wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 28 lutego 2007
chce mi sie:
goracej wanny, czekolady, chwili bez komorki, piatkowego wieczoru, ksiazki, ktora by mnie tak wciagnela zebym zapomniala o calym swiecie, muzyki na caly regulator, roz w ogrodzie.
nie wszystko da sie zalatwic, ale wanna jest juz pelna wrzatku i lawendy.
dowod milosci
malina wsunela mi do torby swoje fioletowe nozyczki z plastiku.
 - to sobie mozesz w biurze wycinanki robic. - wytlumaczyla swoja wielkodusznosc. doceniam. wiem, ze trudno jej sie rozstac z nozyczkami na pol dnia.
wtorek, 27 lutego 2007
za poltora roku bede miala 40 lat.
w to lato bede obchodzila moje ostatnie urodziny przed czterdziestka. wkosy farbuje w pasemka, zeby nie bylo widac siwych. mam genialna corke. mam meza btakiego, ze rozumiem kazda, ktora mi zazdrosci. zamiesiac obchodzimy trzynastke. mam prace, o ktorej marzy wiele osob. moge sie porownac tylko z kilkoma osobami w tym kraju. od wielkiego minusa na koncie, od zycia od pierwszego do pierszego doszlismy do chatki, cudownych samochodow i wygodnego zycia. sukces?
moje dziecko spi na gorze.
moja matka siedzi ze mna przy stole i ubliza mi dokladnie jak 30 lat temu, jak 20 lat temu, jak 10 lat temu, jak 4 lata temu, jak zawsze. i jak zawsze placze jakbym rzeczywiscie byla ostania idiotka swiata. szmata. niedouczona. niewychowana. brzydka. glupia. nic nie warta. nic. nic. nic. nic.

green? blue?
w czwartek spotkalam green (blu) na lunch. nie moglam sie skupic na jedzeniu i gadaniu. caly czas mialam ochote jej wlozyc palec do oka i sprawdzic czy te zielone oczy to prawdziwe czy kolorowe soczewki. takie piekne.
spotkalysmy sie na ulicy, poszlysmy do knajpki, pogadalysmy. bez teatru, bez szalenstw, bez egzaltacji. jak z kims z kims sie spotyka co tydzien. a widzialysmy sie pierwszy raz w zyciu.
komplement
moj szef wczoraj powiedzial, ze jestem najgenialniejsza klamczucha jaka zna. na to ja:
 - ehhh gdybys mnie po polsku mogl uslyszec...
 - wystarczy mi, ze po niemiecku mowisz rzeczy, ktore wolabym powiedziec ja! i zeby laury splywaly na moje konto.

komplement.
komplement?
lass uns ehrlich sein
przez ten lancuszek spowiedzi, blogi nabraly rumiencow. 
rekiny.
- ogladalam ten film o rekinach. chlopaki plywali i ich nie ugryzl. grzeczny rekin. tylko duzo rybow ugryzl.
na poplakanie.
http://www.youtube.com/watch?v=lbcltLf2VHo
grzechy niewyznane.
moich piec grzechow, tu jeszcze nigdy niewyznanych:

1. jako pieciolatka uczylam kurczaczka skakac przez patyk. przetracilam go. nosilam go potem caly dzien w starym berecie, bo myslalam, ze spi, ze zmeczony. niestety nigdy sie juz nie obudzil.

2. rok pozniej zlamalam wlasnie zakupionej mlodej, rasowej (drogiej jak nie wiem) wilczycy prawe ucho. do konca zycia zostala klapouchem.

3. dziewictwo stracilam w starej windzie niedaleko ulicy grzybowskiej z kims, dla kogo to tez byl pierwszy raz. mialam 14 lat.

4. krotko przed matura pojechalam z owczesna miloscia mojego zycia nad morze. tydzien pozniej mama odwiedzila moja kolezanke pod warszawa, gdzie niby sie uczylam do matury. przytomna kolezanka powiedziala, ze wlasnie pojechalam do warszawy odwiedzic mame i chyba sie minelysmy. zycie bez telefonow komorkowych to bylo inne zycie.

