wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 27 lutego 2009
malinowe tajemnice i obiecanki.
po kominkowym remoncie zostalo kilka pstryczkow elektyczkow, ktore nie wlaczaja zadnej lampy. malina pstryka takim jednym i nic.
 - a od czego jest ten kontakt?
 - uuuuuuu!!! to wielka tajemnica! - drocze sie
 - tajemnica?! powiedzialas, ze w rodzinie nie ma tajemnic. - malina kiwa paluszkiem
 - ale to jest wieeeeeelka tajemnica. moge ci ja wyjawic jak tez mi wyjawisz jakas wielka tajemnice...
 - dobrze. - zgadza sie malina bez zastanowienia. tlumacze wiec, ze tym pstrykiem bedzie sie wlaczalo druga lape w przepokoju, ktorej teraz jeszcze nie ma. teraz kolej na maline. no ciekawe, ciekawe. malina nie zastanawia sie dlugo:
 - powiem ci w wielkiej tajemnicy, ze obiecalam wszystkim, ktorzy przyjda na moje imieniny, ze im kupisz indianskie kostiumy.





środa, 25 lutego 2009
to musi troche bolec.
na srode popielcowa obiecalam sobie, ze zawiesze na jakis czas konsumpcje alkoholu. nie wiem, moze to byla zbyt pochopna decyzja?

juz mi troche smutno.

no ale powstrzymanie sie na przyklad od palenia paierosow nie ma sensu, bo nie pale...


nie wybralam jeszcze dnia koncowego. zastanawiam sie jeszcze.


wtorek, 24 lutego 2009
przyznanie sie do zdrady.
na obu forach dziennikowych toczyly sie wczoraj i dzis dyskusje na temat zdrady w aspekcie przyznania sie do winy. a to zartobliwie a to powaznie jak na pogrzebie. wydawalo mi sie, ze sprawa jest jednoznaczna. ale nie jest. wiele osob uwaza, ze przyznanie sie do winy jest obarczeniem partnera problemem. normalnie czytalam te komenty po dwa razy, bo nie moglam uwierzyc w ich logike: kobieta zdradza i automatycznie staje sie opiekunka ogniska domowego, nie chce zmartwic meza i sama katuje sie problemem, nosi w sobie ten grzech samotnie. sierpi. wiele osob woli dla swietego spokoju przemilczec, zapomniec, klamac. zyc we wlasnych sikach normalnie. czytam i czytam i nie wierze wlasnym oczom.


poniedziałek, 23 lutego 2009
noc pelna blasku.
dzisiejsza noc udowodnila, ze z szerokimi biodrami i prawdziwymi piersiami, zblizajac sie do 40-stki tez mozna odniesc sukces.
dziekuje kate winslet.



piątek, 20 lutego 2009
malinowy terminator.
leksykon ksiezniczek na dobranoc, lyk wody i calusy:
 - spij dobrze bambola. niech ci sie cos pieknego przysni. jutro sobota. mozemy sie wyspac za wszystkie czasy... - przytulam zjmeczona maline mocno. jest pozno.
malina sennie odwzajemnia uscisk:
 - hasta la vista, baby.





i co ja teraz zrobie.
malina chce sie przeprowadzic do sasiadki. moge ja odwiedzac kiedy chce.


czwartek, 19 lutego 2009
jak kukulka
podrzucam jutro maline na dwie godziny do sasiadki, ktora ja uwielbia. zawsze sobie stoja pod plotem i malina zwierza jej sie z roznych tajemnic. jutro jest waskie gardlo, korek, sytuacja bez wyjscia, pistolet u skroni: i maz i ja musimy byc rano w biurach a malina chora i nie moze do przedszkola. zaraz po spotkaniu pedze do domu i ja odbieram, ale malina tak to oprzezywa, ze nie moze spac. cieszy sie jak nie wiem. narysowala mnostwo obrazkow, ktore chce jutro zabrac w prezencie i co raz rzuca mi sie na szyje: mamusiu, jak ja sie ciesze!!! dzwoni oma. malina przejeta  w sluchawke:
 - jutro mamusia do pracy, tatus do pracy a ja? a  j a  d o  s a s i a d k i!!! ktorej? no do tej co mi zawsze macha reka... tam co mieszka ta co macha reka, ta co mowi po polsku i ta co wlasnie umarla.
wtracam sie delikatnie i tlumacze, ze ta co umarla to jej tam nie ma.
 - jak to nie ma? - niecierpliwi sie malina moja glupota - jest. tylko jej nie widac.



sluchalam dzis po drodze do domu.
If you were falling, then I would catch you.
You need a light, I'd find a match.

Cuz I love the way you say good morning.
And you take me the way I am.

If you are chilly, here take my sweater.
Your head is aching, I'll make it better.

