest wstretna, bezduszna, chodzi tylko o forse - wszystkim i zawsze. zdziwilam sie niepomiernie, ale klient (mezczyzna!) powiedzial, ze nie chca inneg rezysera tyko wlasnie tego ( a to nie jest zadna gwiazda, tylko mlody, mily czlowiek) i tak dostosuja termin zdjec, ze i zona urodzi (bedziemy trzymac kciuki - zapewnil) i film o piwie nakrecimy! zona tak sie wzruszyla moze, ze dzis rano poczula sie dziwnie i pojechali do kliniki. termin dopiero za miesiac, ale na wszelki wypadek tak. rezyser zapewnil, ze popoludniu beda znow w domu i spokojnie przeprowadzi konferencje. pojechali tylko sprawdzic co i jak, bo ciaza zagrozona. dwie godziny przed konferencja dzwoni: - nie wiem czy bede mogl telefonowac. wlasnie zostalem ojcem, mam ochote tylko krzyczec jaki jestem szczesliwy na nic iwecej mnie nie stac. zona urodzila znienacka. w szpitalu chwycily ja skurcze, wszyscy sie martwili a po dwoch godzinach (te co rodzily, to wiedza, ze dwie godziny to sie spaceruje a nie rodzi) urodzil sie sliczny chlopczyk, zdrowiutki jak rybka jako i mama zdrowiutka. wszyscy zaskoczeni. i tak oto w 21 wieku natura przerasta ludzi, tak pieknie i pozytywnie. wzruszylam sie jak nie wiem. malina po raz tysieczny musiala wysluchac opowiesci o tym jak sie urodzila. maz tez dorzucil pare od lat znanych szczegolow i zrobilo sie bardzo wesolo. klient sie ucieszyl, wysyla jakis prezent i czeka kiedy mlody tatus bedzie mogl rozmawiac i piwie. sa jeszcze fajni ludzie na swiecie? sa. nawet w mojej branzy.
piątek, 14 lipca 2017
sie kreci. do zawrotu glowy.

 

zyjemy w 21 wieku. myslalam, ze to bedzie wiek rownouprawnienia. czlowiek madry, silny, kreatywny bedzie mial w zyciu szanse na realizacje planow i marzen bez wzgledu na plec i kolor skory. tak jednak nie bedzie. i to nie dzieje sie samo. to jestesmy my - ludzie, my krecimy tym swiatem.

czwartek, 13 lipca 2017
wieczor na wodzie.

 

przeprowadzilam sie z kraju do innego kraju, urodzilam dziecko, nauczylam sie obcego jezyka jako dorosly czlowiek a takiej glupiej lodce nie dam rady? zeglowalam dzis na zajeciach 3 godziny o zachodzie slonca rownolegle z mezem. wolalismy do siebie "ahoj" i zawracalismy symetrycznie. nadal wiele rzeczy dzieje sie przypadkiem, nie zawsze plyne tam gdzie chce, tylko tam gdzie mi sie udaje plynac, ale malina wytlumaczyla mi, ze to normalne na poczatku.

 

 

 

 

ogrodowe zoo

 

przedwczoraj powalczylam z patyna na teakowych meblach w ogrodzie. zlapal mnie deszcz, rzucilam wszystko jak stalam a potem nie mialam czasu posprzatac. wczoraj nie bylo mnie w domu od 4 skoro swit do polnocy. a dzis rano patrze przez oknow odslaniajac zaslony: o! jez! kolo tarasu! lapie aparat i w pizamie lece na dol. ze jeze u nas laza calymi rodzinami to normalne, ale glownie w nocy i po krzakach. a tu w sloncu, w trwie...niezla gratka dla mlodego fotografa (hahaha) - no lece! i znajduje ryzowe szczotke, ktora tak sobie lezy tu od przedwczoraj.

 

poniedziałek, 10 lipca 2017
malinowa koncowka roku szkolnego.