5. na kursy prawa jazdy jezdzilam samochodem podkradanym mamie.

ciekawe kto sie jeszcze ze mna nadal koleguje...
poniedziałek, 26 lutego 2007
po.
prezentowalismy w czworke. o jezu, jacy my jestesmy wspaniali. moj jeden szef polecial zaraz dalej do afryki a z drugim wracalysmy (ja i moja producentka a prywatnie przyjaciolka) pociagiem. bawilismy sie swietnie, zamowilismy hiszpanskie wino i trzy godziny prawilismy sobie wzajemnie komplementy. jak sie zaraz nie poloze do lozka, to zasne tutaj na dole przy stole. jest mi tak lekko, ze mimo napietego planu na ten tydzien, mam wrazenie, ze zaczynaja sie cudowne wakacje. moze dzis uda mi sie w koncu zasnac.
dziekuje za wszytkie kciuki!!!
dzis.
wstalam skoro swit. wlosy, bluzka, torba. sprawdzanie czy wszystko jest. jeszcze raz sprawdzanie. rece mi sie trzesa, nie spalam pol nocy. z przejecia, nerwow, z wrazenia. maz mi parzyl herbaty na sen, masowal stopy, opowiadal jak bedzie swietnie. a ja nie moglam zasnac, tylko przewracalam sie z boku na bok. maz pojechal a ja dopijalam kawe. nagle poskrzypuja schody. rozespana, rozowa malina. drepce i mruczy:
- wypijemy razem kawke?
jest polprzytomna, nie bardzo widzi w ktora strone isc, bo swiatlo ja oslepia. przytulam ja i wacham. ehhh jak fajnie. robie szybko mleczko z miodem i tak sobie jeszcze siedzimy.
- bedziesz za mnie trzymala dzis kciuki?
- tak. ale caly czas nie moge. - malina kreci glowka i pokazuje male paluszki.
potem przychodzi rozespana babcia i jak zwykle robi awanture, bo ona nigdy nie moze dac sobie rady z moim stresem. na mature polecialam z tak zapuchnietymi oczyma od niewyspania i placzu, bo klocilysmy sie pol nocy, ze ledwie czytalam tematy na pisemny. teraz o 20 lat starsza, macham tylko reka i mowie, zeby sie dobrze bawily, bo ja juz lece. siedze sobie teraz w pociagu i staram sie myslec jak bedzie fajnie jutro, po wszystkim. a nawet juz dzis wieczorem. uwielbiam ICE za kawe dobra, za internet i wygodne krzesla. gdyby sie dalo, nie latalybym nigdy.
środa, 21 lutego 2007
wieczor przed podroza.
wycalowalysmy sie, naprzytulalysmy na trzy dni. gasze swiatlo, wychodze. za kilka minut slysze szloch malinowy na schodach. ide i serce mi peka. malina stoi na schodach, wyciaga raczki i chlipie.
 - jestem smutna, ze jutro jedzieeeeesz...
biore ja na rece. siadamy na lozeczku.
 - wracam za trzy dni. to niedlugo.
 - ale ja cie kocham i bede tesknilaaaaa...
chyba zaraz pojde i odwolam te podroz! malina przytula sie. pocieszam ja dalej:
 - jutro bedzie tu z toba tatus i babcia.
malina otwiera szeroko oczy:
 - to ty bedziesz tam taka sama?
 - tak.
 - to ja jestem bardzo smutna za ciebieeeeee - i znow placze cala soba.
to nowy etap w naszym zyciu. czuje sie okropnie, ze wyjezdzam.
dwa uszka.
 - jak tam bylo u lekarza? - pyta babcia.
 - ten uszek troszke chory. - pokazuje malina lewe ucho - ale ten drugi uszek jest dobry! - dodaje
no taki horoskop to ja rozumiem!!!


