wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 13 listopada 2018
malinowa jesien.

ferie jesienne spedzilismy na jeziorem garda. malina wygrwala regaty z doswiadczonymi zeglazami i mimo katastrofy meteorologicznej, ktory ogarnela polnocne wlochy, zeglowala codziennie. w nocy lornetka obserwowalismy jezioro i porty. lodki przelatywaly nad innymi lodkami jakby byly z papieru, wszystko zalewaly potoki wody i wlasciwie juz pogodzilismy sie, ze bedzie trzeba malinowago lasera reperowac. wprawdzie koszty pokrywa ubezpieczenie, ale jednak poreperowana lodka to straszny zal. dziwnym trafem nasz port zostal przez wichure jakos ominiety, zlamaly sie dwa maszty, komus odlecial persening, ale ogolnie obylo sie bez wiekszych strat w sprzecie. to pewnie oslaniajaca skala pod ktora mieszkalismy, z drugiej jednak strony drugiego dnia strugi deszczu porwaly drzewa ze szczytu tej skaly a wraz z drzewami osunal sie olbrzymi kawal skalnej sciany na pobliski parking. wygladalo to okropnie i przez chwile zastanawialismy sie czy nie wracac wczesniej do domu. zostalismy, bo nastepnego dnia wyszlo slonce i kolejne 4 dni byly przepiekne. bylismy pod wrazeniem wloskich strazakow i wojskowych, ktorzy w tak zawrotnym tempie usuneli skutki katastrofy, ze po calym dniu sprzatania mogloby sie wydawac, ze nic sie nie stalo, gdyby nie zoltawa od mulu, metna woda jeziora garda, ktore slynie ze swojej krystalicznej przejrzystosci.

 

po trzech miesiacach trudnosci na linii malina-rodzice wszystko nagle wrocilo do normy. jakby nigdy nic. jakos tak z koncem wakacji malina weszla w faze znana nam z opowiesci znajomych jako "pubertät" czyli natoletni czas buntu. troche bylismy rozczarowani, bo 15 lat udalo nam sie jakos zyc wbrew wszelkim regulom, skokom rozwojowym itp. a tu nagle taka czarna chmura. jak sie znienacka pojawila tak i znikla i nikt nie wie dlaczego. 

 

malina zmobilizowana zeglarskimi sukcesami postanowila intensywnie wziac sie za swoja kondycje i miesnie, bo ma ochote przesiasc sie na wieksza dwuosobowa lodke (29er) i musi miec miesnie ze stali. cwiczy z muzyka. hantle leza kolo lozka gotowe do wspolpracy w kazdej wolnej chwili. niestety nie zawsze jest fajnie z takim sportowym dzieckiem. malinowe cwiczenia w trakcie mycia zebow zakonczyly sie krotkim spieciem miedzy hantlem a umywalka i umywalka oczywiscie przegrala. z lekka sie wkurzylismy, ale huk byl taki, ze biegnac do lazienki myslelismy, ze umywalka (wielka i ciezka) spadla malinie na nogi! jak zobaczylismy, ze to dziura (tylko) to jakos wrecz kamienie spadly nam z serc. jakas godzine pozniej przyszla jednak fala wscieklosci, bo zaczelismy szukac umywalki w internecie. okazalo sie, ze jest strasznie droga i w ogole to juz tylko jedna jedyna i mozemy ja sprowadzic z danii pod warunkiem, ze podoba nam sie w kolorze kremowym. nie. nie podoba sie. musi byc biala! normalnie jak mi sie cale lata specjalnie nie podobala, bo jest troche staromodna, tak teraz... jest jedyna umywalka na calym swiecie, ktora mi sie podoba. i masz babo placek!

ze zmartwienia malina rzucila sie w wir nauki i w ciagu jednego tygodnia zaliczyla same jedynki czy to z fizyki czy z niemieckiego (nota bene napisala piekna orace o mediach spolecznosciowych w ktorej udowodniala, ze media spolecznosciowe to samo zlo i nastolatkom powinno sie zabronic uzywania instagramu. hahahaha...) i na koniec brawurowo zdala egzamin, ktory w pierwszym podejsciu zawalila i od 6 stycznia bedzie dumna wlascicielka swojego pierwszego prawa jazdy... na motorowke!

i to by bylo na tyle. co tydzien jestem w innym miescie i powoli nie mam sily na nic. nie moge sie doczekac swiat. jak nigdy ciesze sie na wszystkie bozonarodzeniowe imprezy. czekam tez na porzadna, zimna jesien, bo kupilam sobie geniana kiecke w zarze. z welny, od szyi do ziemii, czarna w kanarkowe supelki i do tego zajebiscie kanarkowy szal. no ale najpierw musi byc zimno a tymczasem w ogrodzie po raz trzeci zakwitly roze i tym faktem zdezorientowany lubin tez zakwitl. i jak tu myslec o nartach?

