wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 31 stycznia 2007
wieczor w milej samotnosci.
to chyba moj dwudziesty wpis dzis. czekam na telefon sluzbowy i delektuje sie wieczorem slomiano - wdowim. najadlam sie glupot, wykapalam we wrzatku, poszlam sie pogapic na spiaca maline, wskoczylam do lozka wyziebionego jak lodowka z goracym termoforkiem jak piecyk weglowy. sms-uje z mezem, ktory ma kolacje ze strasznie waznymi ludzmi i lata do kibla, zeby ze mna pogadac. zaczynam byc zmeczona i jak sie zaraz nie wydarzy ten telefon to normalnie zasne jak nic.
kapiel wieczorna.
pastylki przylecialy z dalekiej afryki. wygladaja jak lekartswo w takich plastikowych ampuleczkach, z ktorych - jak je otworzyc - wysypuje sie proszek. ale to sa pastylki do wanny. kazda w innym kolorze. przy pierwszej strasznie bylam ciekawa jak to dziala, bo intrukcja zapewniala, ze po wrzuceniu do wody w wannie, plastikowe czesci sie rozpuszcza a w wodzie ma ukazac sie zwierzatko. tak. ale jak? bedzie jakis pyl, ktory ulozy sie w ksztalt zwierzaka? te tabletki takie malutkie, co z nich moze wyjsc. wrzucamy. powoli peka oslonka a ja sie boje, ze woda zacznie wrzec, bo malina goraczkuje sie strasznie co z tego wyjdzie i jeszcze mi sie dziecko w wannie ugotuje. waszedl niebieski slonik z gabki i teraz co kapiel dolacza don a to czerwona malpka, a to czarna panterka, a to rozowy nosorozec. dzis pastylka byla zolta i malina wrzucila ja jeszcze przed rozebraniem sie do wody. pastylka wpada do wanny wypelnionej woda i to uruchamia jakas zasuwke w mozgu malinowym i malina zaczyna mowic potokiem slow:
- mamusiu, zobacz to jest zolta, ciekawe co to bedzie, ciekawe co to bedzie, no nie wiem co to bedzie, a ty myslisz, ze co to bedzie, bo ja nie wiem, co to moze byc, nie nie wiem, nie wiem, co to moze byc.
w rytm tego slowotoku pomagam malinie przy rozbieraniu, otoczka peka powoli a malina dalej:
- o juz troche widze to kaczka, mamusiu, widzisz, ze kaczka, prawda, ze kaczka, taka zolta kaczka, zobacz, no kaczka, widac, ze kaczka, zolta kaczka, mamusiu o jaka kaczka, juz prawie cala kaczka, o!o!o! jaka piekna zotla ka... no lew! mowilam , ze lew!!!
czlowiek.
jak tylko biore sie za czesanie maliny, cos dziwnego dzieje sie z jej glowka. glowka zaczyna sie krecic i malina za nic nie moze jej utrzymac prosto a ja nie moge utrzymac wymykajacych sie kosmykow. czasmi trace cierpliwosc jak dzis:
 - malina! trzymaj glowke prosto! jak dorosly czlowiek!
 - ja nie jestem czlowiek! - protestuje malina i warkoczyk wyskakuje mi z rak - ja jestem dziewczynka!!!


dialogi poranne.
 - mamusiu! w kapciach dziuraaaaaaa! - przybiega malina dzis do mnie. pokrecilo jej sie wczorajcze: babciu, dziura w kapciu. wciagam ja do lozka. pytam co jej sie snilo.
 - smerfy.
 - ale ja dzis w nocy slyszalam jak mowilas przez sen: mamusiu, ja cie kocham.
 - no bo ja cie kocham.
 - i snilam ci sie?
 - nie. smerfy.


