wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 01 grudnia 2016
jak to z ta lornetka bylo.

 

jak bylam mala to w trakcie buszowania w regale mamy znalazlam teatralna lornetke. piekna w skorkowym etui. z kosci sloniowej (a moze to byl taki piekny plastik?) i zlota (no w kolorze zlota!). niestety lornetka byla cenna i nie wolno bylo mi sie nia bawic. za to wolno mi ja bylo zabierac do teatru. szczegolnie dobrze przydawala sie w teatrze wielkim, bo jak sama nazwa wskazuje, jest to teatr wielki i jak sie nie siedzi w pierwszym rzedzie to nic nie widac. podgladalam wiec spiewakow i tancerki jak sobie na scenie puszczali prywatnie oczka i ja to widzialam a inni pewnie nie. nosilam te sliczna lorneteczke dumna jak paw w torebce na ramie. jak dorosla jakas! ta rola uprzywilejowanej obserwatorki bardzo mi sie spodobala i do dzis kocham lornetki.

kilka lat temu tesc podarowal mi super lornetke, ktora dostal kiedys jako prezent reklamowkowy z wyzszej polki. lornetka jest nieduza, ale powieksza jak prawdziwa luneta. brzydka jest, w kolorze wojskowo-zielonym, ale za to zgrabna, poreczna i moge miec ja prawie zawsze przy sobie. latem leze sobie na tarasie i podgladam ksiezyc. na wakacjach leze sobie na plazy i podgladam wielkie zaglowce, statki, samoloty.

zupelnie nowa era w moim swiecie lornetek zaczela sie odkad malina zegluje. na brzegu siedza podekscytowani rodzice a kazdy z lornetka. poczulam, ze nie jestem sama. wyciagam zawsze moje cudo i zaraz popadam w kompleksy. mam najmniejsza lornetke ze wszystkich a przeciez jestem lornetkowa maniaczka? sytuacje poprawia fakt, ze te lornetki - mialam okazje wiele z nich sprawdzic - wielkie takie i ciezkie a wcale nie ma wielkiej roznicy w powiekszaniu. moj wewnetrzny spokoj zostal zaklocony dopiero w czasie tych kilku dni nad gardasee. ja moja cudowna lorneteczke umylam tak dokladnie, ze niestety na prawe "oko" zaczela mglic. i na nic wszelkie suszenie, dmuchanie, regulowanie. siedze na lawce i marudze. tatus malinowej kolezanki wyciaga z plecaka swoje magiczne oko i pozwala mi poszukac maliny wsrod maciupkch bialych punkcikow na wodzie. BAM! nic nie musze regulowac (cuda, panie, cuda!) a maline idze jakby stala obok. czarna nitke na jej zoltej czapce widze. o matko salatko. to jakas wojskowa lorneta jest i mozna dzieki niej sasiadowi wypatrzec paproszek, ktory mu wpadl do oka. zupelnie niesamowite.

 

i tak pokrotce wyglada moje zycie lornetkowe i podchoinkowe marzenie.

 

(chociaz - nie oszukujmy sie - od wczoraj wiem tez, ze sa jeszcze bilety na adele w londynie. jedyny problem to plotki, ze adele jest w ciazy. to jak ona bedzie spiewala 30 czewrca?)

 

środa, 30 listopada 2016
nie zawsze jest malinowo.

 

pani od pianina zegnajac sie zapytala:

 - ile ty masz lat?

 - prawie 14.

 - no widzisz, ja zapomnialam, ze masz 14, ciagle mi sie wydaje, ze masz 16. - i do mnie - pani corka jest taka intelektualnie bardzo dojrzala. to czuje sie nawet przy instrumencie. no i taka pracowita! a malina tak ma, ze jak slyszy, ze jest pracowita to rzeczywiscie jest. komplementy sa dla nie niej najlepsza motywacja. nie wiem czy pani to wyczula, czy tez rzypadkowo kroczy dobra droga. jak by nie bylo, jest swietnie.

tak sobie zyjemy na chmurce numer 7. wczoraj jedyna jedyneczka z pierwszego duzego testu z francuskiego, "filozoficzne" rozwazania przy kolacji.

wiec tak sobie spokojnie wstaje dzis rano ze swiadomoscia, ze mam taka swietna corke. robie kawe. robie kanapki do szkoly. zaparzam herbate karmelkowa. zycie jest dzis od rana dobre. az tu nagle moja dojrzala intelektualnie corka zaklada do szkoly t-shirt spod ktorego wystaja gole plecy, w rozpietej kurtce wybiera sie do szkoly. gruby szal ma tak sprytnie okrecony, ze cala szyja gola. i tak moj rozowo-lylowy swiat legnie w gruzach. afera o czapke. malina ma wprawdzie kilka czapek w roznych kolorach ale nie wiadomo gdzie. wszystkie naraz zginely. zaraz odjedzie jej autobus a my dyskutujemy czy -8 stopni to jest zimno czy cieplo.