 

pozdrawiam serdecznie jesli ktos tu jeszcze zaglada:-)

 

 

 

 

 

poniedziałek, 08 października 2018
malinowy egzamin na trenera.

w kilkumiesiecznej drodze do licencji na trenera zeglarskiego malina musiala pokonac pierwszy schodek w niedziele skoro swit: praktyczny egzamin kierowania motorowka. parkowanie, zawracanie, ratowanie. brawurowo i bez problemu zaliczone! popoludniu egzamin z teorii. malina kilka tygodni cwiczyla nawigcje na specjalnych mapach, liczyla wezly, studiowala znaki i pierwszenstwo w czasie mijania czy wyprzedzania. teoria nie stresowala jej tak bardzo jak praktyka. nas tez nie. malina orzyzwyczaila nas do tego, ze jak cos dwa razy przeczyta, to ma super oceny. a tym razem nie chodzilo o ocene tylko tez troche o honor, bo sposrod 56 uczestnikow egzaminu, malina byla najmlodsza. wieczorem wyniki byly do sprawdzenia online. o 22:00, ale otworzylismy strone o 20:00. malina szuka swojego numeru. szuka, szuka, blednie, mamrocze: "oooo, oooo" i wybucha placzem. nie zdala. no nie zdala. pierwszy raz w zyciu czegos nie zdala. o kurcze.  matko, jak ona plakala. i tatus ja utulal i ja. przez glowe przelecialy mi moje rozne porazki, niezdane egzaminy, rozczarowania. boze, co sie czlowiek w zyciu nameczy... to jego!

mimo poznej pory wyciagnelismy kurtki poszlismy na spacer. taki wspolny smutek to bardzo jednoczy. prawie w ogole nie gadalismy, bo co tu gadac? dzis juz humor lepszy. z roznych stron przyszly sms-y i whatsappy z pocieszeniami i w ogole zrobilo sie jakos... milo? dziwne. komisja egzaminacyjna oferuje telefoniczne omowienie bledow. malina zadzwonila tam dzis rano i umowila sie na rozmowe o 19 wieczorem. pan komisji zadzwonil puktualnie. pytanie po pytaniu, mapa po mapie. malinie zabraklo do zdania egzaminu jednego punktu. zle zakreslila odpowiedz na pytanie, na ktore nawet ja znalam odpowiedz, trywialne! troche sie na siebie zeloscila, ale pan powiedzial, ze to przeciez tylko dowod, ze byla dobrze przygotowana. 11.11 moze przystapic do egzaminu poprawkowego.

na kolacje ugotowalysmy sobie pomidorowa zupe. na prawdziwym rosole z wiejskiej kurki. pyszna. do malinowego talerza wkroilam posiekany nalesnik. sobie dodalam tylko smietany. znacie takie kluski z nalesnika? ja w polsce nigdy nie jadlam, tutaj to przysmak kazdego dziecka. jeszcze raz przeczytalasmy wszystkie pocieszajace wiadomosci na malinowym whatsappie i to byl bardzo fajny wieczor. dobranoc.

 



wtorek, 18 września 2018
malinowa afera.

na starosc robie sie niecierpliwa i kilka trudnych zadan na raz plus jakis denerwujacy telefon wyprowadzaja mnie z rownowagi szybciej niz kiedys. kiedys stresujaca adrenalina dodawala mi skrzydel, teraz ma destrukcyjne dzialanie. na taki moment trafila wczoraj malina. zadzwonila i okazalo sie, ze juz drugi raz w ciagu jednego dnia stawia mnie terminowo pod sciana. spontanicznie zaserwowalam jej wyklad o prawach i obowiazkach czlowieka, ktory niedlugo bedzie obchodzil 16 urodziny. nie krzyczalam, ale moj stanowyczy ton zbil maline z tropu.

wieczorem siedzielismy na pomoscie. ja i corka - przeproszone i pogodzone. maliana, ze rzeczywiscie nie pomyslala a ja ze przesadzilam z reakcja. po zachodzie slonca robi sie chlodno, ale warto zalozyc cieply sweter zeby podziwiac ciemno pomaranczowe a potem lylowe niebo i ksiezyc odbijajace sie w wodzie.

malina opowiedziela mi, ze kolezanka u ktorej byla wczesniej telefonujac ze mna troche uslyszala z mojej litanii. kiedy skonczylysmy rozmawiac, malina w szoku: - ale afera....

kolezanka myslala, ze to zart, ale malina na to, ze juz dawno nie slyszala mnie takiej wkurzonej. tu z kolei kolezanka sie zadziwila:

 - cooo? tak dla ciebie wyglada wkurzona matka? takie mile przemowienie to ja mam co rano przy sniadaniu przed szkola. afera to jednak wyglada troche inaczej.

ja tez bardzo dobrze wiem jak wyglada afera rodzinna na lini matka-corka i wczoraj sobie pomyslalam, ze chociaz robie mnostwo bledow jak kazda matka, to jest to zupelnie inny swiat niz moje wlasne dziecinstwo.

 

 



piątek, 14 września 2018
malinowa kolezanka c.

dziewczyny poznaly sie w autobusie. od 5 lat siedza kolo siebie co rano i razem wracaja o 5 do domu. c. mieszka o wioske dalej. to jest taka luzna autobusowa znajomosc, w szkole zupelnie nie maja ze soba do czynienia. odwiedzily sie kilka razy, c. zaprosila maline dwa razy na urodziny. ostatni raz to bylo ze trzy lata temu. wtedy wlasnie poznalam mame c. urodziny byly wystawne a odbierajacy rodzice poczestowani szampanem. i tak sobie z mama c. gawedzilam glownie o szkole, ze fajnie, ze dziewczyny chetnie chodza, ze fajni nauczyciele, ze starszy brat c. dotarl juz do matury. mama c. zamyslila sie.

