wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 25 stycznia 2012
nikt nie widzial nikt nie slyszal nikogo przy tym nie bylo
kilka miesiecy temu znajoma podsmiewala sie ze mnie ze wciaz odprowadzam i przyprowadzam maline ze szkoly. tylko do hortu chodzi bez nas, ale zawsze w grupie kolezanek. jej syn chodzi do szkoly sam juz od drugiej klasy i jak powiedziala: daje sobie rade. hmmm daje sobie rade. malina tez daje sobie rade: umie chodzic, wie ze na czerwonym sie stoi, patrzy w lewo, prawo w lewo ale...nie o to chodzi. nie boje sie, ze malina moze nie dac sobie rady na ulicy. boje sie, ze cos sie moze stac i nikt jej nie pomoze. sama chodzilam do szkoly w centrum warszawy od pierwszej klasy. zima wpadlam pod samochod i ludzie zaraz zaniesli mnie do szpitala. wtedy obcy dorosli przeprowadzali dzieci przez ulice a dzis obcy facet boi sie pomoc samotnej dziewczynce zeby go nie podejrzewano o pedofilie. czasy sa inne, ludzie obojetni.
tam gdzie mieszka rzeczona znajoma wydarzyl sie niedawno wypadek. drugoklasistka zostala potracona przez samochod, ktory uciekl. dziecko przeczolgalo sie przez ulice i zemdlalo. przechodzili ludzie. no nie jest to centrum miasta ale jednak ludzie chodza i dopiero jakies dziecko zainteresowalo sie lezacym dzieckiem i zaczelo plakac, ze znalazlo umarla dziewczynke. znajoma juz sie ze mnie nie smieje tylko... odprowadza swojego synka do szkoly tak jak ja.
kiedy dzis czytam, o tej matce, ktorej porwano dziecko i nikt tego nie zauwazyl to mi sie plakac chce. czy naprawde uwazamy sie za cywilizacje?
wtorek, 24 stycznia 2012
malinowe zasypianie
zawsze jest cos jeszcze do zrobienia. siusiu, mycie raczek, piornik do tornistra, picie.
 - mamusiu przynies mi termoforek bo mi marzna nozki.
 - przeciez przed chwila zdjelas skarpety bo ci bylo za goraco.
 - tak ale teraz mi marzna.
 - to zaloz znow skarpety.
 - skarpety nic nie pomoga. musi byc termoforek.
dobra termoforek. lista przebojow sie wyczerpala, kolysanka zaspiewana, plecki wymasowane - jestem matka podwojnie cierpliwa, bo mimo, ze malina strasznie cieszy sie na nowy dom to pewnie w jakis sposob tez ma stres. juz prawie zasypia ale nagle oczy otwieraja sie jak latarki w ciemnosci:
 - opowiem ci dowcip!
 - malina. koniec tego spij, bo jutro nie bedziesz miala sily wstac.
 - ale to jest krotki dowcip i w c a l e  nie jest s m i e s z n y...
no dobra, skoro nie jest smieszny.


ps: byl smieszny. ale juz nie pamietam o czym.



malinowe troski przedkomunijne.


malina chodzi na zajecia przygotowawcze do pierwszej komunii. bardzo jej sie podoba. cos tam spiewaja, odmawiaja ojcze nasz, ogladaja kosciol, jedza pierniczki, rozmawiaja o 10 przykazaniach. ale dzis malina wrocila wyraznie zmartwiona:
 - przed komunia trzeba sie wyspowiadac.
 - no trzeba.
 - ale ja nie ma z czego, bo nic nie nabroilam. nawet juz nie klamie.
 - no nie nabroilas.
 - ale pani powiedziala, ze kazdy cos broi i kazdy ma sie z czego spowiadac.
mam nadzieje, ze malina nie zacznie broic zeby miec sie z czego spowiadac.



