poniedziałek, 08 lutego 2010
wieczorne przeprosiny.
caly wieczor wczoraj i dzis przy sniadaniu tlumacze temu dziecku: - jestes swiezo po chorobie. uwazaj na siebie, nie biegaj. wszystko powolutku. w horcie jak nie trzeba bedzie to nie wychodz na dwor. dziecko rozumie. wie, ze jak bedzie kaslalo to nici z czwartkowego balu. nici i wyjazdu na narty w niedziele na tydzien. w ogole nici i katasrofa ogolna. odbieram ja z hortu. wszystkie dzieci w srodku a moje dziecko z kolezanka na dworzu. siny nos, sine rece, bo rekawiczki zostaly niechcacy w szkole. jezusie jak ja sie wkurzylam! obiecalam, ze jak raz zakaszle to nie pojdzie na bal. i niech sobie lezy w lozku w przyszly tydzien zamiast jezdzic na nartach w pieknych gorach. i co ma mi do powiedzenia? po co tlumacze jej jakbym miala dziecko, ktore cos rozumie? skoro ona nic nie rozumie??? i co ma mi do powiedzenia? malina szepnela tylko: - nic. a w domu zamknela sie w swoim pokoju. przechodza zobaczylam wywieszona karte: wielkie oko a z niego kapiace lzy jak deszcz. ale ja wciaz blam matka wkurzona i pomaszerowalam do kuchni robic kolacje. malina przychodzi po pewnym czasie z rysunkiem: my dwie, lekko skrzywione wprawdzie ale strasznie poplataly nam sie ramiona i sie przytulamy: "LIEBE MAMUSIA ES TUT MIR SER LEIT ICH LIEBE BICH" a pod tym my dwie ze strzalkami: mamusia, malina. przytulilam maline i wycalowalam a ona na to: no tak sobie wymarzylam. wiem, ze nie mozesz sie usmiechac, bo jestes na mnie zla, wiec narysowalam nas smutne, ale i tak sie kochamy. tak jak teraz. a maz w tle wycieral sobie oczy. ciekawe czemu.
niecierpliwa malina-uczennica
po tygodniu w lozku, malina wstala dzis raniutko, ubrala sie w 5 minut, zabki, sniadanko, kitki, nowe spineczki i juz stala z tornistrem gotowa do boju. musialysmy marznac pod szkola i czekac az ja otworza.
czwartek, 04 lutego 2010
zgotowalam malinie niezly cyrk.
od ponad miesiaca jestesmy zaproszeni na urodziny znajomego, ktorego juz ponad rok nie wiedzielismy, bo ciagle nam cos wypada. prezent gotowy, ale ja jednak decyduje, ze zostane w domu, bo zwyczajnie jestem tak rozwalona ta choroba, ze wejscie po schodach kosztuje mnie zadyszke, jak po dlugim biegu. no to maz tez chce zostac. namawiam go zeby poszedl sam, bo bedzie super i poza tym nie wypada. ok. pojdzie sam a ja do wanny i do lozka. cos mnie jednak kusi by w koncu pojsc do remontowanej piwnicy- nie bylam juz od trzech dni. wchodze i szlag mnie trafia na wszystko, gdzie nie spojrze to szlag mnie trafia jeszcze raz, dobrze, ze zawalu serca nie dostalam. gramole sie boczkiem po schodach, (zeby nie rozwalic swiezo polozonych plytek) na gore i napadam na meza. niewinnego zreszta, ale na kogos musze wylac moj wielki zal. dyskutujemy zywo, bo maz tez wkurzony, omawiamy plan dzialania. jutro rano porozmawiamy z panami na serio, bo to tempo to nie na nasze nerwy. a do okien zadzwonimy po inna firme. ok. strategia omowiona. maz zostaje odprawiony na przyjecie. polecial jeszcze do maliny na gore, zyczyl jej dobrej nocy i poszedl. sprzatnelam ze stolu i krzycze do maliny zeby juz sie przebrala w pizamke. odpowiada mi glucha cisza. aha. dziecko ma w nosie pizamke i moje prosby. w bojowym nastroju ide na gore i co widze? malina w pizamie, zabki umyte, pokoj wysprzatany. wlasnym oczom nie wierze ale czuje, ze o cos chodzi, bo malina siedzi wyraznie zmartwiona. - cos sie stalo? - nie wiem. - jak to nie wiesz? przeciez widze, ze jestes jakas dziwna? - nie jestem. - co sie stalo? - nic. ale musisz mi powiedziec prawde... - i malina placze az mi sie swiat zatrzymuje na chwile w miejscu. - ? jaka prawde? o czym? - no bo ja wole zebys mi powiedziala prawde, ze sie rozwodzicie. - no co ty? malina! skad ci to przyszlo do glowy? ja tatusia kocham najbardziej na swiecie i tatus mnie!!! nigdy sie nie rozejdziemy!!! no co ty! myslalas, ze sie klocimy przez te piwnice? - sciskam maline ze wszystkich sil, bo placz normalnie nia lopoce. teraz rozumiem. - tak. i tatus sobie poszedl. tu namalowalam takie serce i jak chcesz to mozemy do niego zadzwonic zeby wrocil. - malina!!! tatus poszedl na przyjecie a ja zostalam w domu, bo jestesmy chore. wroci jak bedziemy spaly. - naprawde? - oczywiscie!!! poplakalysmy sobie razem, zadzwonilysmy do tatusia, ktory na te wiadomosc od razu chcial wracac. uspilam ja przytulona i chyba na nic sie zdalo trzymanie z daleka przez ostatnie trzy dni, skutecznie wymienilysmy wszelkie dostepne nam bakterie i virusy.