wtorek, 30 stycznia 2007
luk
malina dostala luk i piankowe strzaly. jest indianinem. stoi od godziny w przedpokoju, wolno jej strzelac tylko do piwnicznych drzwi. cwiczy cieprliwie. dzwoni babcia.
 - babciu! ja mam luka! scelam! i jak przyjdzie do ogrodku jakis dziki zajac to zaraz scele!!!
koniugacje, deklinacje
 - mamusiu, zobacz jaka piekna zrobilam zakupe! - wola malina i stoi zdziwiona moim atakiem smiechu. nie pojmuje dwuznacznosci swojego oswiadczenia. 
pogrozki.
 - jak bede duza to bede pila kawe, wino i coca cole. i bede mowila po angielsku!!! - kiwa groznie malina malinowym, krotkim paluszkiem. czuje, ze cos jej umyka kiedy porozumiewamy sie w jezyku angielskim w jej obecnosci.
moja praca.
spedzilam wieczor na zapewnianiu kreatywnego, ze jest swietnym, niepowtarzalnym kreatywnym i genialnie trzyma klienta w garsci. na zapewnianiu rezyserki, ze jest genialna, utalentowana i perfekcyjnie pociaga sznureczki swoich lalek, ze daje im niemal psychologiczne wsparcie, ze praca z nia to niemal terapia. na komplementowaniu producentki, ze jestem pod wrazeniem jej zdolnosci organizacyjnych, gustu i spokoju. jutro rano bede mogla palic papierosa pod prysznicem bez strachu, ze go zamocze. nos urosl mi tak, ze moze sluzyc za daszek. (nie sprawdze, bo nie pale.) 
poniedziałek, 29 stycznia 2007
weekend normalny.
dwa wieczory - dwa almodovary. balwan prawie dwumetrowy i jazda na sankach po ogrodzie. wczoraj kolacja w ulubionej restauracji sushi. malina dostala specjalnie splecione paleczki i cudownie cobie z nimi radzila. tempure jadla lapkami a my pekalismy z dumy i swietnie sie bawilismy. ten tydzien jeszcze w domu. dzis tatus. jutro ja. ta samowystarczalnosc daje nam sile. normalnosc cieszy.