 

na urodziny dostalam aparat fotograficzny i teraz sie stresuje zamiast pstrykac zdjecia komoreczka. krece roznymi zakretkami, objektyw plynnie wydluza sie i skraca a ja nie widze zadnej roznicy. a tak mi sie dobrze zylo. teraz fotografuje kwiatek, cale tlo wychodzi ostro, kwiatek rozmazany jak u moneta, chce oddac groze burzy, drzewa uginaja sie do ziemii, na zdjeciu stoja sobie jak zwykle i nic sobie z wiatru nie robia. mysle, ze do fotografowania trzeba jednak miec talent. malina moja komorka fotografuje to samo co ja i to jest piekne a moje takie sobie byle jakie.

w weekend malina i tatus po raz pierwszy wspolnie wzieli udzial w regacie na duzej zaglowie. malina najpierw odnosila sie do spprawy z lekkim poblazaniem, bo ona raczej woli sportowe lodki, ale po calym dniu na h boot z malowniczym spinakerem z przodu jak balonem wrocila przejeta i zachwycona i z naciagnietym sciegnem nadgarstka. mam nadzieje, ze bol sam przyszed i sam odejdzie, na wszelki wypadek zawinelam zeglarce nadgarstek bandazem.

jeszcze trzy tygodnie szkoly, ake to chyba najfajniejszy czas w roku. wyjscia na lody, do teatru, koncert letni, projekty sztuki, muzyczne, goscie z zaprzyjaznionej szkoly, od jutra nie ma juz ocen. malina bedzie miala swietne swiadectwo, mimo, ze w tym roku naprawde sobie pofolgowala. ciagle jest zakochana, ciagle ma jakis trening zeglarski, taniec, pianino, ciagle czyta jakies glupie gazetki "mädchen", w ktorych reklama lalek barbi sasiaduje z poradami typu: "masz 14 lat. jesli masz problemy z okresem a uprawialas seks z kolega to powiedz o tym rodzicom". co i raz mysle, ze opinie o malinowej szkole, ze trudna, ze renomowana sa czysta przesada, ale jednak co semestr odpadaja dzieci i malinowa klasa liczy w przyszlym roku 15 osob. najbardzije fascynuje mnie fakt, ze malina jest w klasie najlepsza z matematyki i fizyki, jako jedyna przynosi do domu jedyneczki. moze zajmie sie w zyciu czyms powaznym? pozytecznym? a nie takimi glupotami jak ja.

 

a tu prosze udalo mi sie sfotografowac makoweczki w moim ogrodzie:

 



poniedziałek, 03 lipca 2017
weekend na wodzie.

 

uczymy sie zeglowac. maz wskakuje na lodke, lapie wiatr w zagiel i fruuuu! a ja sie placze z kolorowymi linkami, walcze ze sterem przy manewrach a juz celowe przewracanie lodki jest jak zly sen i nie moge sie przemoc. wczoraj przesiadajac sie z zaglowki na motorowke zawislam miedzy nimi jak most i nie wiedzialam czy puscic nogi czy rece. malina dolaczyla do nas pod koniec treningu i miala dla mnie potem tysiac dobrych rad, ale jakos nie moge sobie z nimi poradzic. mysle, ze to jest sport, do ktorego trzeba miec intuicje, czuc wiatr a ja jakas nieczula jestem czy co. nie poddaje sie jednak latwo. bede cwiczyla do skutku. mimo pianki (tak, tak wcisnelam sie w malinowa pianke i wygladalam jak czarno fioletowy salceson) zmarzlam jak sopelek (wczoraj lalo jak z cebra) - po powrocie do domu, goracym prysznicu, goracej herbacie, polozylam sie na chwile z ciepym termoforem i... obudzilam sie dzis rano. nie wiem czy uda mi sie zostac zeglarzem, ale malina i maz maja wyraznie talent, wiec zadowole sie chocby rola majtka lub kucharza.

 

czwartek, 29 czerwca 2017
nigdy nie zajmuje sie...

memami i takimi filmikami, ale tym razem musze zrobic wyjatek:

https://www.youtube.com/watch?v=K95XgPpZkxs

 

w naszych rekach, w rekach rodzicow jest sila, ktorej nie ma nikt poza nami.