malina feministka.
- w szkole opracuja same kobiety. - stwierdza ni z gruszki ni z pietruszki malina. - mmm... niezupelnie. a wasz stroz? - stroz. stroz. jest tylko jeden. ale nauczycielki to same kobiety!
rzeczywiscie. racja. co moge powiedziec malinie? ze naucielki malo zarabiaja i zaden facet nie utrzymalby z tego rodziny? ale malinie wyraznie zebralo sie na samodzielne rozmyslanie i wcale nie potrzebuje mojego intelektualnego wkladu. mysli glosno: - to jasne, ze nauczycielki to same panie. to jest bardzo trudna praca. mezczyzni nie moga byc nauczycielami, bo oni by uczyli samych glupot. a kobiety sa powazne.
środa, 03 lutego 2010
matka nieustraszona.
parkujemy pod gabinetem lekarskim. wszedzie zaspy, za malo miejca na samochod. wszystko pika zeby nie parkowac, ale nie mam czasu na szukanie innego miejsca, wiec rozjezdzam zaspe bezlitosnie, troche buksujac do przodu i do tylu. - mamusia, popsujesz kola! - ostrzega mnie malina. nadal rozjezdzam zaspe bezlitosnie i w milczeniu, bo czas ucieka. - mowie ci: popsujesz kola! zaparkowalam z sukcesem. malina kreci glowa: - moj boze! ta kobieta niczego sie nie boi!!!
pani maz, kochaniutka...
moj maz jako 14 letni chlopak mial oficjalne pozwolenie na palenie papierosow. byle nie w domu. dlatego prawie nie palil, bo to go wcale nie wzruszalo. po maturze zamarzyla mu sie natychmiastowa praca i w zadnym wypadku studia. poszedl do warsztatu. tesciom bylo smutno, ale nie protestowali, bo taki byl ich styl wychowania. maz lubi prace fizyczna i tak sobie w tym warsztacie slusarskim od razu nawet niezle zarabial, wiec ogarnelo go szczescie jakie zna kazdy kto w wieku 18 lat moze zaczac zbierac na motor z wlasnej pensji. po kilku miesiacach zadowolenia naszly go pierwsze reflekcje. i co? teraz juz tak cale zycie? ciezka praca, do domu, obiad, tv, spanie? wpadl w panike. postanowil zrobic dyplom i wiac gdzie pieprz rosnie czyli na studia. potem jego losy potoczyly sie jak po masle, dwa fakultety, kariera, fantastyczna zona (hehehe!), sliczne dziecko. i strasznie chce mi sie smiac, kiedy przez nasza chatke przelewa sie koleja fala robotnikow. a to drzwi, a to kominek, a to plot, a teraz piwnica. panowie robotnicy z lekka ironia patrza meza, ktory przeciska sie po korytarzu wsrod worow cementu tak zeby nie pobrudzic eleganckiego plaszcza czy garnitur. nic nie mowia, ale wiadomo co mysla a na kazda rurke maja jakas niesamowita historie, na kazda krzywa sciane, na kazdy krzywy prog, bo im sie wydaje, ze moga kazdy kit wciasnac. dopiero kiedy dochodzi do wieczornego piwa po fajrancie maz zaczyna sie wypytywac o to i o tamto, zna sie na rzeczy i rzuca mimochodem: - ... no nie bez powodu jestem dyplomowanym slusarzem. i wtedy powinna wchodzic piekna muzyka, lody topnieja, bariery pekaja, granice sie zacieraja jak slady na piasku... no trafil swoj na swojego! a nastepnego dnia, kiedy podaje kawe w wielgachnych kubkach dostaje tez oficjalne blogoslawienstwo: - pani maz, kochaniutka to swoj chlop. niech pani o niego dba, bo to skarb. prawdziwy skarb!