W chińskim roku kalendarzowym, który przyporządkowany jest energii Ognistej Świni – zwinna i sprytna Małpa, zgodnie z „gwiezdnym planem”, uspokoi się i wyciszy, a sporo w swoim charakterze zmieni na lepsze.
Urodzeni pod znakiem Małpy sporo się nauczą w nowym roku i odkryją swoje nowe talenty, całkiem przypadkowo. To rok dużych zmian na płaszczyźnie duchowej, emocjonalnej i uczuciowej.
Odkryjesz Małpo, że czasem porażki okazują się nowym fundamentem przyszłych Twoich sukcesów albo z pomocą losu pozwalają Ci zawrócić ze źle obranej drogi.
Swoje życiowe powołanie odkryjesz przypadkiem, a nowo poznani ludzie okażą się pomocnymi przyjaciółmi i będą inspirowali Ciebie Małpo do czynu. Z czasem dojdziesz do wniosku, że lepiej zwolnić tempo w pracy, czym sobie przecież nie zaszkodzisz i zająć się na poważnie rozwojem duchowym bądź wglądem w samego siebie. To Ci jest w tym roku przeznaczone przez los.

Samotne Małpy nie powinny narzekać na brak adoratorów i to tych solidniejszych i majętniejszych, tych „z wyższej półki”.
W wyborze kandydata kieruj się Małpo intuicją, a ona jak wiesz sama – nigdy Cię nie zawiodła.
W tym roku poszalejesz jak mało kto, a szczęście w miłości Cię nie ominie. W drugiej połowie roku masz szansę na stały związek, niewykluczone jest też małżeństwo.
Zajęte Małpy i osiadłe w rodzinnym gnieździe przeżyją „renesans uczuć” i przypływ nowej ożywczej miłości.
Częściej przebywać będziecie razem i to będzie na nowo Was uskrzydlać. Zaplanujecie wyjazd bądź wiele różnych podróży i tych bliższych i tych dalekich.
Sporo radości i uciechy sprawią Wam wizyty i rewizyty rodzinne, będzie miło, radośnie i figlarnie, jak to tylko u Małp jest możliwe.

Rok Ognistej Świni dla Małp ogólnie będzie udany i owocny w nowe wydarzenia. W tym roku spełni się niejedno marzenie, które dość szybko przerodzi się w czyn.
Twoja nadzwyczajna inteligencja pozwoli Ci zawsze i wszędzie, gdzie się pojawisz, osiągnąć zamierzone cele.
Ty Małpo, jak nikt inny, potrafisz korzystać i cieszyć się z życia. Jak mało kto jesteś bystrym obserwatorem i to Ci się przyda, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Błyśniesz intelektem, stworzysz ciekawy projekt, albo wielkie dzieło i to bez większego wysiłku.
Jeśli będziesz miała taką ochotę, zapiszesz się na nowy interesujący kurs lub wybierzesz się w daleką podróż na inny kontynent.
Chińska, szczodra Świnka niczego Ci w tym nowym 20007 roku nie odmówi i proś, o co chcesz, nawet o „gwiazdkę z nieba”, a na pewno ją dostaniesz.
wtorek, 20 lutego 2007
malinowy numerek
 - to ja opowiadam babci, ze ty jestes taka grzeczna dziewczynka a z ciebie taki numer?! - oburzam sie na wesolo.
malina oburza sie na powaznie:
 - numer nie! literki tylko! z!s! - wykrzykuje swoje inicjaly.
moja praca cd.
projekt, ktorego burzliwe losy tu opisywalam tydzien temu, zostal w piatek czesciowo podpisany. to znaczy zaplacono nam malutka czesc, zebysmy mogli zaczac prace i zdazyc na czas. wczoraj oficjalne potwierdzenie. pisemne. dzis godzine temu projekt zostal definitywnie anulowany. bedzie drogo. musza zaplacic pelna gaze mojego rezysera. rownowartosc dwoch dobrych samochodow. perwersja.
poniedziałek, 19 lutego 2007
fauxpas
dzwoni maz. opowiadam, ze dzis stres, wszyscy lataja jak opetani, nerwowa atmosfera i jakos nieprzyjemnie. ale da sie przezyc. jakos tak nam sie milo rozmawia, ze pozwalam sobie radosnie zaimprowizowac:
 - moze pojade i kupie swiezych ryb i zrobimy wieczorem fondue rybne?
 - ...
 - nie? - dziwie sie.
 - wiesz co dzis wieczorem robimy?
 - no?...
 - idziemy na koncert shakiry.
 - ANO TAK!!!!!!!!!!!