robi sie coraz powazniej
dzwoni maz zza oceanu. opowiadam mu jak wybralam zdjecia do sprzedazy i umiescilam oferte w internecie i ze jak zobaczylam jak u nas ladnie to mi sie ryczec chce. i jak malina lata po trawie i jak rozrzuca suche liscie lipy i jak chlapie sie w zraszaczu trawy i jak wacha rozyczki i... no poryczalam sie:
 - patrze na te zdjecia i nie wiem czy moge sie wyprowadzic...
 - patrzysz na te zdjecia i wzruszasz sie wspomnieniami, to nie ogrod cie wzrusza tylko malina w ogrodzie...
w przyszlym tygodniu spotykamy sie z wlascicielem u notariusza.
i ciesze sie i boje sie.
w ciagu 12 godzin na moje ogloszenie zglosilo sie 26 osob.



malinowe madrosci zyciowe.


malinowe tranzystorki wylapuja wibracje a czujne uszka slysza rozmowe z tesciowa, kiedy opowiadam, ze w ostatniej chwili mam stracha, bo jednak tu mamy fajnie a tam nie wiadomo jak...
malina na krotko przed zasnieciem:
 - nie martw sie. tam bedzie bardzo fajnie. a jak nie to zrobimy tak, ze bedzie fajnie.


poniedziałek, 23 stycznia 2012
chatka.

biore sie za czyszczenie chatki, zeby sie komus spodobala.
to sie kurcze porobilo no!
czwartek, 19 stycznia 2012
malinowy plan.
od trzech dni malina ma co jakis czas szklane oczeta, ktorymi zaglada mi smutno wglab mojego serca saczac melancholijne:

 - ale tam nie bedzie a.
 - a. bedzie cie przeciez mogla odwiedzac a nawet nocowac w weekendy.

 - ale tam nie ma mojej szkoly.
 - jest sliczna inna szkola.

 - ale tam nie ma mojego ogrodka.
 - jest inny piekny ogrodek i jezioro i gory.

malina wzdycha tylko przeciagle zeby calym swoim jestestwem wyrazic dezaprobate oraz absolutne rozczarowanie naszym postepowaniem.

a dzis rano... wchodze do jej pokoju i zamiast zakopanej pod pierzyna maliny, nie dajacej sie wyglaskac do zycia, lezy dziecko rozesmiane od ucha do ucha i z oczetami jak latarnie w ciemnosci. czuje, ze cos sie kroi, ale zaspana przedzeiram sie najpierw pod prysznic i tam reanimuje. schodze na dol. malina w slonecznym humorze nalewa sobie mleko do chrupek i usmiecha sie wesolo.  moze to jest sroda? jej ulubiony dzien tygodnia? nie...
malina czeka az postawie sobie kawe i oznajmia:
 - mysle, ze jesli na tarasie powiesimy nasz hamak to ten dom moze byc bardzo fajny. no i jamnik. jakbym tam miala jamnika to moge sie przerowadzic jeszcze w tym tygodniu.

aha. ciekawe jak wczesnie sie obudzila, zeby zmajstrowac ten sprytny plan. wyslalam mezowi sms-a, ze dziecko zaczyna negocjowac. wyskok na narty po szkole tez przemawia do jej wyobrazni. zaczyna jej sie podobac.


środa, 18 stycznia 2012
ot historyjka

mojej znajomej urodzila sie coreczka. rodzila z kolezanka, bo maz mial traume z porodu z pierwsza zona i uznal, ze nie zniesie tego drugi raz. mija trzeci dzien a dzieciaczek nie ma imienia.

i tak sobie mysle co o tym myslec.


wtorek, 17 stycznia 2012
pomysl kristofki

powtorzylam wczoraj przy stole kiedy malinowe oczy zaszklily sie niebezpiecznie. zasadzenie dzieci lipowych w nowym ogrodzie to jest pomysl. malina natychmiast zaczela snuc plany ile tych dzieci zasadzi i gdzie i ze koniecznie musimy zabrac malinowe 4-letnie kasztany, ktore malina zasadzila 4 lata temu (a moze 3? juz sama nie wiem) i teraz to sa takie male krzaczki. te zabieramy tez.

wszystko moze jeszcze pasc w gruzy jesli przyjedzie ktos i zaplaci lepsza cene, ale jesli nie...



mezczyzna zmiennym jest.