Cuz I love the way you call me baby.
And you take me the way I am.

I'd buy you Regaine when you start losing all your hair.
Sew on patches to all you tear.

Cuz I love you more than I could ever promise.
And you take me the way I am.
You take me the way I am.
You take me the way I am.


to o nas.

środa, 18 lutego 2009
malinowa dewocja
malinowa wiara w nadrzyrodzone sily tatusia wzrusza mnie niezmiennie. malina zachowuje nawet w najwiekszym stresie zimna krew i kiedy ja wlasnie mam peknac, wykipiec czy zwariowac zupelnie spokojnie podpowiada: zadzwon do tatusia. i zawsze mnie tym rozbraja.
w sobote bylysmy w filharmonii. polaczenie filharmonii z podziemnym garazem zaprojektowal kucharz albo piosenkarka. no  w zadnym razie nie byl to architekt! jeszcze nigdy nie znalazlam dojscia do automatu a potem do samochodu za pierwszym razem. i tym razem nie bylo inaczej. winda dojezdza do pewnego pietra pod ziemie, ale nie tego, ktorego szukamy (poziom d jak...), wybieram schody z wieloma drzwiami, probujemy roznych drzwi. na prozno. rozne pietra ale nie nasze. wkurzam sie, ze malina mi sie zapoci, zdejmuje je kurtke, czapke, szal, rekawiczki. biegamy po schodach i o cudzie znajdujemy w koncu kase. wkladam karte parkingowa, uprzejmy automat informuje mnie, ze trzy godziny w filharmonii kosztuja nas 10 euro. wybieram monetki. mam 9 euro. zakladam malinie kurtke, czapke, szal, rekawiczki, bo zug taki w tym podziemnym garazu ze nie wiem. wsuwam w odpowiednia dziurke karte kredytowa. automat postanawia nie przesadzac z uprzejmoscia: nie akceptuje karty ale sugeruje probe z banknotem. mam w portmonetce 50 tke, automat bierze tylko 10tki i 20stki. biore maline za lapiszona, szukamy odpowiednich drzwi, odpowiednich schodow i z niemalym trudem odnajdujemy kase. pani jest znudzona, zniesmaczona i stara mi sie przekazac te uczucia i gestem i spojrzeniem wymownym. powinnam wiedziec, ze ona jest tu od sztuki a nie od rozmieniania pieniedzy. ale rozmienia. lecimy z malina znana juz drozka. wiele schodow, ale malina lubi skakanie z piatego schodka, wiec nawet jest w sumie zabawnie, nie? nie. automat stwierdza, ze zaoferowany banknot jest zbyt zniszczony. pozostale 10tki i 20stka tez. chce mi sie plakac. biore maline za lapiszona i idziemy do kasy. znudzona pani ironicznie: tak, ten automat to nie akceptuje banknotow. tak juz ma. o jezu, to po co mi kobieto dalas bankoty? daj mi monety teraz albo zaczne krzyczec. chyba cos bylo w moich oczach, bo pani nam milo i serdecznie rozmienila 10tke na monety. i znow wybieramy sie w dluga droge do garazu i automatu. kompletnie spocona malina czuje napiecie. sciska mi reke i pociesza:
 - jak sie teraz sie znow nie uda, to zadzwonimy do tatusia! - usmiecha sie.
 - tak? i co mu powiemy?
 - no zeby nas stad zabral!




(automat za kare kaze zaplacic 13 euro, po cierpliwych poszukiwaniach znajdujemy samochod i szybko sie ewakuujemy. nastepnym razem pojedziemy trawajem.)



wtorek, 17 lutego 2009
stosunki miedzyludzkie na malinowo.
 - mamusiu, co ja mam robic jak ktos sie ze mnie smieje?
 - czy ja wiem? wzruszyc ramionami albo zapytac z czego sie smieje. jak ktos sie z ciebie smieje, to znaczy ze nie wie co powiedziec.
 - a jak mi wtedy powie cos niemilego? ze jestem na przyklad arschloch*?
 - a jestes?
 - nie jestem!
 - no to sie smiej i powiedz zgodnie z prawda, ze nie jestes!
 