Hips Don't Lie
az poszlismy wczesniej spac, zeby dzis miec sile. wieczorem realizujemy moj bozonarodzeniowy prezent. z lekka podskakuje juz od rana. 
sobota, 17 lutego 2007
globulki
dlaczego malina ma trudnosci z homeopatycznymi globulkami? trzeba je trzymac pod jezykiem i powolutku ssac. przez dobre 10 minut nie da sie nic powiedziec. prawdziwa tortura.
piątek, 16 lutego 2007
po wszytskim.
taki prawdziwy piatek. zmeczony, z lekkim bolem glowy, probujacy wytlumaczyc sobie, ze kilka spraw moze poczekac do poniedzialku. maline odebralam szczesliwa i zdyszana. myslalam, ze zrobie jeszcze jakies zdjecia slicznej ogrodniczce, ale zludne nadzieje. z maliny zwisalo mnostwo nitek a oberwane kwiatki, biedronki i jabluszka w calosci i w kawalkach dostalam wcisniete do koszyczka. jak zwykle po wielkich szalenstwach malina siada w domu przy swoim stoliczku i w milczeniu maluje. odregowuje. potrzebuje ciszy. ja tez. te dwa tygodnie byly jak jarmarczna karuzela. nadchodzace dwa nie beda lepsze. 
emocje karnawalowe.
krotko przed polnoca malina sie obudzila. rzeska i gotowa oznajmila, ze idzie na dol robic kawe.
 - malineczko, jest srodek nocy. spij. musisz wypoczac. - szepce jej do ucha
 - ja jestem odpocznieta. ubierz mnie w ogrodniczke.
utulilam ja, pomruczalam i zaglaskalam na sen. 
czwartek, 15 lutego 2007
jutro zabawa.
slomiany, miekki kapelusz wyszperany w filmowym magazynie. kupilam filcu i cienkiej gabki. wycinam kwiatuszki, jablka i gruszki. malutki wiklinowy koszyczek bedzie wisial na na szyi a w nim nasionka i drewniane biedronki i maly duszek ogrodniczek z drewna, zamiast paska girlanda z drewnianych kwiatkow. moja mala ogrodniczka tak to przezywa, ze polozylam ja wczesniej do lozka, bo myslalam, ze zwariuje. i ona i ja. cisza, ktora zapadla jest jak obuch w glowe. przez ostatnie trzy godziny malina mowila bez przerwy, bez kropek, przecinkow, bez oddychania. teraz biore sie za przyszywanie kwiatkow a potem za prace. bola mnie plecy, nie wiedziec czemu boli mnie serce. chyba za duzo wrazen w ostatnich dniach. dzis projekt zostal jednak zatwierdzony. nawet nie mialam kiedy sie ucieszyc. jutro nowe wyzwanie. troche nie mam sily.
moje ulubione krzeslo bujane w mojej kuchni.

leje deszcz. leje jak nie wiem. moj sasiad zajmuje sie posrednictwem w transakcjach antykami. niektore egzemplarze stoja tygodniami w ogrodzie i chetnie bylyby antykami ale niestety sa gratami i czekaja az sasiad wywiezie na smietnik. tak tez bylo z fotelem czyli krzeslem. Myslam, ze to krzeslo stoi tylko po to zeby byc zaladowane do magazynu lub samochodu, ale po kilku dniach zrozumialam, ze ten mebel nie ma szans zostac antykiem. potem zaczal padac deszcz. padal. padal. padal. stalo sie jasne: nikt go nie chce. nikt? ja go chce! nawet w takim rozmoknietym stanie. chce. malina byla wlasnie urodzona i ja sie ledwie ruszalam. potrzebowalam kilku dni, zeby zmusic, namowic i zaszantazowac meza. w koncu poszedl do sasiada w najwieksza ulewe. ile chcemy zaplacic? pewnie bedzie chcial ze 40 euro, ale jak cie sie uda to utarguj do 35 – mowie – przeciez w gruncie rzeczy to jest przemokniety grat! maz wzial same piecioeurowki, zeby moc sie targowac. i wiedzialam, ze i tak zaplaci 40 – on umie wszystko, ale nie targowac sie. trudno. poszedl. wstydzil sie w sobote w porze obiadowej przeszkadzac, alem maline do piersi przystawila i nie mogl odmowic. idzie. dzwoni do drzwi. sasiad dwa razy pyta czy mowia o tym samym krzesle. tak. tak. to co stoi kolo garazu. i moknie. no dobra – mowi sasiad. maz pyta o cene. sasiad zastanawia sie moment... trzy euro. Maz baranieje, wyciaga banknot 5 euro, zabiera krzeslo i idzie. no mowilam, ze nie umie sie targowac! no ale siedze na tym krzesle co wieczor juz od 4 lat, wiec w sumie sie oplacalo.

środa, 14 lutego 2007
przy kolacji.
 - nie bierz tyle do buzi, nie bedziesz mogla pogryzc. - boze jak ja siebie nie lubie za te formulki powtarzane jak nudny refren. przysiegalam sobie w ciazy, ze ze mna bedzie inaczej, nie bede matka upierdliwa. niestety jestem. ale malina daje sobie ze mna rade:
 - bede mogla - mamrocze z pelna buzia.
 - nie mow z pelna buzia - jestem niepoprawna. no nie moge sie zwyczajnie powstrzymac. malina zuje w przyspieszonym tempie i kontynuuje dyskusje:
 - widzisz jak dobrze gryze. bo jestem duza i mam duzo zebow - szybka prezentacja uzebienia w szeroko otwartej buzi - mam juz tyle zebow! trzydziesci czterdziesci!!!
szybko staram sie sobie przypomniec ile zebow maja ssaki i wale na oslep:
 - wydaje mi sie ze masz dwadziescia cztery zabki a jak urosniesz to bedziesz miala trzydziesci dwa. - moj pewny ton robi na malinie wrazenie. zamysla sie.
 - mamusiu... a kiedys nie mialam zadnych zebow?
 - nie mialas jak bylas bardzo malutka.
 - jak mialam jeden lat?
 -... (sie smieje)
 - ja nie moge uwierzyc, ze kiedys mialam jeden lat... to niemozliwe...
nie moge jej poprawic, bo sie smieje.

popoludnie w biegu szuranym.
wyscig. z pracy do przedszkola, z przedszkola do okulisty. od okulisty do homeopaty. u homeopaty bylysmy juz wczoraj, bo pomylily mi sie dni. zastalysmy zamkniete drzwi. naciskam dzwonek a malina kiwa glowka:
 - pewnie znow go nie ma. nigdy go nie ma!
tak sie tworza plotki. malina ma wciaz rozszerzone zrenice od kropli. lekarz bada jej uszki, nos, gardlo, osluchuje plecki. malina kiwa nozka zniecierpliwiona, w koncu szepce po polsku:
 - powiedz mu zeby obejrzal moje oczy. bo mam czarne. zaczarowane. on nie widzi, ze mam zaczarowane oczy! powiedz mu!
potem idziemy do samochodu, malina szura. troche ja popedzam niecierpliwie. jestem zmeczona. malina narzeka:
 - nie moge juz isc. wszystkie koscie mnie sie polamaly.

 
1 , 2 , 3
Archiwum