 

wtorek, 29 listopada 2016
malina przy fortepianie.

 

jak sie tu przeprowadzilismy, malina poszla na lekcje pianina do domu, ktory widzialam z kuchennego okna. bardzo mi sie to podobalo, bo mogla chodzic sama. czasem jezdzila hulajnoga. niestety piekny fortepian w stylowym wnetrzu, czarujaca starsza pani zawsze w romatycznym koku i na szpilkach, nauczycielka z klasa - to mobilizowalo maline tylko na poczatku. rozstaly sie z nauczycielka w przyjazni, bo... obie ziewaly na wyscigi w czasie lekcji i wzajemnie sie demotywowaly.

malina znalazla sobie pania w szkole. drogo, ale pomyslalam, ze jak malina pojdzie miedzy lekcjami a studium to przynajmniej nie bedzie ziewala jak wieczorem, ale okazalo sie, ze pani jest gadula i z 30 minut malina grala efektywnie jakies 10 minut. zrezygnowalysmy i myslalam, ze malinowa przygoda instrumentalna dobiegla konca.

od wrzesnia przychodzi do nas wieczorem do domu pani chinka. i jest moc. zeby bylo glosniej otwieraja klape i lomoca we dwie w ten instrument, ze dach podskakuje. smieja sie glosno. pani klaszcze zeby malina trzymala rytm. malina przed przyjsciem pani "rozgrzewa sie" jakies pol godziny a po wyjsciu jeszcze powtarza co nowe. to zupelnie nowa era w jej muzycznej edukacji. nadal chodzi jej glownie o to zeby grac najszybciej jak mozna, ale przestalam z tym walczyc. moze to jest jakas forma odreagowania? malinowy charakater jest pelen elektrycznej energii a im starsza tym wiecej siedzenia. a siedzenia jest w sprzecznosci z jej temperamentem.

tak mnie natchnelo do tego wpisu, bo wlasnie trwa lekcja...

pod choinke.

 

 

 

 

maz sie ciagle pyta jakie mam marzenia "podchoinkowe". chce tylko lornetke. a wy?

 

listopadowe slonce.

 

sama nie wiem czy sie cieszyc ta cudna pogoda. jak jest szaro i zapalam swiece juz do sniadania (malina je o 6:30 jak jest jeszcze ciemno) to robi sie zaraz przytulnie i milo. jak kolo 9:30 wylazi slonce i swieci jak na przyklad teraz (niebo nieskazitelnie blekitne) to zaraz widac jakie mam brudne okna i to mnie stresuje.

jak za oknem szaro to okna wygladaja jak krysztalowe...

 

poniedziałek, 28 listopada 2016
malinowy poczatek adwentu.

 

 

 

 

w piatek wieczorem skrecilysmy dwa wience adwentowe. wszystko na zielono, jak zadecydowala nasza glowna stylistka malina. nawet swiece zielone. w sobote malina obdzwonila wszystkie kolezanki, zeby miec partnerke do pieczenia ciasteczek. nikt nie mial czasu, wszyscy ucza sie do wielkiego testu z fizyki. o! test z fizyki?

 - to ty tez siadaj i sie ucz?

 - ale ja juz wszystko umiem.

niestety ja nie jestem matka ufajaca. kazalam mezowi siadac i fizyke z malina przerobic jak wszyscy inni klasowi tatusiowie. malina pokrecila glowa, oczy do sufitu kilka razy wzniosla, gleboko westchnela i wyciganela materialy co im pan dal do przerobienia. po godzinie maz wstal i wzruszyl ramionami:

 - juz nie wiem co jeszcze mamy tu przerabiac. ona wszystko wie.nie wiem skad, ale wie.

na przeprosiny dalam dziecku obejrzec "pets" https://www.youtube.com/watch?v=JGwtWPVCyTg. o matko salatko jaki cudny film. ja sobie dziergalam na drutach, malina z tatusiem sie cieszyli. potem ja dalej dziergalam a malina solo piekla ciasteczka i nawet kuchnie posprzatala. wczoraj poszlismy na nasz wiejski weihnachtsmarkt tuz za rogiem, ale jakos bylo dziadowsko w tym roku i szybko wrocilismy do domu. na kolacje zrobilismy "kaczke udawana" z czerwona kapusta i kasztanami i ten weekend tak moglby sobie dalej trwac, ale niestety nagle BAM! poniedzialek wali czlowiekowi wiadro zimnej wody prosto w twarz. i tyle.