10 lat moj maz kochal kazdy kawalek tej chatki z kazdym jej skrzypnieciem podlogi, schodow, peknietym murkiem, krzywa sciana. a teraz w ciagu tygodnia zakochal sie w obcych brzozkach i choinkach i juz sie wyprowadza. a stalosc uczuc? a sentymenty? a lipa?
 - to ja tyle lat narzekalam na chatke i teraz mi sie robi smutno... myslisz, ze tam bedzie fajniej?
 - tak mysle. ty bedziesz zadowolona i malinie bedzie sie podobalo, a mnie nic wiecej do szczescia nie potrzeba.
tak mowi, a wiem ze chodzi mu garaz.



poniedziałek, 16 stycznia 2012
malinowa lipa


najladniejsza czescia naszego ogrodu jest olbrzymia lipa, po ktorej szaleja wiewiorki, na ktorej wisi latem hustawka na 6 metrowym sznurze, pod ktora mozna siedziec w czasie deszczu przez godzine, zanim krople zaczna przeciekac przez "zielony dach". latem jak maz ma stres to sobie idzie na drugi koniec ogrodu, patrzy na to drzewo i zbiera sily.
opowiadamy malinie jak wyglada ewentualny nowy domek, ogrod, okolica. malina kreci glowka:
 - ja sie nie wyprowadzam. moja lipa i ja (meine linde und ich - moglby nazywac sie ten film...) nie damy sie rozdzielic.



wtorek, 10 stycznia 2012
nowa kolezanka malinowa.
 
 - ... nowa dziewczynka nazywa sie izabela.
 - pewnie isabel?
 - nie. izabelA.
 - ale tutaj nie ma imienia izabela. "a" na koncu maja izabele w polsce.
 - tak, ale ona jest z CZESI i moze w CZESI tez jest A na koncu. jak w polsce.

poniedziałek, 09 stycznia 2012
do siego.
swieta rodzinne w chacie w gorach. sami gotowalismy, sami zmywalismy naczynia, sami staralismy sobie nie grac na nerwach, co przy takim kilkudniowym egzystowaniu w skupisku ludzi nie zawsze jest latwe. malina budzila sie co rano z hamletowskim pytaniem: idziemy na narty czy zostajemy z rodzina? rodzina byla dla niej takim przezyciem i rozrywka, ze ani razu nie bylysmy na nartach za to nagrala sie w chinczyka z ciociobabcia, pomagala nakrywac stol z ciocia, cos tam pomagala w kuchni babci, rozdawala prezenty spod choinki z kuzynka, puszczala helikopter z dziadkiem i ciagle turlala sie w sniegu z psem. malinowy entuzjam znieczulil nas na babcie zapatrzona w pierworodna wnuczke, na pierworodna wnuczke zapatrzona w ipod, na daleka ciocie, ktora tak sepleni, ze nic nie rozumiem, na szwagra, ktory ma kilo olowiu w spodniach i poniewaz zarabia to szwagierka jest od zmywania garow, na szwagierke, ktora ostentacyjnie wysmiewa posiadanie pani do sprzatania, na cala reszte, ktora w sumie byla do przezycia a jednak wszyscy z ulga rozjechali sie kazdy w swoja strone. poniewaz te kilka dni spedzilismy jedzac gesi (no nie rozumiem tej tradycji, wole kaczke lub indyka i juz), fondue, rozne znakomite wypieki rodzinnych cukierniczek, postanowilismy dac sobie druga szanse na zdrowe wakacje i pojechalismy na tydzien w trojke. znalezlismy sliczne miejsce w gorach. do popoludnia szalalysmy na nartach a od 16 dolaczalysmy do taty nad przeslicznym basenem, ktory wyplywal z hotelu na zewnatrz w strone fanatastycznej, gorskiej panoramy. malina spedzala w wodzie czas do kolacji. wyskakiwala z kolezankami z wody, biegala w kostiumie kapielowym i z mokrymi od nurkowania wlosami po sniegu, obrzucajac sie sniezkami, turlajac w swiezym sniegu i wskakujac znow do basenu. mam nadzieje, ze zahartowala sie do przyszlej wigilii! w te dwa tygodnie dzialo sie tyle, ze wydaje mi sie trwaly z miesiac z krotka pauza na milego sylwestra w domu. na zakonczenie zlozylismy wczoraj puzzle z 1000 kawalkow i ku naszemu zdumieniu zostal nam jeden klocek. okazalo sie, ze jest podwojny i to by byla zgrabna metafora opisujaca nasz 2011: zmudny, zapracowany ale wspolnymi silami dalismy sobie znakomicie rade i wyszlo lepiej niz sie spodziewalismy. najlepiej zeby 2012 postaral sie nie zanizyc poziomu!