*arsehole (vulg.)
poniedziałek, 16 lutego 2009
szelki.
ubieramy sie na narty. moje spodnie na szelki, malinowe spodnie na szelki. malina przyglada mi sie krytycznie:
 - musisz sobie kupic nowe spodnie.
 - tak?! dlaczego?
 - bo w tych chyba bola cie piersi, co?


obrzydliwy wpis. BRADZO!!! bardzo obrzydliwy.
zadne malinowe kupiszony, katary, wietrzna ospa, czarne paznokcie, brudne uszy, starte kolana, nadgryzione ciastka - nic mnie malinowego nie brzydzi. chyba jestem taka typowa matka. co nie znaczy, ze dopijam po niej oranzade siorbana przez pol godziny i przegryzana preclem. nie dojadam wylizanych herbatnikow i nie czyszcze w pospiechu brudnego policzka posliniona chusteczka. niestety jednak u innych dzieci brzydzi mnie prawie wszystko. nawet buzia brudna od marmolady.  a juz ciemieniucha u niemowlakow przyprawia mnie o odruch wymiotny. nic na to nie poradze, zebym sie starala nie wiem jak. malina miala zaczatki tej choroby, ale od razu zadzialalam oliwka a do ludzi zakladalam dziecku bawelniana czapeczke, ktora zreszta po dwoch dniach stala sie zbedna. niemiecki lekarz nie kazal nic robic. polski lekarz powiedzial, ze to choroba brudu i zebym pracowala mieciutka szczoteczka. moze dlatego malina miala zawsze aksamitne wloski albo w piatym miesiacu lysinke jak franciszkanin.
a tu dzis do biura przyszla nasza byla asystenka z pieciomiesiecznym niemowlakiem. normalnie mna rzucilo, bo wlasnie konsumowalam precla z kawa. glowa dziecka pokryta skorupka niemal pod moim nosem. o kurcze! wywinelam sie rozmowa w drugim koncu biura i ucieklam. wplynelo to dobrze na moja linie, bo precla nie zjadlam. a potem mielismy obiad, same smakolyki a ona juz prawie, niemal wrzuca mi to dziecie w ramiona bo musi do lazienki a ja przeciez taka doswiadczona matka.
 - ja doswiadczona matka? - wolam w panice - ja z moim dzieckiem jezdze na nartach. ja nie odwazylabym sie takiego malenstwa wziac na rece!!! ja juz nie wiem jak to jest. no i jestem przeziebiona - wykrztusilam probujac nie zwrocic obiadu akurat w obecnosci klientow. moja ciezarna asystentka, z ktora ostatnio przerabialam ten temat umarla ze smiechu. nie dojadlam obiadu, zwialam z biura. no niestety. niestety. no sorry.

poranek we dwie.

mrozny poranek. bialy, odswietny swiat nic sobie nie robi z tego, ze wlasnie minal weekend. drzewa otulone diamentowym pylem lsnia w porannym sloncu. malina tez nic sobie z poniedzialku nie robi. na jej liscik wrzucony do pocztowej skrzynki przed snem, wrozka odpowiedziala czekoladowa kulka, wiec malinowa rzeczywistosc jest piekna i radosna. poddaje sie temu nastrojowi. jeszcze na pizame narzucam kurtke, buciory i lece po sniegu do szopy zeby przytaskac drewno. wrzucam kilka szczapek do kominka i lece pod prysznic. malina sie ubiera, ja robie kawe. ogien skwierczy i pachnie. jest cieplo. potem zaplatam malinowe warkoczyki, smaruje malinowa buzie na mroz a przy okazju zabki, bo jak tu nasmarowac buzie, ktora sie nie zamyka ani na chwile tylko papla jakby byla w stachu, ze nie zdazy wszytkiego opowiedziec? rano jest tyle waznych spraw do omowienia. wychodzimy z domu, pod nogami chrupie snieg. jestem szczesliwa.

czwartek, 12 lutego 2009
usmiech losu w odpowiednim momencie.
kupilam malinie cudne kwiaty do wlosow na flamenco. dlatego pewnie nie mogla sie doczekac na zajecia. po okropnym dniu w pracy pedze samochodem jakby to byla formula 1 ale juz wiem: nie zdaze odebrac maliny tak zebysmy zdazyly na flamenco. "bede cierpliwa, bede cierliwa" - powtarzam jak mantre, bo wiem, ze malina najpier sie polaplacze a potem obrazi i bedzie marudzic a ja jestem jeszcze naladowana adreanlina z biura i moge niezle wybuchnac. malina wskakuje mi na kolana w przebieralni zanim w ogole zdolam zac zac cos wyjasniac i patrzy mi gleboko w oczy:
 - mamusiu... nie chce isc dzis na flamenco.
dziekuje losowi za ten blogoslawiony usmiech. pozwalam malinie odsniezyc pol ogrodka i jedziemy zakupowe glupoty do ikei. pozawalam malinie zasnac na sofie na dole. warunek: zasnie w 5 minut. malina oszolomiona takim odstepstwem od reguly kladzie sie, zamyka oczy i zasypia. w trzy minuty. normalnie cud.