 

piątek, 25 listopada 2016
piekna ona, brzydki on.

 

jak wyszlam za maz bylismy mlodzi i (tak nam sie wtedy wydawalo!) piekni. moim zdaniem teraz jestesmy optycznie ladniejsi. biedni bylismy oboje jak myszy koscielne, ale po latach biegania w kolku jak chomiki dorobilismy sie troche i jezdzimy na wakacje zagra-ma-nice (pamietacie, ze tak sie kiedys mowilo?)

dlatego nigdy nikt nam nie mogl nic zarzucic, wyraznie chodzilo o milosc i tak po prawie 25 latach nam zostalo.

wielu ludziom trafia sie jednak inaczej. tak mnie naszlo dzis, jak przeczytalam na plotkarkim portalu komentarze o nowym zielonym, przepieknym plaszczu pewnej celebrytki, ktora niedawno wyszla za maz za milionera, ktorego znakiem rozpoznawczym sa dlugie wlosy i figura wyrosnietego bobasa. lubie czytac o polskich celebrytach, bo niektorych (niewielu, ale jednak) znam prywatnie i moge sobie porownac stan faktyczny z medialnym wizerunkiem. niestety rzeczonej pary roku nie znam zupelnie i prywatnie. nie wiem czy chodzi o wielka milosc, czy o wielkie pieniadze. nie moge sie jednak nadziwic, ze wszyscy, no wszyscy sa pewni, ze chodzi tylko o pieniadze, bo facet sie nikomu nie podoba.

swiat kreci sie do przodu a ludzie wciaz uwazaja, ze piekni ludzie musza kochac pieknych ludzi. pieknych ludzi podziwiaja, ale tez nimi jakos gardza. wsrod naszych znajomych jest (bylo) malzenstwo takie wlasnie "nie_pasujace_do_siebie_zupelnie: on straszy, grubawy, lysiejacy, oczy zabiaste, naprawde brzydki i ona mlodsza, wiotka, blond wlosy, rozbrajajacy usmiech, lsniace perlowe zeby. urodzily sie dwie dziewczynki, ktore moga codziennie reklamowac jacadi - uroda po mamie. nie wszystko jest jednak bajka i on umarl. po krotkiej zalobie, kiedy nikt nie pozwalal sobie na glupie komentarze, co i raz ktos cos napomknal, ze sliczna wdowa szybko znajdzie nowego meza, bo i teraz forse ma i mlodosc i urde a w poprzednim malzenstwie kazdy wie o co chodzilo, prawda? nie, no wlasnie nieprawda. mloda wdowa przeprowadzila sie z wielkiego domu, do mieszkania, zeby nie musiec nadal zatrudniac pani do sprzatania i zeby miec ludzi wokol, poszla do pracy i przestala robic makijaz, stroic sie jak kiedys a na grobie meza ciagle swieze kwiaty i wianki, choc mija drugi rok... i

tak mam ochote czasem wykrzyczec ludziom w twarz: co wy wiecie o milosci? no co?

 

 

czwartek, 24 listopada 2016
malinowe poranki

 

tatus w chinach a ja chora. malina od poniedzialku sama wstaje, robi sobie sniadanie, slucha radia, pije herbate chai i idzie do szkoly. dzis jakos mi lepiej, wiec wstaje tez o 6:15. malina na moj widok:

 - mamusiu, ale ty wracaj do lozka. spij dalej!

 - ale ja sie martwie, ze ty tu taka sama. no i ze sie spoznisz na autobus...

 - a ja sie nie martwie.

 - no tak...

 - juz wole jak wrocisz do lozka, bo jak jestes to sie martwie, ze ty sie martwisz, ze sie spoznie. a jak jestem sama, to sie nie martwie, ze sie spoznie, bo jeszcze nigdy sie nie spoznilam.

 

poszlam wiec spac, zeby nie stresowac dziecka. zasnelam natychmiast jak susel.

 

 

 

 

gadanie z malina

 

pisze z malina na whatsapp.

 - trudny byl test z geografii?

 - nie pisalismy testu jednak:-)

 - super!

 - tak! a z wiersza mam 1 :-)

 - sama sie zglosilas? czy cie wywolal?

 - sama:-)

 - super! i problem masz z glowy!!!

 - tak! ale to nie byl problem.:-)

 

malina ma to po tatusiu. nie lubi slow takich jak: problem, stres, katastrofa.

 

malinowy charakter.

