wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 16 sierpnia 2018
nie_malinowe zycie nastolatek.

 

ogladam z malina instagramowy profil malinowej kolezanki, o ktorej juz tu kiedys pisalam. od roku mieszka w internacie na polnocy niemiec. moze zycie stawia nam takich ludzi na drodze, zebysmy zrozumieli wlasne szczescie? wzieli los we wlasne rece? docenili to co mamy? nie wiem. bardzo ladna dziewczyna, instagramowe imie ma cos w sobie ze szczescia i ze slonca. o! zdjecie z chlopakiem. zakochana, to dobrze, milosc jest chyba najlepszym lekarstwem na chora dusze. kolezanka jest teraz u rodzicow na wakacjach. malina umawia sie z nia na zagle. wieczorem wraca smutna. kolezance braknie juz miejsc na ciele. z ramion przeniosla sie na nogi, z nog na brzuch - wszystko pociete. stare blizny pokrywaja sie nowymi nacieciami. wakacjekoncza sie natychmiast - kolezanka laduje znow w klinice. malina uwaza, ze to z powodu tych wakacji u rodzicow.

nic nie mozemy zrobic, ale przynajmniej kiedy przegladamy te zdjecia tlumacze malinie, ze instagram jest uluda, jednym wielkim klamstwem i ze to jest wazna lekcja zycia. te nastolatki wstaja rano i jeszcze zanim umyja zeby maja przeglad galerii zdjec wesolego zycia swoich kolezanek. sliczne kolrowe zdjecia przerobione aplikacjami do wygladzania twarzy, wydluzania nog z fantastycznymi filtrami, ktore z byle jakiego zdjecia robia male dzielo sztuki. a potem ida do lazienki myc zeby i widza siebie same w lusterku. co za porownanie.

malinowa najblizsza kolezanka spi z komorka kolo lozka, na sportowym obozie w ubieglym tygodniu dostala ataku depresji z tesknoty za internetem. w tym tygodniu lekarz podwyzszyl jej dawke antydepresantow, bo bulimia powrocila ze zdwojona sila. inna kolezanka nie jedzie nigdzie na wakacje. dwa razy w tygodniu ma terapie i nie moze jej przerwac - ataki paniki z utrata przytomnosci. to sa wszystko dziewczynki po 15 lat. przykladow jest wiecej, ale mowie tylko o najblizszych kolezankach. obserwuje maline, slucham jej i wyglaszam dlugie przemowienia. czasem sie boje a czasem mysle, ze przeciez widac, ze malina jest szczesliwym czlowiekiem. a jednak te wszystkie mamy, ktore teraz sprawdzaja dawki lekow (ktorych sklad oszalamia) ktore jezdza do klinik, lekarzy, psychologow - te mamy tez caly czas myslaly, ze wszystko jest w porzadku.

 

 

 

środa, 08 sierpnia 2018
upalne wakacje

 

to bylo 9 bardzo intensywnych dni w hamburgu. kurs plastyczny (szalu nie bylo), cowieczorne lazenie po miescie do polnocy, upal, malinowa praca na planie filmowym (pobudka o 5 rano!), 12 godzin na paradze rownosci. co sie nagadalysmy, najadlysmy, natanczylysmy, naszwedalysmy to nasze. zaliczylysmy takze - jak prawdziwe turystki - zwiedzanie portu na lodzi. takze sluzbowo byl to bardzo wazny tydzien - tu tez: rozmowy, decyzje. cierpliwosc poplaca jak sie okazuje. jak sie wlasciwie zawsze okazuje! malina pojechala prosto na oboz a my mamy tydzien we dwoje. wprawdzie pracujemy, ale pogoda jest taka wakacyjna. jezioro cieple, wiec... nadmuchalismy w ogrodzie malinowy olbrzymi basen i co i raz pluskamy sie w lodowatej wodzie, wieczorem nawet popijajac lodowate biale wino. no jak kocham zime, to to lato jest szczegolnie fajne.

 

poniedziałek, 30 lipca 2018
malina w hamburgu

 

malina powiedziala wczoraj, ze jestesmy przyjaciolkami. powiedzialam jej ze nie jestesmy, bo w przyjazni nie ma zaleznosci. podobnie zreszta jest z miloscia i ze jak kiedys bedzie miala jakies watpliwosci to warto zeby sobie te nasza rozmowe przypomniala. malina nie moze nawet pojechac do kolezanki bez mojej pomocy, bo mieszkamy na wsi trzeba ja podwiezc, nie zarabia pieniedzy a jak sie zezloszcze ze ma balagan w pokoju to musi posprzatac. w przyjazni nikt nic nie musi poza respektowaniem, cierpliwoscia i wybaczaniem. podobnie jak w milosci. pocieszylam ja, ze mamy dobre zadatki na przyjaciolki i ze jak bedzie dorosla to mam nadzieje, ze zostaniemy przyjaciolkami. zyjemy w podobnym rytmie, umiemy ubrac sie w trzy minuty plus makijaz (tak, tak, malina kupila sobie w polsce chabrowy tusz do rzes i maluje sie nim teraz w wakacje. musze przyznac, ze wyglada to swietnie), w sekunde zmienic plan i wsiasc we wlasnie przejezdzajacy tramwaj i pojechac zupelnie w inna strone niz planowalysmy. nasze rozmowy wieczorne przy stole w moim ukochanym hoteliku w hamburgu sa chyba tak samo wazne dla mnie jak i dla niej. przepoludnia spedza w szkole plastycznej, lunch z nami w biurze lub kolo biura, w srode krecimy w hamburgu i malina dostala od mojego kolegi producenta oferte pracy na planie - bedzie wspomagala stylistke i kostiumy. juz dzis jest bardzo przejeta i szczesliwa. tatus dzwoni do nas co i raz i teskni. my tez, ale tez jest bardzo fajnie.

piątek, 27 lipca 2018
za godzine: malinowe wakacje!

