wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 29 lutego 2008
szybka rybka.
od kilku tygodni jestem troche matka samotnie wychowujaca dziecko. niedlugo sie to zmieni, bo maz wraca do zdrowia. jestem zmeczona, bo akurat zbiega sie to ze zwariowana faza w pracy.
ale tez mam wrazenie, ze nasza symbioza stala sie idealna. funkcjonujemy z malina jak dwa trybiki w szwajcarskim zegarku. od kilku dni budzimy sie pol godziny wczesniej. tak sobie postanowilysmy, zeby rano miec dobry humor i zebym nie musiala maliny ciagle popedzac. myslalam, ze bedzie mi trudno ja obudzic, ale to jest chyba jakas lepsza faza na wstawanie, bo malina otwiera oczki, smieje sie, tulimy sie i calujemy porannie. siku, zabki, ja pod prysznic, malina sie ubiera.
ostatnio przeprowadzilysmy dyskusje na temat koncentracji. i... to dziala! malina od kilku dni robi jedna rzecz na raz a nie dwadziescia plus gapienie sie w okno. tyle, ze teraz malina ubiera sie tak szybko, ze ja nie zdazam z prysznicem. lece na dol, zeby malina przypadkiem obiadu nie ugotowala na sniadanie. malina nasypala juz chrupki i meczy sie z mlekiem. przerzucilam sie z kartonow na butelki i mleko demeter. malina probuje otworzyc butelke nozem. wchodze do kuchni. malina patrzy z wdziecznoscia:
- dobrze ze juz przyszlas. zobacz papier przecielam, ale dalej sie nie da.
z usmiechem wyjmuje jej noz z lapki, otwieram butelke i nastawiam wode na herbatke. czy powinnam zabezpieczyc kuchnie teraz, choc nie robilam tego jak malina byla pelzajacym dzidziusiem?
w samochodzie prawilysmy sobie komplementy jak to fajnie miec taki spokojny poranek, bez burczenia, popedzania i w usmiechach i w dodatku mozna zdazyc w przedszkolu na poranne motto.
czwartek, 28 lutego 2008
miejsce w zyciu.
kazdy z nas jest mniej wiecej tam, gdzie chce byc. gdyby byc chcial zupelnie gdzie indziej to by go tu nie bylo.
środa, 27 lutego 2008
nasza ameryka.
raz na kilka mniesiecy staram sie odkryc ameryke od nowa czyli kupic nowy fluid, lepszy od poprzedniego czyli jeszcze naturalniejszy, atlasowy sprawiajacy, ze wygladam o 20 lat mlodziej, swiezo, milo i niewinnie. stoje wlasnie w perfumerii i dyskutuje z mila pania, ktora namawia mnie na pewien kolor. po sprobowaniu tysiaca roznych odcieni, laduje u shiseido. juz prawie kupuje, ale pani przekonuje mnie do innego numeru, ktory ma byc dla mnei idealny. w koncu wyciagam komorke i dzwonie do domu.
- mozesz sprawdzic jaki ja numer uzywam?
maz, wyslany telefonicznie do lazienki, sprawdza. pani otwiera buzie ze zdziwienia.
- no wie pani co? moj maz to by sie zapytal gdzie jest lazienka! hahaha!
okazuje sie, ze polecany przez nia idealny numer to ten ktory uzywam od roku. no dobra. znow odkrylam ameryke.
niedziela, 24 lutego 2008
powtorka z rozrywki
siedzimy przy poznym sniadaniu. tak poznym jak za dawnych przed-malinowych czasow. przypomina mi sie teoria malinowa na temat szczescia i chce zeby tatus tez sie nacieszyl malinowa madroscia:
 - pamietasz jak ostatnio czytalysmy o calineczce i powiedzialas kto to jest czlowiek szczesliwy?
 - tak!
 - powiedz jeszcze raz po niemeicku zeby tatus tez wiedzial.
 malina nie musi sie dlugo namyslac:
 - szczesliwy jest kto sie duzo smieje, ma dobry humor i sam sobie umie zrobic müsli.