 - tak sie ciesze, ze zobacze go na balu maturalnym i obiecalam sobie, ze c. tez zobacze.

ale ze co? no pewnie ze zobaczy. mama c. to przeciez moj rocznik. ale mama c. nie miala juz wtedy lewej piersi. rok po naszej rozmowie, stracila druga a pol roku pozniej, po kilku trudnych i bardzo bolesnych tygodniach umarla. mija juz poltora roku od tego smutnego dnia. wszyscy okrzepli i rzucili sie w wir obowiazkow. i ja rzadko mysle o mamie c., bo malinowa znajomosc z c. zawezyla sie tylko do autobusowej wspolnoty. az tu nagle od wtorku (poczatek roku szkolnego) c. i malina jakby sie od nowa odkryly. dzis po szkole - byly tylko trzy lekcje, bo nauczyciele maja jakies szkolenie - malina pojechala prosto do c. i nie moga sie rozstac. dlatego tez mysle dzis intensywnie o jej mamie i ciagle mi wraca jej obraz, usmiech i to zdanie, ze kazala lekarzowi leczyc ja tak, zeby zobaczyla c. na balu maturalnym. i tak mi dzis wstyd za wszystkie glupoty ktorymi sie martwie i ktore mnie zloszcza. bo to jest wszystko nic.

 

 

 

 

czwartek, 13 września 2018
malinowe kroniki

do dziennikow twojego stylu nie zagladalam od wiekow. i tak dzis pomyslalam, ze czas skopiowac malinowe kroniki, bp wszystko sie zmienia i kto wie, moze i te dzienniki zostana zamkniete. spoznilam sie o pol roku dzienniki nie istnieja i nie ma do nicht dojscia. tyle malinowych lat na wesolo i na smutno. normalnie nie wiem co rorbic. nie moge sobie darowac, ze ich nie skopiowalam.

środa, 12 września 2018
malinowe wakacje rodzinne.

najpierw upralismy nasz 25letni namiot z ktorym podrozowalismy kiedys przez pol swiata. ile burz i wichur przezylismy schronieni w tym niegdys bordowym a teraz szaroburym iglo? zlozylismy staruszka pieknie i schowalismy w garazu, bo wyrzucic jakos nie umiemy. w internecie obejrzelismy sto milionow roznych namiotow i zdecydowalismy sie na czarny z  neonowozielonymi wypustkami, wyglada jak statek kosmiczny. fantastyczny.

tak wyposazeni odnalezlismy nasz niegdys ulubiony kemping na korsyce w gorach. co wieczor siedzac po turecku jedlismy francuskie przysmaki, pilismy genialne wino z metalowych kubkow, przeganialismy osy i koty, podziwialismy zachod slonca. tak jak kiedys, kiedy podrozowalismy motorem, zadnych krzeselek ani stolkow. kawe gotowalismy rano na naszym starutkim mini-palniczku w trawie. ani razu nie bylismy na plazy, tylko codziennie szukalismy slynnych gorskich zrodel. kapalismy sie z lodowatej, krysztalowo czystej, zrodlanej wodzie. malina skakala na glowke, bo w malenkich zatoczkach jest 5-10 m glebokosci i cudowne, kolorowe ryby.

po kilku dniach zwinelismy caly dobytek i pojechalismy do bonifacio zeby przeskoczyc (godzina promem) na sardynie. pogoda korsykanska: skwar i olepiajace slonce i wiatr. wiatr niestety tak silny, ze odwolano wszelkie rejsy na nastepne dwa dni. znalezlismy pokoj w porto vecchio - rozkladania namiotu nie ryzykowalismy. cieszylismy sie wieczorami w porcie a trzeciego dnia poplynelismy na sardynie. w naszym ulubionym hotelu czekal na nas ulubiony pokoj. dwa tygodnie wstawalismy z mezem o 6:30, witalismy slonce, plywalismy w gladkim  - o tej porze dnia - jak stol morzu. przeczytalismy kilka ksiazek, rozegralismy kilka partii scrabble, malina cwiczyla szkic a ja dziergalam szydelkiem. odwiedzajac rozne plaze znalezlismy klub w ktorym wypozyczano sportowe zaglowki lasery i malina codziennie skakala lodka po falach. posiniaczone kolana, spuchniete rece ale dwa tygodnie TYLKO swietny humor. kicz i sielanka. wydziergalam jej na szydelku niebieskie bikini-bluzke. moglaby w tym chodzic dzien i noc, byla zachwycona.

pamietajac okropny calonocny sztorm z tamtego roku, ktory rzucal poteznym jak dwa bloki promem jak lupinka orzecha a potem potezna powodz w livorno, do ktorego dotarlismy nieprzytomni po nieprzespanej nocy, obawialam sie naszego powrotnego rejsu. na szczescie w tym roku bylo cudnie, morze spokojne, niebo obsypane gwiazdami i livorno powitalo na wschodem slonca jak w bajce. w domu bylismy w 7 godzin! wszystko wrzuciismy do piwnicy, bo szkoda nam bylo czasu na porzadki i pranie i z butelka wina polecielismy na pomost zobaczyc, czy i u nas zachody slonca takie ladne jak zagranica. no ladne sa. i jezioro ladne. i humor po harmonijnych wakacjach jest.

wczoraj malina poszla do szkoly. 10 klasa. w czwartek zaczyna kurs na prawo jazdy na motorowce a wiosna kurs - finansowany przez nasz klub! juhu! - na trenera zeglarskiego. chodzi dumna jak paw i bardzo szczesliwa.

czwartek, 16 sierpnia 2018
nie_malinowe zycie nastolatek.