pozdrawiam serdecznie i zycze do siego roku!


środa, 21 grudnia 2011
dwa dni przed wigilia.


poza pieknym puzzlem dla maliny i poza glowa pelna pomyslow na prezenty nie mam jeszcze zadnego prezentu. skad we mnie ten blogi spokoj? moze zglupialam na starosc? zaraz ide zrealizowac prezent z... tamtegorocznej choinki: masaz tajski. a potem sie zobaczy!


malinowa tabliczka


dlugi wiersz, opowiadanie, piosenka - malinie nie potrzeba duzo czasu na nauke na pamiec. wszystko wchodzi do glowki bez problemu. ale juz od drugiej klasy za nic nie moze zapamietac tabliczki mnozenia. meczy sie dziecko a ja nie moge pomoc, sama sie meczylam i do tej pory sa biale (czarne?)dziury, ktorych moj maly mozdzek za nic nie moze zapelnic (np: 8x9). zupelnie nie wiem jak jej pomoc. cale zycie meczylam sie z matematyka, wlasnie dlatego ze nie pamietalam tych podstawowych regul, formul bez ktorych w wyzszych klasach matematyka staje sie gajem nie do przebycia.
natomiast reszta... znow jest referat do przygotowania. malina ma mowic o siebenschläfer (taki pociotek myszy). przeczytala dwa razy i gada jak prezeterka wieczornych wiadomosci, raz zaglada tacie a raz mi w oczy, kiwa paluszkiem przypominajac, ze ta mysza jest gatunkiem ginacym, smieje sie, ze mieszkajac na pustym strychu moze niezle przestraszyc domownikow buszujac nocami jak zly duch. ani sie nie zajaknie a na koniec dziekuje sluchaczom za uwage. na koniec drugiej klasy, pani napisala w uwagach specjalnych na swiadectwie, ze malina ma talent do wstapien publicznych, jest pewna siebie, skupiona (to chyba jedyny w ogole moment kiedy jest skupiona!) i logicznie formuluje mysli.

jakby troche jej sie zapamietalo tabliczki, to w ogole mialaby by latwo. za wszystkie rady i pomysly jak dziecku pomoc wtloczyc tabliczke do mozgu bede wdzieczna nieslychanie!


wtorek, 20 grudnia 2011
malinowy kolega.

wlasnie przeczytalam poranny dialog u znajomego rezysera z jego malym synkiem. ubieraja sie do przedszkola:
 - tata, musze szal?
 - jak to sie mowi poprawnie?
 - tata, moge szal?

jaki spryciarz.

poniedziałek, 19 grudnia 2011
malina w sniegu.
snieg. wczoraj padal bajkowo. wielkimi, grubymi platkami. dzis troszke zmarzl i swiat wyglada jak nowy. malina miala mnostwo zadan domowych a odrabianie zajelo podwojna ilosc czasu, bo odrabiane z porzyjaciolka. a. poszla a malina skonczyla dopiero kiedy zrobilo sie ciemno. poleciala do piwnicy, wrocila w stroju narciarskim i nawet sama posmarowala buzie znienawidzonym kremem na mroz:
 - blagam cie! pozwol mi wyjsc, chociaz juz ciemno. tylko na piec minutek!!!
pozwolilam. zapalilam w ogrodzie swiatlo, zeby nie bylo tak zupelnie czarno. malina wybiegla, z rozbiegu rzucila sie na kolana i na kolanach przejechala pol ogrodu. potem zaczela sie turlac, zbierac snieg na balwana, rzucac kulki sniegowe na szope. normalnie reklama zimy. teraz lezy na tarasie i sie cieszy. ide nalac wody do wanny i napalic w kominku.
strasznie mnie to moje dziecko wprawilo w super humor. uwielbiam zime. a juz taka porcja spontanicznej radosci to jedyne co tydzien przed swietami moze utrzymac mnie przy zyciu.