bo malina od wczoraj wstaje o siodmej, myje zabki, ubiera sie, schodzi na dol, z narazeniem zycie wspina sie na swoje krzeselko, siega miseczke z aniolem z kuchennej polki, wyjmuje mleko z lodowki, wybiera müsli, siada do stolu i je takie wlasnie siadanie. potem zabiera sie za rysowanie a nieswiadomi rodzice spia i spia i sami nie wiedza jakie ich szczescie wlasnie spotyka. tylko z herbatka jakos nie wyszla, bo malina zalala torebke malinowej herbaty woda sodowa i niestety nie smakowalo tak jak powinno.

piątek, 22 lutego 2008
malinowy komiks.
przygladam sie rysunkowi rzuconemu niedbale na stole. komiks. kolejnosc obrazkow pokazuja strzalki.
 - tatus ci pomogl?
 - nie. - odpowiadaja chorkiem tatus i malina.
trzy obrazki. historia: mirabell jedzie samochodem. pedzi. z tylu wylatuja iskry i swieca czerwone swiatla. przed samochodem slup ze swiatlami: czerwone! na drugim obrazku mirabell idzie z policjantem za reke. kolejna strzalka kieruje do trzeciego obrazka: mirabell za kratkami. jestem oszomiona detalami rysunkow i ich komiksowa kolejnoscia. poza koziolkiem matolkiem i malpka fiki miki malina nie ma zadnego komiksu.
 - a dlaczego narysowalas swoja najlepsza kolezanke w wiezieniu?
 - bo przejechala na czerwonym swietle.
czwartek, 21 lutego 2008
kim jestem dla mojego meza.
wracam z przedszkola. nie mam sluchawek do komorki pod reka, wiec wciskam numer taty i podaje telefon malinie:
 - powiedz tatusiowi, zeby zrobil mi kawy i ze juz prawie jestesmy w domu.
malina cieszy sie z misji, ale po drugiej stronie wlacza sie mailbox. malina z pelna powaga i wyraznie:
 - to ja. malina. i mamusia. juz jestesmy niedaleko domu i mamusia chcialaby kawe a ja herbatle malinowa z malinowym sokiem. niedlugo bedziemy w domu. to czesc. to bylam ja twoja coreczka malina i twoja ukochana mamusia.
pekam ze smiechu:
 - ale ja nie jestem mamusia tatusia!!!
malina zbita troche z tropu:
 - nie mamusia? a co?
 - no co? no kim ja jestem dla tatusia?
malina zastanawia sie chwilke i znow do telefonu jakby zapowiadala w radio:
 - to bylam ja twoja coreczka malina i twoja ukochana... truskawka.
wchodzimy do domu. aromat kawy. maz sie smieje: c zesc truskawko moja ukochana!
środa, 20 lutego 2008
proste? proste.
malina ma kilka wydan calineczki. dzisiejsza dobranockowa wersja konczy sie slowami, ze mamusia calineczki bardzo sie cieszyla, bo rodzice zawsze chca tylko jednego: zeby ich dzieci byly szczesliwe. klap - zamykam ksiazeczke. przytulamy sie.
 - a ty? czy ty jestes szczesliwa? - pytam maline.
 - tak.
 - tak? a co to znaczy, ze jestes szczesliwa?
 - ... no...ze sie sie usmiecham, ze mam dobry humor i ze kocham swiat.


lepszej definicji jeszcze w zyciu nie slyszalam.


kto mieczem wojuje ten od miecza zginie
zaspalysmy. jak zwykle ukladam malinie ubranka na kaloryferach zeby miala cieplutkie i biegne pod prysznic. jak wroce, ma byc ubrana. wracam. malina zagapila sie przez okno i nawet nie zdjela jeszcze pizamy. wbrew zasadom pomagam jej sciganc pizamke liczac, ze dalej to juz z gorki i lece na dol robic sniadanko. spiesze sie jak umiem i pokrzykuje na gore. malina schodzi, ale w prawdziwym slow motion. zaczynam sie wkurzac, burczec, popedzac, popedzac, popedzac z miernym skutkiem. w koncu jestem porzadnie zla. mowie podniesionym tonem, poszarpuje maline bo jestem zla, ze musze jej pomagac jak malenkiemu dziecku, rece mi sie trzesa, mam wazny termin i musze byc punktualnie w biurze. szybciej, szybciej!!! jestem wlasnie bardzo nieprzyjemna, wkurzona matka. malina stracila humor i zaraz wybuchnie placzem. jakos nie umiem sie powstrzymac, wsciekla wykrzykuje, ze jak nam zamkna drzwi w przdszkolu to juz wymysle niezla kare! wrrrrr!!!! malina staje nagle i mowi calkiem spokojnie:
 - nawet nie wiesz.
 - czego nie wiem???!!!
 - nie wiesz jak cie kocham.
o jezu. prosto w serce. buch. kiedy ostatnio bylo mi tak glupio? no kiedy? powalila mnie, zbila z tropu i zawstydzila. zginelam pod ciezarem wlasnej glupoty. caluje ja w nos, przytulam. wypijamy herbatke na stojaco a potem malina ciagnie mnie za reke zebysmy biegly do samochodu. smiejemy sie zdyszane.
but how to keep away?
keep away from people who try to belittle your ambitions. small people always do that, but the really great make you feel that you, too, can become great.
(mark twain)


