wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
czy powinnam sie zmienic?
klade chorutka maline do lozeczka a z nia wszystkie jej dzieci: ameliona, amelie, felka i mruczka. przykrywam wszystkich dokladnie.
 - ale macie tu przytulnie w twoim lozeczku, spijcie dobrze.
 - tak. bedziemy spac. - malina przytula cala czworke. mocno - bardzo was kocham.
a po chwili dodaje:
 - ale ciebie kocham najbardziej.
jestem matka wlasnie wniebowzieta ale nadal lasa na wyznania milosne, wiec sie dopytuje:
 - oj to pieknie. a dlaczego?
 - bo jestes najbardziej mieciutka ze wszystkich.
pamietam jak w ciazy czytalam przestrogi przed odchudzaniem w ciazy i w czasie karmienia. w glowie pozostal mi slogan: dziecko nie potrzebuje mamy modelki, dziecko potrzebuje mieciutkiej mamy, do ktorej mozna sie przytulic. skoro jestem bardziej mieciutka niz amelion, amelia i mruczek razem wziete, to moze jednak jestem dobra matka? a ze maz tez bardzo sie cieszy z mieciutkiej zony, to po cholere ja chce wydawac forse na eris? i sie meczyc?
film dvd.
malina goraczkuje. glaskanie, przysypianie, czyteni bajeczek picie soczku. dziecko nie ma na nic sily. w koncu proponuje bajeczke dvd. malina promienieje a ja jestem dumna z mojej swobody i matczynego braku konsekwencji. nie bylabym pewnie soba, gdybym nie dodala:
 - ale wybierzemy jaks bardzo spokojna bajeczke.
wybieramy ukochane muminki, ktorych cudowny flegmatyzm bardzo pasuje do rozpalonej, chorej dziewczynki. malina nagle o polowe zdrowsza i okropnie szczesliwa kroluje w pierzynce podparta stosem poduszek. po kilku minutach pytam:
 - no i co podoba ci sie?
 - tak. piekny jest ten film.- kiwa glowka malina - taki spokojny i wilgotny.
plany malzenskie.
bestia przemienia sie w ksiecia. piekna pokochala go mimo brzydoty! malina cieszy sie jak zwykle:
 - i teraz ona wyjdzie za go!
 - za niego.
 - tak. za niego.
 - tak jak ja wyszlam za tatusia.
 - noooo! i ja tez wyjde za go!
 - za niego. - poprawiam - ale za tatusia to ja juz wyszlam.
 - no to razem za go wyjdziemy!
 - tak. za niego.
surowa jak surowka.
niespodziewany gosc na kolacji. to lubie najbardziej. dzwoni, ze jedzie do salzburga i wpadlby na chwile po drodze. niech wpada! wlasnie zasiadamy do kolacji. w maline jakby diabelek wstapil.
- nie ma masla! - oznajmia stanowczym tonem.
- chce jeszcze chleba. - rozkazuje, jakby slowo "prosze" nigdy nie istnialo.
mowi rownolegle z naszym gosciem. na posmarowanej serkiem kanapce maluje palcem wzorki. w koncu trace cierpliwosc. malina zegna sie i idziemy spac.
wracam do stolu po pol godzinie. nasz gosc zachwyca sie na dudowna malina. jaka dobrze wychowana, jak sliczenie i jaka grzeczna. nie wiem co powiedziec, bo najpierw mysle, ze kpi. zaczynam trlumaczyc, ze normalnie taka wlasnie jest ta nasza coreczka, ale dzis jakos sie zbiesila.
- no co ty! - oburza sie gosc - jak ja bym mogl chociaz raz w domu przezyc kolacje z moimi dziecmi w takiej atmosferze to bylbym zachwycony a ty narzekasz. malina to aniol.
maz dodaje:
- malina ma wymagajaca mame.
gosc jedzie sobie dalej. dyskutujemy z mezem. nie chce byc surowa matka. ale jestem. musze sobie od czasu do czasu odpuscic.
środa, 30 stycznia 2008
teatr w domu