 

malina ma taka ceche - zupelnie nie wiem jak to nazwac - ze podchodzi do zycia w sposob lekki. dwa tygodnie temu wystepowala na wieczorze muzycznym. zagrala fajnie, w jednym miejscu sie posypala, ale zupelnie nie zrobilo to na niej wrazenia ani w trakcie gry ani potem. jest wielu uczniow, ktorzy graja swietnie, maja talent, ale przeciez ona nie bedzie sie nimi martwila i nie przestanie grac, bo inni graja lepiej.oni maja talent, ona ma przyjemnosc.

w jej calodziennej szkole popoludniu uczniowie maja czas "studium", najpierw w silentium, potem moga sie przepytywac, wzajemnie pomagac itp. w tym czasie opieke nad uczniami sprawuje prefekt. w tym roku klasa dostala nowego prefekta i strasznie sie ze soba mecza i nie lubia. rodzice zwolali spotkanie co by tu zrobic? jak na niego wplynac, moze jakos zalatwic z dyrektorem zeby go wywalil? szkola jest prywatna, to chyba kurcze mozna jakos to zalatwic? rodzice postanowili zebrac argumenty do rozmowy z prefektem a potem z dyrektorem szkoly.

robie wywiad w domu. malina wzrusza ramionami: ja go nie lubie i juz. no ale jakiesz szczegoly, dlaczego i co i jak?

 - mamusiu, ja sie nad nim nie zastanawiam, raz na mnie nakrzyczal, bo skakalam po krzesle, ale pewnie inny nauczyciel tez by nakrzyczal.

na spotkanie poszlam wiec bez argumentow. malina uwielbia szkole i jedyne co jest tam okropne to jedzenie. rodzice narzekali na fizyka, na germaniste, na lacinnika oraz na pania od matematyki. mimo popoludniowego studium, dzieci siedza cale wieczory i zakuwaja so poznych godzin.

 - a u was? co wy nic nie mowicie? - zwraca sie do nas przewodniczacy rady rodzicow. moj maz glodny, wiec nic nie mowi, ja stekam wiec:

 - no hmmm malina wraca ze szkoly glodna, bo nigdy jej nic nie smakuje.

 - a pani od sportu? malina nie narzeka? przeciez dziewczynki sa tak wykonczone, wymiotuja, trzeba je w srode po sporcie zabrac do domu.

 - tak?  - co tu powiedziec? denerwuje sie, bo malina ostatnio pokazywala mi talie, ze schudla dzieki nowej pani od sportu i ze czuje ze ma lepsza kondycje - no jak wymiotuja to niedobrze... hmmm  ... no malina nie wymiotuje.

malina jest rzecia w klasie jesli chodzi o srednia. dwie pierwsze dziewczynki maja pokoj wytapetowany slowkami z laciny, ojcow, ktorzy studiuja z nimi fizyke i matematyke, mamy z ktorymi cwicza francuski i angielski - cale wieczory i weekendy. malina ma dwa wieczory wyjete z zycia: pianino i tance a reszte wieczorow spedza czytajac glupie gazetki dla nastolatkow no i codziennie jemy razem kolacje. w soboty polska szkolka. no to co ja mam powiedziec, zeby ludzie nie mysleli, ze opowiadam im bajki?

ale ten wpis jest glownie o tym, ze malina odhacza zadania szybko i skutecznie nie wglebiajac sie w ich glebszy sens. ma zagrac na pianinie - gra. nie mysli czy zostanie swiatowa pianistka. ma rozwiazac matematyczne zadanie - rozwiazuje. nie zstanawia sie czy to jej sie przyda w zyciu czy nie. ma nauczyc sie wiersza - siada, czyta 5 razy, umie. nie denerwuje sie, ze wiersz nie ma rymow, jest trudny, ze zdenerwowane mamy wystosowaly list do germanisty, ze taki wiersz to bez sensu. malina jest bardzo zadowolonym z zycia czlowiekiem i nie traci czasu na rozmyslanie o niepowodzeniach i smutkach i coraz lepiej pojmuje swiat. jestem pelna podziwu. ja cale zycie jak spiewalam piosenke, to sie martwilam, ze nie robie czegos powaznego. jak pisalam dyplom to sie martwilam, ze nie robie czego co mnie pasjonuje, tylko zajmuje sie nikomu niepotrzebnymi nudami. czego bym nie robila to zawsze serce gdzie indziej, glowa gdzie indziej. ciesze sie, ze malina ma inaczej.

 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 09 listopada 2016
dzisiaj.

 

to jest taki dzien ktory uswiadamia, ze do drugiej wojny swiatowej doprowadzili tacy sami ludzie jak my. zwyczajni ludzie.