 

ogladam z malina instagramowy profil malinowej kolezanki, o ktorej juz tu kiedys pisalam. od roku mieszka w internacie na polnocy niemiec. moze zycie stawia nam takich ludzi na drodze, zebysmy zrozumieli wlasne szczescie? wzieli los we wlasne rece? docenili to co mamy? nie wiem. bardzo ladna dziewczyna, instagramowe imie ma cos w sobie ze szczescia i ze slonca. o! zdjecie z chlopakiem. zakochana, to dobrze, milosc jest chyba najlepszym lekarstwem na chora dusze. kolezanka jest teraz u rodzicow na wakacjach. malina umawia sie z nia na zagle. wieczorem wraca smutna. kolezance braknie juz miejsc na ciele. z ramion przeniosla sie na nogi, z nog na brzuch - wszystko pociete. stare blizny pokrywaja sie nowymi nacieciami. wakacjekoncza sie natychmiast - kolezanka laduje znow w klinice. malina uwaza, ze to z powodu tych wakacji u rodzicow.

nic nie mozemy zrobic, ale przynajmniej kiedy przegladamy te zdjecia tlumacze malinie, ze instagram jest uluda, jednym wielkim klamstwem i ze to jest wazna lekcja zycia. te nastolatki wstaja rano i jeszcze zanim umyja zeby maja przeglad galerii zdjec wesolego zycia swoich kolezanek. sliczne kolrowe zdjecia przerobione aplikacjami do wygladzania twarzy, wydluzania nog z fantastycznymi filtrami, ktore z byle jakiego zdjecia robia male dzielo sztuki. a potem ida do lazienki myc zeby i widza siebie same w lusterku. co za porownanie.

malinowa najblizsza kolezanka spi z komorka kolo lozka, na sportowym obozie w ubieglym tygodniu dostala ataku depresji z tesknoty za internetem. w tym tygodniu lekarz podwyzszyl jej dawke antydepresantow, bo bulimia powrocila ze zdwojona sila. inna kolezanka nie jedzie nigdzie na wakacje. dwa razy w tygodniu ma terapie i nie moze jej przerwac - ataki paniki z utrata przytomnosci. to sa wszystko dziewczynki po 15 lat. przykladow jest wiecej, ale mowie tylko o najblizszych kolezankach. obserwuje maline, slucham jej i wyglaszam dlugie przemowienia. czasem sie boje a czasem mysle, ze przeciez widac, ze malina jest szczesliwym czlowiekiem. a jednak te wszystkie mamy, ktore teraz sprawdzaja dawki lekow (ktorych sklad oszalamia) ktore jezdza do klinik, lekarzy, psychologow - te mamy tez caly czas myslaly, ze wszystko jest w porzadku.

 

 

 

środa, 08 sierpnia 2018
upalne wakacje

 

to bylo 9 bardzo intensywnych dni w hamburgu. kurs plastyczny (szalu nie bylo), cowieczorne lazenie po miescie do polnocy, upal, malinowa praca na planie filmowym (pobudka o 5 rano!), 12 godzin na paradze rownosci. co sie nagadalysmy, najadlysmy, natanczylysmy, naszwedalysmy to nasze. zaliczylysmy takze - jak prawdziwe turystki - zwiedzanie portu na lodzi. takze sluzbowo byl to bardzo wazny tydzien - tu tez: rozmowy, decyzje. cierpliwosc poplaca jak sie okazuje. jak sie wlasciwie zawsze okazuje! malina pojechala prosto na oboz a my mamy tydzien we dwoje. wprawdzie pracujemy, ale pogoda jest taka wakacyjna. jezioro cieple, wiec... nadmuchalismy w ogrodzie malinowy olbrzymi basen i co i raz pluskamy sie w lodowatej wodzie, wieczorem nawet popijajac lodowate biale wino. no jak kocham zime, to to lato jest szczegolnie fajne.

 

poniedziałek, 30 lipca 2018
malina w hamburgu

 

malina powiedziala wczoraj, ze jestesmy przyjaciolkami. powiedzialam jej ze nie jestesmy, bo w przyjazni nie ma zaleznosci. podobnie zreszta jest z miloscia i ze jak kiedys bedzie miala jakies watpliwosci to warto zeby sobie te nasza rozmowe przypomniala. malina nie moze nawet pojechac do kolezanki bez mojej pomocy, bo mieszkamy na wsi trzeba ja podwiezc, nie zarabia pieniedzy a jak sie zezloszcze ze ma balagan w pokoju to musi posprzatac. w przyjazni nikt nic nie musi poza respektowaniem, cierpliwoscia i wybaczaniem. podobnie jak w milosci. pocieszylam ja, ze mamy dobre zadatki na przyjaciolki i ze jak bedzie dorosla to mam nadzieje, ze zostaniemy przyjaciolkami. zyjemy w podobnym rytmie, umiemy ubrac sie w trzy minuty plus makijaz (tak, tak, malina kupila sobie w polsce chabrowy tusz do rzes i maluje sie nim teraz w wakacje. musze przyznac, ze wyglada to swietnie), w sekunde zmienic plan i wsiasc we wlasnie przejezdzajacy tramwaj i pojechac zupelnie w inna strone niz planowalysmy. nasze rozmowy wieczorne przy stole w moim ukochanym hoteliku w hamburgu sa chyba tak samo wazne dla mnie jak i dla niej. przepoludnia spedza w szkole plastycznej, lunch z nami w biurze lub kolo biura, w srode krecimy w hamburgu i malina dostala od mojego kolegi producenta oferte pracy na planie - bedzie wspomagala stylistke i kostiumy. juz dzis jest bardzo przejeta i szczesliwa. tatus dzwoni do nas co i raz i teskni. my tez, ale tez jest bardzo fajnie.

piątek, 27 lipca 2018
za godzine: malinowe wakacje!

