wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 30 stycznia 2015
i tak i nie.

 

poszlam i zamachnelam sie siekiera na slonce. liczylam na jakis promyk, na kawalek zlotka. a tu zwalila sie na mnie lawina czegos co wyglada na zloto, ale nie wszystko zlote co sie swieci, prawda? troche mnie przygniotlo. i ciesze sie i martwie, chce i nie chce i nie spie i nic nie jem i pije kawe albo jem wszystko co zobacze i znow pije kawe. niezdrowo jest ale ekscytujaco. taki stan potrwa do konca marca. tyle mam czasu na uporzadkowanie emocji, checi i marzen.

 

czwartek, 29 stycznia 2015
pstryk!


w tym roku na plazy obserwowalismy niemiecka rodzine, ktora jeszcze sie dobrze nie rozlozyla na piasku a juz wkurzona mama glosno opieprzala i corke i syna. potem nastapila klotnia z mezem. dolatywaly nas wkurzone "dla ciebie wszystko jest smieszne! a zycie nie jest smieszne. zycie jest gowniane!" zanim sie zebrali z plazy, mama zrobila kilka rozesmianych zdjec z mezem, zdjecie cudownego morza i dzieci w wodzie. nie jakies tam byle jakie zdjecia telefoniczne tylko wymierzone wypasionym aparatem. wieczorem bylismy swiadkami jak stala na zakrecie i "kierowala" mezem zeby wyjechal wielkim autem z waskiej uliczki. glosno komentowala nieudaczne manewry malzonka a i synowi z boku tez sie niezle dostalo. jestem pewna, ze na fb znajomi mogli podziwiac cudowne rodzinne wakacje na sardynii. i moznaby zwalic wszystko na jakis zly dzien, ale widywalismy te rodzine jeszcze kilkakrotnie i zawsze bylo podobnie.

naszla mnie wtedy ta reflekcja o wirtualnym wizerunku, ktory ze rzeczywistoscia mija sie tak szybko jak dwa pociagi ekspresowe pedzace w przeciwnych kierunkach. pstryk - tylko krotki moment zblizenia, zdjecie i juz ich nie ma.

 

 



środa, 28 stycznia 2015
malinowe oceny. (wpis matki, dla ktorej oceny nie sa wazne. hahaha.)

 

dzisiaj jest dzien sms-ow. przychodza jakies dziwaczne od maliny, ale ze telefonuje to nie mam czasu odpowiedziec. w koncu wysylam jej kilka znakow zapytania. okazuje sie, ze te smsy byly nie do mnie tylko do kolezanki, ktora zostala dzis wczesniej zabrana do domu, bo z decydujacej klasowki z matematyki dostala 6 (czyli pale). dziewczynka dostala takiej histerii, ze opiekunka klasy zabrala ja do pokoju nauczycielskiego a potem zwolnila do domu. malina wysylala jej pocieszajace sms-y, ktore omylnie dotarly do mnie, bo malina musi sie z telefonem w czasie zajec kryc. jezu, jakie te dzieci ambitne, albo maja taka presje w domu?

zaraz mi przychodzi do glowy, ze malina nic nie pisze o swojej ocenie, bo pewnie tez niedobra i moze sie tez martwi? moze sie boi powiedziec? moze tez ryczala? pisze wiec: "a ty? co dostalas?", bo to ostatni tydzien przed ocenami semestralnymi i od dwoch tygodni same klasowy, przepytywanki, referaty... dostaje odpowiedz: "1", kurcze jedynke dostala i nic nie napisala. gratuluje sms-owo i dodaje, ze jutro pewnie beda oceny z laciny. odpowiedz: "z laciny tez dzis byly oceny. dostalam 1". ja: "powaznie???? czemu nic nie pisalas???? swietnie!!!!" malina: "zapomnialam".

 

(chyba jej zrobie grzanki na kolacje, czy co? tatus w portugalii, wiec jest skazana na moja kuchnie)

malina skoro swit.

 

czesc drogi do szkoly malina jedzie wzdluz jeziora a druga czesc wzdluz alpejskiej panoramy. dzis w nocy spadlo duzo sniegu. zza gor slonce wschodzi jakims pomaranczowo rozowym szalenstwem. sms od maliny "widzialas jak dzis jest pieknie? swiat wyglada jakby to byl dzien swiata!"