 

 

wtorek, 13 czerwca 2017
malina jest zeglarzem.

malina ma ferie i juz od ponad tygodnia zegluje. codziennie od 8:30 do 17:00 na wodzie, pod woda, nad woda. raz maja wiatr raz nie. nasze kezioro to jednak nie jest garda, gdzie zawsze wieje swietny wiatr. wczoraj slonce, slonce i nagle zrobilo sie ciemno. mysle sobie, ze zaraz - zupelnie nieplanowany! - spadnie deszcz, wiec wyszlam do ogrodu sciac kilka rozwinietych roz, ktore po deszczu i tak straculyby platki a tak to postoja tu sobie kolo mnie. wychodze za rog, najpierw omiata mnie lekki wietrzyk a za chwile gwatowna fala wiatru popycha mnie na sciane, zrzuca donice z muru a drzewa targa jakby chciala je wyrwac z korzeniami. jak dwa lata temu. w panice ucieklam do domu rzucajac sekator w poplochu. ledwie zamknelam za soba drzwi lunal wsciekly deszcz, szara sciana wody. a po 10 miutach jakby nigdy nic zawswiecilo slonce. uffff, mam nadzieje - pomyslalam - ze malina byla na ladzie. trenerzy maja tam rozne takie apps wind finder czy inne i wiedza, jak ma nadejsc takie mini tornado.

apps swoje a natura swoje. wichura zaskoczyla zeglarzy na srodku jeziora. wiatr zwyczajnie... porwal maline z lodki do gory, najpierw rzucil nia o zagiel a potem o wode a w koncu porwal malinowa zaglowke. malina zaczela plynac (w calym ekwipunku to niestety nie plywa sie jak w kostiumie kapielowym), fale zalewaly jej twarz, zaglowka odplywala szybciej i szybciej rzucana i wiatrem i falami. na szczescie w klubie natychmiast zaalarmowani zeglarze (tu sa trzy kluby i taki alarm dostaja wszyscy) wskoczyli do motorowek i ruszyli na pomoc, nie tylko malinie, ale i pozostalym 6 mlodym zeglarzom - podobno wszystkie lasery lezaly w wodzie, niektore jak malinowy masztem w dol - dogonili malinowa zaglowke, wylowili bardzo zmeczona maline i... zanim cala akcja dobiegla konca, wyszlo slonce. na brzegu witaly ich podniecone dzieciaki z optymistek, przejete i uszczesliwione, ze wszystko dobrze sie skonczylo.

myslalam, ze malina bedzie przestraszona, ale ona wrocila do domu naladowana adrenalina po dziurki w uszach i przy kolacji opowiadala wszystko od poczatku chyba z trzy razy. wieczor spedzila w spontanicznie zorganizowanej grupie whatsapp dyskutujac ze ludzmi ze swojej grupy i trenerem i tak cal wspolnie porzezywali to wszystko jeszcze raz.

dzis rano malina dumnie pokazala swoje siniaki - prawdziwie lylowe nogi! - i pojechala zeglowac. i tak do piatku.

 

czwartek, 01 czerwca 2017
30 lat

 

tyle lat testowania roznych fryzur
tyle kilometrow przejoggingowanych
nowe jezyki nauczone
dziecko poczete i narodzone
przeprowadzek 7 albo i osiem
studia polsko angielskie
maz znaleziony i poslubiony
nowe umiejestnosci sportowe zdobyte
tyle upadkow i powstan
skrzetne kolekcjonowanie doswiadczen
zmudna eliminacja zlych emocji
joga, miesni rozluznianie, tance i swawole
diety bezmiesne, bezglutenowe, bezsmakowe
glodowek kilka

tyle trudu
przez 30 lat
a wszystko po to
zeby uslyszec
od 20 roznych kolezanek
ze sie
czlowiek zupelnie nie zmienil!

no to po co to wszystko, co?

 

piątek, 05 maja 2017
ida na wojne:-)

 

strasznie duzo wron i srok w tym roku jak i rok temu. nie dosc, ze skrzecza obrzydliwie to poluja na wiewiorki i male ptaszki. w interncie mozna znalezc kilka sposobow na te ptaszyska. sposoby mniej lub bardziej barbarzynskie. jedna metoda spodobala mi sie szczegolnie: wlaczyc glos sokola albo orla, podobno wrony i sroki bardzo sie ich boja takze myszolowow i uciekaja, nie zaloza tez gniazda w okolicy, w ktorej slychac te odglosy. nie moge sie doczekac zeby te metode wyprobowac, ale na razie leje jak z cebra.

 

czwartek, 27 kwietnia 2017
rocznica.