 

malinowa walizka i moja pelne sa sukienek i powiewnych bluzek a nawet zwariowanych sandalkow, ktore kupilam malinie w chwili slabosci. w tamtym roku hamburg plakal deszczem caly tydzien, tym razem ma byc goraco. malina wlasnie jedzie do domu ze swiadectwem pelnym jedynek i dwojek. wydaje mi sie, ze jestem bardziej dumna, jak widze ja zeglujaca i walczaca z wiatrem, ale jednak swietne stopnie tez sa fajne. to taka czesc jej zycia, ktora w ogole nas nie aprobuje, nie martwi, nie zajmuje. martwia mnie inne rzeczy. malinie marzy sie prawo jazdy na motorze. co o tym pomysle, to mnie boli brzuch. ale poki co zaczynaja sie wakacje.wlasciwie zaczely sie wczoraj siedzeniem do polnocy na pomoscie i podziwianiem ksiezyca w prawie - pelni. dzis wieczorem ma byc zacmienie - ciekawe czy je zobaczymy.

( a po wakacjach? o ludzie! pani ortodontka powiedziala, ze nie tylko zdejmuje malinie zawiasy - nikt kto tego nie widzial nie wie co to jest, malina ma wiecej metalu w ustach niz zebow - ale tez klamre. wiemy to od 3 dni i malina smieje sie od ucha do ucha przezentujac swoje 5 kilo stali nierdzewnej:-)

 

czwartek, 26 lipca 2018
malinowy koniec roku szkolnego.

 

jutro rozdanie swiadectw. z roku na rok w malinowej klasie robi sie coraz nudniej. w tym roku odchodzi 6 osob, repetuja lub ida do realschule. 5 lat temu byly 4 klasy: a,b,c,d. po wakacjach tylko a i b. tak sobie gadalismy wczoraj, ze szkola jest sztywna i ciekawi ludzie nie mieszcza sie w jej ramki. dzieci nie maja czasu na nic, szybko musza przeleciec caly program i zbierac punkty na lepsze studia. niedawno nocowala u nas malinowa kolezanka. martwila sie swoim swiadectwem. ja na to ze w przyszlosci nikt jej nie zapyta, co miala z biologii czy z historii w 9 klasie gimnazjum. no tak - zamyslila sie - ale ja musze miec dobre oceny, bo chce studiowac prawo. wiekszosc malinowych kolezanek wie co chce studiowac. chyba nie doceniam dojarzalosci wspolczesnych nastolatkow, bo wydaje mi sie dziwne, ze w tym wieku mozna marzyc o kancelarii prawniczej. w warszawie malina zachwycala sie politechnika warszawska, ale raczej z powodu bliskosci koszykow i urody tego niesamowitego budynku.

dzis jeszcze siedzimy na pomoscie z wieczornam piknikiem, jutro z cieplym jeszcze swiadectwem w torbie wyruszamy - to juz jest nasza coroczna tradycja - do hamburga. malina przedpoludinem bedzie malowala w szkole plastycznej, popoludniu wpadnie do biura. przygotowujemy dwa duze projekty, wiec ona juz nie moze sie nacieszyc. pokrecimy sie po miescie, odwiedzimy znajomych, wpadniemy do ulubionych kafejek. intensywny czas z corka. reszte wakacji malina wedruje, zegluje, podnamiotuje i nurkuje z nami na sardynii.

tu wspomne cos bardzo milego. moja przyjaciolka, mama chrzesna maliny wie ze od lat odwiedzamy korsyke i sardynie. zapytala czy w tym roku tez, bo oni tez i kiedy? okazuje sie, ze nasze wakacje zazebia sie ze soba dwoma dniami. oj to fajnie cieszymy sie. gdzie bedziecie - pytam i wiem, ze pewnie gdzies daleko, bo tam gdzie my jedziemy nikt nie jezdzi:-). przyjaciolka podaje adres i pyta czy moze spotkamy sie przynajmniej jakos w polowie drogi i czy mamy do siebie daleko. hmmm hmmm - odpisuje: "w sumie mamy dosc blisko. jesli my pojdziemy do was na piechote to jakies 5-6 minut. jakbysmy mieli sie spotkac w polowie drogi to mysle, ze 3 minuty!!!" ale sie cieszymy. taki zbieg okolicznosci!

 

 

poniedziałek, 23 lipca 2018
malinowe kilka dni w warszawie

 

musialam na kilka dni wpasc do warszawy. zabralam ze soba maline, bo w szkole juz tylko praktyki i rozne inne glupoty, wiec nic nie stracila. a tak bylysmy trzy razy w teatrze na przyklad. na mayday w och teatrze usmialysmy sie po pachy, na koszykach jadlysmy pyszne kalamary i curry z tuk tuk. noca, mimo deszczu, lazilysmy po saskim, po placu konstytucji i od tak alejami ujazdowskimi. malina znow zachwycila sie politechnika warszawska. zdumiala ja ilosc followersow na instagramie mojej przyjaciolki, ktora w realu wydala jej sie zwyczajnie fajna i sympatyczna. taka normalna. udalo nam sie spotkac maciupka 4 tygodniowa olge, kupilysmy dwie ksiazki, obejrzalysmy pokaz swiatel i fontann nad wisla a potem wloczylsmy sie po starowce - gorace gofry z bita smietana krotko przed polnoca. fajnie bylo, taki intensywny czas z corka. mam wrazenie, ze warszawa przestala pulsowac tym optymistycznym tetnem, euforia i energia sprzed kilku lat. jednak noca jst poprostu przepiekna.

 

 

środa, 04 lipca 2018
dzis sa moje urodziny:-)

malina wstala skoro swit chcac powtorzyc sukces z dnia matki i nazrywac na lace kwiatow na polny bukiet. niestety, wczoraj lake ( takze pobliska druga lake) pieknie skosil traktor, wiec malina biegala po lesnych sciezkach, po nocnej rosie i ulozyla sliczny, bardzo kreatywny bukiet. potem byl malinowy tort i stol pelen prezentow - wszystkie opakowane w turkusowozielony papier a z lampy zwisaja biale pompony zmajstrowane przez maline. zebysmy sie wszyscy nie spoznili do pracy powiedzialam, ze tort i kawa teraz a prezenty wieczorem, w spokoju. z autobusu malina przyslala jeszcze serduszka i napisala:

 - mamusiu podziwiam cie!

ucieszylam sie, bo czy codzien slyszy sie takie slowa? a zaraz potem druga wiadomosc:

 - ja bym nie mogla czekac z otworzeniem prezentow do wieczora!