malinowe kolezanki...
...nie maja lekko. dzis odebralam ze szkoly maline i jej przyjaciolke a. leza teraz pod choinka i... czytaja swierszczyk. malina czyta i tlumaczy na niemiecki, ogladaja obrazki, labirynt i... rebus.
a. nie mowi nawet slowa po polsku, ale jako najblizsza malinowa przyjaciolka musi uczyc sie lulajze jezuniu i wymawiania "ś".




piątek, 16 grudnia 2011
malinowy patron

na jutro do polskiej szkoly malina ma wymienic trzy osoby, ktore ceni szczegolnie, chcialaby zaproponowac na patrona szkoly, ktora to propozycje ma uzasadnic pisemnie. niemiecka szkola maliny nie ma patrona tylko zwykla nazwe, wiec wytlumaczylam jej na przykladzie mojej podstawowki. malina nie musiala sie dlugo zastanawiac.
 - helena majdaniec.
po przedyskutowaniu sprawy stanelo na tuwimie, brzechwie i astrid lindgren.


++++++++
przedyskutowalysmy sprawe jeszcze raz. skoro malina uwaza, ze helena majdaniec to helena majdaniec. amen.


dzien nastepny
nadal jest fajnie. nawet nie bardzo sie wkurzam na wigilie. moze maz dolewa mi czegos do porannej kawy?
czwartek, 15 grudnia 2011
ze srody na czwartek.
ostatnie trzy dni w hamburgu. boze narodzenie firmowe. swietne. kolacja z klientami. swietna. w srode ostatnie kartki podpisane, rozliczenia, telefony a wszystko w jakims cudownym nastroju, ze od czwartku do swiat juz tylko home office, a po swietach urlop do polowy stycznia. wesolo pojechalam na lotnisko, bo to ostatni lot tego roku i nawet chcialam sobie w nagrode pobuszowac w perfumach zamiast szybko wysylac jakies niecierpiace zwloki maile. i nagle na lotnisku zlapalo mnie cos co pewnie jest migrena. nie wiem dobrze, bo nigdy nie mialam porzadnej migreny. przysiadlam przed wejsciem do samolotu i musialam sie dobrze trzymac, zeby nie spasc z fotela. wsiadam. natychmiast zasypiam, budza mnie dopiero turbulecje przed monachium. zanim sie porzadnie wystraszylam, wyladowalismy. zabralam walizke i do domu.
w domu kominek, wanna i kolacja a mnie tak lupnelo w glowe, ze ani kolacji ani kominka a z wanny wyciagal mnie maz, bo od goracej wody skoczylo mi cisnienie, ktore malo mi glowy nie rozwalilo. maz sie z lekka przerazil i chcial wzywac pogotowie. cala prawa strone mialam obolala. moze to serce? nie no prawa strona, moze zab? nie wiadomo nawet gdzie dokladnie boli. sama bylam z lekka w panice. schlodzilam sie przy oknie. nasmarowalam skronie mieta, wypilam dwie wielkie piguly przeciwbolowe i delikatnie polozylam sie do lozka. zasnelam natychmiast. obudzilam sie dzis z pierwsza wkurzona mysla, ze wlasnie zaczyna sie przeswiateczny spokoj, ze juz nie musze nigdzie leciec w tym roku, ze tak sie cieszylam na te dni i prosze: pewnie jestem strasznie chora. taka wkurzona dowloklam sie pod prysznic i dopiero prysznic uwswiadomil mi, ze jestem zdrowiutka, w swietnam humorze, wyspana i gotowa na czwartek.
odprowadzilismy maline do szkoly oboje. z wielkich zadan dnia zdecydowalismy z moim jednym szefem co kupimy na prezent slubny drugiemu szefowi, ktory w piatek sie zeni i to byl wlasciwie caly dzisiejszy stres. teraz ide z malina na malutkie prezentowe polowanko ale pewnie skonczy sie na buszowaniu po ksiegarni i piciu kawy. normalnie caly dzien sie usmiecham.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
od rana.