 

 

 

poniedziałek, 07 listopada 2016
malina na gardasee.

 

malinowe ferie rozpoczelismy zaraz po ostatniej lekcji w piatek. na holownik przyczepilismy wielka motorowke (dla trenera) i pojechalismy nad jezioro garda. moj zawsze najszybszy na autostradzie maz, cierpliwie turlal sie 100 na godzine a ja karmilam go kanapkami i preclami.

 

 

dwa dni malina zeglowala w sloncu i ze slynnymi dla tej okolicy wiatrem peler i wiatrem ora, ktore sa wiatrami termicznymi. trzeciego dnia slonce zniknelo, pojawily sie ciezkie olowiane chmury i przez dwa dni szalala wichura, lodki smigaly po wodzie jak motorowki, surfingowcy tylko skakali po falach, w naszej grupie porwalo jeden zagiel i zlamalo maszt. zeglowali tylko najwytrwalsi i najodwazniejsi. zaglowki co i raz przewracaly sie a zeglarze ladowali w lodowatej wodzie. na koniec wszystko sie uspokoilo. pozegnalna wspolna kolacja z pizza szybko sie zakonczyla. dorosli mieli ochote sie jeszcze bawic, ale kolo 20:30 dzieci przysypialy przy stolach a nastolatki chcialy do lozek. codziennie od 8 rano (zimno i szaro) zeglowali do 17 z przerwa na godzinny obiad. wieczorem kazdy wpadal w swoje lozko, bez czytania i bez sprawdzania whatsapp. cudowny tydzien. malinowe zeglowanie weszlo na zupelnie inny poziom. malina choc najmlodsza w grupie laser zdobyla sobie szacunek starszych kolegow i weszla w nowy krag znajomych, ktorzy bardzo mi sie podobaja.

wrocilismy wypoczeci i szczesliwi. a dzis juz szkola. i tak do nastepnych ferii w choinka w tle:-)

 

wtorek, 25 października 2016
malinowa alice

 

w niedziele obejrzelismy z malina alicje w krainie czarow.

"the only way to achieve the impossible is to believe it is possible” – zostalo w malinowej glowie.

a takze sukienka z chin:-)

 

 

 

poniedziałek, 24 października 2016
"bo meska rzecz byc daleko, a kobieca..." - spiewala kiedys pani alicja majewska.

 

moze to tylko ja tak mam, ale wsrod moich znajomych po obu stronach granicy znane mi przypadki rodzin z ciezko uposledzonym dzieckiem to takie, gdzie ojciec odszedl i juz. ma przeciez prawo do zdrowego dziecka? ma prawo do normalnej rodziny, prawda? postawcie sie prosze w jego sytuacji. marzyl o fajnym synku zeby grac z nim w pilke nozna a urodzilo sie dziecko kalekie, ktore mimo przedszkolngo wieku nadal nie umie samodzielnie chodzic. jeden znajomy ojciec odszedl, ale zapewnil przeciez finanse. no nie mial juz sily zmieniac pieluch swojej 15-letniej corce, kregoslup odmawial mu posluszenstwa, ale tez nie mogl sie nadziwic, ze matka oddala corke do zakladu opieki. sam przestal corke odwiedzac, bo w sumie stala sie roslinka i jest jej wszystko jedno czy ktos ja odwiedza czy nie. matka, po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu dla nerwowo chorych jest pod opieka psychiatry. zwariowala. inaczej nie da sie tego nazwac.

mysle o tym czytajac o aborcji i protestach. podmiotowosc kobiet i retoryka z pogranicza bruku.

 

 

 

 

 

piątek, 21 października 2016
malinowy piatek.

 

poszlam dzis z malina kupowac buty, bo idzie z nami na impreze i ma wygladac jak czlowiek. buty znalazlysmy genialne. replay. panu tak sie spodobalysmy, ze wyciagnal jeszcze jedna pare podobne ale inne do ktorych malinie zaswiecily sie oczy jeszcze bardziej. kupilysmy wiec obie paryz. pierwsze dla mnie, drugie dla maliny. pan pakujac je do pieknych kartonow (portmonetke grzecznie schowalam do torby!) odpowiedzial na moje troche stroskane:

 - ale moze jednak troche za mlodziezowe?

 - nic podobnego. przeciez widze jakie pani nosi buty! no i jesli moge sobie pozwolic na szczerosc: te buty kupila niedawno taka pani juz nawet po 40 -ce, wiec... no sama pani rozumie!

moja piekna corka stuknela sie ze mna coca cola, ktora poczestowal nas sprzedawca. kazdy sie bez dalszych komentarzy ucieszyl mila sytuacja: pan zrobil dobry interes, ja uwierzylam w komplement a malina ma nowe buty.