 

malinowa walizka i moja pelne sa sukienek i powiewnych bluzek a nawet zwariowanych sandalkow, ktore kupilam malinie w chwili slabosci. w tamtym roku hamburg plakal deszczem caly tydzien, tym razem ma byc goraco. malina wlasnie jedzie do domu ze swiadectwem pelnym jedynek i dwojek. wydaje mi sie, ze jestem bardziej dumna, jak widze ja zeglujaca i walczaca z wiatrem, ale jednak swietne stopnie tez sa fajne. to taka czesc jej zycia, ktora w ogole nas nie aprobuje, nie martwi, nie zajmuje. martwia mnie inne rzeczy. malinie marzy sie prawo jazdy na motorze. co o tym pomysle, to mnie boli brzuch. ale poki co zaczynaja sie wakacje.wlasciwie zaczely sie wczoraj siedzeniem do polnocy na pomoscie i podziwianiem ksiezyca w prawie - pelni. dzis wieczorem ma byc zacmienie - ciekawe czy je zobaczymy.

( a po wakacjach? o ludzie! pani ortodontka powiedziala, ze nie tylko zdejmuje malinie zawiasy - nikt kto tego nie widzial nie wie co to jest, malina ma wiecej metalu w ustach niz zebow - ale tez klamre. wiemy to od 3 dni i malina smieje sie od ucha do ucha przezentujac swoje 5 kilo stali nierdzewnej:-)

 

czwartek, 26 lipca 2018
malinowy koniec roku szkolnego.

 

jutro rozdanie swiadectw. z roku na rok w malinowej klasie robi sie coraz nudniej. w tym roku odchodzi 6 osob, repetuja lub ida do realschule. 5 lat temu byly 4 klasy: a,b,c,d. po wakacjach tylko a i b. tak sobie gadalismy wczoraj, ze szkola jest sztywna i ciekawi ludzie nie mieszcza sie w jej ramki. dzieci nie maja czasu na nic, szybko musza przeleciec caly program i zbierac punkty na lepsze studia. niedawno nocowala u nas malinowa kolezanka. martwila sie swoim swiadectwem. ja na to ze w przyszlosci nikt jej nie zapyta, co miala z biologii czy z historii w 9 klasie gimnazjum. no tak - zamyslila sie - ale ja musze miec dobre oceny, bo chce studiowac prawo. wiekszosc malinowych kolezanek wie co chce studiowac. chyba nie doceniam dojarzalosci wspolczesnych nastolatkow, bo wydaje mi sie dziwne, ze w tym wieku mozna marzyc o kancelarii prawniczej. w warszawie malina zachwycala sie politechnika warszawska, ale raczej z powodu bliskosci koszykow i urody tego niesamowitego budynku.

dzis jeszcze siedzimy na pomoscie z wieczornam piknikiem, jutro z cieplym jeszcze swiadectwem w torbie wyruszamy - to juz jest nasza coroczna tradycja - do hamburga. malina przedpoludinem bedzie malowala w szkole plastycznej, popoludniu wpadnie do biura. przygotowujemy dwa duze projekty, wiec ona juz nie moze sie nacieszyc. pokrecimy sie po miescie, odwiedzimy znajomych, wpadniemy do ulubionych kafejek. intensywny czas z corka. reszte wakacji malina wedruje, zegluje, podnamiotuje i nurkuje z nami na sardynii.

tu wspomne cos bardzo milego. moja przyjaciolka, mama chrzesna maliny wie ze od lat odwiedzamy korsyke i sardynie. zapytala czy w tym roku tez, bo oni tez i kiedy? okazuje sie, ze nasze wakacje zazebia sie ze soba dwoma dniami. oj to fajnie cieszymy sie. gdzie bedziecie - pytam i wiem, ze pewnie gdzies daleko, bo tam gdzie my jedziemy nikt nie jezdzi:-). przyjaciolka podaje adres i pyta czy moze spotkamy sie przynajmniej jakos w polowie drogi i czy mamy do siebie daleko. hmmm hmmm - odpisuje: "w sumie mamy dosc blisko. jesli my pojdziemy do was na piechote to jakies 5-6 minut. jakbysmy mieli sie spotkac w polowie drogi to mysle, ze 3 minuty!!!" ale sie cieszymy. taki zbieg okolicznosci!

 

 

poniedziałek, 23 lipca 2018
malinowe kilka dni w warszawie

 

musialam na kilka dni wpasc do warszawy. zabralam ze soba maline, bo w szkole juz tylko praktyki i rozne inne glupoty, wiec nic nie stracila. a tak bylysmy trzy razy w teatrze na przyklad. na mayday w och teatrze usmialysmy sie po pachy, na koszykach jadlysmy pyszne kalamary i curry z tuk tuk. noca, mimo deszczu, lazilysmy po saskim, po placu konstytucji i od tak alejami ujazdowskimi. malina znow zachwycila sie politechnika warszawska. zdumiala ja ilosc followersow na instagramie mojej przyjaciolki, ktora w realu wydala jej sie zwyczajnie fajna i sympatyczna. taka normalna. udalo nam sie spotkac maciupka 4 tygodniowa olge, kupilysmy dwie ksiazki, obejrzalysmy pokaz swiatel i fontann nad wisla a potem wloczylsmy sie po starowce - gorace gofry z bita smietana krotko przed polnoca. fajnie bylo, taki intensywny czas z corka. mam wrazenie, ze warszawa przestala pulsowac tym optymistycznym tetnem, euforia i energia sprzed kilku lat. jednak noca jst poprostu przepiekna.