pracuje a malina organizuje teatrzyk kukielkowy. graja: kotek mruczek, jednorozec amelion i czerwony slonik bezimienny. na stoliku porwane chusteczki graja snieg. malina opowiada:
 - idzie kotek po sniegu. bardzo mu zimno i spotyka ameliona... - malina zawiesza glos, bo nie pamieta slowa jednorozec w zadnym z obu jezykow. wreszcie konczy: - ...ameliona ziemniakasia. przylatuje rakieta i rzeka do nich: idzcie do jaskini. ida do jaskini a tam slon taki przeziebiony, ze czerwony caly. bardzo im zimno, wiec sie potulay ze soba i zasnely. koniec.
sobota, 26 stycznia 2008
szkola dopiero na 1,5 roku.
zanimi sie zaczal bal, malina byla na sobotnich zajeciach w polskiej zerowce a my na dniu otwartym w drugiej szkole waldorff, ktora nam sie marzy dla maliny. zameldowac mozna tylko do jednej. spedzilismy kilka godzin z nauczycielami, obejrzelismy szkole. jest jedna rzecz niebezpieczna w szkole waldorff. jak sie raz poznalo ten system, obejrzalo te budynki, poznalo tych nauczycieli to patrzy sie na normalna szkole jakby wlasnemu dziecku miala sie przydarzyc wielka krzywda. a tak nie wolno myslec. trzeba sie zdystansowac, bo o miejsce jest trudno. w jednej szkole 5 dzieci na jedno miejsce, w drugiej 3 na jedno miejsce. dzis jestem tak bardzio pod wrazeniem, ze nic innego nie potrafie sobie dla maliny wyobrazic. 
piątek, 25 stycznia 2008
jutro bal.
na jutrzejszy bal upieklam ciasto orzechowe. mialo byc w formie bloku ale wypieklo sie w srodku a poczatek i koniec pozostaly plaskie. z boku wyglada jak wkurzony jez. pomalowalam glasura i posypalam czekolada. wyglada glupio, ale juz za pozno na poprawiny. bal poprowadza polscy gorale. malina zrobila przymiarke sukni i wyglada slicznie. niestety z wrazenia nie moze spac. wlasnie sie zastanawiamy czy dla jej dobra nie powinnismy lepiej nie opowiadac co ja czeka tylko rano powiedziec, ze to dzis. malina nie moze spac i bedzie zmeczona a z drugiej strony przeciez to czekanie i przezywanie to czesc calej zabawy. jeszcze sie w zyciu wyspi, nie?
czwartek, 24 stycznia 2008
obietnica.
siedze w kawiarencke z mama kolezanki maliny. gadamy sobie po polsku, dziewczynki biegaja, przylatuja na soczek, w koncu postanawiama skusic sie na ciastka. my - mamusie zamawiamy kremowki. dziewczynki - ciastka orzechowe. siedzimy w czworke. dziewczynki zachwycone swoimi ciastkami, nagle jednoczesnie niemal mowia, ze wolalyby kremowki. i obie jednoczesnie otrzymuja odpowiedz:
- prosze kochanie, zamienimy sie. - usmiecha sie mama kolezanki.
- zamowilas orzechowe to prosze zjedz orzechowe. - slyszy malina i traci humor.
jestem za surowa. ciagle lapie sie na tym i obiecuje sobie poprawe a potem znow upieram sie przy jakichs glupotach.
sie zezloscila.
po ogrodzie lata wkurzona wiewiorka. zaraz mam goscia, wiec nie moge teraz napisac dlaczego. napisze w nocy. pewnie ta zlosnica bedzie sie dalej rzucac po ogrodzie, wiec i tak nie bede mogla spac.
fasching
w zaprzyjaznionym przedszkolu:     baba jaga/czarownica
w polskim przedszkolu:                 dobra wrozka
w niemieckim przedszkolu:            krawcowa
w szkole sportowej:                      biedronka
w szkole muzycznej:                     krolewna