(z ta normalnowcia to mnie tak krysia natchnela)
niedziela, 28 stycznia 2007
koscie.
co wieczor masuje malinowy brzuszek mascia miedziana pomieszana z olejkiem rozanym. u homeopaty malina natychmiast zasypia w czasie tego masazu, wieczorem niestety za nic nie moge osiagnac takiego efektu. malina zwija sie w klebek i mowi, ze jest pilka, potem, ze jest bananem. 
 - malineczko, przestan sie tak krecic. zamknij oczki.
 - ja juz spie. to tylko moje KOSCIE sie tak wierca.
sobota, 27 stycznia 2007
wieczor w tokami.
nowy, cudowny plaszcz z koz lekki jak piorko. kaszmirowa paszmina lekka jak piorko. szybki samochod zwinny jak waz. kolacja w towarzystwie dwoch pieknych kobiet, madrych i bogatych. jestesmy w jednej branzy, ale robimy cos zupelnie innego, znamy sie od 10 lat i czasem los rzuca nas w jeden projekt. jak teraz. zajadalysmy rozne smakolyki popijajac bialym winem i obserwujac sie dokladnie. wypytywalysmy, wspominalysmy, troche sie przechwalalysmy. potem z ploteczek przeszlysmy na swiat wielki. panie maja duzo do powiedzenia. ciekawa dyskusja o religii - w pewnym momencie troche sie wylaczylam, dumajac o wlasnym dyletantyzmie, niedouczeniu, niedoinformowaniu. skad one to wszystko wiedza? w moim wieku taka zaduma nie nadaje twarzy wyrazu glupkowatej niepewnosci tylko zyciowego dystansu. spielam wszystkie miesnie, poruszylam wszelkimi dostepnymi szarymi komorkami, obrocilam mozgiem dwa razy wokol wlasnej osi i udalo mi sie sklecic dwa madre zdania. panie przerwaly - przez chwile pomyslalam, ze palnelam glupote - i w czterech pieknych oczach zobaczylam podziw. zrobilo mi sie bardzo milo. jeszcze jednak umiem pomykac na fali pozoru, uludy, retoryki dla ubogich. cieplo samozadowolenia rozlalo mi sie po duszy i dalej delektowalam sie milym wieczorem. potem podrzucilammoja pania rezyserke do najlepszego hotelu w monachium, otulilam sie paszmina, wskoczylam do tego mojego weza smiglego, wlaczylam ulubiona plyte i pomknelam do domu przez zasniezone miasto a potem autostrade. dwa ostatnie tygodnie myslalam, ze nie chce mi sie pracowac. siedzialam z malina i wydawalo mi sie, ze moglabym juz nigdy nie wyjsc z domu. ale jednak taki wieczor jak dzis tez ma swoj smak. maz czekal z pysznym winem, ale nie doczekal. zasnal. jutro sobota. mozna isc spokojnie spac, bez leku, ze rano zadzwoni ktos z jakas glupia sprawa, ktora jest sprawa wazna i trzeba sie nia zaraz zajac. jutro rano bedzie kawa i mleko z miodem i przyjedzie bofrost i przywiezie mrozonki. i pewnie dlatego ten wieczor tak smakuje, bo potem przychodzi taki ranek.
piątek, 26 stycznia 2007
syrenki.
w drodze od lekarza do samochodu wstepujemy do ksiegarni. na jednej z okladek ksiazki o indianach widac luk.
 - oooo mamusiu, ja tez chce taki ... o... o to chce!
malina puka paluszkiem w luk. mamy taki luk w piwnicy i obiecuje, ze jak malina wyzdrowieje to prosze bardzo, moze sobie z luku strzelac w ogrodku. idziemy zasniezona droga i malina wyobraza sobie siebie jako indianke:
 - jak tylko bedzie w ogrodku dzik to ja z lukiem! a jak syrenka to nie. bo syrenki ja lubie. a dzik jest dziki. syrenka to ja sie zaopiekowuje.
czwartek, 25 stycznia 2007
snieg.
lezy snieg. malina czeka na mikolaja i na swoje urodziny.
 - mamusiu, slyszalam mikolaju. dzyn, dzyn, dzyn. on mi niech podaruje takie kolcycki jak ty masz. und ich werde mir so eine kleine dziurka stechen w uszku. i w drugim uszku tez.
nie wiem co robic.
środa, 24 stycznia 2007
sprzatanie.
sprzatnie zabawek. zadanie nieprzyjemne, ciezka praca, zupelnie bez sensu. wiem, wiem. ale niestety musze byc dokladnie tak samo wstretna, wymagajaca, sie czepiajaca matka jak tysiace naszych matek, babek i prababek. normalnie jakos nam sie udaje rozwiazac ten problem bez wiekszych konfliktow, ale nie dzis. malina, ktora zawsze wyczuwa kiedy jestem akurat podminowana, bo jakis glupek z berlina mnie zezloscil czy jakis inny glupek, woli tanczyc niz sprzatac. daje jej czas. jeszcze raz. jeszcze raz. malina tanczy. obiecuje, ze jesli nastepnym razem wejde do pokoju a wszystko nadal nedzie lezalo na podlodze, sprzatne to do worka i wiecej tych zabawek i ksiazeczek nie zobaczy. malina nie wierzy. wchodze. wrzucam wszystko byle jak do kosza i zabieram. malinie brak slow z oburzenia i zaskoczenia. w konciu placze.
- kochana, teraz jest czysto i mozemy sie isc myc! - mowie spokojnie i malina jak zahipnotyzowana idzie do lazienki. grzecznie, bez slowa przerabiamy wieczorna toalete. wycieram ja po prysznicu. patrzy na mnie z wyrzutem:
- ja ciebie tak kocham a ty mnie nie lubisz i wszystko mi zabierasz.
czuje sie jak ostatnia swinia.

lezy w lozeczku. gasze swiatlo. malina czuje swoja przewage i moje wyrzuty sumienia.
- teraz ja bede spala a ty mnie glaszczysz. o tu. - i pokazuje czolko. glaszcze wiec jednym palcem az malina zaczyna spokojnie oddychac i nie slyszy jak wychodze z pokoju. a ja czuje sie oczyszczona z grzechu.
dzielenie ludzi

andrzej poniedzielski dla WP:

wolałbym podział na tych z którymi chciałoby się iść i i tych, którzy...niech idą.