 

tydzien temu dotarla do mnie chyba przez pomylke wiadomosc-zaproszenie na 30 rocznice matury. klasowe spotkanie. od razu napisalam, ze nie mam czasu i termin mi niestety nie pasuje. z nikim - poza jedna kolezanka - z liceum nie mam kontaktu, przyjaznie na cale zycie pozostaly mi raczej ze studiow. no i nie oszukujmy sie, ja zdawalam mature niedawno a nie jakies 30 lat temu, tak?

przez ten tydzien wywiazala sie miedzy dziewczynami taka fajna korespondencja, wrocily nastroje, zarty rozumiane tylko wsrod nas, klimat - zupelnie niesamowite. tyle cudownych, inteligentnych, dowcipnych dziewczyn w jednym miescu, no mimo pomylki w dacie nie moge tam nie byc. niektore kolezanki popodgladalam na facebooku, to nie moze byc moj rocznik wprawdzie, ale co tam! wlasnie zarezerwowalam bilecik. a od jutra sie odchudzam.

 

 

 

 

środa, 26 kwietnia 2017
cuda wianki.

 

jesteem pod wrazeniem. od dwoch tygoni chodze na masaze z powodu moich bolacych plecow. bardzo to przyjemne ale nic nie pomaga.

dzis zaczelam serie - 6 posiedzen - spotkan, ktorych progresywnie (no naprawde tak to sie nazywa) ucze sie rozluzniac. cale zycie wszyscy ortopedzi i masazysci mowili mi, ze mam mieciutkie miesnie i jestem taka "luzna" i ze to dobrze, ze zdrowo. moja ostatnia wizyta u ortopedy byla inna: pani ma sobie zelazny pancerz jak jakis rycerz! - oznajmila pani, po czym dodala, ze to moze byc uwarunkowane nie tylko fizycznie, ale moze psychicznie. doradzila mi ten kurs.

no wiec poszlam i powiem szczerze, ze z poczatku bylam troche rozczarowana. siedzimy sobie 4 panie i prowadzi to bardzo przystojny pan w moim, a wiec statecznym wieku. miejsce 10 minut drogi ode mnie w przepieknym budynku nad jeziorem. bez zasiegu a i tak moja komorka zadzwonila? czary? znak? wylaczylam cholere i na 1,5 godziny skupilam sie na moich miesniach. pan najpierw wytlumaczyl nam co i jak. pomyslalam, ze wprawdzie to jest tylko wyciagnie forsy, ale fajnie tu tak siedziec i pan jest przystojny, wiec co mam marudzic. po krotkim wstepie, pan kazal nam zamknac oczy i - nigdy przedtem tego nie doznalam - i wprowadzil nas w lekki stan hipnozy. bylo i cieplo, nie przelykalam sliny, bylam tam i nie bylo mnie a jedyne co robilam to spinalam i rozluznialam poszczegolne miesnie. jak cwiczenie sie skonczylo pan pochwalil mnie, ze bylam najlepiej w grupie skupiona i czy kiedys medytowalam. nie. nigdy. pomyslalam, ze to na moje bole nic nie pomoze, ale wracalam do domu nad jeziorm i myslalam po raz pierwszy od dawna jakie piekne jest moje zycie. zrobilysmy sobie z malina pyszna kolacje (maz w podrozy do jutra), pogadalysmy troche na powaznie, troche na wesolo. ide zaraz do wanny. najdziwniejsze w tej historii jest to, ze w ogole ine boli mnie ani kark ani plecy. cuda wianki.

 

piątek, 21 kwietnia 2017
malina odmlodzona.

 

dzis malina byla u fryzjera w polsce. ostatnim razem pani tak jej ladnie podciela wlosy, ze poszla i tym razem. niestety dzis pani "polecialy" nozyczki, malinowe genialnie 60cm dlugie wlosy skrocila nie tylko o 5 cm zeby byly zdrowe, ale wycieniowala i skrocila o dobre 20 cm.

malina przyslala zdjecie, troche mi sie sie mutno zrobilo, szkoda tych cudnych wlosow i cieniowane bez sensu i do szkoly i do zeglowania, ale chcialam maline pocieszyc, ze ladnie i ze w koncu spelnila marzenie o cieniowanych wlosach. 

 - plakalas? - pisze.