tak sobie zapisalam zeby mi sie nie pokrecilo.

środa, 23 stycznia 2008
malina z sevilli.
siedzialam dzis na schodkach i obserwowalam jak w rytm mojego miodowego miesiaca sprzed 14 lat moja corka stuka pietkami w podloge.
 - idziemy tancowac? - upewnila sie dzis skoro swit czyli o 7, kiedy przyszlam ja budzic a ona lezala usmiechnieta i gotowa do skoku w dzien.
spiew i taniec uwazam za niezbedne do szczescia, smiechu, oddechu pelna piersia i panowania nad wlasnym cialem i troche mi bylo smutno, ze zajecia z baletu nudzily maline. nic na sile. po probnych 4 razach zrezygnowalysmy ku uciesze dziecka. to nie na jej temperament. polecono mi flameco. dzis bylysmy piewszy raz. malina dostala spodnice ciemnozielona w biale kropki, we wlosy bialy kwiat. spodnica suta, ze z obu stron mozna podniesc ponad glowe i jeszcze starczy do krecenia. malina krecila osemki ta kiecka i stukala nozka jak dzieciolek. na samym srodeczku najchudsza i najmniejsza. troche speszona, nie nadazala za kolezankami ale skupiona wyprostowana jak struna. na koniec krecily wachlarzami i juz wiedzialam, ze to to. glosno, cudowna muzyka, kiecki w kropki - malina w swoim zywiole. nie moglam sie napatrzec.
wtorek, 22 stycznia 2008
prosze o cierpliwosc. sama siebie prosze.
czy ja moge byc szczesliwa chcac wszystkiego na raz?
*jem kolejna chrupke z nutella szukajac turnusu odchudzajacego u eris.
*rozmawiam o budowie kominka, umawiam sie na termin i szukam oferty nowego domu
*postanawiam rzucic prace a przejmuje sie kolejnym projektem tak , ze nie moge spac.
*przyrzekam sobie nie zmuszac maliny do jedzenia i jednoczesnie obiecuje, ze nie pojdzie w sobote na bal jak nie bedzie ladnie jadla.
*zrezygnuje z pomyslu o zalozeniu wlasnej produkcji i spotykam sie na kolacje w czwartek z pania, ktora mi to wlasnie proponuje.
*chce zajac sie swoim zdrowiem i nie dzwonie do ani jednego lekarza.
*obiecuje sobie, ze zawodowo bede na pytanie: jak leci? odpowiadala krotkim: super! a bez przerwy opowiadam o bolacym kolanie i sylwestrowym zapaleniu ucha u maliny.
nie moge ze soba wytrzymac. mysle, ze moj maz stanal na mojej zyciowej drodze, bo pan bog wiedzial, ze to jedyny czlowiek na swiecie, ktory bedzie mial do mnie cierpliwosc.


niedziela, 20 stycznia 2008
moja mala sliczna raspberry bush.
tego bloga odwiedza ktos, kto nie umie po polsku. i tlumaczy te teksty. ciekawe kto. strona jest niemiecka, ale mozliwosci tlumaczenia na niemiecki z polskiego nie ma. tylko na angielski. wrzucilam dla proby tekst o domowym spa. oto co otrzymalam:

raspberry bush porzeglada warehouse about swiatowych spa. advertising meskich ubran.
- mamusiu, look what sort ladna tie. moze we will buy tatusiowi?
is several sides along advertising salonu pieknosci. raspberry bush zyczy itself masaz pleckow. I warm up reczniczek, massages plecy rozanym by olejkiem. then on zyczenie the customers robie masaz face. klade itself on the knees cieply termoforek, and massages raspberry bush buzie.
- ah… this good on my ankles… - purrs raspberry bush.
miraculous sposob on zasypianie. raspberry bush does not have even sily on bajeczke to poduszki.

ale sie smieje.

o zlotej rybce.
 - ugotuje ci rosola. - oswiadczyl maz i jednym ciagiem zrobil tez pyszna strucle jablkowa. w ogrodzie wciaz jeszcze wisza jabluszka. nie nadaja sie do jedzenia, ale do ciasta sa przepyszne. malina zbiera w ogrodzie czarne kamienie, ktore przytaskalysmy z sardynii. wieczorem mam jej zrobic masaz goracymi kamieniami - taki jak widziala wczoraj w reklamowce spa. maz sprzata stare liscie. jest wiosennie i dopiero w lutym ma przyjsc prawdziwa zima. patrze na nich przez okno i sie ciesze. musze czesciej mowic mezowi, ze sie ciesze. on jest szczesliwym rybakiem a ja zona, ktorej wciaz malo. zyje marzeniami zamiast rzeczywistowscia. mecze sie ze soba zamiast rozkoszowac sie kazdym dniem.
choruje sobie dalej.
sobota, 19 stycznia 2008
domowe spa.
malina porzeglada magazyn o swiatowych spa. reklama meskich ubran.
- mamusiu, patrz jaka ladna krawatka. moze kupimy tatusiowi?