no jak wyzdrowieje to zaczne dbac.
wtorek, 02 lutego 2010
kazdy z wlasnej perspektywy.
ani jennifer aniston ani angelina jolie nie sa w moim typie. ale za nic nie moge uwierzyc, ze komus moze podobac sie bardziej jennifer z jej konska twarza i konskimi kolanami niz wiotka angelina. jednak kobiety, ktore raczej utozsamiaja sie z ciepla dziewczyna z sasiedztwa krzycza wspolnym glosem na wszelkich plotkarskich portalach zeby bratt wracal do bylej porzuconej zony. niewiele kobiet utozsamia sie z piekna angelina. chyba w tym sek.
jestem chora i umieram na kaszel i katar, dziennikuje wiec od wczoraj jak kiedys. i jak kiedys widze, ze tragiczna prawda jest dla wielu realna a opis szczescia klamstwem. dlaczego latwiej identyfikowac sie z nieszczesciem? dlaczego latwo w nie uwierzyc? to jest zycie? prawdziwe zycie?
niedziela, 31 stycznia 2010
malina sama w domu.
malina chora. musze poleciec do apteki zeby nie wiem co, bo tatus wroci dopiero noca. przygotowuje maline jak na wojne. tu masz telefon, ten guziczek naciskasz, nikomu nie otwierasz, siedzisz przy swoim stoliczku i nie ruszasz sie ani na krok. ani na kroczek. potrzebuje kolo 10 minut i umieram ze strachu co moze wydarzyc sie w tym czasie. no. lece. a tu taus wyladowal wczesniej i pierwsze co robi: dzwoni do domu. malina dlugo nie odbiera, bo nie moze sie zdecydowac czy nacisniecie zielonego guziczka w telefonie to to samo co otworzenie obcemu drzwi albo wlaczenie gazu. poniewaz diokladnych wytycznych nie bylo, naciska guziczek. - tatus!!! chyba nie moge z toba rozmawiac. mamusia poszla do apteki. zaczynaja rozmawiac sobie i nagle malina czuje, ze koniecznie, ale to koniecznie musi siusiu. tatus mowi, zeby wiec zrobila siusi, ale malinie nie wolno ruszac sie ani na krok z pokoju. tatus tlumaczy, zeby caly czas z nim gadala, polozyla sluchawke na poleczce i zrobila siusiu. wracam do domu. zastaje maline siedzaca wygodnie na toalecie jak na fotelu. opowiada wlasnie cos wesolo, na moj widok traci wigor i szybko tlumaczy, ze tatus jej pozwolil...
+++++ trzy dni pozniej jestesmy u lekarza na sluchaniu plucek. lekarka pyta o ktorej malina robila inhalacje solne. przyznaje, ze dokladnie nie wiem, bo wrocilam z pracy o 15:00. pani usmiecha sie do maliny: - ojej. a jak mama pracuje, co ty sama w domu siedzisz? malina dumnie kiwa glowa: - tak. zawsze sama. zawsze! ale kiedys w koncu mama wraca z pracy. lekarka patrzy na mnie rozbawiona, bo wie, ze jestem mama raczej nadopiekuncza. odpowiadam wiec spokojnie: - tak, siedzi sama do poznego popoludnia, gotuje, sprzata i prasuje. jak wracam do domu to obiad stoi juz na stole. najbardziej mi sie podobalo, ze malina zalapala ironie mojej wypowiedzi i sie szczerze usmiala.
czwartek, 28 stycznia 2010
niezasypianie malinowe
bajeczka przeczytana po polsku przez mamusie lub po niemiecku przez tatusia. masaz nozek na dobranoc przez tatusia albo nucona kolysanka przez mamusie. a potem malina potrzebuje cos kolo 10-15 minutek i spi jak aniolek. a dzis nie moze. kreci sie, wierci, kaszle. ide ja zaglaskac do snu. - czemu nie spisz kochaneczko? - no nie moge spac, bo jestescie tak cicho, ze caly czas sie boje, ze gdzies sobie poszliscie. i slucham i slucham i nic nie slysze.