porzadki.
 - no ale zobacz tu jeszcze lezy cos! - malina pokazuje paluszkiem jakis skrawek papieru na dywanie.
zachmurzam sie:
 - wiesz co? ja to bym na twoim miejscu grzecznie podziekowala, ze ktos za mnie posprzatal, zamiast mowic ze cos tam jeszcze zostalo.
 - ... tak. dziekuje, ze tak tu zaprzatnelas.


poniedziałek, 18 lutego 2008
tak mi sie wlasnie przypomnialo.
wlasnie weszlam na strone z fotografiami nowego dzidziusia dziennikowego. kiedys bym sobie pomyslala, ze taki maluszek, slodkie dziecko ale dzis jakos mi sie serce scisnelo na widok tych zdjec. niewatpliwie kochajacy, szczesliwi rodzice, ale tatus latal zaraz po porodzie z aparatem fotograficznym z fleszem! sfotografowane jest dziecko na wadze. takie samotne, troche sine. strasznie samotne. ja bym chyba zwariowala gdyby moj maz tak dokumentowal zamiast od razu kochac. maz moj siedzial i mimo tragizmu naszego porodu od razu mruczal malinie komplementy, ale cichutko, bo mu sie strasznie glos lamal, wiec glownie mowil: o jeee, o jeee czy cos podobnego a potem zgodnie z moim przykazaniem przedporodowym chodzil krok w krok za polozna zeby maline w cieplej pieluszce trzymala na wadze i nigdzie zbyt jasnego swiatla nie wlaczyla. nie mamy zadnych zdjec z porodu ani zaraz po porodzie. ani z pierwszego dnia. ale nigdy nie zapomne tego mruczenia mezowskiego, tych oczu maliny na moim brzuchu i tego, ze nawet nie mruknela. przygladala nam sie w skupieniu. a my jej. nie wzielismy aparatu ale nawet gdybysmy mieli nie przyszloby nam do glowy, zeby straszyc ja fleszem, niszczyc magie tej chwili, tego spotkania, ktorego zadne z nas nie zapomni az do smierci.
uszuf?
 - nie bylo dzis lukrecji w przedszkolu? - pytam.
 - nie bylo. chora.
 - biedna.
 - tak. i wiesz co? ona ma to co ja. wiec to rozumiem.
 - tak? a co ma?
 - zapalenie usz.
sobota, 16 lutego 2008
stworzen.
kolejna pan opowiadajacy jak nam zbuduje kominek nie jest wizyta, ktora cieszy maline. na dzwiek dzwonka malina zgodnie z osobiscie ulozonym planem idzie do siebie do pokoju zeby malowac i sluchac jakiegos sluchowiska. ostatnio ulozylysmy wszystkie bajeczki do nowego pudla. mimo wielkiegiow wyboru malina slucha karolci, marysi sierotki i lampy aladyna. slucha i produkuje rozne ilustracje do sluchanych bajeczek. wizyta sie przedluza, ale malina siedzi u siebie. w koncu zostajemy sami. kolacja.
- jakiej dzis bajeczki sluchalas? - pytam.
malina robi okragle oczy i odpowiada przejeta:
- okropna bajka. bardzo straszna.
dretwieje. co to za paskudztwo zapodzialo sie wsrod plytek z bajkami?
- o czym to bylo?
- straszne. byl taki stworzen jeden. nie wiedzial kim jest. nie widzial naj sie nazywa. ale mial futerko. ale nikt nie widzial kto to jest. ale sowa nie wiedziala. bajka o stworzeniu byla. straszna.
malina ma wyraznie popsuty humor. kolacja jej nie smakuje. marudzi, krzywi sie. w lozeczku obiecuje, ze jutro zaraz po sniadaniu posluchamy razem o aladynie.
piątek, 15 lutego 2008
dla tymisiowej o zabawkach.
wiadomo, ze dzieci waldorff bawia sie owocami natury, kamieniami, kasztanami, liscmi. wiele osob to krytykuje, bo lego, bo barbie, bo playmobil. wsrod zwolennikow waldorff krazy taka anegdota:
siedzi sobie dwoch bardzo zadowolonych chlopczykow na trawie i bawia sie samochodami. jeden ma kolorowy, burczacy, blyskajacy swiatelkami samochod z otwieranymi drzwiami, bagaznikiem i okienkami. drugi ma kawalek kory i sam burczy zamiast motoru. pierwszy chlopiec troche sie smieje z tej kory i przechwala sie swoim cudem. drugi chlopiec z typowo waldorfska zdrowa pewnoscia siebie: fajny masz samochod, ale ja mam teraz samolot. podnosi samochod, zmienia brzmienie motoru i odlatuje.