wtorek, 10 lutego 2009
jeszcze nie wielkanoc, ale temat ze skorupka ze tak sie wyraze.
jestem slomiana wdowa z dzieckiem przy kolacji. jemy pomidorowe z wolowina, smietana i chrupiacymi kuleczkami. tak sobie rozmawiamy na rozne tematy i czy jutro flameco czy nie. a malina mi znienacka:
 -  a wiesz, ze chlopcy maja jaja?
 -  wiem. - no co mam powiedziec ze nie wiem???!!! ale juz mam stracha przed rozwojem dyskusji.
 - maja. maja, a skad ty wiesz malineczko? - usmiecham sie niepewnie a pomidorowa skapuje mi z lyzki, ktora nie dotarla do ust.
dowiaduje sie, ze liam i moritz postanowili skopac luisa w jaja a malina przytomnie spytala: w jaja??? co to znaczy?
i koledzy ja uswiadomili:
 - w jaja. na gorze jest birne. glowa. a tu -  malina pokazuje gdzie - sa jaja, wiesz? no tu , mamusiu, przed pupa. - tlumaczy moje dziecko spokojnie.
a ja usmiecham sie i ZUPELNIE nie wiem co powiedziec, wiec mowie:
 - to wszytko prawda, ale nikogo nie wolno kopac. zeby nie wiem co. nie wolno.
malina zmienia temat jakby chodzilo o pogode.


westalka
teraz, kiedy mamy prawdziwe ognisko domowe. bez zadnych metafor, przenosni i myslnikow. ognisko domowe, czyli ogien na srodku domu. no moglabym  byc teraz taka prawdziwa westalka. nic nie robic tylko troszczyc sie o ogien, zeby byl piekny, nie wygasal, zeby bylo cieplo, zeby skakaly iskierki. ale nie moge. no nie moge. bo:
1. ilekroc ja wrzuce drewno do kominka to wszytko sie robi czarne i trzeba czyscic.
2. ilekroc otworze klape, popiol wyfruwa na caly przedpokoj.
3. westalki byly dziewicami. po 15 latach malzestwa, jest towarunek trudny do spelnienia.
4. nawet gdybym byla jakims swietym wyjatkiem od biologicznej reguly i jednak byla dziewica, moj maz  natychmiast zmienilby ten stan rzeczy. ogien w domu wyzwala w nim jakas magiczna energie. mam nadzieje, ze to wplynie dobrze na moja linie:-)

zostaje wiec normalna lylowa, nie-westalka. trudno.


tesciowa ( niemalinowa:-)
jak wychodzilam za maz za mojego meza, to kilka kolezanek zartowalo: fajny maz, ale tesc to dopiero hoho!!! bardzo przystojny facet i jak widze zdjecia tesciowej z mlodosci to tez byla calkiem, calkiem ale po drugim dziecku sie roztyla i tak juz jej zostalo. jedyne co naprawde chciala robic w zyciu to zajmowac sie domem i dziecmi. tesc pracowal od zawsze bez konca a ona wychowywala mojego meza i mlodsza o dwa lata coreczke. poswiecila im rowne 20 lat. oboje nie chodzili do przedszkola, mieli zapewnione jedzonko, wyksztalcenie i aprobate siebie takimi jakimi sa. nie przepadamy za soba - ja i tesciowa - a w niektorych momentach nawet nie lubimy. zawsze jest bardzo kulturalnie i z usmiechem, ale bez szczerej symopatii. mimo wszytko jednak musze szczerze powiedziec, ze totalna akceptacja i milosc, ktora nakarmila swoje dzieci jest ich (meza i jego siostry) kapitalem na zycie. mojemu mezowi wolno bylo nawet palic papierosy jak mial 11 lat, ale... na balkonie. moze dlatego potem jako jedyny w dyskotekowej fazie swojego zycia... nie palil. chcial sie uczyc? bylo super. nie chcial? trudno. i tak byl najwspanialszy na swiecie. moja tesciowa wie jak kochac swoje dzieci. bezwarunkowo. pisze to szczerze i z podziwem. po niemiecku jednak odciela pepowine kiedy jej oboje dzieci osiagnelo 20 lat i poswiecila sie juz tylko mezowi. moj tesc - wiecznie w podrozach - nie zapakowal nigdy nawet jednej skarpetki do walizki, nie uprasowal jenej koszuli, nie ugotowal herbaty. on zarabial forse ona dbala o dom. ale jak! jest swietna kucharka, codzienne obiady to prawdziwe swiatowe menu, swieze obrusy, swieze kwiaty, ozdobki, srupki, kupki i co roku choinka w innej tonacji kolorystycznej. swojej tuszy i niecheci do ruchu tesciowa zawdziecza chore stawy. raz sztuczne biodro i krotsza noga, dwa sztuczne biodro i wyrownanie nog. druga operacja i rehabilitacja to bylo 8 dlugich tygodni w szpitalu a potem w sanatorium. tesciowa przygotowala na kazdy dzien obiad, ponumerowala datami, ale oczywiscie nie dala rady przygotowac dan na 8 tygodni! tesc oznajmil, ze kupi sobie mikrofalowke i zeby ona sie niczym nie martwila. ona malo zawalu serca nie dostala. zadnej mikrofalowki w jej kuchni! w jej krolestwie! po jej trupie! o nie! wiec tesc kupil mikrofalowke w tajemnicy i potem miala ja dostac moja szwagierka. boze co sie z tego faceta zrobilo! schudl, zmeznial, odmlodnial, kipial humorem i energia, normalnie druga mlodosc. po powrocie teciowej do domu zawalczyl o swoje prawa w domu. przeszedl wlasnie na emeryture i to byl absolutny szok dla kogos, kto latal do usa na kilkugodzinne spotkania. jego swiat z dnia na dzien stracil tempo. jego kolega w podobnej sytuacji dostal zawalu i umarl. tesciowa przyjrzala sie sytuacji na spokojnie. ustalili, ze dwa dni w tygodniu domem zajmuje sie tesc. robi jakies dania odmrazane, komponuje müsli na sniadanie. kupili psa (tesciowa nie przepadala za psami). zyja fajnie. ani przez chwile nie chcielibysmy zyc tak jak oni. ale musimy szczerze przyznac: daja sobie rade. nie wiem czy po 50 latach to jest milosc. ale szacunek. wielki i odwzajemniony szacunek.