wtorek, 26 stycznia 2010
u lekarza.
pani doktor pyta: - a brzuszek cie boli? - nie. - a gardziolko swedzi? - nie - a nosek pelny? - tak. - a uszy bola? - nie. nawet moge nimi pomachac. - i malina macha uszami na dowod, ze nie bola.
czwartek, 21 stycznia 2010
jak to kazdego co innego brzydzi.
wpada nowa znajoma z wizyta. poznalysmy sie przez dzieci. w lazience na dole wciaz jeszcze nie ma drzwi, wiec na powitanie widac nowa, nieuzywana lazienke jak na wystawie. coreczka znajomej zadziwiona jest bidetem i na powitanie pyta: a co to? - taka toaleta dla panow, zeby mogli robic siusiu. - tlumaczy jej mamusia i patrzy na bidet z lekkim obrzydzeniem. na to malina prostuje: - nie! nie! to jest do mycia dupki!!! - smieje sie mamusia patrzy na mnie pytajaco. kiwam glowa dla potwierdzenia. teraz znajoma patrzy i na bidet i na mnie z lekkim obrzydzeniem.
środa, 20 stycznia 2010
grzeczna malina.
od kilku dni moje dziecko jest takie grzeczne, ze az mi dziwnie. trzy dziewczynki byly dzis z wizyta - normalnie jak w kosciele: cicho, wesolo i przyjaznie. posprzataly, malina przebrala sie w pizamke. zabki umyte. zamiast w lozeczku czytamy dr dolittle przed kominkiem. potem za raczki idziemy na gore do lozka. - mamusiu, widzisz, ze w ogole sie nie klocimy? - oczywiscie. jak myslisz, dlaczego? - bo jestem, grzeczna. - ... no tak. a dlaczego jestes taka grzeczna? - bo chce zobaczyc jak to jest. - i jak? - fajnie.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
malina na nartach.
co sobote i niedziele jezdzimy na nartach. w alpach snieg. jest cudnie. ciekawe czy malina jeszcze pamieta jak dobrze juz sobie radzila rok temu? najpierw osla laczka na rozgrzewke. ok. dziecko sie trzyma, skreca, hamuje. jedziemy wyciagiem na stok. - jedz po moich sladach! - wolam i malina sunie za mna bez trudu. jedziemy drugi raz. - jedz po moich sladach! - wolam i w bialym puchu zapominam sie i zaczynam pedzic. przez szum wlasnych nart nie slysze za soba maliny. o rany, przesadzialm. hamuje jak brzytwa, zeby gdzies w dali znalezc moje dziecko na stoku. ups! moje dziecko hamuje jak mala brzytewka niemal na moich nartach przerazone: - co sie stalo???!!! - no nic! - to co hamujesz?! - myslalam, ze cie zgubilam... - nieeee... przeciez jedziemy powoli!
nastepnym razem jade po sladach maliny. na dole mam zadyszke a uda pekaja mi z bolu. mysle, ze w przyszlym roku nie nadaze.
malinowy poranek
zanim malina otworzy oczy, skradam sie co swit do jej szafy i wyciagam majty, rajstopki, koszulke i wieszam na kaloryferach zeby miala cieple. dzis rano zaspany glosik mruczy za moimi plecami: - a co to za myszka tu tak skrobie? - to ja! - popiskuje. malina wygrzebuje sie z lozka, przytula sie do mnie cala swoja zaspana malinowoscia i mruczy (bialym wierszem?): - taka cieplutka, taka mieciutka to musi moja mamusia byc.
czwartek, 24 grudnia 2009
no to juz.
wszystko spakowane, lodowka wyczyszczona, smieci wyrzucone, testament napisany. tak mnie naszlo i napisalam. ciesze sie, ze ten rok sie konczy. zaczal sie zle i tak mu juz zostalo. jutro o tej porze bede jadla pierogi, popijala barszczem a moj swiat stanie sie kameralnie przyjemny. malutki i cichy.
mam nadzieje, ze kazdy bedzie mial takie swieta, jakie sobie wymarzyl. tego wam wszystkim zycze. i w droge!