 

 

 

wtorek, 27 stycznia 2015
malina i zupa.

 

to nie jest ciag dalszy historii o zupie kalafiorowej, chociaz w tle pojawia znajomy, niesmaczny rosol mojego autorstwa.

o co pytaja wasze dzieci, jak wracjaa ze szkoly do domu? jak wam minal dzien? jak sie czujecie? czy macie dobry humor? malina najpierw rozpromienia sie na moj widok (jestem uzalezniona od tej miny. naprawde!), ale nie absolutnie nie interesuje jej moje samopoczucie czy zdrowie. ja interesuje:

 - co dzis jemy?

od mojej odpowiedzi uzalezniona jest atmosfera pierwszej. poszkolnej domowej godziny. kazdego dnia. chce miec fajny matczyno-malinowy albo rodzinny wieczor? musze odpowiedziec: alles essen. to nasza domowa nazwa na wystawienie wszystkiego co mamy w lodowce plus chleb i siedzenie przy stole, jedzenie, gadanie do zmroku. dobry nastroj zapewnia tez odpowiedz: camembert na cieplo, nalesniki, rosolek, kanapki i marchewka, makaron, gnocci albo avocado z kozim serem. zycie moze zdemolowac zupa pomidorowa, ryba a juz losos niszczy nasza sielanke az do poznego wieczora. wystarczy cos z buraczkami, cos z dynia, cukinia albo innym baklazanem a juz malina stoi w drzwiach zrozpaczona, rozczarowana i widac, ze jej zycie na krotko stracilo sens.

wczoraj na malinowe wesole: co dzis jemy? odpowiadam szybko, swiadoma wygranej: rosolek!

 - ooo... nein... - malinowe ramiona opadaja smutno w dol.

 - jak to? przeciez lubisz rosolek? hä? - wpadam w panike czy co? - to nie ten co ja ugotowalam, tylko nowy. tatus ugotowal!!!

 - aaaaaa!!!! - rozpromienia sie malina - no to super!

 

co czuje jako matka? co czuje!

 

 

poniedziałek, 26 stycznia 2015
pieklo na ziemi?

rozne blogowe, dziennikowe wpisy sa gwarancja dlugiej listy komentarzy i podwyzszonych statystyk. pewnie dlatego coraz czesciej pojawiaja sie wpisy o karmieniu piersia, posylaniu niemowlakow do zlobka, usuwaniu ciazy, przekluwaniu niemowlaczkom uszu, o ekologicznych pieluchach czy o szkole dla 5-latkow. zaden ciekawy wpis o ksiazce, gotowaniu czy podrozy nie budzi tylu emocji. taki wpis to absolutny pewniak.

moje ulubione to wpisy mlodych mam, ktore siedza w domu i swiat im sie wali, bo musza - a zupelnie sie z tym nie liczyly zachodzac w ciaze! - zmieniac pieluchy, wstawac w nocy, niemal po kazdym jedzeniu prac caly ekwipunek delikwenta, ktory dopiero uczy sie jesc, czytac nudne dziecinne ksiazeczki. najgorsze sa dzieci chorujace, bo strasznie marudne i upierdliwe, dzieci bardzo zywe, bo moze maja adhd, dzieci, co rano przeszkadzaja w picu kawy, nie chca sie ubrac, maja biegunke, czkawke, ciagle czegos chca! katastrofa. wsrod tych zrozpaczonych mam, moje ulubione to te, ktore nie pracuja, ale malenkie dzieci wysylaja do zlobka a i tak sa bardzo zmeczone.

pod takimi wpisami wybucha natychmiast wulkan komentarzy, a wiekszosc z nich jest entuzjastycznym wolaniem, ze tak! ze w koncu ktos pisze prawde, ze takie wlasnie jest zycie z dzieckiem i rozpoczyna sie licytacja na ilosc dzieci. komentujace zaraz dziela sie na matki jedynakow, ktore maja najgorzej, bo jedynakiem to trzeba sie zajmowac non stop, oraz matki wielodzietne, ktore poprostu przechodza pieklo na ziemii i zywcem pojda do nieba. do tego obrazu zaraz dochodza ojcowie, ktorych nigdy nie ma a jak sa to po przekroczeniu progu natychmiast maja zajac sie karmieniem, kapaniem, usypianiem albo chocby spacerowaniem.