sredniowieczne wymierzanie kary.
tej zimy malina nie dostala zadnej nowej sukienki, spodniczki, zadnych firdygalkow. zainwestowalam w roznego rodzaju okrycia chroniace przed zimnem, wigocia, mrozem i blotem. jakies membrany, welna owcza z jedwabiem, gumy, skory, kurtki z firmy, ktora kiedys zajmowala sie ubraniami marnarzy. no nie ma szans zeby sie zamoczyc. ale dla maliny nie ma granic. raz na tydzien odbieram maline tak, ze normalnie nie zmieniam jej butow, bo gumowo-pancerne-nieprzemakalne-filcowe najdrozsze zimowe buty jakie znalazlam sa do cna mokre. nie zakladam jej sniegowych spodni, bo mozna z nich wyzac wode. podobnie jest z czapka. owijam malione swoja kurtka i wrzucam do samochodu rzucajac blyskawicami jednoznacznych spojrzen na moje ulubione panie przedszkolanki. przeprowadzilam z malina kilka powaznych rozmow, ze jesli ona sama po siebie nie zadba to nikt inny w przedszkolu tego nie zriobi, bo panie sa zajete malymi dziecmi a takie duze szesc to juz musi samo o sobie myslec. przecwiczylysmy porzadne ubieranei: czapka na czolko, kurtka pod szyjke, butki zaciniete a spodnie sniegowe wylozone porzadnie na buty. i to jakos dziala. 4 dni w tygodniu, ale jeden dzien jest zawsze pechowy i jakas kaluza tak czaruje maline i wola do mojego biegnego dziecka: sprobuj, sprobuj czy w kaluzy mozna zrobic orla jak w swiezym sniegu. albo bloto wola: wygladam jak bloto, ale jestem sniegiem, mozna ze mnie zrobic igloo. i malina zwiedziona pada w te kaluze i plynie albo buduje zamek w blocie przy 2+ stopniach jakby to byl mokry piach nad morzem. raz miala bloto nawet w majtach. i normalnie to sie wkurzam i przemawiam do malinowego rozsadku, ale dzis to normalnie stracilam cierpliwosc. juz w samochodzie poweidzialam dzioecku, ze czeka je ciezka kara!!! i szybnko myslalm co tu zrobic, bo  w wymyslaniu kar nie jestem zbyt kreatywna. malina zalala sie lzami a ja wycedzilam niby macocha do kopciuszka:
 - do piatku zadnych deserow a jak bedziemy w domu 10 razy ubierzesz sie tak trzeba na dwor, zebym widziala, ze umiesz sie ubrac. bo z tego co widze, to jednak nie umiesz!!!
malina w milczeniu przyjela swoj los. w domu bardzo szybko wrocil jej humorek. 10 razy sie ubrala i rozebrala i smiala sie przy tym wnieboglosy, bo starala sie to robic szybko a ja jej nie powstrzymywalam. zamiast kary miala wiec niezla zabawe. niezupelnie wiec tak jak zaplanowalam. nastepnym razem karze jej wybierac groch z popiolu!!! jak kopciuszkowi. komin i popiol juz mamy.