wtorek, 22 grudnia 2009
dobry dzien.
malina miala dzis wystep fortepianowy szkoly muzycznej. moje dziecko w granatowej aksamitnej spodnicy i bialym sweterku obszytym perelkami wygladalo jak z jakiejs XIX-wiecznej ryciny. maz znudzony i zmeczony krecil sie niecierpliwie na krzesle i martwil sie, ze jakos nie czuje atmosfery. dreczyly go wyrzuty sumienia, ze jako ojciec powinien cos czuc. wzruszenie jakies. malina wystapila na zakonczenie. nie dziwie sie nauczycielce, bo rzeczywiscie jako jedyna zaglala bezblednie, wesolo przedstawila swoj utwor: "alle jahre wieder" a grajac kiwala glowka i machala nozka do rytmu. normalnie jak maly zenski ivo pogorelich (ale nie zula gumy!!!). jestem zaskoczona a tatus nie wiedzial co robic z mokrymi oczami. na uczczenie wystepu pojechalismy na weihnachtsmarkt. atmosfera cudowna, malo ludzi. dumny tatus zaprosil maline na dluga kielbase, ktorej malina normalnie nie dostaje, bo niezdrowo. potem poszlismy na placki ziemniaczane i na migdaly w karamelu i gofry z bita smietana. na zakonczenie byla fanta i prosecco w malej kawiarence i prezent dla mojej mamy. kupilam jej torbe o ktorej sama marzylam od dwoch miesiecy. czuje, ze pod choinka beda lezaly dwie takie same torby:-) zobaczymy. to byl dobry dzien. jutro jeszcze mala wlka i koniec. w nocy jedziemy samochodem do warszawy. alleluja.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
zlota suknia.
tyle mialam lat co malina. boze narodzenie i sylwestra spedzalismy tradycyjnie w zakopanem. dom wczasowy rzemieslnik. w moich wspomnieniach jedno z najpiekniejszych miejs na wakacje. betonowy, socrealistyczny kloc z dlugimy korytarzami do zabawy w chowanego, schodami z genialna porecza do zjezdzania, wielkim mosieznym gongiem nawolujacym na posilki, swietlica z telewizorem, kawiarnia na gorze z kominkiem i soczkiem porzeczkowym, ktory mimo mlodego wieku moznabylo sobie samemu kupic i saczyc w towarzystwie znajomych i nasladowac doroslych. a to sie dostalo pierscioneczek z drewniana biedronka a to kapcie goralskie z futerkiem a to serdaczek. w sylwestrowa noc mama z ojczymem wyczarowali moja wymarzona lalke, karty do gry, ksiazke z obrazkami, mama wystroila sie w zlota suknie, zlote buty i poszla na gore troche potanczyc. powiedziala, ze zanim przeczytam ksiazeczke to wroci, ze tylko chce zobaczyc jak tam na gorze jest. wzielam sie wiec grzecznei za ksiazeczke. nie umialam czytac, wiec szybko mi jakos zeszlo. troche poprzytulalam lalke, troche pogralam w karty, ale to byl czarny piotrus, wiec kiepawy do gry w pojedynke. chcialam byc grzeczna coreczka wiec jeszcze raz przeczytalam ksiazeczke i na tym moja cierpliwosc sie skonczyla, bo ile mozna tam na gorze ogladac "jak to jest" jak ja tu czekam i czekam. zapielam pizame pod szyjke, drzwi od pokoju zatrzasnelam i zaczelam sie wspinac po schodach. na gore. jeju!!! a tam! serpentyny jakies, konfetti, glosna muzyka, ludzie jacys weseli tancza. stanelam sobie w kaciku i zaczelam wygladac mamy. ani widu ani slychu. juz mialam sie przedzierac przez tanczacy tlum, kiedy do glowy przyszedl mi fantastyczny pomysl. poszlam na scene. na scenie skaldowie (albo jacy inni trubadurzy?) a ja w pizamie przerywam muzyke w misji poszukiwania mamusi. no to pan pyta przez mikrofon: - a gdzie jest twoja mamusia? - tu. gdzies. - a jak wyglada? - ma zlota sukienke i jest najladniejsza. moja mama byla tak zawstydzona, ze nie wiedziala jak mnie zabrac. jak weszla na scene to publicznosc nagrodzila ja brawami. potem zostala zreszta krolowa balu. jak sobie dzis pomysle, ze miala wtedy 27 lat to mi sie smiac chce, ze byla prawdziwa gowniara. dla mnie byla krolowa. to chyba jedyny raz w moim zyciu, ze zrobilam cos zupelnie zakazanego, niegrzecznego a mimo to mama przytulila mnie i uglaskala do snu. moze dlatego jest to jedno z moich najwazniejszych wspomnien z dziecinstwa? jedno co wiem, to to ze potem spalam do rana jak susel i ze ta zlota suknia przetrwala moje wszelkie przeprowadzki.
wczoraj poszlam do piwnicy, znalazlam ja w kilka sekund, zalozylam. maz i malina oniemieli. nie wiedzieli o istnieniu tego cacka. to nie jest sukienka tylko suknia. do ziemii. zloty braz wyszywany zlota nitka we wzory jakby egipskie ale jakies takie kwiatowe. z przodu kolnierz biegnie do gory, z tylu gole plecy. to bedzie moja sylwestrowa kreacja. jutro biegne do krawcowej na zwezenie w biuscie.
tyle roznych wariacji przezylismy razem ale ten sylwester jest nasza premiera. prawdziwy bal.
piątek, 18 grudnia 2009
miara zmeczenia
wczoraj zasnelam u dentysty. w czasie borowania. on sie zorientowal dopiero jak zaczelam pochrapywac. dzis rano zaparkowalam, poszlam do automatu, zeby zaplacic. marzne, marzne, wkurzam sie, ze automat nie dziala, monety nie wchodza az nagle rozumiem, ze wpycham do automatu klucze od mieszkania a monety sciskam kurczowo w drugiej rece. jestem tak zmeczona, ze ze zmeczenia nie moge spac.
wtorek, 15 grudnia 2009
matka czlowiekiem
jak nie ma tatusia to obiadujemy skromniej. jakims talerzem zupy, albo kanapeczkami albo zwyklym awokado do wydlubania lyzeczka czy nalesnikami. malina poprosila dzis jednak o "porzadna" kolacje. od tygodnia wolno jej zapalac zapalkami swiece. wystawilysmy rozne sery, wedline, krem z baklazanow, pokroilysmy ogorki w laseczki a pomidory na poloweczki, polozylysmy nowe serwetki z serduszkiem czerwonym, swiatecznym i zaczelysmy sie raczyc. tak sobie pojadlysmy. pojadlysmy. malina w chwili wzruszenia wyjawila mi, ze w kieszeni jej super-hiper kurtki tkwi kanapka, ktora sobie zabrala na przerwie na dwor ale potem potrzebne jej byly obie raczki, wiec kanapke wlozyla do kieszeni i tak sie zastanawia juz od dawna jak mi to powiedziec. - wlasnie tak. tak jak teraz. - mowie wzruszona, bo malina od dawna juz nie klamie i choc to juz nie jest nowe to wzrusza mnie wciaz od nowa - bo teraz wiadomo, ze kurtke trzeba uprac a ty na drugi raz bedziesz wiedziala, ze na wszelki wypadek zawsze trzeba wziac serwetke do kanapki. i tak sobie sielankowo podgryzamy a to serek a to ogorka az robi sie pozno. zabieram sie za porzadkowanie stolu, ale malina kategorycznym gestem wskazuje mi moje krzeslo: - ty siedz! ja posprzatam. i zaczyna sprzatac, meczyc sie z folia do sera, krecic glowa jaki nieporzadek w zmywarce, bo noze pomieszane z widelcami... nie przeszkadzam jej, podaje grzecznie talerze ze stolu. tlumacze, ze goracej pomidorowki nie mozna wstawiac do lodowki. gotowe. malina bierze sie pod boczki i pyta: - wiesz, ze czlowiek musi czlowiekowi pomagac? -... tak. - dzis mielismy to na religii. ludzie musza sobie pomagac, wiec ci dzis pomoglam. ty jestes czlowiekiem i ja tez. to pasuje, co? - pasuje.
malinowa pchla szachrajka.