 

wczoraj odbilam sie od dna. jestem wyczerpana ale szczesliwa. moj maz wlasnie w tym momencie zostaje czlonkiem anszego klubu zeglarskiego. po okresie probnym i listach polecajacych trzech czlonkow z ponad 10letnim czlonkowstwem! malina natomiast dostala statuetke najlepszej zeglarki naszego jeziora w kategorii laser. zaraz przyjada do domu. ja nie poszlam, bo padam na nos. pije bezglutenowe piwo i dziergam (zaispirowana habalem) zupelnie niepotrzebna mi poduszke z bialej welny. niepotrzebna ale bardzo piekna. moze nawet nie taka piekna i tak mi sie podoba.

 

 

 

 

czwartek, 20 października 2016
nie wiadomo gdzie

 

zgubilam albo zostala okradziona. zniknela cala portmonetka: karta kredytowa, karta bankomatowa, dowod osobisty, prawo jazdy, rozne rachunki do rozliczenia, karta samochodowa. poprostu oszaleje zaraz.

 

--------

update:

zadzwonilam do buria rzeczy znalezionych w hamburgu. pol godziny czekania na przyjecie zgloszenia. zglaszam. opisuje portmomnetke, wyliczam zawartosc. forsa symbolicznie, ale jak zaczynam wyliczac dowod, karty ubezpieczeniowe to robi mi sie slabo.

biuro rzeczy znalezionych na lotnisku monachium - to samo.

biuro rzeczy znalezionych w hamburgu - to samo.

biuro rzeczy znalezionych w monachium - to samo

wszystko trwa strasznie dlugo, plakac mi sie chce, ale jedno trzeba przyznac: wszedzie strasznie mili ludzi, wspolczujacy impocoeszajacy, ze dokumenty bardzo czesto sie znajduja.

na wszelki wypadek przeczesuje jeszcze raz walizki, torby, samochod, garaz, regaly, pod soafa, pod fotelami, pod szafkami. nie ma.

 

zeby nie zglupiec z rozpaczy ide do ogrodu i chyba z tego zimna moj mozg spina sie, wypreza miesnie i kieruje mnie do kartonowej torby w piwnicy. w torbie leza trzy rulony plakatow, ktore dostalam w prezencie za zakup wielkiej koldry w sobote w miescie. sprzedajaca pani zapalkowala nam zakupy w tyle toreb, ze juz nie mialam sily chowac portmonetki do torby, tylko wrzucilam ja do kartonu, bo zaraz wsiadalam do samochou. i wlasnie ten moment przypomnial mi sie w ogrodzie dzis.

o boze jaka jestem zmeczona.

 

 

 

 

 

środa, 19 października 2016
wczoraj bylo trudno.

 

wczoraj byl trudny dzien z tylu roznych powodow, ze nawet nie chce mi sie o nich pisac. godzina za godzina - same nieprzyjemne.

i nadeszla godzina 17:44. zadzwonil telefon. podnioslm sluchawke, choc wiedzialam, ze bedzie wkurzajaco, ale co robic, taka praca. no wiec zaczynam te rozmowe nieprzyjemna a o 17:45 dzwonek do drzwi. malina otwiera a ja widze, ze pani od fortepianu przyszla z psem. lubie psy, ale nie takie niespodziewane u mnie w domu. zeby nie dostac zawalu sercu pomachalam reka i poszlam na gore nadal telefonowac.

po trzech kwadransach lekcji udalo mi sie pokonac wrodzona uprzejmosc i powiedzialam pani, ze niestety pies na lekcjach fortepianu nie jest u nas mile widziany.

malina byla oszolomiona. powiedziala, ze jeszcze nigdy nie widziala mnie w takim stanie. myslala, ze pekne, wybuchne albo zaczne krzyczec! rutyna i dojrzaly wiek pozwolily mie jednak przetrwac. nie peklam.

 

 

 

 

poniedziałek, 17 października 2016
malinowy komiks.

 

u nas to sie nazywalo plastyka czy zpt? juz nie wiem. generacja malinowa ma zajecia ze sztuki. w ciagu tych trzech lat powstaly naprawde piekne rzeczy, rysunki, obrazy, collage.

w tym semestrze zajmuja sie technika komiksu i maja przedstawic jakas scene z mitologii greckiej. wesolo czy tragicznie - jak kto chce. malina, ktora ma zawsze klopot z malowaniem/rysowniem oczu:

 - jedno oko wychodzi mi zawsze super, ale drugie prawie nigdy mi nie wchodzi...

postanowila zilustrowac scene z cyklopem.

 

 

 

środa, 12 października 2016
malinowe jedyneczki.

 

czwarty tydzien szkoly po wakacjach. tydzien temu wielka klasowa z laciny. malina wrocila do domu wniebowzieta, ze bylo tak latwo, ze oddala po 20 minutach i reszte lekcji sie nudzila. z lekka sie wkurzylam na taka arogancje:

 - mam nadzieje, ze przynajmniej raz sprawdzilas co przeczytalas?

 - oczywiscie! - zapewnila malina i zaraz chyba pozalowala, ze mi to opowiedziala, bo widziala, ze mi sie to nie podoba.

dzis dzwoni do biura:

 - dostalismy sprawdziany z laciny. byla straszna afera. jeszcze nigdy srednia klasowa nie byla taka zla i pan m. sie strasznie zdenerwowal, ze sie nie uczymy. polowa klasy ma...6!

szostka to tutejsza pala i juz czuje, ze malina przygotowuje grunt na obrone zlej oceny, bo tydzen temu tak sie wychwalala...

 - na cala klase tylko jedna jedynka.

 - tak? a kto ja dostal?

 - ja.

o kurcze...

to 7 jedynka w tym roku szkolnym. i wiem, wiem, stopnie nie sa wazne. tak jak pieniadze nie sa wazne. ale przyjemnie je miec. tak?

 

 

 

piątek, 07 października 2016
specjalne zyczenia.

 

idziemy dzis z malina na babskie zakupy. buty jesienne oraz kurtki na narty. (ja jezdze w kurtce, ktora ma 25 lat i zacina jej sie suwak, malina ze swojej wyrosla).

maz daje nam ostatnie namaszczenie:

 - idzcie i cos kupcie, sknery jedne!

i dodaje:

 - moge miec jakies prywatne zyczenie?

 - a jakie?

 - no zebys sobie kupila jakies buty powyzej 10 centymetrow!!!

 

 

 

 

czwartek, 06 października 2016
i jest spoko bitwa pod koniec.

 

w sobote, czyli pojutrze w malinowej sobotniej szkolce bedzie praca nad panem tadeuszem. poniewaz - mimo wielu niezwyklych talentow! - malina nie da rady do pojutra przeczytac chocby polowy tego wiekopomnego dziela, rzucilam sie na poszukiwanie streszczenia, filmu albo chociaz mp3 z recytacja holoubka albo przynajmniej zamachowskiego. niestety na razie nic nie znalazlam bo utknelam tu:

 

https://www.youtube.com/watch?v=4DcByZjFqVI

 

:-)

 

 

 update w piatek:

 

no dobra, znalazlam tez to:

 

https://www.youtube.com/watch?v=s9xHbvwG1jY

 

obejrzymy dzis wieczorem tez film i "jakos to bedzie!" :-)

 

środa, 05 października 2016
malinowa nauczycielka

wczoraj przyszla nowa pani od fortepianu. polecili nam ja znajomi: starsza pani, chinka. kiedy stanela w drzwiach, zrozumialam, ze mam jakis stereotyp chinki w glowie, ktory wlasnie pada w gruzy. pani - nauczycielka na emeryturze - w burzy kasztanowo-czerwonych wlosow okielznanych diamentowa klamra i z przodu przycietych w idealnie rowna grzywke szybko sie przywitala, wskoczyla w przyniesione kapcie i jeszcze stala w drzwiach a juz siedziala kolo malinowego pianina. rzucila okiem na malinowe nuty, popatrzyla na maline:

 - a ile ty masz lat?

 - 13 i pol. - na maline przeskoczyl juz elektryczny ognik, juz byla "kupiona".

 - no i nadal chcesz grac takie walczyki dla malych dziweczynek?

 - nie.

pani wyciagnela jakies pogniecione nuty, przebiegla palcami po klawiaturze.

 - fajne?

 - fajne! - rozpromienila sie malina.

 - no to graj.

mialy grac trzy kwadranse, graly godzine. jeszcze brzmial ostatni akord a pani juz sie zegnala w drzwiach wrzucajac kapcie do torby.umowily sie, ze zawsze bedzie jeden klasyk i jeden pop.

 - no to czesc!

temperament w sam raz dla maliny.