na pocieszenie.
miotam sie lekko i wkurzam. praca w piatek, kiedy juz nie mam cierpliwosci na te glupoty jest trudniejsza niz w inne dni tygodnia. malina pelna zrozumienia:
 - denerwuja cie?
 - tak. bardzo.
 - wiesz co? to ci namaluje mikolaja w prezencie. i wiesz co? moge ci podarowac moje lozko. ono jest dla ciebie akurat. a ja jestem do niego za krotka.
bum!!!
na poczatku roku w polskim przedszkolu malina przyniosla paczki na swoje urodziny, dzieci zaspiewaly jej sto lat, zatanczyly wokol rozyczki w koleczku a pani chcac zrobic jej przyjemnosc wyczarowala skads balony, kazde dziecko nadmuchalo jeden a potem jako salwa na czesc maliny przebijali je na wyscigi. dzieci mialy wspaniala zabawe. jak odbieralam maline, pani jeszcze ja reanimowala po napadzie placzu. strasznie mnie przepraszala. nie wiedziala, ze malina panicznie boi sie balonow a juz ich pekniecie wywoluje u niej atak histerycznego placzu.
jako maluszek malina chetnie bawila sie balonami i nie przeszkadzalo jej, ze kazdy balon w koncu pekal. dziwilo ja tylko, ze to nagle znika. bum. nie ma. az raz balon pekl i malina zaczela plakac. od tego czasu sam widok balona przyprawia ja o lzy. z obu karnawalowych bali musialysmy sie ewakulowac, bo zawsze nadchodzi czas tanca z balonami (dzieci probuja je w parach utrzymac miedzy glowkami). na jednym balu probowalam maline przekonac, ze moze zostaniemy. zostalysmy minutke, jakis chlopiec obok przebil balon, malina zaczela drzec na calym ciele i przestala mnie slyszec w panice i strachu. z drugiego balu zwialam jak tylko wodzirej zaczal wyciagac balony, bo malina juz drzala. to dziecko, ktore niczego sie nie boi i idzie przez zycie z usmiechem, nie moze zniesc zimnych ogni, kawalow z nadmuchana torba z papieru, balonow.
wczoraj wspomnialam o tym pani doktor o tej panice. a pani doktor sie rozesmiala, poglaskala maline po glowie mowiac: "trzeba unikac balonow i juz i sie nimi nie przejmowac. pewnie, ze to nieprzyjemnie jak tak wybuchaja. kiedys to minie nawet nie wiadomo kiedy." i juz rozmawialysmy o czyms innym.
a dzis.
dzis odbieram maline z przedszkola. w samochodzie lezy plastikowa torebeczka od sniadania. gadamy, malina w swietnym humorku. nagle nadmuchuje torebke, wola: patrz mamusiu! i wali w nadeta torebke ze wszytkich sil. BUCH! malina smieje sie wesolo cala dumna. wchodzimy do domu. malina prosi mnie o torebki sniadaniowe. daje jej trzy. leci do ogrodu. w skupieniu nadmuchuje jedna po drugiej i: buch, buch, buch! widzi, ze ja obserwuje wiec podnosi triumfujaco dwie piastki do gory i biegnie do domu rozesmiana. jeszcze dwie torebki. zeby tatus zobaczyl. tatus nie wierzy wlasnym oczom a malina sie smieje i smieje.
cos sie w niej stalo. cos pokonala. dlaczego? nie wiem, tak samo jak nie wiedzialam czemu sie bala.
ale sie ciesze.
czwartek, 14 lutego 2008
pani doktor.
po raz pierwszy odkad urodzila sie malina bylysmy u lekarza od ktorego wyszlam szczesliwa. pani doktor wybadala maline na wszystkie strony (u8). wsluchiwala sie w jej serce tak dlugo, ze az sie troche zmartwilam. ogladala skore, wlosy, paluszki, badala brzuszek. potem sprawdzala prawo-leworecznosc, zmysl rownowagi i refleks. po czym wyslala maline do pokoju obok na badanie wzroku. chciala ze mna porozmawiac w cztery oczy. twierdzi, ze malina ma cos z jelitami. opowiedziala jak malina sie zachowuje a ja sluchalam w oslupieniu, bo wygladalo to tak jakby ta pani znala nas od 5 lat. na koniec powiedziala, ze powinnam bardzo uwazac. malina nie ma jednej antenki jak kazde zdrowe dziecko. ona jest naszpikowana antenkami, nadwrazliwa. jej serduszko nie stuka, ono lopoce. trzeba jej pomoc sie chronic, trzeba ja bronic. w domu malina telefonuje z babcia:
 - teraz bede zawsze chodzila do tej pani. ona ze mna grala w pilke!
środa, 13 lutego 2008
regul lamanie.
raz, dwa, trzy, cztery!
raz, dwa, trzy, cztery!
raz! dwa!
raz! dwa!