malina gra na pianinie od ponad dwoch miesiecy. jak jej sie uda zagrac dwa takty bez pomylki utwor o stopniu trudnosci wlazlkotkanaplotka to juz jest gotowa i starczy tych cwiczen na dzis. i koniec. czasami siada i "gra" jak szalony kompozytor i nawet to fajnie brzmi, ale nie ma nic wspolnego z prawdziwym graniem a raczej z fizycznym wyzwoleniem poprzez dzwieki czy jakos tak chyba. no nie ma szczegolnego zapalu do gry. w szkole, we wtorki dzieci maja zajecia w klasie z pianinem. widze dzis rano ze zdumieniem, ze malina wyciaga swoje nuty z torby i pakuje do tornistra. - po co ci nuty w szkole? - dzisiaj bede grala dla mojej klasy. - co??? - tak. obiecalam im to wczoraj. pani powiedziala zebym przyniosla nuty. - ale... przeciez ty nie umiesz jeszcze nic zagrac!!!... - a to zupelnie nie szkodzi.
czwartek, 10 grudnia 2009
czyja przyjciolka jest hela?
powiedzialam dzis malinie ze jutro odwiedzi nas hela. - hela??? TA moja najlepsza kolezanka??? - ta? to znaczy ktora? - sie pytam. - no ta ktora mi podarowala rozowego jelonka! - smieje sie malina. rzeczywiscie, hela podarowala malinie brokatowego jelonka, ktory goscinnie nocowal juz u kilku najlepszych malinowych kolezanek, poniewaz jest nieodmiennie powodem podziwu i zazdrosci 7 letnich gosci plci zenskiej. tak. to ta hela. - no tak - potwierdzam - ta. ale to jest moja kolezanka. ale ciebie oczywiscie tez lubi. - TWOJA kolezanka ale MI przyniosla jelonka!
poniedziałek, 07 grudnia 2009
malinowa sztuka pisana i malowana
kolo poludnia malina zasiadla z notesem pod oknem i cos tam zaczela skrobac. mialam akurat stress mailowy, wiec dalam jej spokoj, nich sobie skrobie. kiedy wyslalam w koncu wszystkie wkurzone maile, zapytalam dziecko co tam maluje. - pisze ksiazke. - aha. a o czym? - zapytalam jakby chodzilo o malowanie kolejnego domu z jablonka. (to ulubiony motyw maliny: domek, jablonka, roza i wiewiorka) - o syrence. - a moge przeczytac? - prosze! czatam:
HALO. ICH WILL OIś EINPAR GESCHICHTE ZEIGEN. EINEN SCHÖNEN SOMERLICHES TAGES DI MERJUNG FRAU
a pod tym siedzi na jakiejs kamienistej wysepce usmiechnieta syrenka
dalej malina nie mogla pisac, bo pojechalysmy do lekarza. w drodze powrotnej (jutro moze isc do szkoly, ale nie wolno jej sie przemeczac) pojechalysmy do sklepu z farbami i kupilysmy pierwsze w zyciu farby w szklanych sloiczkach - takie jak na atrament ale mniejsze. kupilysmy tylko 6 kolorow, bo drogie jak nie wiem, ale sa specjalnie do tego zamku kartonowego. w domu malina zjadla rosolek i zasiadla do malowania. - nie masz ochoty dalej pisac? moze dokonczysz te opowiesc o syrence? - nie. teraz jestem malarzem. ksiazki pisze w dzien.
advent w domu
 schody obwieszone sa zlotym chrustem, na zlotych wstazeczkach wisza zlote paczuszki, czerwone reniferki lamia to zloto swiateczna czerwienia. kalendarz troche podobny do tego w tamtym roku. malina odcina kolejne paczuszki i cieszy sie na podroz do polski. w tym roku 24 to nie tylko wyczekane boze narodzenie ale tez wyczekana babcia w warszawie. mimo szczerych checi, nie dostalam playmobilowego ogrodu, zostaly same playmobilowe resztki, wiec poszukalam czegos innego i znalazlam prawdziwa perelke: http://calafant.de/ kartonowy zamek, ktory najpierw trzeba samemu zbudowac a potem mozna pomalowac, poprzyklejac, ozdobic jak sie chce. malina bawi sie tym od wczoraj praktycznie bez przerwy. z "diamentowej" folii zrobila firanki, miedzy wiezami zamkowymi rozwiesila hamak, w ktorym wyleguja sie ksiezniczki. od tesciow mikolaj przyniosl jeszcze jeden kalendarz, w ktorym zamiast slodyczy schowane sa kamienie. krysztal gorski, jaspis, rodonit... malina uwielbia kamienie. jak dojdziemy do gwiazdki jej kolekcja powiekszy sie o 24 slicznie szlifowane egzemplarze. jakos lepiej z kaslaniem.
piątek, 04 grudnia 2009
malina zasnela.