wczoraj czytalam taki tekst a pod nim ponad sto komentarzy, dwa dni pozniej blogierka zrobila wpis w ktorym zacheca do szukania i dokumentowania szczesliwych momentow w ciagu dnia z dzieckiem. pod tym wpisem jest tylko 10 komentarzy.  

nie wtracam sie w te dyskusje, bo malina ma 12 lat i jestesmy na zupelnie innym etapie, zyjemy na swoj sposob, ktory jednym moze sie bardzo podobac, innym nie musi. no i przeczytalam, gdzies, ze bezdzietne oraz matki natolatkow/doroslych dzieci maja sie nie wypowiadac bo nie wiedza jak to jest.

mysle, ze wiekszosc mam chce dla swoich dzieci jak najlepiej i robi co moze, robi co sie da zeby bylo pieknie. tyle, ze dla jednych uspokojenie placzacego dziecka jest misja a dla innych udreka. mysle, ze w dazeniu do szczescia z wlasnym dzieckiem trzeba sie najpierw wziac za siebie.

w gruncie rzeczy wszyscy chca tego samego i maja to samo zadanie, choc zabieraja sie do niego na swoj wlasny sposob: wychowac malego czlowieka na duzego czlowieka.

 

https://www.youtube.com/watch?x-yt-ts=1421914688&x-yt-cl=84503534&v=Me9yrREXOj4

 

 

 

malina dowcipna.

 

pracuje w branzy, ktora caly tydzien siedzi na fb a w piatek kazdemu sie przypomina, ze... ups trzeba szybko zalatwic pare spraw. w piatek popoludniu nadchodza projekty, pytania, pojawiaja sie nie znoszace zwloki sprawy.

u mojego meza wrecz przeciwnie, na ogol wszyscy staraja sie porzadnie przepracowac tydzien, zeby w piatek zalatwic reszte i bez stresu zaczac weekend. dla potwierdzenia tej reguly ostatni piatek byl dla mojego meza zupelnie wyjatkowo stresujacy a poznym popoludniem mial sie zakonczyc bardzo nieprzyjemnym kryzysowym spotkaniem. po spotkaniu maz zaplanowal osobiste odwiezienia klienta na lotnisko, zeby jakos ocieplic stosunki i poprawic napieta atmosfere. w poludnie przygnebiony wspomnial jeszcze, zebym nie wyglupiala sie przez telefon, bo jakby zapomnial wylaczyc glosnika w samochodzie to by bylo glupio. nie zapomne. wieczorem sprzatam po kolacji, malina dzwoni do tatusia, kiedy wroci i czy sie zobacza przed jej spaniem. i slysze:

 - ... tak. tak. juz zjadlysmy i zaraz ide spac. ... no zupe jadlysmy. wiesz mama przerobila ten rosol co nam nie smakowal na zupe kalafiorowa... byla tak samo okropna jak rosol. ... no!!! nie dosc, ze nie smakowala to jeszcze bede pewnie cala noc puszczala baki...

 

glosnik w samochodzie. zapomnialam. kurtyna.

 

piątek, 23 stycznia 2015
malina i test z laciny.

 

malinowy image blogowy jest jaki jest czyli swietny. dziecko zdolne, dobrze sie uczy bez wysilku, gra na pianinie, wlada jezykami i umie sie zachowac. to wszystko... prawda. jednak nawet malina przynosi czasem zeszyty do domu i sie uczy. tak bylo w tym tygodniu przed semestralna praca z laciny. zostalam zatrudniona do przepytywania a ze jest to zajecie szalenie nudne, zgodzilam sie tylko w zamian za jednoczesny masaz plecow. dwa wieczory malina koniugowala i deklinowala, trzeciego dnia napisala test. wraca do domu:

 - dzis pierwszy raz w zyciu poczulam, ze trzeba sie uczyc.

 - o! jak to?

 - tak. jak sie czlowiek nauczy, to ma swiety spokoj.

od razu pomyslalam, ze to jest jakas krytyka pod moim adresem - swiety spokoj?

 - tak. ch. sie nic nie uczyla i jak zobaczyla dzis zadania to sie poplakala i pan musial ja uspokajac, ale i tak nic nie napisala. ja bym czegos takiego nie przezyla. to juz lepiej sie troche pouczyc.