malina zamknela drzwi od kuchni i trenuje w przedpokoju. ile energii. ile werwy. coraz szybciej. szybciej i nagle cisza. podgladamy ja dyskretnie. skupiona cwiczy falisty ruch wachlarza. na kolacje zjada swoja porcje lososia, kawalek prosi ode mnie, kawalek od taty. po czym pada do lozka. usmiechnieta i w przepysznym humorze. zasypia natychmiast. zamiast cieszyc sie wczesnie rozpoczetym wieczorem zasiadam do pracy, bo przechodze przez jakis dziki okres, w ktorym moja prace moge porownac do akcji strazy pozarnej. rzucam sie od pozaru do pozaru i gasze co sie da. troche braknie mi tchu. a tu? do kuchni wsuwa sie jakas niesmiala myszka i mruczy:
- mamusiu... jestem strasznie glodna.
wyciagam jogurt waniliowo-smietanowy, robie goracej herbaty z sokiem. malina je rozowa i strasznei zadowolona. takie cudowne odstepstwo od ustalonych regul smakuje podwojnie. patrzy mi gleboko w oczy i leje miod na serce:
- ty jestes najlepsza mamusia na swiecie...
tatus pokasluje a oczy ma takie blekitne nagle, takie zamglone. odprowadza maline do lozeczka. wraca:
- z takich momentow sie zyje, co?
no!!!
malinowa tancerka
kiecka jest lylowa, wachlarz lylowy. butki malutkie ze skorki czarnej z obcasami. malina fruwala zamiast tanczyc. wlosy spiete wielkim czarnym kwiatem, brodka dumnie do gory. flamenco ma w sobie tyle z dumy, gracji i ognia. od tupania zaczela sie nasza milosc, podroz poslubna spedzilismy w sevilli - a teraz malina kreci nadgarstkami i przytupuje wesolo. niewiele jej na razie wychodzi, ale stara sie z zapalem. jest najmniejsza i najmlodsza w grupie i mozna ja zjesc.
malina styling.
w pospiechu maluje paznokcie. pozwalam sie malinie skropic moimi perfumami. jedna reka dopisuje ostatni mail, druga podtrzymuje komorke przy uchu. malina pomaga mi zalozyc buty, bo paznokcie jeszcze wilgotne.
 - poczekaj. cos ci dam. - mowi i przynosi swoj rozowy blyszczyk lilifee - mozesz sobie troche pozyczyc. chcesz?
pozyczam a malina kiwa glowka z aprobata:
 - teraz masz ladne oczki, ladne paznokietki i ladna buzie.
ide na kolacje z klientami w malinowym humorze i pewnie dlatego wieczor jest wspanialy.
poniedziałek, 11 lutego 2008
co sie w zyciu oplaca.
rozmawiam z mama o flamenco. w srode przyjda butki i specjalna spodnica dla maliny z hiszpanii, ktore w ten sposob kosztuja mnie grosze a w monachium majatek. mama kreci nosem i wlasnie zadzwonila, zebym dala dziecku spokoj z tymi dziwactwami. po co jej do zycia flamenco? lepiej zebym ja zapisala na tenisa.