 

 

środa, 04 lipca 2018
dzis sa moje urodziny:-)

malina wstala skoro swit chcac powtorzyc sukces z dnia matki i nazrywac na lace kwiatow na polny bukiet. niestety, wczoraj lake ( takze pobliska druga lake) pieknie skosil traktor, wiec malina biegala po lesnych sciezkach, po nocnej rosie i ulozyla sliczny, bardzo kreatywny bukiet. potem byl malinowy tort i stol pelen prezentow - wszystkie opakowane w turkusowozielony papier a z lampy zwisaja biale pompony zmajstrowane przez maline. zebysmy sie wszyscy nie spoznili do pracy powiedzialam, ze tort i kawa teraz a prezenty wieczorem, w spokoju. z autobusu malina przyslala jeszcze serduszka i napisala:

 - mamusiu podziwiam cie!

ucieszylam sie, bo czy codzien slyszy sie takie slowa? a zaraz potem druga wiadomosc:

 - ja bym nie mogla czekac z otworzeniem prezentow do wieczora!

 

hahaha:-) a ja sobie patrze na te paczuszki i ciesze sie na wieczor.

 

 

wtorek, 03 lipca 2018
juz za chwileczke, juz za momencik...

moja o kilka dni starsza przyjaciolka napisala mi dzis, ze to nic nie boli i nastepnego dnia jest dokladnie tak samo. troszke sie posmialysmy. pamietamy siebie z czasow kiedy mialysmy po 15 lat, studniowka, matura, wypady na narty w czasach studenckich. a tu prosze panie po 50-siatce z nastoletnimi corkami. a przeciez prawie wcale sie nie zmienilysmy! prawda?

wczoraj mialam impeze filmowa w monachium i przez chwile pomyslalam, ze jestem jak ta kobieta z historii o liliowym kapeluszu - zalozylam kiecke, buty i poszlam nie przygladajac sie sobie zbyt dlugo w lustrze. pogoda jest piekna, mam super corke, fajnego meza i wciaz atrakcyjna prace. nie musze sie juz martwic, ze ktos mnie zaskoczy jakims pytaniem i ujawni cala moja niewiedze i dyletantyzm. kazdy wychodzi z zalozenia, ze w moim wieku na moim stanowisku wiem to co powinnam wiedziec. tylko ja wiem, ze to nieprawda, ale juz nie musze tego udowadniac. gdyby nie strach, ze nastepne 20 lat minie tak szybko jak poprzednie, to byloby calkiem milo.

malina byla wczoraj w obozie koncentracyjnym w dachau. kiedy byla mlodsza zwalnialam ja ze szkolnych wycieczek do dachau, bo uwazam, ze to nie jest wycieczka dla dzieci. malina wrocila zdruzgotana i zszokowana. i tak powinien wyjsc stamtad kazdy.

 

czwartek, 28 czerwca 2018
srodek roku.

mam za soba dwa tygodnie z tak kontrastowym programem, ze juz bardziej sie chyba nie da. tydzien w malym klasztorku nad jeziorem z joga skoro swit, plywaniem w lodowatej wodzie, milczeniem do sniadania, wieczornym spacerem i joga na dobranoc. zdrowe jedzenie, turkusowe jezioro, pozwolenie ziemii zeby mnie nosila. a zaraz potem cannes, szum i gwar, 24 godziny na dobe, upal, wysokie obcasy, small talk i party i tance co wieczor do 3-5 rano. dobrze mi to wszystko zrobilo, czuje sie wytanczona i "gumowa" - zadnego sztywnego karku, zadnego bolu w krzyzu, bardzo przyjemne. szczegolnie, ze mam tez za soba tinnitus i terapie kortyzonowa a przed soba 50te urodziny. czasem mysle, ze zupelnie mnie to nie rusza, a czasem mi jednak troche smutno. no i zupelnie nie mam pomyslu na prezent dla mnie. mysle, ze moj maz tez nie ma i chcialabym mu jakos pomoc. on teraz na zimne dmucha, bo na 24 rocznice slubu w kwietniu podarowal mi piersionek. ot tak niz gruszki ni z pietruszki - a czy ja nosze pierscionki? czy my sobie robimy prezenty na rocznice slubu? no normalnie sie niemal poklociclismy pierwszy raz od 24 lat... jakos sie jednak ogarnelam i nosze ten pierscionek.

malina ma jeszcze miesiac szkoly, i niemcy i polacy wypadli z mundialu, wiec bedzie luz. kupilismy namiot.

 

 



środa, 30 maja 2018
dzieci z dobrych domow.

troche przesady w tym artykule a troche prawdy:

http://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/ofiary-ambicji-rodzicow-dzieci-z-dobrych-domow,artykuly,404552,1.html

malinowa kolezanka korzysta z uslug hipnotyzera, po tym jak zawiodly rozne inne metody, zeby dac sobie rade z napadami paniki przed kazdym testem. dziewczyna byla przebadana na padaczke, ale okazalo sie, ze to jej chora dusza. inna kolezanka ma juz nie tylko pociete ramiona ale i nogi, od gory do dolu. najlepsza uczennica w malinowej klasie wybiega po kazdej klasowce z placzem do lazienki i wymiotuje ze strachu, ze nie dala rady a potem dostaje jedynke pod BEZbeldnym testem. pierwsze, co zawsze i wszedzie opowiada jej ojciec, to to, ze jego corka jest geniuszem matematycznym.

ale tez sa inni rodzice, ktorzy olewaja wyscig szczurow, wysylaja dziecko do realschule, kupuja uzywana perkusje, pozwalaja na zupelnie bezuzyteczne dla "kariery" zajecia jak jezdzenie na longboardzie, malowanie, zeglowanie albo wiszenie na hamaku. jendak nie podoba mi sie, ze ten artykul tak tendencyjnie pisze o "dobrych domach". bo co to w naszych czasach jest "dobry dom"?

wczoraj siedzialam z malina na pomoscie, ogladalysmy zachod slonca. malina ma ferie i codziennie zegluje na nowej lodce (29-er!!!) z partnerka, ma poobijane kolana, podrapane ramiona, przedwczoraj przewrocila im sie lodka i malina wyladowala pod olbrzymim zaglem, zaplatana w trapez i rozne linki - nie mogla sie wydostac. siedzimy a opowiesciom nie ma konca. mysle, ze ferie sa dla dzieci wazniejsze niz szkola. albo tak samo wazne. i nie warto tego mieszac.

 

piątek, 18 maja 2018
malinowe praktyki.

w lipcu malina ma szkolne praktyki. dwa tygodnie uczniowe za darmo pracuja gdzies, zeby zobaczyc jak wyglada dorosle zycie i praca. w zadnym wpadku nie mozna odbywac praktyk w miejscu pracy rodzicow. nie wszystkie firmy chca brac udzial w tym programie, bo co tam za korzysc z takiego pietnastolatka? no zadna w sumie. niektore jednak chetnie przyjmuja i pokazuja mlodym ludziom troche doroslego zycia, znajduja jakies proste zadania do wykonania.

najpierw poradzilam malinie, zeby wybrala sobie cos "manualnego", cos co sprawi jej radosc i nie bedzie planem na zycie. i natychmiast po tej madrej radzie znalazlam jej praktyke przy produkcji serialu, w teatrze musicalowym a tatus znalazl miejsce w jedynie slusznej firmie samochodowej - najfajniejsze biuro w monachium. zanim rozlozylismy wachlarz mozliwosci przed naszym dzieckiem, popukalismy sie w nasze madre, rodzicielskie glowki i dalismy malinie dzialac samodzielnie, bo to przeciez polowa tego "doroslego" zadania: szukanie miejsca pracy. malina zrobila liste firm, obtelefonowala ja z gory do dolu i teraz ma do wyboru: kwiaciarnie, malutka stocznie, ktora buduje i remontuje sportowe zaglowki (maline interesuje szycie zagli), architekta przestrzeni zielonych, zaklad krawiecki szyjacy bawarskie dirndle.

jak sie ciesze, ze sie powstrzymalismy. czasem trzeba.

poniedziałek, 19 marca 2018
malinowy sezon zeglarski

sobote spedzilismy w klubie. rozpakowalismy lodki z zimowego snu i zaladowalismy je na przyczepy. zagle sprawdzone, wszelkie sznurki, klamry i srubki przeliczone, uzupelnione i pieknie zapakowane.

a tu znienacka wczoraj spadl snieg. dzis znowu spadl snieg. temperatura nie podnosi sie ponad zero. niestety nad jeziorem garda wcale nie jest lepiej a w przyszlym tygodniu malina ma pierwsza w tym sezonie regate wlasnie tam. temperatura wody: 10 stopni. obudzilam sie dziw w nocy i przypomnialy mi sie wszystkie opowiesci o dretwieniu miesni w zimnej wodzie. zaproponowalam malinie, ze wycofamy sie tym razem z regaty i ... pojedziemy na narty, ale ona tylko sie smieje.

 

piątek, 16 marca 2018
brzuch.

 

czy to mozliwe zeby sie zalamac widzac anie lewandowska z plaskim brzuchem tydzien po porodzie? albo pozbyc sie kompleksow dzieki zdjeciu pani bigos, ktorej brzuch po porodzie wisi na udach? podobno mozna! wciagnelam sie w dyskusje na fb wczoraj normalnie jak za dawnych dziennikowych czasow. wsrod komentarzy dalo sie zauwazyc, ze swiat dzieli sie na kobiety, ktorym w pologu brzuch wisial do kolan i kobiety, ktore... klamia. grube "prawdziwe" kobiety i idiotki, dla ktorych figura jest wazniejsza od dziecka.

zadziwila mnie ta dyskusja. dorosle kobiety. niektore rodzily kilka razy i wiedza, ze kazdy porod jest inny, kazde cialo reaguje inaczej, inaczej sie regeneruje, inaczej znosi bol, inaczej sie goi. dorosle kobiety, ktore o swoim brzuchu mowia brzuszek i brzusio.

 

czwartek, 22 lutego 2018
wlasnie wrocilam z berlina.

czasem chyba trzeby wyjsc do ludzi. spedzilam trzy dni w berlinie z powodu berlinale. i tak sie jakos zlozylo, ze spadla na mnie lawina milych komplementow. z roznych stron: od obcego taksowkarza po klientke, z ktora od dawna wspolpracuje nad roznymi projektami. czuje sie dowartosciowana, ladna, madra - psychicznie wyglaskana tak, ze starczy na miesiac. jeden wieczor spedzilam tez na bardzo eleganckim przyjeciu pelnym politykow i dziennikarzy. to jest jednak inny swiat niz moj filmowo-reklamowy. wszyscy mieli normalne buty (faceci w garniturach i smokingach) i nikt nie robil selfi. troche mi bylo szkoda, bo tylu niemieckich celebrytow juz dawno nie widzialam na jednym przyjeciu. nawet nikt nie sprawdzal nerwowo maili ani nie wysylal wiadomosci na whatsapp. w ogole nikt nie trzymal iphona w garsci (jak to jest na moich relamowo-filmowych imprezach) tylko kazdy delektowal sie jakims trunkiem i... normalnie rozmawial. nie wiedzialam, ze ten swiat jeszcze ma takie piekne oblicza...

czwartek, 08 lutego 2018
dirty pączek

jutro wyruszamy na zimowe wakacje, nie wiem czemu, ale mam jakas chandre. moze to hormony albo co bo powodu nie mam.

i tak mecze sie ze soba caly juz dzien az tu nagle wpadlam na wpis na fb: zastap jednos slowo w tytule jakiegos filmu slowem paczek. to glupota taka, ale przeczytalam wszytkie komentarze: Czterej Pancerni i Pączek, Stawka wieksza niz Pączek, Gwiezdne Pączki...

hahaha...

poniedziałek, 05 lutego 2018
malinowe swiadectwo.

 

za trzy dni swiadectwa polroczne. po tamtegorocznym lekkim dolku (dwie troje), malina wyszla na prosta. jako jedyna w klasie ma jedynke z fizyki i laciny, ma tez jedna z niewielu jedynek z francuskiego i matematyki. wszystkie kreatywne zajecia: muzyka, sport, sztuka tez jedyneczki. biologia i chemia dwojeczki, wiec tez ok. w niemczech w gimanzjum dwojka jest bardzo dobrym stopniem - musialam sie do tego przyzwyczaic. jedyny przedmiot - ku naszemu zaskoczeniu - z ktorym malina ma trudnosci (i troje jak ta lala!) jest niemiecki. kiedys byla najlepsza w klasie: referaty, czytanie, ortografia. od zawsze same jedynki a teraz... bam! wypracowania. chyba nikt nie czyta tylu ksiazek ile malina, ale nie przeklada sie to na jej zdolnosci literackie. malina nie umie sie strescic, pisze trzy kilogramy slow tam gdzie wystarczylyby dwie strony i sadzi takie kwiatki jak: "podziwial u niej umiejetnosc stenografowania i piekne wlosy". chcialabym jej pomoc, ale nie wiem jak. za wszelkie rady bede wdzieczna. na razie postanowilysmy pisac "pamietnik". zawsze tylko jedna strone: opis obiadu, drogi do szkoly, jakiegos wydarzenia klasowego czy nowej sukienki kolezanki. codziennie jedna strona. zobaczymy czy to pomoze.

ze swiadectwem w dloni wyruszamy na narty jak co roku. licze godziny i minuty.

środa, 31 stycznia 2018
Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem. - Demokryt

 

takimi slowami rozpoczela sie dzisiejsza joga. przeszlysmy do cwiczen rownowagi. tancerz. ktora strona jest silniejsza: prawa, ktora do dzialania i podejmowania decyzji potrzebuje rachunku dla glowy czy lewa, intyicyjna, podazajaca za wyborem serca?

na lewej nodze stoje jak stalowa sprezyna, moge sie skupic na oddechu i napieciu miesni, wyciszam sie, otwieram serce. na prawej nodze nie moge sie na niczym skupic bo trace rownowage.

nasza pani joginka radzi, zeby probowac zrownowazyc sile obu stron i dzieki temu osiagnac psychiczna rownowage (ze tak  to w skrocie ujme) - mamy na to cale zycie, mnostwo czasu, czas na cierpliwe formowanie swojej rownowagi. na to odezwala sie pani cwiczac obok mnie. na oko ponad 70 lat, siwiutka i zadbana:

 - ja juz nie mam duzo czasu. - rozesmiala sie.

zamarlam.

na to pani joginka, tez pogodnie:

 - ale za to masz dojrzalosc.

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018
jak sie ma troje dzieci...

ojciec trojga dzieci, maz i wlasciciel malej firmy. zabil sie. podobno mial depresje. mieszkal tu jedna ulice dalej, ale znam go tylko z widzenia. wszyscy go strasznie zaluja i tylko moj maz pokrecil glowa: jak on mogl tak zostawic rodzine, dzieci.

tomasz mackiewicz tez zostawil dzieci i rodzine. podobno powyzej 7000 mozna przezyc bez tlenu tylko dwie godziny. nie mam pojecia o wspinaczce i bez medialnej burzy wokol tego nieszczescia pewnie bym o tej wyprawie nigdy nie uslyszala. taki temat, jak i samobijcza smierc sasiada zmuszaja do reflekcji.

dzis natknelam sie na ten tekst - wprawdzie o wypadku, ale tez o podejmowaniu decyzji, ambicji, marzeniach, ich realizacji, o szczesciu. gdyby szekspir dzis zyl, to mialby temat na piekny dramat o ludzkim losie.

http://sztuka-i-psychoterapia.blog.pl/2015/03/18/przyjaciela-nie-opuszcza-sie-nawet-gdy-jest-juz-tylko-bryla-lodu/

 

 

wtorek, 23 stycznia 2018
malinowe makaroniki

w sobote malina piekla makaroniki z kolezanka z klasy. kolezanka po 6 tygodniowym pobycie w klinice (ale to nie ta co sie tnie) bierze psychotropy i cortison i nie moze jesc slodyczy. pomyslalam, ze powinny upiec cos przasnego, bo bawienie sie goraca czekolada i laczenie cukru pudru z maslem bedzie dla niej tortura. nie, nie, nie, kolezanka koniecznie chce sie od maliny nauczyc piec makaroniki. trzy godziny dziewczyny staly w kuchni i swietnie sie bawily. pomyslalam, ze taka zabawa to chyba najlepszy dodatek do tych wszystkich lekarstw i dietetycznych zakazow.

o umowionej porze, idealnie punktulnie zjawila sie mama kolezanki - drobna, szczupla, jak zawsze w idealnie obcietych wlosach. powietrze w kuchni zafalowalo. dziewczyny usmiechaly sie ale juz nie smialy. musialy dokonczyc miniaturowe swinki, ktorymi udekorowaly makaroniki. widac, ze potrzebuja jakies 15-20 minut. proponuje mamie kolezanki cos do picia. nie. dziekuje.

 - t.musisz sie pospieszyc. w domu jest tyle jeszcze do zrobienia. wiesz, ze nie mamy czasu - popedza corke. a ja sobie mysle, ze jest sobota wieczor, co tam moze byc jeszcze do zrobienia? jej corka wlasnie orzechodzi terapie na odprezenie, bo z nerwow nie daje sobie rady w szkole, na ulicy, nie moze u nikogo nocowac, ma leki i ciagle sie spieszy, nie moze jesc nie tylko ze wzgledu na diete, ale tez bo zwczajnie nie moze. do kliniki trafila wazac mniej niz 40 kilo a jest niemal tak wysoka jak malina.

no wiec stoimy tak niezrecznie w kuchni, ona nie chce usiasc, nie chce zdjac kurtki, bo wlasciwie to wlasnie wychodza przeciez. cos rozmawiamy o szkole, o jej genialnym synu, o tym ze malina jak miala zakazenie krwi to musiala wziac antybiotyk.

 - antybiotyk?!!! - patrzy na mnie z niedowiezaniem i wyraznie oburzona - moje dzieci NIGDY w zyciu nie wziely antybiotyku. nigdy!

 - no ty to masz szczescie. - udaje mi sie jakos uprzejmie odpowiedziec.

 

na koniec dziewczyny chcialy podzielic makaroniki miedzy soba na pol. ale nie, nie nie. kolezanka nie moze jesc slodyczy, mama kolezanki n i e  z n o s i  makaronikow, tata je tylko slodycze bio a syn czyli brat... no jemu makaroniki pewnie sie nie spodobaja. brat jest mianowicie perfekcjonista i takie krzywe makaroniki to pewnie wysmieje i nie bedzie chcial jesc.

jak tylko sobie poszly, znow zrobilo sie milo.

makaronikow nie jemy, bo sa takie ladne, ze szkoda.

 

 

 

piątek, 19 stycznia 2018
joga - wpis nocny.

pierwszy raz w zyciu poszlam na joge w 8 miesiacu ciazy. juz niedlugo mialam rodzic, ale pomyslalam, ze co tam, przynajmniej 3-4 razy pojde i sie porozciagam przed porodem. moj lekarz wysylal mnie na joge od poczatku ciazy, ale zupelnie nie mialam czasu - to byly zlote lata w mojej branzy. kto czytal moje zapiski 10 lat temu to pamieta, ze z pierwszych zajec jogi przerazona pojechalam prosto do lekarza. okazalo sie, ze z 8 cwiczacych ciezarnych mam najbizszy termi porodu a najmniejszy brzuch. cwiczace byly tak gdzies kolo 5-6 miesiaca.

moje drugie podejscie do jogi to bylo 11 dni na polnocy polski w fajnym spa. odzywialam sie platkami salaty, jakimis kaszami bez sosu i uprawialam joge. bylo cudownie. nawet o 6 rano, kiedy cwiczylysmy w lesie na strumieniem. rano lesna lake otulala malownicza mgla i bylo zimno. stalysmy na mostku i staralysmy sie czuc energie rwacej wody przeplywajacej pod naszymi stopami. pamietam jak nasza pani joginka powiedziala, zeby pamietac, ze joga lubi cieplo, no i niezaleznie od jogi zawsze trzeba chronic i ogrzewac swoja swiatynie czyli nosic... no? co?

 - ... nosic cieple majtki? - zawolalam.

 - ... ciepla czapke!!! - sprostowala pani joginka i bardzo sie polubilysmy.

 

od miesiaca chodze na joge. jeszcze nic nie umiem ani nie moge, ale strasznie mi sie podoba. nie wiem skad, ale wrocil mi humor i jakas  dobra energia. mam wrazenie, ze zamyka sie trudny okres w moim zyciu i zaczyna sie cos nowego. bardzo jestem ciekawa co. na razie boli mnie wszystko, zakwasy mam wszedzie, ale i siedze jakos prosciej i mam wrazenie, ze znow zaczynam stac na dwoch nogach. kto zna to uczucie, ten wie jak to jest.

 

ciekawe czy to jakos wplynie na moja bezsennosc. schodze na dol i bez patrzenia na zegar moge powiedziec: 1:50 i tak jest. regularnosc, ktora mnie meczy i niepokoi. martwie sie, ze bede zmeczona, ze nie bede miala sily na nastepny dzien. kolo 4 wracam do lozka. zasypiam. rano wstaje normalnie i bez trudu. kupilam sobie mini lapmke, zeby czytac w lozku bez budzenia meza, ale jakos nie mam serca jej wlaczac, bo sie boje go obudzic. parze sobie rumianek, czytam cos i wypatruje snu i zmeczenia. postanowilam sie nie martwic, tylko do tego przyzwyczaic. moze tak ma byc?

 

 

 

 

 

 

czwartek, 18 stycznia 2018
praca ktora sprawia przyjemnosc.

czasem jak sie robi bardzo stresujaco, to sobie mysle: a lekarzem chcialabys byc? a kierowca autobusowym? a agentem cia? a moze nauczycielka? czy kasjerka?

kazdy ma swoj stres, bolaczki, lenia, odpowiedzialnosc z ktora czasem nie daje sobie rady, glupawego klienta, szefa w zlym humorze albo trzy pechowe dni, kiedy nic nie wychodzi. tak sobie mowie i wracam do moich malp i mojego cyrku, zapalam swieczke, zaparzam swieza kawe i orze dalej ten moj ugor.

od wczoraj jednak widze, ze jest taki zawod, radosny zawod istnieje. wczraj spadl snieg - nagle i duzo. w naszej wsi natychmist pojawily sie dwa odsniezajace samochody. maly i duzy. duzy zalatwial srodek drogi, maly wykanczal drozki, katy i zakrety. na samochodach krecily sie koguty, panowie kierowcy-odniezacze kiwali sobie wzajemnie glowami mijajac sie na skwerku albo machali reka do przedniow czy do mnie jak stanelam w drzwiach zobaczyc jak odsniezaja. odsniezyli doszczetnie a w dodatku kolo poludnia zrobilo sie cieplo i snieg natychmiast znikl, co nie przeszkodzilo panom przejechac ulica raz jeszcze - tak na wszelki wypadek. na szczescie w nocy sypnelo znow troche i dzis panowie sa znow na drogach i drozkach naszej wioski. chlopaki ciesza sie jak dzieci. wyobrazam sobie jak dzis rano wyskoczyli z lozek do pracy. pod naczym domem przejechali juz kilka razy i troche sie martwie, ze jak jeszcze raz tak z wigorem przeleca nasza ulice to zgarna i asfalt i kocie lby a moze nawet kraweznik.

 

 

 

 

poniedziałek, 15 stycznia 2018
w 9 malinowej klasie...

jak malina wybierala szkole 5 lat temu to natychmiast zakochala sie w tej wlasnie w ktorej jest i to gorace uczucie nie mija. kiedys myslalam sobie przewrotnie, ze to wizja wycieczki klasowej we francuskie alpy w 9 klasie tak ja zafascynowala. od lat 9-te klasy (3 grupy) jezdza w styczniu do francji, dzieci mieszkaja w 3- lub 4-osobowych pokojach, caly dzien jezdza na nartach, wieczorem same sobie gotuja kolacje.

malina i jej przyjacioleczki juz pierwszego dnia po letnich wakacjach zaczely snuc plany, robic liste niezbednych zakupow, kompletowac listy z ulubiona muzyka na spotify. a juz dwa tygodnie temu zrobilo sie goraco i w zasadzie nie bylo zadnego innego tematu poza zblizajaca sie data wyjazdu. w niedziele o 7 rano zbiorka. jeszcze kupilysmy nowe rekawiczki narciarskie, jeszcze zupki chinskie (hit wsrod malinowych kolezanek, ktory pewnie jest chemia w czystej postaci) oraz slodycze a tu w piatek malina znienacka padla powalona goraczka, bolem glowy i gardla. w sobote poszlysmy jeszcze do lekarza zeby sprawdzic, czy moze nie przesadzam, ale niestety nie przesadzilam. malina musiala natychmiast wrocic do lozka.

w niedziele skoro swit kolezanki pojechaly do francji na narty a malina zostala w domu. smutna taka, ze nie wiem. przestawilam jej lozko w pokoju, zeby miala widok z okna, kupilam nowe ksiazki, krzyzowki i jakas glupia gazetke i ciagle sie upewniamy, ze w domu jest fajnie, ze fajnie jest leniuchowac, ze w ogole jest fajnie. malina ani nie narzeka ani nic, smutna jest tylko i milczaca.

tatus poszedl w sobote zagrac w ... totolotka. postanowilismy wygrac, szybko maline wyleczyc, rzucic prace i we wtorek dowiezc ja na ten narty. no ale niestety ten plan nie wypalil.

 

środa, 10 stycznia 2018
i juz 10 dni 2018 minelo.

grudzien przelecial jak co roku pelen swiatecznych terminow, ale jakos w tym roku bylo przyjemnie. mam nowe nastawienie do zycia chyba. swieta jak swieta, prezenty jak prezenty, nawet projekt, ktory przyszedl w drugi dzien swiat nie wyprowadzil mnie z rownowagi. bardziej chyba przejal sie moj maz i znienacka zabral nas zaraz po sylwestrze w gory zeby oderwac mnie od komputera i zebym nie jezdzila do monachium, gdzie przygotowywalismy nowa produkcje i siedzialam w studio do nocy. i rzeczywiscie wszyscy sobie dali beze mnie rade a ja z malina spedzilysmy kilka dni na nartach. snieg, slonce i puste wyciagi - genialnie. na zakonczenei przezylysmy burze sniegowa - strach i panika i kolejna nauczka, ze z gorami nie ma zartow.

jakby nigdy nic rozpoczal sie nowy rok. malina wyprawila sobie urodziny, dopiero 10-ty a dwa projekty udalo mi sie pozytywnie zaparkowac w naszej firmie. dzis ide pierwszy raz na joge i generalnie jakos fajnie jest.

kamil stoch skakal tu niedaleko nas i wyskakal sobie slawe i podziw. nie fascynuje sie sportem ani letnim ani zimowym, ale taki spektakularny sukces polaka cieszy i jest prawdziwa osloda dla generalnie negatywnych i ponurych wiadomosci i polskich i europejskich. moi niemieccy znajomi krecili glowami ze zdumienia i podziwu, niemiecka prasa tez. nie moge sie nadziwic, ze w polskiej prasie od tygodnia pojawiaja sie artykuly o zawisci i zazdrosci niemieckich kibicow i skoczkow. ciekawe sa tez reakcje na zone kamila stocha. stawiajac na stylizacje goralska wyroznila sie wsrod pan, ktore na wieczor zalozyly typowe wieczorowe suknie. moim zdaniem w stylizacji goralskiej mozna wygladac genialnie a nie jak w w bluzce z obrusa na szkolnej akademii, ale efekt byl i tak piorunujacy, bo bardzo oryginalny. najbardziej jednak zaskoczyly mnie internetowe komentarze. przewaga zychwytu nad skromnoscia. jak bumerang powraca: "skromna", "dobrze ulozona", "wizytowka meza" - niesmacza mnie te slowa w stosunku do doroslej kobiety.

a wam jak sie podobaly czerwone korale i warkocz jak z janosika?

 

niedziela, 24 grudnia 2017
swieta, swieta...

 

zwykle na swieta u nas kupujemy bardzo specjalne specjaly a moja mama siedzi przy stole z nosem na kwinte i daje do zrozumienia, ze je tylko przez uprzejmosc. raz nawet przyjechala na swieta a wyjechala przed swietami.

w tym roku postanowilismy uniknac konfliktu i zeby i wilk syty i owca cala... poszukalismy jakiegos sensownego rozwiazania.

dla jasnosci sytuacji musze krotko wspomniec, ze mama niemal bezposrednio po wyladowaniu na monachijskim lotnisku zaczela negocjowac zupe na swieta. przywiozla bowiem suszone grzyby. nie wiem czy tu pisalam, ale dwa miesiace temu moja mama zatrula sie grzybami i na sygnale wyladowala w szpitalu i gdyby nie zwarte sily mojej przyjaciolki z warszawy (glebokie uklony z uderzeniem czolem o posadzke dla kropki!) i sasiadki, to cala historia mogla miec tragiczny final! zrazilo mnie to do grzybow na cale zycie, wiec mowie, ze nie chce zebysmy gotowaly zupe grzybowa. no i niepotrzebne te grzyby, bo przeciez sprawe przedyskutowalysmy juz w kilku rozmowach telefonicznych. na to moja mama, ze w takim razie bedzie barszcz. a na to ja, ze i maz i malina palaja dla mnie zupelnie niezrozumiala zarliwa niechecia do burakow we wszelkiej formie i nienawidza barszczu.

siedzimy wiec przy wspolnej kolacji, delektujemy sie pasztetem z bazanta.

 -  malina, a ty wiesz jak wyglada bazant?

 - wiem!

 - jak?

 - no normalnie. ma dwa rogi.

kurtyna, jak mawia habal.

no wiec przy pasztecie i niezlym winie wyluszczamy mojej mamie tegoroczna koncepcje, ktora jest jakby wyjsciem jej na przeciw - zeby nie musiala meczyc sie z naszym niemieckim, wigilijnym wyborem potraw:

 - w tym roku kazdy ma swoja wymarzona potrawe i to bedzie taka nasza mieszanka rodzinna.

jako pierwsza ma sie wypowiedziec moja mama. bez zastanowienia pada:

 - barszcz.

ludzie, czujecie ten klimat? akurat dzien wczesniej opowiadalaam, ze malina i maz nie lubia burakow, buraczkow i barszczu. a tu prosze moja corka i moj maz chorem:

 - o! swietnie!

to jest moj team, moja rodzina, ktore mnie w biedzie nie opuszcza. w ogole nie ma tematu! super! barszcz. nie bedzie afery jedzeniowej. nawet moje 15-letnie dziecko jest dorosle. malo nie peklam z dumy.

 

poniewaz u nas gwiazdkowym kucharzem jest tatus a ja raczej specjalistka od spektakularnych przypalen, malina postanowila uszyc tatusiowi fartuch. taki jak nosza gwiazdkowi kucharze, ale z jeansu. kupilysmy blekitny jeans i ciemnozielona popeline na wykonczenie i kieszenie. fartuch bedzie prawie do ziemi i bedzie mial dodatkowa waska kieszen na drewniana chochle. zaraz przy pierwszym szwie malinowa dziecieca maszyna do szycia wyzionela ducha. z poddasza przytachalam wiec mojego babcinego lucznika, zamknelysmy sie w malinowym pokoju, muzyka na caly regulator, zelazko z para i do dziela. mysle, ze to bedzie najfajniejszy prezent pod tegoroczna choinka. a co sieubawilmy to nasze, bo wszystko malina szyla na lozku i na przyklad fastrygujac kieszenie fartucha...przyczala fartuch do przescieradla. o jezu jak sie smialysmy.

wszyscy padli juz do lozek a ja tu sobie siedze, pisze, chrupie czekolade i popijam czerwonym winem. jutro mozna spac ile sie chce. usmiecham sie pod nosem na mysl jak dzis, kiedy w przerwie zakupowej zaprosilam wszystkich na kawe i drinka w hype type, bo wlasnie otworzyli filiale w monachium. nie maja takiej kultowej lokalizacji jak w berlinie, ale kawa tak samo genialna. znajadujemy sie w oberpolinger - odpowiedniku berlinskiego kadewe. pijemy kawe i prosecco a obok mnie siada zmeczony facet w wieku mniej wiecej mojego meza i konspiracyjnie wyznaje:

 - szybka kawka. zaraz znajdzie mnie tu zona i to cale szalenstwo potoczy sie dalej...

kiwam glowa ze zrozumieniem:

 - prosze sie nie martwic. moj maz, o! ten tam - wskazuje za meza oddalonego o trzy stolki za malina i moja mama - mowi, ze trzeba jeszcze tylko 4 razy spac i... po swietach!

pan sie smieje, wstaje, idzie do mojego meza i panowie symbolicznei stukaja sie kawa jakby wznosili toast:

 - jeszcze 4 razy...!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 22 grudnia 2017
wesolych swiat!

zycze wam cudownych swiat i zeby czas przez te kilka dni troche spuscil z tonu.

 

powolnego tik-tak kochane!

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
Archiwum