 - prawie...

 - wlosy ci szybko odrosna i wygladasz slicznie.

 ...

 - wlasnie pokazalam zdjecie tatusiowi, jemu tez sie bardzo podoba!

...

...

- wygladam jakbym miala 12 lat:(

 

 

popoludniowa przyjemnosc w home office.

 

w koncu przestal padac snieg i przed chwila wyszlo slonce i wsyzstko ztopilo. szybko nazrywalam sobie kwiatkow w ogrodzie, ktorym nocny mroz i kilkudniowa sniegowa kolderka nic nie zaszkodzily: szafirki, stokrotki, czeremcha i takie blado-lylowe cos. o rety jak pachnie!!!

 

"przykład nie jest główną metodą wpływania na innych. jest jedyną." albert schweitzer.

 

corki alkoholikow zenia sie z alkoholikami, podobno corki damskich bokserow tez. nie wierze, ze tak jest zawsze, ale pewie czesto rzeczywiscie tak jest.

tak sie nad tym zastanawialam obserwujac jak malina zapatrzyla sie w najfajniejszego chlopaka na zaglach. takiego fajnego, ze az pozalowalam, ze sa tacy mlodzi:-) w malinowej szkole zebralo sie troche miedzynarodowej arystokracji, nawet jeden ksiaze ma na imie kazimierz a inny baron ma tyle nazwisk i roznych "von", ze jak przysylaja kartke na boze narodzenie to nazwisko zajmuje tyle miejsca co same zyczenia! czasem zartuje sobie, zeby malina znalazla jakiegos porzadnego arystokrate, to bedziemy ja odwiedzac w palacu. moj maz nie lubi takich zartow i zwykle na powaznie komentuje w stylu: "nie porzadnego arystokrate, ale porzadnego czlowieka". latwo sie mowi, ale jak wplynac na nastolatke a nie podejmowac za nia decyzji? mysle, ze jedyne co nam, rodzicom pozostaje to dawac dobry przyklad i ufac. ufac, ze dziewczyna wychowana na silnego czlowieka bedzie wiedziala, ze facet, ktory krzyczy, zniewaza albo bije pod wplywem alkoholu to jest TEN SAM facet, ktory potem sie lasi, przeprasza i kupuje czekoladki i ze od takiego faceta trzeba uciekac. ufac, ze ktos taki bedzie odstreczal zamiast imponowac, ze znaki o agresji beda odbierane wlasciwie bez falszywej interpretacji i ze ktos taki nie moze sie podobac.

do tego wpisu sprowokowaly mnie komentarze, ktore widzialam pod artykulem o polityku, ktory kilka lat znecal sie psychicznie i fizycznie nad zona. wiele komentarzy jednoznacznei potepia postepowanie meza, ale sa tez takie: "wszyscy sie przeciez kloca od czasu do czasu" albo "moze ona byla rzeczywiscie leniwa?".

malina ma 14 lat i jedyna meska "agresja" ktora zna, to tatusiowe zniecierpliwienie kiedy na przyklad cos tam liczymy i malina dodajac 23 do 50 szybko sumuje: 85. wtedy tatus robi zdziwiona mine: " ma-li-na!" i malina szybko liczy od nowa. mysle, ze wlasnie dlatego chlopaki w typie "taki troche czarujacy skurwiel" w ogole jej nie ineresuja i mam nadzieje, ze tak zostanie. tak nam dopomoz bog. amen.

 

 

 

wtorek, 18 kwietnia 2017
malinowa wielkanoc 2017

 