poniedziałek, 09 lutego 2009
dwie persperktywy
dzis na sport leticje odprowadzil tata. pytam jak tam rozmowa klasyfikacyjna zony w ostatnia srode? udalo sie? wiem, ze strasznie jej zalezalo na pracy w rathaus. usmiechnal sie:
 - rozmowa byla dobra, ale pracy nie dostala. - maz nie smuci sie zbytnio i dodaje wesolo - ale to dobrze. w sumie cieszymy sie.
 - dobrze? - dziwie sie.
 - bardzo dobrze! przeciez ona ma dwoje dzieci. zapracowalaby sie na smierc!
tak mnie oszolomil ta troskliwoscia, ze zapomnialam napomknac, ze on jest ojcem tych dzieci! zreszta chyba wie to sam, bo szczegolowo wymienia: no leticja idzie w tym roku do szkoly a hansi tez teraz bedzie chodzil na sport i do klubu pilkarskiego.
 - no! ale klub pilkarski to juz twoja dzialka co? - wracam do formy, bo pamietam, ze mama leticji nie znosi pilki noznej a maz kaze jej zapisac synka do klubu sasiedniej dzielnicy, nie naszej, wiec bedzie mnostwo jezdzenia. tata usmiecha sie niepewnie i kiwa reka: no lece juz bo sie spiesze. poszedl.


ze sportu odbiera leticje mama. smutna jak zaloba.
 - nie dostalam tej pracy, wiesz?
 - wiem. gadalam z twoim mezem.
 - od srody to tylko placze...
leticja glaszcze mame po dloni:
 - biedna, biedna mama.


czy mozna dzielic lozko, stol, miec wspolnie dwoje dzieci i na podstawowe sprawy w zyciu diametralnie inne spojrzenie? mozna.



zycie plemienne-





jak jaskiniowcy, indianie albo harcerze. caly weekned spedzilismy wokol ognia.



czwartek, 05 lutego 2009
natchniona rozmowa z habalem o kubkach.
moja znajoma mieszka w najpiekniejszej czesci monachium, tuz przy ogrodzie angielskim. stary dom. odnowila fasady, pomalowala je na blady wrzos ku zachwycie maliny ale oburzeniu sasiadow. w sadzie musiala dochodzc swoich praw do tego koloru, ale okazalo sie, ze kilka ulic dalej tez stoi lila willa, wiec gmina przegrala sprawe a kolezanka obasdzila dom krwisto czerwonymi rozami zamieszkala jak w bajce. w przedpokoju polozyla ciemnoczerwone linoleum, ktore prowadzi do kuchni i jakby nigdy nic lezy w tej kuchni i sprawia, ze jej parter wyglada genialnie. gdybym ja sobie polozyla linoleum w kuchni to by byla ostania wies i bym sie musiala wyprowadzic! a u niej cudo. sufit w pokoju czarny, meble design, ale to wszytko trawie jakos. nieodmiennie jednak doznaje szoku w kuchni, kiedy na pytanie: chcesz herbaty? odpowiadam: tak. i wtedy znajoma owiera drzwi szafki a tam: 4 biale kubki, 4 gladkie szklanki
dwie piuekne puszki herbaty i... koniec!!! jak ja otwieram szafke w kuchni to tam: wypada mi stos kubkow kazdy inny i kazdego po dwa, kazdy w innym kolorze, kazdej szklanki po trzy i w roznych formatach, rozne puszki, torebeczki herbaty. teraz po remoncie kominkowam postanowilam zrobic z tym porzadek. poszlam z siekiera do kuchni (czyli foliowym workiem na szklo), otworzylam szafke i... zamknelam. no nie moge. no! a moglabym miec tak pieknie. moze musi sie powtorzyc lipcowy numer mojej mamy, ktora po ogrodowym przyjeciu weszla w ciemnosci do kuchni, nie chciala zapalac swiatla, zeby nie wpuscic jakichs much czy pajakow a tylko wziac cos ze stolu. staly tam wszystkie szklanki po piwie i kieliszki po winie i czekaly na sprzatniecie. rpwniutko jak wojsku. jednym machnieciem reki mama stracila wszytko na podloge. nie uratowala sie ani jedna sztuka.


środa, 04 lutego 2009
dla pewnej tajemniczej znajomej, ktora nie zaglada do zuzi. wpis tymczasowy:-)

25 x swiatlo. (czyli migawki?)

1. wyszlam za maz bez zastanowienia. i tak mi zostalo do tej pory.

2. zostalam mama przez przypadek. bycie mama jest moim ulubionym zajeciem, poza byciem zona.

3. raz sie zaprzyjaznilam naprawde. i tak juz zostalo. moj maz jest prawdziwym przyjaciem, moze dlatego jedna przyjaciolka wydaje mi sie luksusowym zbytkiem.