jak po takim cudownym weekendzie poniedzialek, zaraz raniutko, moze byc tak beznadziejny?
otoz moze.
czwartek, 08 grudnia 2011
moj maz.

sercowo zajmowalam sie w zyciu: psychologiem, kompozytorem, prezenterem telewizyjnym, architektem, tancerzem. wyszlam za inzyniera. pracuje w branzy, gdzie polowa moich znajomych nawet w nazwie swojego zawodu ma "kreatywny". dlatego uwazam, ze mam prawo autorytatywnie sie w tej sprawie wypowiedziec: artysci sa kreatywni w swojej pracy, trudni i nudni prywatnie. mozna wyjsc za inzyniera, matematyka albo fizyka, ktorzy sa artystami w zyciu prywatnym. i to jest lepszy sposob na zycie. amen.

ps: gdybym miala mojemu mezowi cos radzic, to poelcilabym mu jakas fajna wesola kobitke, nie mnie. ale te porady zachowam dla siebie.




malina azjatycka

jemy pizze w miescie. do wielkiego stolu dosiada sie para studentow. cos tam kartkuja, podkreslaja. on niemiec chyba, ona azjatka. ale jaka. przesliczna! piekne oczy ma podkreslone idealna czarna kreska. malina z wrazenia przestala jesc.
 - mamusiu, jaka ona piekna... - szepce konspiracyjnie po polsku.
przed wyjsciem mowie, ze jak ma ochote to moze tej dziewczynie powiedziec, ze jest ladna. malina sie wstydzi i wysyla mnie. wkladajac plaszcz usmiecham sie:
 - moja corka troszke sie wstydzi, ale chcialaby pani powiedziec, ze jest pani piekna.
dziewczyna usmiechnela sie, zrobila sie jeszcze ladniejsza, serdecznie pomachala malinie reka i zwyczajnie, bez falszywego skrepowania powiedziala:
 - dziekuje.
i jakos sie zrobilo na sekunde bardzo milo. te atmosfere zabralysmy ze soba na ulice. ni to do siebie - jako upomnienie - ni to do maliny mowie:
 - jak sie ma cos milego komus do powiedzenia, to zawsze trzeba to powiedziec. niemile rzeczy mowi sie prawie zawsze a o milych zapomina.
malina milczy, milczy a potem zamyslona w samochodzie:
 - ehhh jak ja bym chciala byc takim pieknym chinkiem.


środa, 07 grudnia 2011
malina u lekarza towarzyszaca.


malina poszla mnie trzymac za raczke przy trasfuzji zelaza. dzis mialam tez cotrzymiesieczne badanie guzkow na tarczycy. czy malina moze ze mna wejsc? a prosze bardzo - zgadza sie mila pani doktor. wchodzimy. typowy pokoik do badan ultrasonografem. pani siada przed czarnobialym ekranem i tulmaczy maliniei, ze moze razem z nia kontrolowac obraz na ekranie. malina najpierw kiwa glowka, niepewnie robi krok w strone ekranu i nagle! wszystko jasne!
 - bede miala siostrzyczke???!!! - podskakuje.

przez dluzsza chwile pani doktor nie mogla mnie zbadac bo niemal turlala sie po podlodze ze smiechu, potem wytlumaczyla malinie, ze bada tylko szyje a w szyi nie ma dzieci a potem mnie przbadala i sie okazalo, ze guzki sa maciupkie jak byly, ale i tak przebada mi krew na raka.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62