przed swietami spedzilysmy tydzien nad jeziorem garda. malina kilka razy dziennie ladowala w lodowatej po zimie wodzie, ale sucha pianka to nie dla niej. bawila sie wspaniale, codzienniie od 8:30 do 17 na wodzie. a ja zachwycalam sie miejscem, wiatrem, niebem. wieczorami chodzilysmy na swietna pizze i lody. na 7 dni zapomnialam o diecie bezglutenowej. niezmiennie wzruszaja mnie ci ludzie, juz nie dzieci a jeszcze nie dorosli, ktorzy co rano wciskaja sie w pianki, przygotowuja lodki (linki, rolki, szekle, zagle), spychaja je do wody (lo-do-wa-tej wody!) zanurzeni po pas, pomagaja sobie bez slow jak zgrana grupa tancerzy: ktos przytrzymuje lodke, ktos co podwiazuje, ktos wyprowadza wozek, ktos robi miejsce, ktos pomaga przy sterze, ktory o cos wlasnie zawadzil. po czym wyplywaja i przez caly dzien mocuja sie z woda i wiatrem. przed kolacja biegna jeszcze runde dookola starowki i z mokrymi spod prysznica wlosami przegladaja film z calego dnia a trener objasnia bledy, tlumaczy co mozna bylo zrobic lepiej. ten tydzien naladowal mnie dobra energia i chyba troche "ukradlam" tej energii malinie i jej kompanom. malinie skradl serce pewien kolega i to tez jakos mnie pozytywnie nastawilo do swiata, bo co malina sie zapatrzy w jakiego chlopaka, to jest to modelowy egzeplarz. ten tu taki wesoly, dowcipny, szczery, otwarty, pomocny z jakim takim czarem jaki mnie kiedys ujal u meza. swietny zeglarz, trener zwracal sie do niego per "mistrzu", z bardzo mila mama, z ktora ma widoczny serdeczny kontakt, na koniec pomagal nam zaladowac nasza lodke na przyczepe (meza nie bylo. jak mu sciskalam dlon w podziece a on grzecznie sie usmiechal, ale oczyma szukal za moimi plecami maliny, to normalnie sama sie zakochalam. nic mnie tak nie ujmuje jak zachwyt malina:-)

ten tydzien zaowocowal nowymi znajomosciami - glownie z ludzmi z naszego klubu, nie wiedzialam, ze sa tacy mili.

niemal prosto znad jeziora znalezlismy sie w warszawie, juz w trojke i 4 dni odzywialismy sie wszelkim wielkanocnym dobrem. malina jak zawsze mieszkala u babci i zostanie tam do konca ferii, my mieszkalismy w hotelu i juz jestesmy w domu. a w domu pada snieg i kwitnie bez i wiosna. dzis bylam u pani ortopedy. czekalam na te wizyte kilka tygodni. myslalam, ze mam jakies zwyrodnienia albo cos gorszego, ale pani powiedziala tylko, ze jestem strasznie spieta i ze te bole i zawroty glowy to raczej z duszy niz z ciala. siedza we mnie strachy z ostatnich dwoch lat chyba. bede sie wiec teraz rozluzniala wspomagana masazami i potanowilam regularnie spacerowac. a lada moment lato, wiec bede znow machala wioselkiem. 

czwartek, 06 kwietnia 2017
jaka jest prawda.

 

malina ma taka kolezanke w szkole, ktora podziwia, bo kolezanka jest szkolna gwiazda akrobatyki. na wszystkich szkolnych pokazach wisi gdzies pod sufitem na elastycznym szalu i wywija koziolki, ze dech zapiera a ja zawsze podziwiam jej mame, ze moze to spokojnie ogladac, ja nie moge.

wczoraj malinowa kolezanka pewnie zaspala, moze za dlugo jadla sniadanie? moze zagadala sie z mama a moze zapomniala jakiegos zeszytu i jeszcze zawrocila do domu? nie wiem. w kazdym razie spoznila sie na autobus do szkoly. autobus zamykal juz drzwi, zebrala wszystkie sily i popedzila prosto pod samochod ciezarowy, betoniarke. jak ja dobrze znam ten zakret. ograniczenie predkosci do 30 km na godzine, bo szkolny autobus, bo przejazd przez tory s bahnu, ale kto tam rzeczywiscie jezdzi 30? sama jezdze najczesciej szybciej. kierowca betoniarki jechal 30 i to uratowalo kolezance zycie, ale nie uratowalo nogi, na ktora wjechalo kolo. wcale nie plakala, byla w szoku i bala sie patrzec na noge. z autobusu wybiegly kolezanki. pytala je tylko:

 - wszystko ok? wszystko dobrze?

a one staly bez slowa, bo jeszcze nigdy nie widzialy ludzkich kosci.

czytam dzis notatke o tym wypadku w gazecie internetowej a pod nia... komentarze, ze gowniara, ze nikt jej nie nauczyl patrzec w lewo i w prawo, ze ma nauczke. czytam to i mysle, ze internet wyzwolil w ludziach najgorsze instynkty. czy taka jest prawda o nas - ludziach?