kilka stron dalej reklama salonu pieknosci. malina zyczy sobie masaz pleckow. rozgrzewam reczniczek, masuje plecy rozanym olejkiem. potem na zyczenie klientki robie masaz twarzy. klade sobie na kolanach cieply termoforek, i masuje malinie buzie.
- ah... to dobre na moje kostki... - mruczy malina.
cudowny sposob na zasypianie. malina nie ma nawet sily na bajeczke do poduszki.
jak to bedzie.
malina w lozeczku. tatus ubiera sie. jedzie na wyklad o pedagogice waldorff w szkole, do ktore ewentualnie poslemy maline. ja jestem bardziej za. maz jest sceptyczny. mielismy jechac razem, ale moj organizm odmowil totalnie posluszenstwa. maz juz w plaszczu:
 - moze najpierw pojade do apteki i cos ci przywioze?
 - no chetnie, tylko nie wiem na co: na obolaly brzuch, na plecy opatrzone juz plastrem abc, bo nie moge ruszac glowa i prawym ramieniem, na kolano, ktore ma infekcje i praktycznie nie moge go zginac, na glowe, ktora mi peka od goraczki czy na gardlo tak zapuchniete, ze nie moge lykac wody.
wyslalam meza do szkoly, lyknelam rozne znane mi globulki i dwie aspiryny, wlozylam do lozka goracy termofor i z pulsujaca glowa poszlam pod koldre.
nie moglam spac, obolala i jakas otumaniona. maz wrocil kolo 10 i kazal mi spac. ale ja umieralam z ciekawosci. przyniosl sobie piwo do sypialni usiadl i zaczal opowiadac a raczej spiewac hymn pochwalny na temat tej szkoly. mowil, mowil az zasnelam. rano przy sniadaniu opowiadal nam obu. malinie najbardziej sie podoba, ze w 10 klasie jedzie sie do florencji na miesiac zeby sie uczyc o sztuce, wyrzezbic jedna rzezbe, gadac po wlosku i przy okazji rozrozniac mineraly, kamienie. taka wlasnie jest ta szkola.
  - jak znajde rozowy kamyk to ci wyrzezbie serduszko. zeby cie plecki nie bolaly. - cieszy sie malina
mnie podoba sie, ze szkola stara sie wyeliminowac strach i przekonac dzieci, ze nauka jest fascynujaca i ze jest czescia zycia. po 12 latach wiekszosc dzieci decyduje sie robic mature i zdaje ze wspanialymi ocenami. dzis maz pojechal na wyklady o poszczegolnych przedmiotach, popoludniu dolacze do niego jak dam rade, bo na razie gotuje sie od goraczki. malina w polskim przedszkolu. o przepraszam: zerowce.
leze sobie i mysle: dajemy sobie rade. calkiem. calkiem. pewnie przez te goraczke jakas jestem rozczulona i leca mi lzy. szkoda mi, ze czas tak pedzi i pedzi. bez tchu.
piątek, 18 stycznia 2008
malina jezdzi na nartach.
osma wieczorem. telefon. przyjaciolka maliny chora, nie jedzie na narty, wiec jej mama nie bedzie mogla odebrac maliny. alarm. ja caly dzien w zürichu, maz na takim spotkaniu, ze za nic sie nie wyrwie. a wszystko tak ladnie zapalnowalismy...
malina wlasnie miala isc do lozka ale siedzimy w kuchni i szukamy ratunku dla czwartkowego kursu, inaczej malina bedzie musiala isc normalnie do przedszkola i straci jeden dzien nart. i szkoda i pewnie by plakala. dyskutujemy do kogo moznaby zadzwonic i prosic o tej porze o przysluge. nic nam madrego nie przychodzi do glowy. malina robi tez powazna mine:
- mama zostaw tam samochod. przyjade sama do domu. musisz mi szybko pokazac jak sie jezdzi samochodem, bo jeszcze nie umiem.
przez ten narciarski kurs malina zrobila sie tak samodzielna, ze musze walczyc o moje matczyne prawo do smarowania noska kremem, porzadnego wiazania szalika, sprawdzania czy koszulka rowno siedzi w rajstopach. wydaje jej sie, ze wszystko umie.
no i rozwiazanie tez sama znalazla. annika mieszka niedaleko punktu, gdzie przyjezdza busik z malymi narciarzami. annika chodzi juz do szkoly i nie maja juz tyle kontaktu co kiedys. dzwonimy do mamy anniki, maz z czerwonymi uszami tlumaczy powod wieczornego zamieszania. mama anniki chetnie sie godzi, obie dziewczynki szaleja z radosci. nie stracila czwartkowego kursu.
a czwartek byl super. malina nauczyla sie uzywac wyciagu.

a dzis koniec. obejrzalam swiadectwo:
jechanie na kreske***
jechanie na wyciagu**
wsiadanie na wyciag***
hamowanie*
prawdziwa corka tatusia. hamowanie jest nudne. szybka jazda i zero strachu. wieczorem mamy uroczysta kolacje z niespodzianka - ksiazka, w ktorej connie uczy sie jazdy na nartach. beda ulubione smakolyki maliny i torcik malinowy.