 

hahaha:-) a ja sobie patrze na te paczuszki i ciesze sie na wieczor.

 

 

wtorek, 03 lipca 2018
juz za chwileczke, juz za momencik...

moja o kilka dni starsza przyjaciolka napisala mi dzis, ze to nic nie boli i nastepnego dnia jest dokladnie tak samo. troszke sie posmialysmy. pamietamy siebie z czasow kiedy mialysmy po 15 lat, studniowka, matura, wypady na narty w czasach studenckich. a tu prosze panie po 50-siatce z nastoletnimi corkami. a przeciez prawie wcale sie nie zmienilysmy! prawda?

wczoraj mialam impeze filmowa w monachium i przez chwile pomyslalam, ze jestem jak ta kobieta z historii o liliowym kapeluszu - zalozylam kiecke, buty i poszlam nie przygladajac sie sobie zbyt dlugo w lustrze. pogoda jest piekna, mam super corke, fajnego meza i wciaz atrakcyjna prace. nie musze sie juz martwic, ze ktos mnie zaskoczy jakims pytaniem i ujawni cala moja niewiedze i dyletantyzm. kazdy wychodzi z zalozenia, ze w moim wieku na moim stanowisku wiem to co powinnam wiedziec. tylko ja wiem, ze to nieprawda, ale juz nie musze tego udowadniac. gdyby nie strach, ze nastepne 20 lat minie tak szybko jak poprzednie, to byloby calkiem milo.

malina byla wczoraj w obozie koncentracyjnym w dachau. kiedy byla mlodsza zwalnialam ja ze szkolnych wycieczek do dachau, bo uwazam, ze to nie jest wycieczka dla dzieci. malina wrocila zdruzgotana i zszokowana. i tak powinien wyjsc stamtad kazdy.

 

czwartek, 28 czerwca 2018
srodek roku.

mam za soba dwa tygodnie z tak kontrastowym programem, ze juz bardziej sie chyba nie da. tydzien w malym klasztorku nad jeziorem z joga skoro swit, plywaniem w lodowatej wodzie, milczeniem do sniadania, wieczornym spacerem i joga na dobranoc. zdrowe jedzenie, turkusowe jezioro, pozwolenie ziemii zeby mnie nosila. a zaraz potem cannes, szum i gwar, 24 godziny na dobe, upal, wysokie obcasy, small talk i party i tance co wieczor do 3-5 rano. dobrze mi to wszystko zrobilo, czuje sie wytanczona i "gumowa" - zadnego sztywnego karku, zadnego bolu w krzyzu, bardzo przyjemne. szczegolnie, ze mam tez za soba tinnitus i terapie kortyzonowa a przed soba 50te urodziny. czasem mysle, ze zupelnie mnie to nie rusza, a czasem mi jednak troche smutno. no i zupelnie nie mam pomyslu na prezent dla mnie. mysle, ze moj maz tez nie ma i chcialabym mu jakos pomoc. on teraz na zimne dmucha, bo na 24 rocznice slubu w kwietniu podarowal mi piersionek. ot tak niz gruszki ni z pietruszki - a czy ja nosze pierscionki? czy my sobie robimy prezenty na rocznice slubu? no normalnie sie niemal poklociclismy pierwszy raz od 24 lat... jakos sie jednak ogarnelam i nosze ten pierscionek.

malina ma jeszcze miesiac szkoly, i niemcy i polacy wypadli z mundialu, wiec bedzie luz. kupilismy namiot.

 

 



środa, 30 maja 2018
dzieci z dobrych domow.

troche przesady w tym artykule a troche prawdy:

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/ofiary-ambicji-rodzicow-dzieci-z-dobrych-domow,artykuly,404552,1.html

malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.

ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla "kariery" zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o "dobrych domach". bo co to w naszych czasach jest "dobry dom"?

wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki - nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.

 

piątek, 18 maja 2018
malinowe praktyki.

w lipcu malina ma szkolne praktyki. dwa tygodnie uczniowe za darmo pracuja gdzies, zeby zobaczyc jak wyglada dorosle zycie i praca. w zadnym wpadku nie mozna odbywac praktyk w miejscu pracy rodzicow. nie wszystkie firmy chca brac udzial w tym programie, bo co tam za korzysc z takiego pietnastolatka? no zadna w sumie. niektore jednak chetnie przyjmuja i pokazuja mlodym ludziom troche doroslego zycia, znajduja jakies proste zadania do wykonania.

najpierw poradzilam malinie, zeby wybrala sobie cos "manualnego", cos co sprawi jej radosc i nie bedzie planem na zycie. i natychmiast po tej madrej radzie znalazlam jej praktyke przy produkcji serialu, w teatrze musicalowym a tatus znalazl miejsce w jedynie slusznej firmie samochodowej - najfajniejsze biuro w monachium. zanim rozlozylismy wachlarz mozliwosci przed naszym dzieckiem, popukalismy sie w nasze madre, rodzicielskie glowki i dalismy malinie dzialac samodzielnie, bo to przeciez polowa tego "doroslego" zadania: szukanie miejsca pracy. malina zrobila liste firm, obtelefonowala ja z gory do dolu i teraz ma do wyboru: kwiaciarnie, malutka stocznie, ktora buduje i remontuje sportowe zaglowki (maline interesuje szycie zagli), architekta przestrzeni zielonych, zaklad krawiecki szyjacy bawarskie dirndle.

jak sie ciesze, ze sie powstrzymalismy. czasem trzeba.

poniedziałek, 19 marca 2018
malinowy sezon zeglarski

sobote spedzilismy w klubie. rozpakowalismy lodki z zimowego snu i zaladowalismy je na przyczepy. zagle sprawdzone, wszelkie sznurki, klamry i srubki przeliczone, uzupelnione i pieknie zapakowane.

a tu znienacka wczoraj spadl snieg. dzis znowu spadl snieg. temperatura nie podnosi sie ponad zero. niestety nad jeziorem garda wcale nie jest lepiej a w przyszlym tygodniu malina ma pierwsza w tym sezonie regate wlasnie tam. temperatura wody: 10 stopni. obudzilam sie dziw w nocy i przypomnialy mi sie wszystkie opowiesci o dretwieniu miesni w zimnej wodzie. zaproponowalam malinie, ze wycofamy sie tym razem z regaty i ... pojedziemy na narty, ale ona tylko sie smieje.

 

piątek, 16 marca 2018
brzuch.

 

czy to mozliwe zeby sie zalamac widzac anie lewandowska z plaskim brzuchem tydzien po porodzie? albo pozbyc sie kompleksow dzieki zdjeciu pani bigos, ktorej brzuch po porodzie wisi na udach? podobno mozna! wciagnelam sie w dyskusje na fb wczoraj normalnie jak za dawnych dziennikowych czasow. wsrod komentarzy dalo sie zauwazyc, ze swiat dzieli sie na kobiety, ktorym w pologu brzuch wisial do kolan i kobiety, ktore... klamia. grube "prawdziwe" kobiety i idiotki, dla ktorych figura jest wazniejsza od dziecka.

zadziwila mnie ta dyskusja. dorosle kobiety. niektore rodzily kilka razy i wiedza, ze kazdy porod jest inny, kazde cialo reaguje inaczej, inaczej sie regeneruje, inaczej znosi bol, inaczej sie goi. dorosle kobiety, ktore o swoim brzuchu mowia brzuszek i brzusio.

 

czwartek, 22 lutego 2018
wlasnie wrocilam z berlina.

czasem chyba trzeby wyjsc do ludzi. spedzilam trzy dni w berlinie z powodu berlinale. i tak sie jakos zlozylo, ze spadla na mnie lawina milych komplementow. z roznych stron: od obcego taksowkarza po klientke, z ktora od dawna wspolpracuje nad roznymi projektami. czuje sie dowartosciowana, ladna, madra - psychicznie wyglaskana tak, ze starczy na miesiac. jeden wieczor spedzilam tez na bardzo eleganckim przyjeciu pelnym politykow i dziennikarzy. to jest jednak inny swiat niz moj filmowo-reklamowy. wszyscy mieli normalne buty (faceci w garniturach i smokingach) i nikt nie robil selfi. troche mi bylo szkoda, bo tylu niemieckich celebrytow juz dawno nie widzialam na jednym przyjeciu. nawet nikt nie sprawdzal nerwowo maili ani nie wysylal wiadomosci na whatsapp. w ogole nikt nie trzymal iphona w garsci (jak to jest na moich relamowo-filmowych imprezach) tylko kazdy delektowal sie jakims trunkiem i... normalnie rozmawial. nie wiedzialam, ze ten swiat jeszcze ma takie piekne oblicza...

czwartek, 08 lutego 2018
dirty pączek

jutro wyruszamy na zimowe wakacje, nie wiem czemu, ale mam jakas chandre. moze to hormony albo co bo powodu nie mam.

i tak mecze sie ze soba caly juz dzien az tu nagle wpadlam na wpis na fb: zastap jednos slowo w tytule jakiegos filmu slowem paczek. to glupota taka, ale przeczytalam wszytkie komentarze: Czterej Pancerni i Pączek, Stawka wieksza niz Pączek, Gwiezdne Pączki...

hahaha...

poniedziałek, 05 lutego 2018
malinowe swiadectwo.

 

za trzy dni swiadectwa polroczne. po tamtegorocznym lekkim dolku (dwie troje), malina wyszla na prosta. jako jedyna w klasie ma jedynke z fizyki i laciny, ma tez jedna z niewielu jedynek z francuskiego i matematyki. wszystkie kreatywne zajecia: muzyka, sport, sztuka tez jedyneczki. biologia i chemia dwojeczki, wiec tez ok. w niemczech w gimanzjum dwojka jest bardzo dobrym stopniem - musialam sie do tego przyzwyczaic. jedyny przedmiot - ku naszemu zaskoczeniu - z ktorym malina ma trudnosci (i troje jak ta lala!) jest niemiecki. kiedys byla najlepsza w klasie: referaty, czytanie, ortografia. od zawsze same jedynki a teraz... bam! wypracowania. chyba nikt nie czyta tylu ksiazek ile malina, ale nie przeklada sie to na jej zdolnosci literackie. malina nie umie sie strescic, pisze trzy kilogramy slow tam gdzie wystarczylyby dwie strony i sadzi takie kwiatki jak: "podziwial u niej umiejetnosc stenografowania i piekne wlosy". chcialabym jej pomoc, ale nie wiem jak. za wszelkie rady bede wdzieczna. na razie postanowilysmy pisac "pamietnik". zawsze tylko jedna strone: opis obiadu, drogi do szkoly, jakiegos wydarzenia klasowego czy nowej sukienki kolezanki. codziennie jedna strona. zobaczymy czy to pomoze.

ze swiadectwem w dloni wyruszamy na narty jak co roku. licze godziny i minuty.

środa, 31 stycznia 2018
Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem. - Demokryt

 

takimi slowami rozpoczela sie dzisiejsza joga. przeszlysmy do cwiczen rownowagi. tancerz. ktora strona jest silniejsza: prawa, ktora do dzialania i podejmowania decyzji potrzebuje rachunku dla glowy czy lewa, intyicyjna, podazajaca za wyborem serca?

na lewej nodze stoje jak stalowa sprezyna, moge sie skupic na oddechu i napieciu miesni, wyciszam sie, otwieram serce. na prawej nodze nie moge sie na niczym skupic bo trace rownowage.

nasza pani joginka radzi, zeby probowac zrownowazyc sile obu stron i dzieki temu osiagnac psychiczna rownowage (ze tak  to w skrocie ujme) - mamy na to cale zycie, mnostwo czasu, czas na cierpliwe formowanie swojej rownowagi. na to odezwala sie pani cwiczac obok mnie. na oko ponad 70 lat, siwiutka i zadbana:

 - ja juz nie mam duzo czasu. - rozesmiala sie.

zamarlam.

na to pani joginka, tez pogodnie:

 - ale za to masz dojrzalosc.

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018
jak sie ma troje dzieci...

ojciec trojga dzieci, maz i wlasciciel malej firmy. zabil sie. podobno mial depresje. mieszkal tu jedna ulice dalej, ale znam go tylko z widzenia. wszyscy go strasznie zaluja i tylko moj maz pokrecil glowa: jak on mogl tak zostawic rodzine, dzieci.

tomasz mackiewicz tez zostawil dzieci i rodzine. podobno powyzej 7000 mozna przezyc bez tlenu tylko dwie godziny. nie mam pojecia o wspinaczce i bez medialnej burzy wokol tego nieszczescia pewnie bym o tej wyprawie nigdy nie uslyszala. taki temat, jak i samobijcza smierc sasiada zmuszaja do reflekcji.

dzis natknelam sie na ten tekst - wprawdzie o wypadku, ale tez o podejmowaniu decyzji, ambicji, marzeniach, ich realizacji, o szczesciu. gdyby szekspir dzis zyl, to mialby temat na piekny dramat o ludzkim losie.

http://sztuka-i-psychoterapia.blog.pl/2015/03/18/przyjaciela-nie-opuszcza-sie-nawet-gdy-jest-juz-tylko-bryla-lodu/

 

 

wtorek, 23 stycznia 2018
malinowe makaroniki

w sobote malina piekla makaroniki z kolezanka z klasy. kolezanka po 6 tygodniowym pobycie w klinice (ale to nie ta co sie tnie) bierze psychotropy i cortison i nie moze jesc slodyczy. pomyslalam, ze powinny upiec cos przasnego, bo bawienie sie goraca czekolada i laczenie cukru pudru z maslem bedzie dla niej tortura. nie, nie, nie, kolezanka koniecznie chce sie od maliny nauczyc piec makaroniki. trzy godziny dziewczyny staly w kuchni i swietnie sie bawily. pomyslalam, ze taka zabawa to chyba najlepszy dodatek do tych wszystkich lekarstw i dietetycznych zakazow.

o umowionej porze, idealnie punktulnie zjawila sie mama kolezanki - drobna, szczupla, jak zawsze w idealnie obcietych wlosach. powietrze w kuchni zafalowalo. dziewczyny usmiechaly sie ale juz nie smialy. musialy dokonczyc miniaturowe swinki, ktorymi udekorowaly makaroniki. widac, ze potrzebuja jakies 15-20 minut. proponuje mamie kolezanki cos do picia. nie. dziekuje.

 - t.musisz sie pospieszyc. w domu jest tyle jeszcze do zrobienia. wiesz, ze nie mamy czasu - popedza corke. a ja sobie mysle, ze jest sobota wieczor, co tam moze byc jeszcze do zrobienia? jej corka wlasnie orzechodzi terapie na odprezenie, bo z nerwow nie daje sobie rady w szkole, na ulicy, nie moze u nikogo nocowac, ma leki i ciagle sie spieszy, nie moze jesc nie tylko ze wzgledu na diete, ale tez bo zwczajnie nie moze. do kliniki trafila wazac mniej niz 40 kilo a jest niemal tak wysoka jak malina.

no wiec stoimy tak niezrecznie w kuchni, ona nie chce usiasc, nie chce zdjac kurtki, bo wlasciwie to wlasnie wychodza przeciez. cos rozmawiamy o szkole, o jej genialnym synu, o tym ze malina jak miala zakazenie krwi to musiala wziac antybiotyk.

 - antybiotyk?!!! - patrzy na mnie z niedowiezaniem i wyraznie oburzona - moje dzieci NIGDY w zyciu nie wziely antybiotyku. nigdy!

 - no ty to masz szczescie. - udaje mi sie jakos uprzejmie odpowiedziec.

 

na koniec dziewczyny chcialy podzielic makaroniki miedzy soba na pol. ale nie, nie nie. kolezanka nie moze jesc slodyczy, mama kolezanki n i e  z n o s i  makaronikow, tata je tylko slodycze bio a syn czyli brat... no jemu makaroniki pewnie sie nie spodobaja. brat jest mianowicie perfekcjonista i takie krzywe makaroniki to pewnie wysmieje i nie bedzie chcial jesc.

jak tylko sobie poszly, znow zrobilo sie milo.

makaronikow nie jemy, bo sa takie ladne, ze szkoda.

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
Archiwum