 

 

 

wtorek, 04 kwietnia 2017
2 stopnie i wiatr...

 

3.4 - 23 lata temu.

 

 

wczoraj zrobilismy fajna kolacje i na deser ogladalismy zdjecia.

malina zna tylko jedno zdjecie, ktore stoi na regale z ksiazkami. byla zachwycona.

 

 

 

piątek, 31 marca 2017
malina mlodziezowa.

 

z lylowo-malinowego pokoiku, zrobil sie stylowy czarno-bialy, mlodziezowy pokoj. malina szaleje ze szczescia. musze jednak przyznac - choc sama uznaje glownie biale meble - ze pieknie wyszlo. jeszcze nie wszytko skonczone. drzwi do szafy stoja wciaz obok szafy a lozko nieposlane, bo sie najpierw wietrzy, ale juz widac, ze jest fajnie. malina wieksza, meble wieksze i juz nie bedzie mogla jezdzic po pokoju na hulajnodze, ale cos za cos, prawda?

 

wtorek, 28 marca 2017
wiosna.

 

jak co roku na wiosne moje kontakty socjalno-sasiedzkie osiagnely wyrazny szczyt na wykresie intensywnosci w skali roku: od piatku do niedzieli strzyglam nasz plot. kto przechodzil, ten mial cos do powiedzenia, jakies pytanie, jakas dobra rade:

 - aaaa!!! wiosenne porzadki!

 - taki bukowy zywoplot to jest praktyczny, zeby nie wiem jak sie rozrosl mozna sciac radykalnie jak sie chce i wszystko odrosnie.

 - czemu wy nie zamienicie tych bukow na tuje albo eibe? wtedy mniej pracy, bo powoli rosnie...

 - bukowe ploty to sa jednak najladniejsze! jak u nas tez. buk moze osiagnac wiek 300 lat!

 - nie moza tak radykalnie scinac, bo bedziecie miec lyso cale lato. nie odrosnie do nastepnego roku!

 - o! jak to kobieta sama potrafi!

 - no nareszcie, bo juz tu nie moznabylo przejechac tak sie ten wasz plot rozrosl!

 - szkoda troche tak scinac wszystko, bylo u was jak w lesie...

 - ile to pracy, co? postawilby czlowiek murek i bylby spokoj.

 - ...

 - ...

 

w tym roku postanowilam zrobic w ogrodzie tylko to co konieczne. nie mam weny, mam ochote siedziec na lawce i czytac ksiazke.

 

 

 

piątek, 24 marca 2017
idzie nowe.

 

mieszkaja dwie ulice dalej. duzy dom, piekny ogrod, dzieci w dobrych szkolach - wszystko takie dopiete na ostatni guziczek. nie jak u nas: niedokonczone schody czy mech w trawniku. w naszej wiosce mieszkaja tez ich rodzice. no wszystko takie ustabilizowane, ulozone i bardzo fajne. syn, rok starszy od maliny, zdobywa miedzynarodowe nagrody zeglarskie, ma waznych sponsorow, interesuje go glownie woda i zagiel, ale jakos daje sobie rade w szkole.

i nagle ni z gruszki ni z pietruszki napisali wlasnie mail, ze lada moment... sie przeprowadzaja nad morze, na drugi koniec kraju. syn idzie do szkoly sportowej, corka do nowej szkoly, tata znalazl nowa super prace a mama nadal bedzie zajmowala sie domem i ogrodem.

i tak mnie to jakos... podbudowalo, zmotywowalo i wprawilo w swietny humor. przeslalam ten mail mezowi. zaraz potem slysze jak biegnie po schodach:

 - baaaaaahhhhh! echt cool!!!! - wola rozesmiany maz.

tak. tyle razy stawialismy wszystko na glowie. taka mysl: przewrocic wszystko do gory nogami jest dla nas jak swiezy wiatr.

na razie tylko male zmiany. jutro malujemy malinowy pokoj. w poniedzialek przyjedza nowe lozko (czarne!) a za tydzien nowa wielka szafa (czarna!). koniec z lylowymi scianami, blekintnym dywanem, bialymi mebelkami i wiejska szafa. nowa era.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum