wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 17 października 2017
moj hastag #

 

na fb trwa akcja #metoo. "If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too" as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.?" przez chwile zastanawialam sie nad osobistym hastagiem #menot, ale jak zobaczylam ile kobiet wzielo udzial w tej akcji, pomyslalam, ze taki hastag bylby trywializowaniem problemu.

no ale u siebie na blogu moge napisac, ze jestem szczesliwa, ze pracujac w: telewizji, teatrze, agencji fotograficznej i produkcji filmowej nigdy nie mialam do czynienia z molestowanie seksualnym. od zawsze prace mam taka troche imprezowa ze i podroze, i kolacje, i festiwale, i party i jak bylam mlodsza to krotkie kiecki z wysokimi obcasami (teraz to juz tylko obcasy) nosilam i nic, nigdy.

i tak sobie mysle, ze mam szczescie do ludzi i jakas intuicje, ktora pozwala mi trzymac sie z daleka od idiotow.

 

 

 

 

 

środa, 11 października 2017
hasla.

patrze na malinowy swiat. jakie niesie jej nadzieje? jakie daje jej szanse? moja mlodosc przypadla na czasy rozwoju tolerancji, otwierania granic, obalania murow, szukania wspolnych mianownikow, przebaczania win, uswiadamiania sobie problemow ekologicznych. a malina? co ja czeka w swiecie, gdzie znow jak w czasach epoki kamiennej pierwsze i najwazniejsze staje sie: jestes nasz czy obcy? zaraz potem: bialy czy czarny, katolik, zyd czy muzulmanin, hetero czy homo, ze wschodu czy z zachodu, za aborcja czy przeciw, za eutanazja czy przeciw. czytam dzis komentarze na polskiej stronie pod wiadomoscia, ze niemiecka para gejow oficjalnie otrzymala pozwolenie na adopcje corki. co piaty komentarz zaczyna sie od slow: "jestem osoba tolerancyjna, ale..." - to tak jakby powiedziec: odzywiam sie wedle diety weganskiej, ale jem salami.

kiedys czescia musicalu metro byla piosenka "hasla", nie wiem czemu jozek usunal ja z metra, bo przeciez jest aktualna jak nigdy:

 

Żyjemy hasłami wciąż karmią tym nas
Nie wiemy już sami gdzie prawda, gdzie fałsz
Tu walka o pokój gdzie pokój już był
Dotrzymać chcesz kroku dwa kroki daj w tył.

Kto hasło wymyśli ma patent na świat
W formułkę cię wciśnie - już wiesz ileś wart
Bałagan totalny w umysłach niech trwa
Koloryt lokalny znaczenie tu ma:

Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch - makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin - nogi na stole,
Włoch - makaroniarz, arabski - szczyt,
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd...

By móc się rozbroić potrzebna jest broń
Łańcuchem pokoju skrępują ci dłoń
Więc w sprawach poważnych siedź cicho jak mysz
We Francji jedz żaby, w Japonii jedz ryż.

Z obcymi jest kłopot i żaden z nich zysk
We wspólnej Europie nie dadzą ci wiz.
Odległość niewielka tu Rzym a tu Krym
W "Paryżu północy" american dream.


Tu jest prawica, a tam lewica
Może odwrotnie? Daremny spór
Gdy między ludźmi biegnie granica
Z lewej czy z prawej patrzysz na mur?

Piszmy na murach, stropach i rurach
Znakami, których nie da się zmyć
Napisy własne prywatne hasła
Każdy jest inny - dajcie nam być!

wtorek, 10 października 2017
malina po wlosku.

w te wakacje malina w koncu przestala sie wstydzic, ze bedzie posmiewiskiem calej sardynii i poszla na kurs surfingowy. lekcje indywidualne, bo i wiatr byl zbyt silny i bylo juz po sezonie. zeglarskie doswiadczenie z wiatrem chyba sie przydalo, bo malina szybko zalapala co chodzi a nauczyciel nie chcial wierzyc, ze nigdy nie stala na desce. po 5 dniach mozna bylo powiedziec, ze malina jest utalentowana, poczatkujaca surfingowka...ehmmm surfinia? serdecznie podziekowalismy panu nauczycielowi i w trakcie tych podziekowan okazalo sie, ze pan ma mlodszego brata. malina do konca wakacji codziennie wypozyczala deske i skakala po falach balansujac z zaglem w towarzystwie tego mlodszego brata, absolutnego wirtuoza serfingu. chlopak chyba urodzil sie na desce! rozumieli sie bez slow, bo i nie ma jak rozmawiac w czasie skakania po falach a potem dzielil ich jezyk, bo kolega niestety niezbyt po angielsku a po niemiecku ani troche... na surfowanie umawiali sie przez whatsapp i tak tez sie pozegnali: dziekuje i do zobaczenia.

a potem? kilka dni po wakacjach zaczeli do siebie pisac. on tlumaczy to co chce jej powiedziec na niemiecki a ona odpowiada po wlosku, dzieki slownikowi_app w iphonie. tak juz rozmawiaja ponad miesiac. wczoraj m. wyznal, ze maline kocha. malina jest strasznie przejeta i zmobilizowana do nauki laciny (bo uwaza, ze dzieki temu czuje co do niego pisze po wlosku) i do podjecia nauki wloskiego.

 

poniedziałek, 09 października 2017
maz po pracy

malina w wannie. mnie nachodzi jakas fala enrgii - w ciagu 15 minut przestawiam wszystko w pokoju. pianino na drugi koniec pokoju, w przeciwnym kierunku sofa, puchaty dywan na druga strone, cienki w przeciwnym kierunku, nad oknem zawieszam girlande z bialych swiatelek. no jakby przeszla burza. malina schodzi na dol i wola oszolomiona.
 - super!!!

wchodzi maz po calym dniu pracy. juz z kuchni widac, ze wszystko przewrocilam do gory nogami. bez komentarza, mezowy telefon dzwoni, maz telefonuje przechadzajac sie po pokoju, konczy rozmowe, wraca do kuchni. nadal nic nie komentuje. rozmawiamy o tesciwej, ktora lezy w szpitalu. malina siada na sofie, ja przygotowuje kolacje, maz wyciaga wino. ja swoj kieliszek mam w kuchni, maz przepytuje maline co tam bylo w szkole, a malina siedzi na SOFIE, KTORA PRZEZ OSTATNIE DWA LATA STALA ZUPELNIE GDZIE INDZIEJ. mrugamy do siebie z malina porozumiewawczo okiem, maz nic nie mowi, wiec w koncu mysle, ze mu sie nie podoba, wiec nie komentuje zeby mnie nie urazic i czuje sie obrazona, bo raz, ze jest bardzo ladnie a dwa, ze nawet jesli to moze przeciez to szczerze powiedziec. co to za wyglupy. kolacja. maz wraca do pokoju po kieliszek, ktory postawil telefonujac na stoliku, ktory tez stoi w innym kacie niz zwykle, i nagle zatrzymuje sie w polowie drogi: o! cos zmeinilas???

 - tak.

maz rozglada sie, rozglada, rozglada i mowi:

 - ale ladnie!

 

malinowa zawierucha i deszcz.

w piatek zalozylam cieply sweter, wielki szal i cienka puchowa kurtke, malina swoj zeglarska pianke i odblaskowa czapke. bylo szaro-buro i wialo jak nie wiem co. zawiozlam maline do klubu. jeszcze nie bylo trenera, wiec troche z nia postalam marznac jak nie wiem co. malina skladala swoja lodke, zagiel, platala zgrabnie wszelkie kolorowe sznureczki. w kieszeni zabrzeczal mi telefon, nie odberalam zeby nie wyjmowac rak z kieszeni. sumienie mnie troche podgryzalo, ze ja zaraz jade do domu i zostawiam to dziecko w te zimnice nad woda. 8 stopni i wiatr. o trener juz jest. moze odwola trening, bo zimno? alez gdzie tam ida zeglowac a ja uciekam do domu. pracuje, telefonuje i nie widze, ze wichura sie rozpetala i leje jak z cebra. o 18 jade po maline, mimo szybkich wycieraczek z trudnoscia widze ulice. o malina. mokra, w piance sklada swoj zagiel, naciaga persening na lodke, nie wychodze z samochodu. sciana deszczu. o kurcze to no piatek wieczor z glowy, pewnie bedzie wsciekla, zmaznieta, przemoczona. podjezdzam jak najblizej moge, na siedzenie kladziemy recznik, do samochodu wskakuje zachwycone zyciem dziecko. na jeziorze hulal taki wiatr, ze wszystkie lodki poprzewracaly sie po kilka razy. w czasie najsilniejszego wiatru, trener kazal zeglazom przewrocic lodki mastem do dolu i siedziec na przewroconych kadlubach i tak z nogami w loodwatej wodzie przeczekac najsilniejsza wichure.

w domu malina wskoczyla do goracej wanny i z ksiazka spedzila tam pol wieczoru.

wciaz jest jak mlody zrebak, potrzebuje wiatru, przestrzeni, przygody. ja na sama mysl, jak lalo i wialo mam katar a malina tylko dobry humor.

wtorek, 26 września 2017
prozac.

 

zakonczenie naszych wakacji bylo troche dramatyczne. jak zawsze wracamy w ostatniej chwili. nad sardynia rozpetala sie taka wichura, ze nie moznabylo wysiasc z samochodu, bo wiatr zapieral dech. juz chcialam zaprzec sie nogami, ze nie wsiadamy na prom, ze przekladamy rezerwacje, ale sie okazalo, ze przyplynal najwiekszy model, taki plywajacy palac kultury, wiec sie troche uspokoilam.

na poczatku bylo milo jak zawsze, na dobranoc zrobilismy kilka pozegnalnych zdjec wyspie, wypilismy piwo i rozgoscilismy sie w kabinie. gdzies kolo 2 w nocy zaczelo bujac tak, ze moj plecak przetoczyl sie przez caly pokoj. malina i maz spali, ja przykrylam sie koldra i staralam sie nie panikowac. tak jak przy samolotowch turbulecjach liczylam dziesiatki - to mnie uspokaja. no i spiacy maz tez mnie uspokaja, bo przeciez gdyby bylo niebezpiecznie to by nie spal, prawda? to tylko moje strachy, plyniemy, so fale to buja, tak? buja. zza grubych zaslon widze blyski i zaraz sobie tlumacze, ze to migaja swiatla pozycyjne promu. to sa jednak pioruny i bija z taka furia i czestotliwoscia, ze w koncu mimo, ze to srodek nocy w glosnikach slychac dwujezyczne ogloszenie, ze wychodzenie na poklad jest zabronione  z powodu silnego deszczu, wiatru i wysokich fal. nic nie mowia o piorunach. malina sie budzi i pyta cienkim glosikiem czy moze do nas przyjsc do lozka po czym wskakuje razem ze swoja mysza mimi i do rana staramy sie nie spasc z lozka i nie umrzec ze strachu. bez slow. skoro swit dobijamy do portu - jeszcze nigdy nie wysiadalismy w takiej smiertelnej ciszy, nawet zadne dzieci nie placza, ludzie bladzi, zmeczeni, smutni. w livorno nie mozemy od razu opuscic portu. ulice zalane po dachy samochodow, widzimy dryfujace skutery, straz pozarna kieruje nas przez waskie uliczki, gdzie woda zatrzymana workami z piaskiem siega do kostek. wiadomosci podaja, ze 7 osob zginelo.

wracamy do domu. pytam maline czy bardzo sie w nocy bala. kurcze, moze nie bedzie juz chciala podrozowac promem (tak jak ja sobie to solennie tej nocy obiecalam), ale malina juz slucha jakiejs muzyki i kreci glowka:

 - na poczatku sie balam, ale jak przyszlam do was to juz nie.

i w ogole nie ma tematu. mojej dorastajacej corce jeszcze wystarczy bliskosc rodzicow. mysle o tym, bo wsrod malinowych kolezanek dzieja sie dziwne rzeczy. jedna tnie sobie ramiona czym popadnie: noz, zyletka, nozyczki. od ponad miesiaca jest w klinice, przez rok ma brac prozac a do sprawiania sobie bolu dostala specjalna gumke zeby przynajmniej sie nie okaleczac. inna kolezanka w koncu przyznala sie rodzicom do bulimii, od dwoch tygodni bierze specjalne lekarstwa i rodzice chodza z nia do psychologa. do psychologa chodzi tez inna kolezanka cienka jak patyczek, ktora nigdy nie bierze udzialu w prywatkach z nocowaniem, ani w wycieczkach szkolnych, kazda proba nocowania poza domem konczy sie atakiem kaszlu graniczacym z uduszeniem i placzem. w malinowej klasie jest dziewczyna, ktora ma pozwolenie na wyjscie z lekcji bez podania powodu i pojscie do szkolnego psychologa.

z jednej strony bardziej dorosle niz w rzeczywistosci sa: makijaz, buty na obcasach, nienaganne stylizacje na instagramie, wiedza tyle o seksie z internetu, ile my w tym wieku nie mielismy pojecia, konfrontacja z tematem wojny, uchodzcow. z drugiej strony ta mlodziez siedzi w domu i podtrzymuje kontakt glownie przez snapchat i whatsapp - zycie staje sie wirtualne i powierzchowne. emocjonalna inteligencja nie ma szans na rozwoj w takich warunkach. napiecie rosnie i dziecko zamiast isc wygadac sie z kolezankami czy rodzicami idzie do toalety i wyrzuca z siebie cala bezsilnosc, zlosc i strach.

pamietam jak malina byla malutka i nigdy jej nie bujalam zeby nie plakala. trzymalam ja mocno w ramionach i to zawsze dzialalo. zdaje sie, ze teraz tez dziala. chetnie powiedzialabym tej czy innej mamie, zeby tego sprobowala. znam rodzicow tej kolezanki od prozaku. nigdy ich nie lubilam a teraz mam tylko ochote im wykrzyczec, ze sa beznadziejni. bo sa.

ale nie moge. wszystko owiane jest wielka tajemnica. oficjalnie nic nie wiem.

 

 

 

 

czwartek, 14 września 2017
eh...

na wakacjach jest czas na perpektywe dalsza niz koniec wlasnego nosa. na promie ludzie, w hotelu ludzie, na plazy ludzie. wyjscie poza krag ulubionych znajomych, za plot ogrodu, za prog biura jest zawsze interesujacy. swiat jest inny niz wlasny mikrokosmos domowy i zawodowy.

i tu... nastapil wakacyjny wywod na cala strone drobnym maczkiem, ktory zniknal gdzies w czelusciach bloxa. nie dam rady go odtworzyc. blox odnawil mi tylko te trzy pierwsze zdania. ale mi szkoda...

piątek, 11 sierpnia 2017
shine bright like a diamond

 

malina jest na obozie, ktory - ja nie wiem jak my to przeoczylismy? my i rodzice 4 malinowych kolezanek! - jest miedzynarodowy i nawet opiekunowie nie gadaja po niemiecku. obowiazuje angielski. woda do mycia zimna, namioty z drewniana podloga, jedzenie gotuja sami, sprzataja sami. o 18:30 dostaja komorki na 15 min. od tygodnia to jest nasze swiete 15 min. malina z rozpedu telefonuje z nami po angielsku, jako jedyna w swoim 5 osobowym namiocie jest zdrowa, caly czas leje deszcz a wczoraj wystapila przed biwakowa miedzynarodowa publicznoscia spiewajac solo i a cappella "shine bright like a diamond" rihanny. tak sie tym przejelam, ze mi dzis ta glupia piosenka nie moze wyjsc z glowy. i tak mi sie przypomnialo, ze malina zanim zostala malina byla szafirkiem, bo oczy miala takie granatowe jak sie urodzila.

czwartek, 10 sierpnia 2017
milosc do roslin. oplaca sie?

 

moje niektore znajome gadaja ze swoimi rolinami, dzieki czemu kwitna im nawet kaktusy, uschniete drzewa rodza owoce a przyciete o pelni ksiezyca krzewy wypuszczaja nowe pedy. a u mnie odwrotnie. to co obcinam radykalnie, byle jak z mysla, ze nastepnym razem wyciagne z korzeniami, rosnie pieknie, bujnie i zdrowo. natomiast kwiatki o ktore dbam, podlewam, podcinam, nawoze tak sie jakos mecza, trwaja na posterunku, ale najchetniej by sobie zwiedly. kilka lat temu zamowilam roze w anglii, wsadzilam je w swietna rozana ziemie, w miejscu wybranym, nasloneczniony, bez przeciagow i te roze tak sobie raz zakwitna raz nie, no mecza sie. zupelnie inaczej z bylejakimi rozami, ktore kupilam w obi, bo byly przecenione, kosztowaly grosze a ja spodziewalam sie wizyty i chcialam, zeby bylo kolorowo. wsadzilam je ot tak, gdzie mi kolorystycznie pasowalo, w byle jaka ziemie i niedaleko drzew iglastych (kwasna ziemia) i te roze to rosna jak chwasty, kwitna po dwa razy w roku i zadne gasiennice ich nie zjadaja. jedna nawet - mimo ze jest gatunkiem plazacym po ziemii, zdecydowala sie byc roza pnaca i robi kariere na scianie.

 

nigdy nie jest za pozno.

zawodowo ten rok jest trudny. we wszystkich projektach brakuje forsy. wszyscy sie stresuja, klienci zamiast 3-4 ofert zbieraja 7-9 ofert i w kazdym przetargu na film jest sie jednym z 9 walczacych, wiec i szanse na wygrana mniejsze a pracy wiecej. jestesmy zmeczeni. malina na obozie "adventure" w srodku lasu, bez komorki za to z porannymi kapielami w rzece. mielismy biegac do kina, plywac, jesc rzeczy ktorych malina nie znosi, ale nic z tego. pracujemy do pozna, jestesmy zmeczeni resztka sil zbieramy sie na wieczorny spacer. szybko robi sie ciemno, kropi deszcz i wieczorem jest bardzo jesiennie. jeszcze sie to lato porzadnie nie rozpoczelo a juz sie skonczylo. tak sobie wczoraj usiedlismy przed komputerem, zeby znalezc cos w toskani, w drodze na wakacje, na dwa trzy dni. same fajne domki, wszystko sliczne a nic nie cieszy. przestalismy sie gapic w kolorowe obrazki, wylaczylismy komputer i zaczelismy narzekac jak nam ciezko. maz zaparzyl nam rumianku i wczesnie poszlismy spac. a dzis rano maz usmiechniety:

 - jakos mi lepiej. chyba takie wspolne narzekanie dziala oczyszczajaco.

po 24 latach zrozumial.

zrobilismy sobie kawy i kazde ruszylo do tego naszego codziennego "obierania ziemniakow".

 

 

 

poniedziałek, 31 lipca 2017
malinowa walizka.

 

w moim wychowaniu malinowym nie ma wiekszych wyskokow - jestem letnia, czasami sie troche wkurze, ale zaraz mi przechodzi, troche nagadam, malina wznosi oczy do nieba i po wszystkim. cos jest w tym wszystkim dobrego, bo jak mi nerwy jednak puszcza, to jest to niezapomniane przezycie dla maliny.

rok temu zaczelysmy wakacje od pobytu w hamburgu. ja w biurze, malina na kursie plastycznym. po 13 przyjezdzala do mnie do biura, chodzila na poczte z nasza recepcjonistka, wypelniala jakies tabelki w exelu i najchetniej "pracowalaby" do polnocy. (wlosy przefrabowala na niebieskie, pamietacie?) w tym roku tez zabieram ja do hamburga. tym razem dopiero w trzecim tygodniu wakacji, ktore zaczely sie przedwczoraj! ten tydzien malina spedza na zeglowaniu, potem jedzie ze swoja klika na oboz "przygodowy" a potem ze mna do hamburga. wczoraj wchodze do jej pokoju i oczom nie wierze.

 - co ty robisz?

- pakuje sie.

- hä? na oboz?

 - nie. do hamburga.

 - ale mamy jeszcze dwa tygodnie. pakujesz sie juz dzs?

 - tak. nie chce niczego zapomniec i nie chce zeby moje rzeczy znow fruwaly po pokoju.

ha. ha. ha. w tamtym roku kupilam malinie - ktora nagle podrosla z dnia na dzien o kilka centymetrow! - kilka nowych ciuchow. przed hamburgiem kazalam jej sie samodzielnie spakowac i NIE zapomniec o kurtce przeciwdeszczowej. tyle tylko. ale... az tyle! hamburg. zaraz pierwszego dnia leje. ale to nic. wyciagam moja kurtke przeciwdeszczowa.

 - malina, zakladaj swoja kurtke, bierzemy parasolke i lecimy. deszcz nam niestraszny przeciez!

malina otwiera swoja walizke. a mi otwieraja sie oczy, bo w walizce jest jakas platanina ciuchow jakby ktos ewakuowal sie przed bombardowaniem albo jakim innym potopem. a rzecz jest o samych nowych (nie tanich) ciuchach! malina nurkuje w tym klebowisku bluzek, sukienek i spodni i NIE znajduje kurtki. a mi nagle peka zylka i jak jakas pantera rzucam sie na jej walizke:

 - jak ty masz w tym chaosie cos znalezc???! to sa same nowe rzeczy! a wygladaja jaby je ktos wrzucil do walizki zeby wyniesc na smieci!

jakas energia we mnie wstapila i w furii zaczelam wyrzucac do pod sufit wszystko co mi wpadlo w rece. cala zawartosc walizki.

 - ha! moze znajdziemy jednak w tych smieciach twoja kurtke???! - wolam.

sama siebie zaskoczylam, ale to nic w porownamiu z malina, ktora byla w takim szoku, ze nie wiedziala czy plakac, czy krzyczec czy co. zatkalo ja.

przeprosilam ja potem a ona mnie tez i spedzilysmy cudowne 10 dni w hamburgu, ale wrazenie pozostalo, bo oto dokladnie rok pozniej, wczoraj, w malinowym pokoju stoi spakowana walizka a w niej rzeczy poskladane w kosteczke jak w szafce u zolnierza.

 - nawet parasolke zapakowalam! - triumfuje malina.

i mysle sobie, ze z jednej strony strasznie mi bylo wstyd, ze tak glupio sie wtedy wkurzylam a z drugiej strony, moze dzieci potrzebuja czasem takiego wybuchu? takiej nauczki?

 

malina w czwartek grala w big bandzie - cudownym piknikiem zakonczyl sie kolejny rok szkolny.

w piatek malina przyniosla swiadectwo. swietne swiadectwo, choc nie tak perfekcyjne jak kiedys. niestety w gimnazjum w niemczech trudno jest o swiadectwo jedynkowe. malina jest 4-ta w klasie. najlepsza z matematyki, fizyki i francuskiego. ta 4 pozycja ja zmartwila, bo zawsze byla druga, ale ja zaraz pocieszylismy: wszystko co dotyczy szkoly malina zawdziecza tylko sobie. przeszla do 9 klasy (gimnazjalna 5 klasa) a ja nadal nie wiem jak sie nazywaja poszczegolni nauczyciele, na jakim etapie jest z laciny a na jakim z biologii czy angielskiego. z francuskiego (matyldo:-) jest najlepsza w klasie i u surowego nauczyciela jako jedyna ma 1! francuski egzamin "delf" zdala jako druga w calej szkole (kolega, ktory jest pierwszy ma francuskiego ojca) - to taki egzamin, ktory sprawdza instytut francuski w paryzu.

wprawdzie jak zwykle pan dyrektor wyslal do rodzicow list, zeby isc z dzieckiem na lody i nie nagradzac za swiadectwo niczym materialnym ( i nie karac tez!, tylko przyjsc do nauczyciela!), to kupilam malinie trzy wakacyjne ksiazki i sliczne turkusowe kolczyki.

nie wiem czy juz tu gdzies o tym pisalam, ale jesli nie to napisze teraz: malina jest fajna.

 

 



poniedziałek, 24 lipca 2017
urodziny.
dzis mielismy miec konferencje video z mlodym rezyserem na temat piwnego projektu. dobrze, ze w piatek powiadomilam klienta, ze rezyser moze miec problemy z terminem filmowania, bo niestety zona rezysera ma zagrozona ciaze. moja branza jest wstretna, bezduszna, chodzi tylko o forse - wszystkim i zawsze. zdziwilam sie niepomiernie, ale klient (mezczyzna!) powiedzial, ze nie chca inneg rezysera tyko wlasnie tego ( a to nie jest zadna gwiazda, tylko mlody, mily czlowiek) i tak dostosuja termin zdjec, ze i zona urodzi (bedziemy trzymac kciuki - zapewnil) i film o piwie nakrecimy! zona tak sie wzruszyla moze, ze dzis rano poczula sie dziwnie i pojechali do kliniki. termin dopiero za miesiac, ale na wszelki wypadek tak. rezyser zapewnil, ze popoludniu beda znow w domu i spokojnie przeprowadzi konferencje. pojechali tylko sprawdzic co i jak, bo ciaza zagrozona. dwie godziny przed konferencja dzwoni: - nie wiem czy bede mogl telefonowac. wlasnie zostalem ojcem, mam ochote tylko krzyczec jaki jestem szczesliwy na nic iwecej mnie nie stac. zona urodzila znienacka. w szpitalu chwycily ja skurcze, wszyscy sie martwili a po dwoch godzinach (te co rodzily, to wiedza, ze dwie godziny to sie spaceruje a nie rodzi) urodzil sie sliczny chlopczyk, zdrowiutki jak rybka jako i mama zdrowiutka. wszyscy zaskoczeni. i tak oto w 21 wieku natura przerasta ludzi, tak pieknie i pozytywnie. wzruszylam sie jak nie wiem. malina po raz tysieczny musiala wysluchac opowiesci o tym jak sie urodzila. maz tez dorzucil pare od lat znanych szczegolow i zrobilo sie bardzo wesolo. klient sie ucieszyl, wysyla jakis prezent i czeka kiedy mlody tatus bedzie mogl rozmawiac i piwie. sa jeszcze fajni ludzie na swiecie? sa. nawet w mojej branzy.
piątek, 14 lipca 2017
sie kreci. do zawrotu glowy.

 

zyjemy w 21 wieku. myslalam, ze to bedzie wiek rownouprawnienia. czlowiek madry, silny, kreatywny bedzie mial w zyciu szanse na realizacje planow i marzen bez wzgledu na plec i kolor skory. tak jednak nie bedzie. i to nie dzieje sie samo. to jestesmy my - ludzie, my krecimy tym swiatem.

czwartek, 13 lipca 2017
wieczor na wodzie.

 

przeprowadzilam sie z kraju do innego kraju, urodzilam dziecko, nauczylam sie obcego jezyka jako dorosly czlowiek a takiej glupiej lodce nie dam rady? zeglowalam dzis na zajeciach 3 godziny o zachodzie slonca rownolegle z mezem. wolalismy do siebie "ahoj" i zawracalismy symetrycznie. nadal wiele rzeczy dzieje sie przypadkiem, nie zawsze plyne tam gdzie chce, tylko tam gdzie mi sie udaje plynac, ale malina wytlumaczyla mi, ze to normalne na poczatku.

 

 

 

 

ogrodowe zoo

 

przedwczoraj powalczylam z patyna na teakowych meblach w ogrodzie. zlapal mnie deszcz, rzucilam wszystko jak stalam a potem nie mialam czasu posprzatac. wczoraj nie bylo mnie w domu od 4 skoro swit do polnocy. a dzis rano patrze przez oknow odslaniajac zaslony: o! jez! kolo tarasu! lapie aparat i w pizamie lece na dol. ze jeze u nas laza calymi rodzinami to normalne, ale glownie w nocy i po krzakach. a tu w sloncu, w trwie...niezla gratka dla mlodego fotografa (hahaha) - no lece! i znajduje ryzowe szczotke, ktora tak sobie lezy tu od przedwczoraj.

 

poniedziałek, 10 lipca 2017
malinowa koncowka roku szkolnego.

 

na urodziny dostalam aparat fotograficzny i teraz sie stresuje zamiast pstrykac zdjecia komoreczka. krece roznymi zakretkami, objektyw plynnie wydluza sie i skraca a ja nie widze zadnej roznicy. a tak mi sie dobrze zylo. teraz fotografuje kwiatek, cale tlo wychodzi ostro, kwiatek rozmazany jak u moneta, chce oddac groze burzy, drzewa uginaja sie do ziemii, na zdjeciu stoja sobie jak zwykle i nic sobie z wiatru nie robia. mysle, ze do fotografowania trzeba jednak miec talent. malina moja komorka fotografuje to samo co ja i to jest piekne a moje takie sobie byle jakie.

w weekend malina i tatus po raz pierwszy wspolnie wzieli udzial w regacie na duzej zaglowie. malina najpierw odnosila sie do spprawy z lekkim poblazaniem, bo ona raczej woli sportowe lodki, ale po calym dniu na h boot z malowniczym spinakerem z przodu jak balonem wrocila przejeta i zachwycona i z naciagnietym sciegnem nadgarstka. mam nadzieje, ze bol sam przyszed i sam odejdzie, na wszelki wypadek zawinelam zeglarce nadgarstek bandazem.

jeszcze trzy tygodnie szkoly, ake to chyba najfajniejszy czas w roku. wyjscia na lody, do teatru, koncert letni, projekty sztuki, muzyczne, goscie z zaprzyjaznionej szkoly, od jutra nie ma juz ocen. malina bedzie miala swietne swiadectwo, mimo, ze w tym roku naprawde sobie pofolgowala. ciagle jest zakochana, ciagle ma jakis trening zeglarski, taniec, pianino, ciagle czyta jakies glupie gazetki "mädchen", w ktorych reklama lalek barbi sasiaduje z poradami typu: "masz 14 lat. jesli masz problemy z okresem a uprawialas seks z kolega to powiedz o tym rodzicom". co i raz mysle, ze opinie o malinowej szkole, ze trudna, ze renomowana sa czysta przesada, ale jednak co semestr odpadaja dzieci i malinowa klasa liczy w przyszlym roku 15 osob. najbardzije fascynuje mnie fakt, ze malina jest w klasie najlepsza z matematyki i fizyki, jako jedyna przynosi do domu jedyneczki. moze zajmie sie w zyciu czyms powaznym? pozytecznym? a nie takimi glupotami jak ja.

 

a tu prosze udalo mi sie sfotografowac makoweczki w moim ogrodzie:

 



poniedziałek, 03 lipca 2017
weekend na wodzie.

 

uczymy sie zeglowac. maz wskakuje na lodke, lapie wiatr w zagiel i fruuuu! a ja sie placze z kolorowymi linkami, walcze ze sterem przy manewrach a juz celowe przewracanie lodki jest jak zly sen i nie moge sie przemoc. wczoraj przesiadajac sie z zaglowki na motorowke zawislam miedzy nimi jak most i nie wiedzialam czy puscic nogi czy rece. malina dolaczyla do nas pod koniec treningu i miala dla mnie potem tysiac dobrych rad, ale jakos nie moge sobie z nimi poradzic. mysle, ze to jest sport, do ktorego trzeba miec intuicje, czuc wiatr a ja jakas nieczula jestem czy co. nie poddaje sie jednak latwo. bede cwiczyla do skutku. mimo pianki (tak, tak wcisnelam sie w malinowa pianke i wygladalam jak czarno fioletowy salceson) zmarzlam jak sopelek (wczoraj lalo jak z cebra) - po powrocie do domu, goracym prysznicu, goracej herbacie, polozylam sie na chwile z ciepym termoforem i... obudzilam sie dzis rano. nie wiem czy uda mi sie zostac zeglarzem, ale malina i maz maja wyraznie talent, wiec zadowole sie chocby rola majtka lub kucharza.

 

czwartek, 29 czerwca 2017
nigdy nie zajmuje sie...

memami i takimi filmikami, ale tym razem musze zrobic wyjatek:

https://www.youtube.com/watch?v=K95XgPpZkxs

 

w naszych rekach, w rekach rodzicow jest sila, ktorej nie ma nikt poza nami.

 

 

wtorek, 13 czerwca 2017
malina jest zeglarzem.

malina ma ferie i juz od ponad tygodnia zegluje. codziennie od 8:30 do 17:00 na wodzie, pod woda, nad woda. raz maja wiatr raz nie. nasze kezioro to jednak nie jest garda, gdzie zawsze wieje swietny wiatr. wczoraj slonce, slonce i nagle zrobilo sie ciemno. mysle sobie, ze zaraz - zupelnie nieplanowany! - spadnie deszcz, wiec wyszlam do ogrodu sciac kilka rozwinietych roz, ktore po deszczu i tak straculyby platki a tak to postoja tu sobie kolo mnie. wychodze za rog, najpierw omiata mnie lekki wietrzyk a za chwile gwatowna fala wiatru popycha mnie na sciane, zrzuca donice z muru a drzewa targa jakby chciala je wyrwac z korzeniami. jak dwa lata temu. w panice ucieklam do domu rzucajac sekator w poplochu. ledwie zamknelam za soba drzwi lunal wsciekly deszcz, szara sciana wody. a po 10 miutach jakby nigdy nic zawswiecilo slonce. uffff, mam nadzieje - pomyslalam - ze malina byla na ladzie. trenerzy maja tam rozne takie apps wind finder czy inne i wiedza, jak ma nadejsc takie mini tornado.

apps swoje a natura swoje. wichura zaskoczyla zeglarzy na srodku jeziora. wiatr zwyczajnie... porwal maline z lodki do gory, najpierw rzucil nia o zagiel a potem o wode a w koncu porwal malinowa zaglowke. malina zaczela plynac (w calym ekwipunku to niestety nie plywa sie jak w kostiumie kapielowym), fale zalewaly jej twarz, zaglowka odplywala szybciej i szybciej rzucana i wiatrem i falami. na szczescie w klubie natychmiast zaalarmowani zeglarze (tu sa trzy kluby i taki alarm dostaja wszyscy) wskoczyli do motorowek i ruszyli na pomoc, nie tylko malinie, ale i pozostalym 6 mlodym zeglarzom - podobno wszystkie lasery lezaly w wodzie, niektore jak malinowy masztem w dol - dogonili malinowa zaglowke, wylowili bardzo zmeczona maline i... zanim cala akcja dobiegla konca, wyszlo slonce. na brzegu witaly ich podniecone dzieciaki z optymistek, przejete i uszczesliwione, ze wszystko dobrze sie skonczylo.

myslalam, ze malina bedzie przestraszona, ale ona wrocila do domu naladowana adrenalina po dziurki w uszach i przy kolacji opowiadala wszystko od poczatku chyba z trzy razy. wieczor spedzila w spontanicznie zorganizowanej grupie whatsapp dyskutujac ze ludzmi ze swojej grupy i trenerem i tak cal wspolnie porzezywali to wszystko jeszcze raz.

dzis rano malina dumnie pokazala swoje siniaki - prawdziwie lylowe nogi! - i pojechala zeglowac. i tak do piatku.

 

czwartek, 01 czerwca 2017
30 lat

 

tyle lat testowania roznych fryzur
tyle kilometrow przejoggingowanych
nowe jezyki nauczone
dziecko poczete i narodzone
przeprowadzek 7 albo i osiem
studia polsko angielskie
maz znaleziony i poslubiony
nowe umiejestnosci sportowe zdobyte
tyle upadkow i powstan
skrzetne kolekcjonowanie doswiadczen
zmudna eliminacja zlych emocji
joga, miesni rozluznianie, tance i swawole
diety bezmiesne, bezglutenowe, bezsmakowe
glodowek kilka

tyle trudu
przez 30 lat
a wszystko po to
zeby uslyszec
od 20 roznych kolezanek
ze sie
czlowiek zupelnie nie zmienil!

no to po co to wszystko, co?

 

piątek, 05 maja 2017
ida na wojne:-)

 

strasznie duzo wron i srok w tym roku jak i rok temu. nie dosc, ze skrzecza obrzydliwie to poluja na wiewiorki i male ptaszki. w interncie mozna znalezc kilka sposobow na te ptaszyska. sposoby mniej lub bardziej barbarzynskie. jedna metoda spodobala mi sie szczegolnie: wlaczyc glos sokola albo orla, podobno wrony i sroki bardzo sie ich boja takze myszolowow i uciekaja, nie zaloza tez gniazda w okolicy, w ktorej slychac te odglosy. nie moge sie doczekac zeby te metode wyprobowac, ale na razie leje jak z cebra.

 

czwartek, 27 kwietnia 2017
rocznica.

 

tydzien temu dotarla do mnie chyba przez pomylke wiadomosc-zaproszenie na 30 rocznice matury. klasowe spotkanie. od razu napisalam, ze nie mam czasu i termin mi niestety nie pasuje. z nikim - poza jedna kolezanka - z liceum nie mam kontaktu, przyjaznie na cale zycie pozostaly mi raczej ze studiow. no i nie oszukujmy sie, ja zdawalam mature niedawno a nie jakies 30 lat temu, tak?

przez ten tydzien wywiazala sie miedzy dziewczynami taka fajna korespondencja, wrocily nastroje, zarty rozumiane tylko wsrod nas, klimat - zupelnie niesamowite. tyle cudownych, inteligentnych, dowcipnych dziewczyn w jednym miescu, no mimo pomylki w dacie nie moge tam nie byc. niektore kolezanki popodgladalam na facebooku, to nie moze byc moj rocznik wprawdzie, ale co tam! wlasnie zarezerwowalam bilecik. a od jutra sie odchudzam.

 

 

 

 

środa, 26 kwietnia 2017
cuda wianki.

 

jesteem pod wrazeniem. od dwoch tygoni chodze na masaze z powodu moich bolacych plecow. bardzo to przyjemne ale nic nie pomaga.

dzis zaczelam serie - 6 posiedzen - spotkan, ktorych progresywnie (no naprawde tak to sie nazywa) ucze sie rozluzniac. cale zycie wszyscy ortopedzi i masazysci mowili mi, ze mam mieciutkie miesnie i jestem taka "luzna" i ze to dobrze, ze zdrowo. moja ostatnia wizyta u ortopedy byla inna: pani ma sobie zelazny pancerz jak jakis rycerz! - oznajmila pani, po czym dodala, ze to moze byc uwarunkowane nie tylko fizycznie, ale moze psychicznie. doradzila mi ten kurs.

no wiec poszlam i powiem szczerze, ze z poczatku bylam troche rozczarowana. siedzimy sobie 4 panie i prowadzi to bardzo przystojny pan w moim, a wiec statecznym wieku. miejsce 10 minut drogi ode mnie w przepieknym budynku nad jeziorem. bez zasiegu a i tak moja komorka zadzwonila? czary? znak? wylaczylam cholere i na 1,5 godziny skupilam sie na moich miesniach. pan najpierw wytlumaczyl nam co i jak. pomyslalam, ze wprawdzie to jest tylko wyciagnie forsy, ale fajnie tu tak siedziec i pan jest przystojny, wiec co mam marudzic. po krotkim wstepie, pan kazal nam zamknac oczy i - nigdy przedtem tego nie doznalam - i wprowadzil nas w lekki stan hipnozy. bylo i cieplo, nie przelykalam sliny, bylam tam i nie bylo mnie a jedyne co robilam to spinalam i rozluznialam poszczegolne miesnie. jak cwiczenie sie skonczylo pan pochwalil mnie, ze bylam najlepiej w grupie skupiona i czy kiedys medytowalam. nie. nigdy. pomyslalam, ze to na moje bole nic nie pomoze, ale wracalam do domu nad jeziorm i myslalam po raz pierwszy od dawna jakie piekne jest moje zycie. zrobilysmy sobie z malina pyszna kolacje (maz w podrozy do jutra), pogadalysmy troche na powaznie, troche na wesolo. ide zaraz do wanny. najdziwniejsze w tej historii jest to, ze w ogole ine boli mnie ani kark ani plecy. cuda wianki.

 

piątek, 21 kwietnia 2017
malina odmlodzona.

 

dzis malina byla u fryzjera w polsce. ostatnim razem pani tak jej ladnie podciela wlosy, ze poszla i tym razem. niestety dzis pani "polecialy" nozyczki, malinowe genialnie 60cm dlugie wlosy skrocila nie tylko o 5 cm zeby byly zdrowe, ale wycieniowala i skrocila o dobre 20 cm.

malina przyslala zdjecie, troche mi sie sie mutno zrobilo, szkoda tych cudnych wlosow i cieniowane bez sensu i do szkoly i do zeglowania, ale chcialam maline pocieszyc, ze ladnie i ze w koncu spelnila marzenie o cieniowanych wlosach. 

 - plakalas? - pisze.

 - prawie...

 - wlosy ci szybko odrosna i wygladasz slicznie.

 ...

 - wlasnie pokazalam zdjecie tatusiowi, jemu tez sie bardzo podoba!

...

...

- wygladam jakbym miala 12 lat:(

 

 

popoludniowa przyjemnosc w home office.

 

w koncu przestal padac snieg i przed chwila wyszlo slonce i wsyzstko ztopilo. szybko nazrywalam sobie kwiatkow w ogrodzie, ktorym nocny mroz i kilkudniowa sniegowa kolderka nic nie zaszkodzily: szafirki, stokrotki, czeremcha i takie blado-lylowe cos. o rety jak pachnie!!!

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
Archiwum