środa, 16 stycznia 2008
malinowe porzadki.
zaraz mam wazna telefoniczna konferencje.
- kochaneczko, musimy cos wymyslic. musze troche pogadac przez telefon.
malina zna ten ton i natychmiast dziala na wlasna korzysc, bo widzi, ze nie mam czasu na negocjacje.
- to ja ide do lazienki z pilka, sitkiem i kubeczkiem. - oznajmia moje dziecko, zabiera rekwizyty i idzie bawic sie w umywalce a ja telefonuje. biegam w sluchawkach po mieszkaniu i co i raz sprawdzam czy w lazience wszystko w porzadku. malina cierpliwie przelewa wode z pilki przez sitko do kubeczka i jest szczesliwa. wciagam sie w konferecje. zgrabnie nam idzie, wiec szybko konczymy.
- malineczko!!! skonczylam!
w drzwiach pojawia sie zarumieniona malina i rzeczowym tonem prosi:
- mamusiu, daj mi jakas porzadna szczotke, bo ta moja szczoteczka to nie daje sie tak dobrze posprzatac.
idziemy do lazienki. widze, ze malina myla toalete.
- o boze! nie wolno myc toalety szczoteczka do zebow!!! - wolam.
- nie mozna. - potwierdza malina - za mala.

wtorek, 15 stycznia 2008
misja malinowa.
tata z malina w domu. ja w samochodzie. dzwonie i mowie, ze zaraz wpadne po maline, bo miala ze mna jechac do dentysty a tata bedzie mogl popracowac. maz uspokaja mnie:
 - nie musisz jej brac. u mnie nie ma stresu z praca. jedz do dentysty sama.
malina slyszy te rozmowe i sie wtraca:
 - powiedz mamusi zeby po mnie przyjechala. ona sie boi dentysty i musze ja trzymac za raczke. jade z nia!
podjezdzam pod drzwi. malina w pelnym rynsztunku i z mina pt. "mam misje do spelnienia" wsiada do samochodu. w sterylnym gabinecie dentystycznym okazuje sie, ze gdzies na parkinku wlazlam w jakies kupisko. brazowe slady prawego buta niszcza turkusowo-lazurowy krajobraz gabinetu. leczenie trwa godzine. malina grzecznie siedzi na krzeselku a w czasie borowania trzyma mnie za kolano. wychodzimy. jeszcze sobie pomaslalam, ze moze przyszla liczac na prezencik od dentysty. zadnego prezenciku nie ma, ale malina jakby tego nie zauwaza, trzyma mnie za reke i "prowadzi" do samochodu:
 - nie bylo zle, prawda? bo bylam caly czas przy tobie.
 - tak. nic sie nie balam.
malina sie strasznie cieszy ze spelnionego obowiazku corki i dodaje:
 - ale nastepnym razem wezme latarke, zebys znow nie weszla w buleczke...


(u nas "buleczka" to uniwersalna nazwa kupiszonow)

niedziela, 13 stycznia 2008
malina jedzie na kurs narciarski.
jutro malina rozpoczyna kurs narciarski. plecak spakowany, rekawiczki, kask, buty, kurtka podpisane. zapinanie kurtki cwiczylysmy ze sto razy. gogli tez. i cieszymy sie jej zapalem i martwimy, ze to jeszcze za wczesnie na taki kurs bez nas. to znaczy maz mowi, ze tylko ja sie martwie, ale co i raz chodzi i sprawdza ekwipunek. malinie nagla w lozeczku zrobilo sie sentymentalnie:
 - naprawde jade bez was?
 - tak.
 - to moze zabiore ameliona?
nie wiem co powiedziec. piec lat amelia ignoruje przytulanki i spi na zmiane z mruczkiem, felkiem, amelia lub amelionem. bez specjalnego sentymentu. a tu?
 - noe pewnie - mowie i sama sie wzruszam - wez ameliona. ale sie ucieszy.
najchetniej sama pojechalabym i z ukrycia obserwowala pierwsze malinowe kroki na nartach, ale rodzicom wolno dopiero ostatniego dnia. jak ja to wytrzymam?