to tak jak ja.
wtorek, 23 stycznia 2007
ryszard kapuscinski
umarl.
o boze.
maz pedzi przez snieg i noc zeby z nami zjesc kolacje i zeby maline polozyc do lozeczka. ale malina postanowila, ze dzis moja kolej. wystarczyloby zeby powiedziala grzecznie, ze woli z mamusia i nie byloby problemu, bo rownie czesto woli z tatusiem. ale malina postanowila dzis wyprobowac stary sposob, ktory  - zdawaloby sie - dawno porzucila jako nieskuteczny. malina wpadla w lazience w histerie. nie bedzie siusiu, nie bedzie prysznica, nie bedzie mycia zabkow.
 - maaaaamaaa!!!!!!
mysle, ze slyszeli ja w promieniu 20 km. rozdzierajace, rozpaczliwe: maaaamaaaa! no serce moze peknac. alesmy sobie dali slowo, ze nas na histerie nie mozna wziac. wiec siedze na dole, serce mi peka a tatus probuje maline uspokoic co ja z niewiadomych powodow jeszcze bardziej rozkreca: MAAAAAMAAAA!!! w koncu tatus zostawia ja sama w laziece. nie robi to na malinie zadnego wrazenia. placz, krzyk coraz glosniej, coraz glosniej. co robic? ide na gore. maz siedzi w sypialni i rzuca mi pytajace spojrzenie. pokazuje mu, ze ide do lazienki. kiwa glowa z dezaprobata. ale co? malina powiedziala mu, ze go nie chce, ze go nie kocha i zeby sobie poszedl to co robic? wchodze do lazienki z surowa mina. malina w teatralnym gescie rzuca mi sie do nog:
 - kochaaaammmm cieeee eee maaaamuuuusiuuuu...
biore ja za ramiona i pytam surowo co sie stalo. placz: koooochaaaammmm cieee eee...
surowo i rzeczowo:
 - ja tez cie kocham. i tatus cie kocha. a ty?
 - aaaa jaaa gooo nieee..... nie!
 - pomysl. pomysl tylko, ze tatus by tak do ciebie powiedzial.
 - nieee eeee.
 powaznie:
 - dlaczego nie kochasz taty?
 - bo nie chce myc zeboooow...
 - malina. dlaczego nie kochasz taty. patrz mi w oczy.
 - booo ooo tam tak dluuu uugo byl.
 - gdzie byl? w pracy?
 - taaa aaak.
umylysmy rece, nos i wyslalam maline na przeprosiny. powiedzialam, ze byc moze tata nie chce z nia rozmawiac, ale niech sprobuje. moze teraz tata siedzi i placze? malina opornie ale poszla.
 - places? - pyta i zaraz sie poprawia - weinst du?
 - nie - odpowiada tata - ale jest mi smutno.
malina wyciaga ramionka i wdrapuje sie na kolana. tatus ja przytula . mocno. mocno. pyta czemu plakala. ale oto jego corka. jaki tata taka corka. niechetna do rozmowy o uczuciach:
 - bo nie chce myc zabkow.
wchodze do sypialni i sie wtracam:
 - powiedz prawde, dlaczego bylas na tate zla?
 - bo nie chce myc zabkow.
 - nieprawda. czemu nie kochasz taty?
 - kocham!
 - a czemu bylas zla? - pyta znow tata.
 - bo ty tam tak dlugo byles. tam w pracy. tam w biurze.
przytulaja sie do siebie. ja rycze. a malina wybucha takim placzem, jakby jakas tama puscila, jakby cos peklo i moze sobie w koncu poplakac. wyplakac sie. potem przytulamy sie w trojke i malina wybucha smiechem przez lzy, ze tylko ja jesc, jesc i jesc. i kochac.


fryzura.
malina czesze mnie, przypina spinke za spinka. cos placze, cos wygladza. jak juz mam we wlosach prawie wszytkie spinki - ja wiem? moze ze 30 roznych! - malina przypatruje mi sie krytycznie. z jednej strony. z drugiej strony. w koncu usmiecha sie triumfalnie:
 - no! teraz wygladasz jak prawdziwa mamusia.
poszlam sie przejrzec w lusterku. wygladam jak strach na wroble, ale boje sie zniszczyc dzielo mlodej fryzjerki, zeby jej nie zranic.
nie rozumiem.
jemy deser. za nic nie moge sie powstrzymac i lachocze maline w ucho. takie male, rozowe uszko az wola o lachotki! malina smieje sie i mowi:
 - lepiej nie klam.
wyciaga lapke i lachocze mnie w ucho:
 - ty klamczuszku! mamusiu!

dochodze, co malina chciala przez to powiedziec. bez szans. sama nie wie. cos jej sie pomylilo.
dobre serduszko?
malina meczy sie ze sniadaniem. zuje, zuje, ale jakos jej nie ubywa na talerzu. w koncu zaczyna negocjacje:
 - mamusiu, polowe zjadlam.
 - polowa to nie wszystko - odpowiadam filozoficznie.
 - ale polowe musze zostawic.
 - ?
 - tak. polowe musze dac tym dzieciom.
 - jakim dzieciom malinko?
 - no co mowilas... co maja puste brzuszki. te no... no takie male czarne dzieci.
poniedziałek, 22 stycznia 2007
homeopata
nie wiem co ten lekarz dzis malinie zrobil, ale dziecko jest caly czas usmiechniete od ucha do ucha, rozluznione, zarumienione i strasznie szczesliwe. na koniec poltoragodzinnej wizyty malina miala wybrac sobie kamyk ze zbioru pieknych kolorowych polszlachetnych kamieni. bez chwili zastanowienia malina wybrala rozowy krysztal. lekarz pokiwal glowa: bylem niemal pewien, ze to wybierzesz. pasuje do ciebie. a malina byla dzis ubrana na niebiesko - szaro.
 - jak ci sie podobal pan doktor, malinko?
 - nie podobal mi sie. nie zauwazyl jakie mam piekne, nowe buty.
rownouprawnienie: mama i tata
musze dzis byc w biurze. maz poszedl z malina do homeopaty. lekarz z polecenia, podobno fantastyczny. pierwsza wizyta to ponad godzinny wywiad o malinie. szczegoly przebiegu ciazy, porodu, zwyczaje: spanie, jedzenie, upodobania: slodkie, solone. tysiac pytan. maz bez problemu odpowiedzial na wszystko.
 - jestem z ciebie dumna.
zdziwil sie:
 - dumna? a czemu?
dodal, ze jakos ma zaufanie do tego lekarza. on nie wierzy homeopatom, wiec poszedl tam tylko, bo go namowilam i zostalismy poleceni. 
zakupy, teatr, wizyta.
cala sobote spedzilam na zakupach. umeczylam sie jak nie wiem. duze zakupy to prawdziwa praca! a to ryby w paski, a to gruszki lylowe, a to jabluszka, s to dwa orzechy, a to herbate z kwiatkow i cukru. pani sprzedawczyni tak sie zmeczyla, ze w koncu powiedziala, ze sklep zamyka. przyniosla sobie krzeselko, siadla i zjadla wszystko czego nie sprzedala. nie pominela nawet 5 malych marchewek. potem przykryla wszystko kocem, oznajmila, ze jest noc, ze spi i zeby jej nie przeszkadzac. spala niedlugo. po kilku minutach zostalam zaproszona w gosci na herbatke z kwiatkow, ale okazalo sie, ze domek jest za maly do przyjmowania gosci, szczegolnie takich duzych gosci jak ja. malina doradzila mi wiec, zebym sobie drugi domek pod stolem wybudowala i ja zaprosila to sobie tam wypijemy herbatke. raczylysmy sie wiec herbatka i daktylami siedzac po turecku. po odpowiednim zawieszeniu koca sklep-dom zmienil sie w teatrzyk kukielkowy. malina poczestowala mnie cola i orzechami i zaprosila na przedstawienie o benjaminie blümchen, ktory spotkal drugiego benjamina blümchen.
maz chcial najpierw kupic wszelkie rekwizyty sklepowe, bo co to za sklep bez kasy? ale malina ma fantazje. kasa bylo pudelko a produkty albo prawdziwe albo udawane - np. kasztany byly ziemniakami. w warzywniaku kupilismy malutkie cebulki, marchewki i czerwona kapustke. caly dzien zabawy.
niedziela, 21 stycznia 2007
ola i ola
jeden moment nieuwagi i wszystko moze przewrocic sie do gory nogami. tylko mi sie plakac chce.
piątek, 19 stycznia 2007
autos
wielkie marzenie spelnione. tatus przyniosl z wideoteki "samochody". malina widziala to w kinie i ciagle wspominala z przejeciem jaki to cudowny film. ulubiony. od dzis jest na dvd. zeby go obejrzec, malina chodzi dzis grzeczna jak aniolek. inhalowala bez mrugniecia okiem, zjadla, posprzatala pokoj. teraz zalozyla ulubiona sukienke (baby jagi) juzh na koalcje i oglada film. przezywa jak nie wiem. wskakuje na sofe i wykrzykuje:
 - nie! no nie! on mial wygrac! nie ogladam tego!
jezu jak sie smieje.
 
1 , 2 , 3
Archiwum