 

czwartek, 22 stycznia 2015
bedzie dobrze.

ostatnio do biura wpadla znajoma producentka:

 - kurcze leje jak nie wiem. moge u was posiedziec troche? - zapytala lekko speszona.

 - tak. tak. pewnie. kawy chcesz?

 - pewnie! nie moge isc do domu, bo akurat jest nasza pani od sprzatania...

od razu poczulam bratnia dusze, poszlysmy do kuchni, zrobilam nam kawe i wymienilysmy zyciowe doswiadczenia dotyczace pan, ktore ratuja nas przed kurzem i okruszkami pod stolem. kto mnie zna ten wie: wole miec mieszkanie przykryte koldra kurzu niz znosic jakas obca kobiete biegajaca mi ze szmata po domu. niestety dluzej tak sie nie da zyc, bo jednak czystosc mnie relaksuje. po kilku miesiacach poszukiwan, calkiem przypadkiem dowiedzialam sie ze jest pani, ktora ma wolne terminy i moglaby mnie wspierac w cotygoniowej walce o blysk podlogi. spotkalysmy sie dzis. mialam pokazac jej dom, zeby obliczyla ile czasu jej potrzeba. przyszla bardzo mila pani. ma 35 lat i malutkiego synka. mieszka w sumie niedaleko. zaproponowalam kawe, ale pani powiedziala, ze wystarcza jej gumowe misie, ktore sobie przyniosla. zaczelysmy sobie opowiadac o miejscu w ktorym mieszkamy, o dzieciach, o szczesciu. juz dawno nie spotkalam kogos tak szczesliwego. spedzilysmy razem bardzo mile dwie godziny, na koniec szybko pokazalam jej dom. i teraz normalnie sie ciesze, ze sie poznalysmy... smutno mi dzis okropnie i mysle, ze ta pani to taki znak, ze wszystko bedzie dobrze, ze trzeba zyc, ze trzeba sie wszystkim cieszyc co sie ma, ze trzeba czarowac rzeczywistosc.

maz wyciagnal jedno z lepszych win, wypelnilam malinie pozwolenie na wycieczke, na ktora nie chcialam jej puscic, napiasalam mily mail do kogos, kto bardzo mnie dzis zawodowo wkurzyl. bedzie dobrze. bedzie dobrze. bedzie!

wtorek, 20 stycznia 2015
Już wkrótce

 

Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę
się w garść, zrobię porządek w szufladzie,
przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby,
uzupełnię luki w wykształceniu, zacznę
gimnastykować się co rano, w słowniku
sprawdzę kilka słów, których znaczenie jest dla mnie wciąż niejasne,
więcej spacerów z dziećmi, regularny
tryb życia, odpisywać na listy, pić mleko,
nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle
być sobą, być wreszcie bardziej
sobą,

ale właściwie jak to zrobić, skoro
już,
i to od tak dawna, tak bardzo
nim jestem

Stanisław Barańczak, Wiersze zebrane, Kraków 2006



jak nie moge spac, to rozmyslam, jak dlugie jest moje "wkrotce".

 

 

poniedziałek, 19 stycznia 2015
malinowa praca domowa

 

najpierw lacina, bo za kilka dni wielki sprawdzian. slownictwo z 44 lekcji, terazniejszosc, przeszlosc w roznych odmianach i przyszlosc I i II. malina deklinuje rzeczowniki na jednym oddechu i przepuszcza czasowniki przez siatke koniugacji jakby cwiczyla rytm flamenco.

na niemiecki: wiersz o wierzbie. ups! 8 zwrotek... malina lezy na dywanie, czyta wiersz trzy razy i gotowe.

referat na historie: bogowie olimpijscy. ich skomplikowane historie malina ma w jednym palcu, zna fakty, angdoty, symbolike, skupia sie wiec raczej na artystycznej stronie plakatu: rysuje postacie bogow olowkiem, wycina, przeciaga pedzelkiem ze srebrnym brokatem i nakleja na zloty papier ustawiajac kazdego na szarej kolumnie. rewelacja.

no to jeszcze matematyka, bo pani zapowiedziala kartkowke z dzielenia i mnozenia ulamkow przez liczby calkowite. malina ma przerobic dwa zadania a tatus ma sprawdzic. tatus sprawdza i malinowe bledy tak go szokuja (wciaz od nowa i niezmiennie), ze nawet nie ma sily sie zezloscic. malina rozumie mechanizm, chetnie liczy, ale na koncu polowy rownian wychodzi jej zly wynik. tatus przedziera sie przez rzadki cyferek:

 - malina, no powiedz jak to jest mozliwe, ze masz 12 lat i piszesz, ze 1x3 rowna sie 4? albo tu: 4:2 jest 1???!!!