tak mnie zatkalo, ze nawet nie zdolalam sie z mama poklocic.



malinowy glod.
jogurt zjedzony a malina wciaz glodna.
- chcialabym jeden kielbasek...
- nie mam zadnych kielbasek.
malina wyciaga z szuflady parowki w sloiku na czarna godzine i triumfuje:
- mamy! mamy! duzo mamy! ale ja chce tylko jeden kielbasek. zimny poprosze.


-----------

na deser malina wybiera cztery zelkowe zwierzaczki. uklada je sobie w miseczce i delektuje sie z zachwytem.
- ooo jaki ladny szczurek... - mruczy - jak na sardynii. tam bylo tyle szczurkow...
ja tam nie pamietam zadnych szczurkow na sardynii, wiec sie dziwie i przygladam gumowemu zwierzatku, ktoremu malina wlasnie obgryza ogonek. i rozumiem:
- jaszczurki?
- ja! ja! - przytakuje moje polsko-niemieckie dziecko - ja! szczurki!!!



niedziela, 10 lutego 2008
slow motion.
zycie zwolnilo tempo. termometr ulegl blaganiom i w koncu pokazal nizsza temperature. dwa intensywne dni z malina. zakupy w ikei: mamusiu, kup te poduszke. kosztuje 10 euro. masz dziesiec euro? patrze na cene. rzeczywiscie: 10,-) wspolne gotowanie. ciagle mi sie wydaje, ze to moj maly dzidzius a ta panna biega do piwnicy po ziemniaki, sprzata swoj pokoj, przytrzymuje mi sitko nad wrzaca woda i miesza zeby lane kluseczki wyszly rowniutkie. w takie dni rozumiem skad to niesamowite przywiazanie samotnej matki do dziecka. absolutna symbioza. nagle wszystko sie robi razem i to jest cudowne. i jak wszystko co fajne, uzaleznia. na moja komorke dzwonia koledzy meza, pytaja o zdrowie, o szpital, zapewniaja, z swiat kreci sie dalej a maz ma lezec i nie zagladac do komputera. a maz glownie spi i co sie obudzi to sie zastanawia, jak spozytkowac ten czas jakos. meczy sie tym mysleniem i zasypia.
piątek, 08 lutego 2008
nowe slowa: planetarium, teleskop, saturn.
zabralam dzis maline do planetarium. myslalam, ze to taka piatkowa rozrywka a to bylo niesamowite przezycie, bo nagle okazalo sie, ze te gwiazdy i niebo to zupelnie cos innego niz ona dotad myslala. w samochodzie musialam odpowiadac na trudne pytania: z czego jest wiatr. przepytywalam co zapamietala z planet. zapamietala saturn, bo ma pierscienie i jupiter, bo jest jak baczek po zjedzeniu zbyt duzej ilosci fasoli:-) i ze slonce to kula z ognia - to zrobilo chyba na niej najwieksze wrazenie. po drodze szukala na niebie gwiazdozbiorow: znalazla cztery: trabke, wielki woz, sredni woz i latawiec. nic nie jadla, nie pila. zasnela jak stala.



czwartek, 07 lutego 2008
smutno.
od listopada glownie chorujemy. od wczoraj bardzo powaznie. maz ma silne zapalenie pluc. nagle w ciagu kilku dni schudl 6 kilo, nie ma sily mowic, chodzic, jesc. jest smutno i cicho. spie w gabinecie zeby sie nie zarazic i czuje sie strasznie samotna i zmeczona. 
 
1 , 2
Archiwum