sobota, 12 stycznia 2008
wyprawa z plecakami.
wczoraj wieczorem zapakowalismy plecaki. jeden dla meza, drugi dla mnie. moj plecaczek kojarzy sie malinie z wakacjami. to ja zastanowilo a wlasnie byla w drodze na gore do lozeczka. zatrzymala sie.
 - gdzie jedziecie?
 - polecimy gdzies z tatusiem jak bedziesz w polskim przedszkolu. - rzucam, bo nie chce wdawac sie w dyskusje przed snem na temat pojscia do sauny, bo nie pamietam czy malina uwaza, ze woli saune od przedszkola.
malinowe oczy robia sie okragle jak pieciozlotowki. patrzy na mnie pelna wyrzutu i nie moze z siebie wydobyc ani slowa. w koncu z tych okraglych oczu splywaja dwie lzy bezradnosci tak wielkie, ze mocza malinie cala twarz a ja nie wiem o co chodzi. w koncu malina steka:
 - lecicie beze mnie na sardynie?
o matko. o to chodzi. nie! oczywiscie, ze nie. tule zasmucone dziecko.
 - jak bedziesz w polskim przedszkolu to pojdziemy z tatusiem do sauny. czy my moglibysmy bez ciebie jechac na sardynie? no co ty!

dzis skoro swit przyjechala nowa sofa i zmienila nasze zycie a jednak wyralismy sie do sauny. malina z urodzinowym tortem do polskiej zerowki a my na sygnale do sauny. placimy, dostejmy karty wejsciowe i pedzimy do szafek. w kilka minut jestesmy w szlafrokach. jestesmy sami w wielkim osrodku saun, basenikow i lazni parowych. bo kto w sobote rano leci do sauny? tylko my. naparawde. jestesmy we dwoje. maz bierze mnie za reke i lecimy do 90 stopni na dobry poczatek. wszytko tylko dla nas. kladziemy sie w skwarze. maz sie smieje:
 - a teraz odpoczywamy. szybko!
piątek, 11 stycznia 2008
malinowe wsparcie w potrzebie.
opowiadam malinie, ze w poniedzialek ide do dentysty.
 - pojdziesz ze mna?
 - tak! - cieszy sie malina, ktora wszedzie chetnie chodzi, bo wszedzie jest ciekawie.
 - oj to dobrze. tzo potrzymasz mnie za reke jakbym sie bala.
uuuu... widze wahanie w jej oczach. gabinet dentystyczny kojarzy jej sie jednak niewesolo i moze lepiej tam nie chodzic? szybko szuka w glowce wymowki:
 - mamusiu. nie moge z toba isc. mam za krotkie raczki.
środa, 09 stycznia 2008
malinowe roslinki.
we wloskim katalogu ogrodowych budynkow znalazlam przesliczna cieplarenke. bede tam hodowala pomidorki, zeby malina mogla zrywac na obiad i moze ogorki, nie wiem co sie zmiesci bo to niewielkie jest, ale sliczne. malinie tez sie ten pomysl podoba i tlumaczy mnie widzac sceptyczna mine tatusia:
- bedziemy tam sadzily roznych roslinkow!
wtorek, 08 stycznia 2008
narty malinowe.
w poniedzialek zaczyna sie malinowy tygodniowy kurs narciarski. dzis pojechalismy po narty. te z misiem? moze te rozowe? dla dziewczynek? malina jest wyraznie zniesmaczona i tlumaczy lekko obrazona sprzedawcy (a my pekamy ze smiechu):
 - to sa narty dla malych dzieci. a ja mam piec lat. podobaja mi sie te czarne w srebrne gwiazdki.
ale te narty sa dwa razy dluzsze niz malina i wybieramy w koncu srebrne w rozowe esy floresy. sliczne! do tego czarne buty ze srebrnorozowymi zapieciami. malina drzy z przejecia i radosci. w samochodzie nie zamyka jej sie buzia. kurs jest od pieciu lat.
 - dobrze, ze zdazylam miec piec lat!

poniedziałek, 07 stycznia 2008
w miare jedzenia apetyt rosnie.
 - mamusiu, kiedy wypadna mi zeby?
 - nie wiem. pewnie jak skonczysz 6 lat...
 - tak?!!! no to juz niedlugo! tylko jeden lata! - malina malo nie placze z radosci a przy kolacji oznajmia:
 - niedlugo bede miala 6 lat! i wreszcie wypadna mi zeby!
 
1 , 2
Archiwum