 - nie, no nie jest... hmmm nie martw sie nastepnym razem napisze 3. - pociesza tate malina, ktora z kolei jakos nie moze zrozumiec, ze jej tata, ktory normalnie brzydzi sie malostkowowscia czepia sie takich drobiazgow.

 

czy istnieje takie cos jak matematyczna dyslekcja?

 

niedziela, 11 stycznia 2015
malina zadziwiona.

 

czym moze zaimponowac przecietna matka 12-letniej corce? pojsc na hobbit 3 w 3d i zasnac.

 

 

 

piątek, 09 stycznia 2015
hula wiatr po polu się niesie...

 

o ludzie jaki halny. glosno i szaro i buro. siedze w domu, pracuje ile sie da, ale co spojrze za okno to mam stracha. widze, ze wszystkie drzewa jakos daja sobie sobie rade, ale dwa z trzech olbrzymich swierkow tak sie szarpia z tym wiatrem, ze nie moge uwierzyc, ze wygraja te walke. jesienia zaprosilam do nas pana ogrodnika, zeby powiedzial czy te drzewa sa w razie wichury niebezpieczne i pan powiedzial, ze nie mam sie czym martwic. uwierzylam. a teraz siedze i mysle, ze jestem latwowierna.

 

 

 

środa, 07 stycznia 2015
swieta sie skonczyly.

swiateczne wakacje rozpoczely sie awantura z mama i jej wyjazdem i moja tradycyjna juz panika, ze swieta beda za krotkie zeby sie zrelaksowac, odprezyc, odpoczac i pozyc w spokoju. spontanicznie zmienilismy wigilijne menu z tradycyjnego polskiego na nasze ulubione. kupilismy najpiekniejsza choinke jaka w zyciu widzialam: perfekcyjne proporcje, zapach i do dzis ani jedna igielka jej nie spadla, normalnie jak sztuczna. malina wcisnela sie w swoja komunijna sukienke i jako aniol z doprawionymi skrzydlami rozdawala nam prezenty spod choinki. sama znalazla kilka naprawde prezentowych cudow, ale absolutnym hitem okazala sie kula dyskotekowa i do tego przenosny mini reflektorek. najwieksze pomieszczenie w piwnicy ogruzowalismy, zawiesilismy kule i reflektor i maz w niecale 5 godzin zlozyl turniejowych pilkarzykow, ktore byly prezentem dla maliny, ale okazaly sie prezentem rodzinnym. piwnica dostala drugie zycie. a jakie fajne! malina zaskoczyla nas i wzruszyla bardzo trafionymi i kreatywnymi prezentami.

dwa dni przed sylwestrem odmowilismy wizyte u znajomych i bezczelnie zadzwonilismy do ulubionego hotelu czy by nas nie przygarneli na bal. niestety nie, ale moze chcielibysmy przyjechac w lutym? no ale hmmm czy w lutym bedzie sylwestrowy bal? nie? to dziekujemy, strzelimy sobie jakimis rakietami w ogrodzie i tez bedzie milo. dwie godziny pozniej telefon. moze jednak chcemy przyjechac, bo wlasnie zostala odwolana rezerwacja na jeden z najladniejszych pokoi? chcemy. pakujemy sie w godzine i jedziemy na trzy dni. sauna, spacery w sniegu po pachy, kulig z pochodniami i grzancem i bal sylwestrowy na klasycznie, elegancko i blyszczaco ze stolikiem z widokiem na gory a kolo kominka. pieknie. pan gwiazdkowy kucharz przygotowal kolacje z 6 daniami, ktory malina dzielnie przetrwala mimo takich glupot jak lody z wedzonej kaczki, letni mus selerowy czy praliny z sandacza. trzymala sie mysli o czesci deserowej. w hotelowym foyer od 23 otworzono "slodkie stacje" - samochod z lodami, fontanne czekoladowa, blekitna wate cukrowa, sklepik caly z lodu z pralinowymi lizakami - no bajka. malina znalazla sobie kolezanke i tak biegaly od stacji do stacji. najpierw sie pytala co moze a czego nie, ale powiedzialam, zeby nie pytala, bo jest sylwester i wszystko wolno i skoro dala sobie tak rade z dziwnymi smakami to teraz niech sobie szaleje z czekolada. o polnocy straz pozarna zorganizowala piekna iluminacje ogrodu i pokaz fajerwerkow.

saczac szampana pytam moje dziecko:

 - no? fajnie?

 - mhmmm... - dziecko ledwie sapie. blada jak sciana.

 - malina chcesz do lozka?

 - mhmmm...

i tak pol godziny po polnocy malinowy kopciuszek lezal w lozku w pizamie a my wrocilismy na dol tanczyc. tanczmy, tanczymy a tu prosze: malina w pelnym rynsztunku: znow sukienka z cekinow, rekawiczki po lokcie i srebrne butki.

 - a co ty tu robisz?!

 - zrobilo mi sie szkoda, ze wszyscy tancza a ja spie! - i zaraz maline porwala do tanca kolezanka.

w lozkach wyladowalismy kolo 3 w nocy. kolo 4 obudzily mnie dziwne odglosy. wstalam. w przestronnej lazience malina dzielnie walczyla z 6 daniowym menu i wielodaniowym deserem.  (-malina, czemu mnie nie obudzilas, zebym ci pomogla?, - balam sie, ze bedziesz zla!) nowy rok przywitala zielono-lylowa a na noworoczny brunch dostala czarna herbate i precelka.

po powrocie do domu zajelismy sie prawdziwym wypoczywaniem: szachy, kosci, scrabble, pilkarzyki, sanki i dzierganie na drutach.

wczoraj malina skonczyla 12 lat. byl tort wielki jak kolo mlynskie, prezenty, uroczysta kolacja a pod koniec miesiaca bedzie przyjecie na basenie i nauka plywania jako... hmmm syrenka. w ten sposob spelniamy - aczkolwiek oboje uwazamy, ze to okropna glupota i kicz! - najwieksze marzenie maliny:

https://www.youtube.com/watch?v=woPjrr6ij10

myslalam, ze to jakas utopia i malinowy wymysl. a tu okazalo sie, ze w niemczech istnieje kilka zwiazkow syrenek! syrenki sie spotykaja i wspolnie plywaja. wszystko serio! no wiec hmmm... poniewaz zdezertowalismy z media markt, gdzie mielismy kupic malinie wii, postanowilismy umozliwic jej ten syrenkowy absurd. malina oszalala ze szczescia a zaproszone przyjaciolki juz nie moga sie doczekac na te wodna przygode. okazalo sie, ze wszystkie sa fankami serii h2o - lekko glupawego serialu o syrenkach: https://www.youtube.com/watch?v=wqHED34TcwU

 

od dzis niestety wszystko to juz historia. malina ciemna noca powedrowala dzis do szkoly, maz pojechal na jakies spotkanie a ja probuje zabrac sie za wszystkie maile, ktore czekaja na moja odpowiedz. ciesze sie, ze ten tydzien zaczyna sie sroda i bedzie krotki. jednak wakacje to absolutnie najlepsza czesc naszego zycia. dzis w nocy prawie wcale nie spalam ze smutku, ze juz sie koncza.

 

 

 

niedziela, 04 stycznia 2015
dosiego!

zycze wam! i szczesliwego, zdrowego, naszpikowanego sukcesami, spelnionymi marzeniami, usmiechami i smiechem, pelnego dobrych dni, pieknych weekendow, wesolych wakacji roku 2015!!!

 

wciaz jestem w modusie wakacyjnym. we wtorek jeszcze urlop, bo i trzech kroli i malinowe urodziny a potem niestety koniec i kropka i do pracy rodacy. jak tylko skoncze wypoczywac, o zaraz odpisze na wszystkie komentarze i moze uda mi sie jakos ogarnac te swieta i sylwester w kilku zdaniach.

przesylam wam calusow moc!

 

l.

Archiwum