4. kazdemu zazdroszcze czegos. kreconych wlosow, basenu, zegarka, wladania wloskim, smuklych ud, lepszej pracy, mozliwosci niepracowania, fajnych wyjazdow, siedzenia w domu, tym ktorzy sie pieknie starzeja, tym ktorzy jakby sie nigdy nie starzeli, tym co zostali w polsce, tym co wyjechali gdzei indziej niz ja.

5. podziwiam ludzi, ktorzy niczego nikomu nie zazdroszcza.

6. podziwiam ludzi, ktorzy w zyciu robia co chca, szczegolnie jesli jest to sztuka.

7. mam tysiac fantastycznych pomyslow i ani troche sily na ich realizacje. stad wyladowalam zawodowo tam gdzie wyladowalam. slomiany ogien, chinska malpa. podsuwam pomysly innym i niech sie inni tym mecza.

8. moglabym zyc w kolorze bialym i wrzosowym, niestety w zyciu zawodowym uzywam glownie czerni, czerwieni, pomaranczu, zeby pokazac jaka jestem silna, i zdecydowana, mloda, niezlomna i nie ma ze mna zartow.

9. podziwiam ludzi, ktorzy jasno wyrazaja swoje mysli, szczegolnie jesli maja cos madrego do powiedzenia.

10. marzy mi sie swiat, w ktorym chlopcy nie beda strzelac z luku a dziewczynki gotowac zup dla lalek.

11. marzy mi sie zeby swiat zamiast inwestowac w bomby i rakiety zainwestowal w medycyne zebym w wieku 40 lat nie musiala sie smucic, ze polowa juz za mna.

12. w lato pije piwo. zawsze pije wino. co rano kawe. popoludniem herbate.

13. nie mam sposobu na wychowanie dziecka. wierze jedynie w dobry przyklad i celebrowanie wspolnych posilkow.

14. nie mam sposobu na malzenstwo. wierze w rozmowy, szacunek i niezmienna gotowosc zycia w pojedynke. nie wierze w oczyszczenie przez klotnie. przez 15 lat nie udalo mi sie poklocic z mezem a nigdy nie jest nam nudno. nie wierze w udane malzenstwo bez dobergo seksu. nie wierze, ze mezczyzna zeby byc sexy musi byc troche macho. macho to dla mnie chora pomylka, maska slabosci i strachu - zupelnie NIEsexy.

15. nie mam sposobu na dobry uklad z wlasna matke i boje sie, ze juz nigdy tego sposobu nie znajde.

16. niezmiennie dziwie sie asynchronizacji rozwoju mojej duszy i ciala. dusza mloda a cialo okreca sie jakims niepasujacym tluszczykiem, pokrywa niemodnymi zmarszczkami, dlonie bez kremu traca rozana swiezosc. moja dusza stoi wciaz u progu. moje cialo zatacza luk.

17. boje sie smierci. swojej, moich ukochanych. zupelnie nie wiem co z tym zrobic, bo w nic nie moge uwierzyc a reinkarnacja mnie smieszy.

18. nie lubie obcych w domu. dlatego nie ma u mnie miejca na nianie, baby sitter, sprzataczki, kucharki, ogrodnikow. wszelkie podjete proby zmiany tego stanu koncza sie niepowodzeniem.

19. gdybym miala czas pisalabym bez przerwy. wlasciwie ciagle cos pisze w glowie. glownie kiedy jade samochodem lub uprawiam sport. (no chyba ze to sa narty z moim dzieckiem, to wtedy skupiam sie zeby nadazyc!!!)

20. ze wszytkich rzeczy jakie umiem najlepiej wychodzi mi spiewanie. moja pierwsza wielka zyciowa inwestycja to dzialka pod warszawa, ktora kupilam za pierwsze spiewanie. wtedy warta miesieczna pensje, dzis majatek. posag dla maliny.

21. nie ufam malym mezczyznom. brzydkim, niezadbanym kobietom. kotom. koniom. kierowcom w kapeluszach. prognozom pogody. nonszalanckim kelnerom. specjalnym ofertom. kosciolowi. szkole waldorf. dzieciecym lekarzom. swojej silnej woli.

22.lubie podrozowac z mezem. nocowac w ekskluzywnych hotelach lub na campingach z zimna woda. wszytko jedno, ale razem. i w europie. fruwac samolotem nie lubie, lubie czuc opdleglosc i przejechac ja motorem lub - od kiedy jest malina - samochodem. najpiekniejsze miejsce wakacyjne: wyspy eolskie. najromatyczniejsze sevilla. najdalej przejechalismy motorem z monachium do poludniowej portugalii. potem odpadla mi pupa. ( ale niestety juz odrosla z nawiazka)

23. mam swoj blog, ktory daje mi spokojna swiadomosc, ze gdzies chwytam te wazne momenty zycia, ktorych nie wolno zapomniec, a ktore niezapisane umykaja jak poranna mgla. usmiechy maliny. madre i niemadre mysli. maz cierpliwie przypsluchuje sie mojemu stukaniu w klawature, bo obiecalam, ze jak przejdziemy na emeryture to bede mu wszytko po kolei tlumaczyla na niemiecki.