 

 

 

 

wtorek, 27 września 2016
malinowe wiadomosci dnia

 

pamietam jak mala malina biegala. jak biegala to biegala cala soba. biegla a caly ogrod, caly swiat falowal razem z nia, biegla jakby nie bylo kamieni, korzeni, zadnych schodow, zadnych przeszkod, biegla jakby na koncu miala skoczyc na puchowa pierzyne albo miekki materac. biegla na hustawke, do tatusia wracajacego z pracy, do kuchni, bo pokroilam jej jablko. zupelnie nie pamietam, jak malina chodzila. ze perspektywy czasu wydaje mi sie, ze zawsze biegala, skakala a jak siedziala to machala nogami. musialam o tym sobie pomyslec widzac ja wczoraj przez okno jak wraca ze szkoly. niby idzie objuczona wielkim tornistrem, ale cos jest w tym marszu bardzo energetycznego, biegnacego, podskakujacego. tak sie wlasnie malina wczoraj spieszyla do domu:

 - chcesz pierwsza czy druga wiadomosc?! - wola od progu - bo mam dwie!!! - promienieje.

 - druga poprosze!

przed wakacjami chlopak, ktory byl pianista w szkolnym big bandzie zrobil mature i skonczyl szkole. wczoraj pani od muzyki zaproponowala malinie jego role! spelnilo sie malinowe marzenie, ktore wlasciwie nie mialo szans sie spelnic. big band i grupa teatralna ciesza sie w szkole szacunkiem nie tylko nauczycieli, tylko tym jedynym waznym szacunkiem uczniow i kolegow. malinowe kolezanki gratulowaly malinie i caly dzien cieszyly sie razem z nia.

wiadomosc pierwsza, to jedynka z francuskiego. pierwsza ocena w tym roku. francuski jest piatym malinowym jezykiem, na ktory malina niecierpliwie czekala juz od trzech lat. powtarza slowka i zdania delektujac sie ich brzmieniem jakby mialy smak landrynek.

tak ja te wiadomosci zmeczyly, ze o 19:30 poszla spac.

 

malina 7 lat temu:

 

 

 

 

 

piątek, 23 września 2016
w dzikie dynie zaplatani...

nasza sasiadka ma absolutnego fiola na punkcie pomidorow. co roku dookola jej domu, domku na sprzet, garazu stoja donice a w kazdej inny gatunek pomidorow. koledzy jej trzech synow jak sobie robia przerwe w zabawie, to ida na "lampki" (zolte male pomidorki z zakreconym noskiem) albo "tygryski (czerowne z zoltymi paskami) czy jakie inne kolorowe, pyszne klejnociki.

pozna wiosna maz sasiadki przynosi mi cztery plastikowe donice a w kazdej 15 cm roslinka - wszystkie takie same. dopiero po miesiacu widac, ze to 4 zupelnie inne gatunki, jeden pnie sie ku gorze, drugi zamienia sie w bujny krzaczek a listki ma pokryte siwym meszkiem. w tym roku nie mialam czasu ich przesadzac i tylko wstawilam te plastikowe kontenery do terakotowych donic na gornym tarasie. lato bylo pelne wyjazdow, terminow, wakacji, w przeciwienstwie do ubieglego roku okupowalismy glownie werande, na taras chodzilam tylko zbierac pomidorki. okazalo sie, ze oprocz pomidorow w ziemi byly nasiona dyni. 5 dyn bardzo sie usamodzielnilo. rozlozyly sie na tarasie ozdabiajac go najpierw wielkimi zoltymi kwiatami a teraz pomaranczowymi dyniami. najlepsze jest jednak to, ze kilka pnaczy zaplatalo sie w winogrona i zaczelo spuszczac w dol. tak wiec teraz jedna sciane tarasu zdobia mi male owoce dyni splywajace w dol wsrod winogron i roz. wyglada to genialnie a mi placze sie po glowie a to grechuta a to demarczyk:

"i groszki kwitna i roze..." hmmm i "dynie!"

"w dzikie wino zaplatani..."

 

zaczela sie jesien. jest przepieknie.

 

 

środa, 14 września 2016
pobudka.

 

jestem dziwnym stworzeniem. klucze wsrod maili, przesluchuje zostawione wiadomosci, znudzona wisze na godzinnych telefonicznych konferencjach. nie mam sily na te prace. pewnie za dlugo sie tym juz zajmuje. az tu nagle wali sie polowa ustalonych systemow, ktos rzuca prace, ktos konczy wspolprace, ktos potrzebuje wielkiej prezentacji na wczoraj, skacze mi ciesnienie i nagle znow mi sie chce, kazda katastrofa jest nowym miejscem na nowa konstrukcje. czuje sie jakbym sie obudzila po dwoch tygodniach podsypiania. od czasu do czasu potrzebuje pobudki, inaczej popadam w letarg. nagle w ciagu godziny zlatwilam wiecej spraw niz czasem w pol dnia.

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84
Archiwum