a ja biore sie za... kalendarz adwentowy. wszystko mam przygotowane od 10 dni, ale przez te choroby i stres w pracy nie zdazylam nic zrobic. jutro malina sobie otworzy na raz 5 dni. w tamtym roku zaimprowizowalam zlotymi paczuszkami na zlotych galeziach ze zlotymi cyferkami. w tm roku dolacza do tego malutkie czerwone reniferki. a na mikolajki normalnie badziewie, ale wiem ze to jest wielkie marzenie maliny. jak sie pani doktor pyta czym ja musze przekupowac, zeby zgodzila sie inhalowac to wzruszam ramionami, bo malina ihaluje i juz. siedzi tak cierpliwie w tej masce, sama sobie wlacza motorek i sprawdza ile jeszcze zostalo plynu. tak wiec postanowilam sobie, ze nie bede patrzyla na edukacja przydatnosc, ogolna przydatnosc oraz na estetyke tylko kupimy jej playmobil - zamek ksiezniczki z wodospadem. ale sie ucieszy! jutro tatus wraca i po drodze ma pojechac z misja specjalna, zeby w niedziele rano zamek stal obok butow pelnych slodyczy i orzechow.
a juz mylslalam, ze ta zima bezdie inna.
to byl chyba kwiecien. po dwoch zapaleniach pluc i pieciu miesiacach niemal bez przerwy spedzonych w domu u lekarza malina zostala poddana testowi na mukowiscydoze. pamietam jak dzis jak stalam pod drzewem i rozmawialam z lekarka ze szpitala, ktora pytala czy chce znac wynik natychmiast. niektorzy rodzice nie chca. chca rozmawiac z wlasnym, zaufanym lekarzem, ktory otrzymuje wyniki dwa dni pozniej. oczywiscie, ze chcialam. natychmiast. test byl genialny, pewny, malina nie ma zadnej tam glupiej choroby i choc to nie rozwiazywalo problemu, nadal chorowala, stalam tam pod drzewem i plakalam jak bobr. a potem maz plakal jak bobr. i cos sie wtedy stalo dziwnego. z dnia na dzien malina wyzdrowiala i zaczela byc zwyczajnie zdrowa. ani kataru ani kaszelku nawet najmniejszego. w baltyku siedziala w zimnej wodzie, biegala po gorach, lykala zimny wiatr i nic. nic a nic. moze to smieszne, ale ani razu nie powiedzielismy, ze malina jest zdrowa. to byla jakas magiczna zmowa. nie wolno zapeszyc. odpukac. nie wspominac. nie wywolywac wilka z lasu. jest jak jest. wspaniale. i koniec. ale na fali strachu przed grypa, strachu przed zima postanowilam pojechac z malina do naszej pani doktor antropozof (cudowna polka zreszta), niechby ona tak maline obejrzala i powiedziala jak tu przez te zime przebrnac a przy okazja jaka rade dala co robic zeby malina jedna rzecz robila a nie tysiac na raz. moze znow heileurytmie? do pani doktor mamy daleko. ponad godzine. wpadamy w korek, tomtom pokazuje, ze spoznimy sie ponad pol godziny. dzwonie i pytam czy jest jeszcze sens zeby przyjechac. - ale malina bardzo chora? - nie. zdrowiutka jak rydz! - wolam i gryze sie jezyk. nie wolno! nie wolno tego mowic. zapesze jak nic. pani doktor mowi zeby zawrocic do domu, bo u niej duzo chorych dzieci, umowimy sie w przyszlym tygodniu w srode jak nie ma terminow, pogadamy wypijemy kawe, obejrzymy maline. ok. zawracam do domu z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu, ze zrobilam cos bardzo glupiego. tego wieczora malina goraczkuje. kiedy przy niej siadam, patrzy mi rozpalona w oczy i mruczy: - zaraz przyjdzie moja mamusia. nastepnego ranka kaszle tak jak tamtej zimy. tak, ze caly dom dudni. suchy, bolesny kaszel. inhalacje, krople, lekarstwa. i tak juz od tygodnia. malina umie chorwac jak nikt. nie placze, nie marudzi, lyka wszelkie obrzydlistwa. chudziutka i bladziutka usmiecha sie jak sie ja glaszcze, przed zasnieciem nie ma sily nawet na slowo, bo kaszel zabiera jej dech. oszaleje chyba.
|
Zakładki:
Dokad chodze...
Dokad zagladam...
|