24. uwielbiam zime za ogien w kominku i narty z malina. i lato za roze w ogrodzie i winko z mezem pod lipa. warszawianka z ochoty na prowincji w niemczech.

25. u zuzi mam opinie szpiega czy podgladacza chyba. pisze tylko jak naprawde ma cos do powiedzenia. czesto przelatuje tu i na roznych blogach wpisy w trakcie nudnych telefonicznych konferecji, kiedy godzinami rozwazane sa kwestie szarosci skarpetek glownego bohatera, kiedy wiadomo, ze bohater filmowany bedzie close up czyli sama twarz. wielu osob juz nie znam. swoje wpisy robie na moim blogu wrzosowym, gdzie komentuje mnie kilka zaprzyjaznionych osob, ale statystyki pokazujas dziennie kolo setki odwiedzajacych a czasem znacznie wiecej. uwazam, ze otwarte forum i blogi po to sa otwarte zeby kazdy je czytal kiedy chce i jak chce. nie uwazam tego za podgladanie. kto ma tajemnice, zamyka je na kluczyk. chetnie sobie buszuje wiec u zuzi i w dts, sporadycznie komentujac. chetnie widze u siebie gosci. nawet anonimowych. to co nie jest przeznaczone dla ich oczu zachowuje dla siebie. a co pisze na otwartym blogu niech sobie czyta kazdy kto ma na to czas i cierpliwosc.

pozdrawiam serdecznie kazdego kto dobrnal do konca tej wymeczonej listy, wcale nielatwej do napisania.
wtorek, 03 lutego 2009
malina piracka
o jezu. niemieckie dzieci nie moga sie normalnie spotkac przy torcie ze swieczkami powyglupiac sie, wyskakac, wykrzyczec i pojsc do domu. nie. tu musi byc party tematyczne. ostatnio bylo party rycerskie. waldorf, wiec zmajstrowalam ,malinie kartonowy miecz, rekojesc okleilam czyms co przypomina aksamit i kamykami udajacymi diamenty i perly, rubiny. sasiad pozyczyl rycerska oponcze. malina poszla jako rycerz a wiekszosc kolezanek przyszla jako krolewny i to kupione w c&a czy jakims innym aldim. ja mam szczescie, ze malina nie jest drobiazgowa i i tak sie dobrze bawila. w piatek jest zaproszona na party pirackie. postanowilam nic nie produkowac wlasnorecznie tylko kupic dziecku prawdziwy plastikowy miecz ( o przepraszam szable!!!) z pozlacana rekojescia. mam gdzies waldorf eko. znalazlysmy szable a do niej w komplecie kompas, lunete, klapke z trupia czaszka. za 5 euro tyle dobrego!!! mojr dziecko z wrazenia nie moze spac i wciaz od nowa zachwyca sie roznica miedz mieczem rycerskim a piracka szpada.
nie zapominajmy, ze w tym sezonie karnawalowym malina jest tez indianka z fajka pokoju i naszyjnikiem wysadzanym turkusami. marzyla o tym caly rok, ale jak tylko jej przyjacioleczka oznajmila, ze w tym roku jest krolewna, malinie brodka wygiela sie w podkowke i kosztowalo mnie duzo tlumaczenia i szukania madrych argumentow, ze indianki sa cool a krolewny out, szczegolnie, ze w zeszlym roku bylo sie krolewna - wrozka. krolewna to jest temat dla tych co maja piec a nie dla takich duzych co sa szesc. eh.


malinowy czyscioszek.
mama jakiegos chlopczyka z grupy promyki sloneczne (malina jest w grupie tecza) podziekowala mi dzis za ten wspanialy pomysl na mycie raczek.
 - mycie raczek? - zdziwilam sie. najwyrazniej pomylila mnie za jakas inna mama.
 - no to puszczanie baniek na palcach, ktore malina pokazala dzieciom w przedszkolu. super. echt super! - pani usmiecha sie z wdziecznoscia.

powoli rozumiem o co chodzi. ostatnio pokazalam malinie, ze jak namydlic dobrze raczki i potem kciukiem i wskazujacym zrobic "O" to tworzy sie mydlana blonka. trzeba w nia lekko dmuchac i banki mydlane (ogromne!) gotowe.
moda na porzadne mycie raczek ogarnela grupe teczy i powoli przenosi sie na promyki sloneczne ku uciesze przedszkolanek i mam.


poniedziałek, 02 lutego 2009
malina na nartach.
znajomosc z katharina jest burzliwa, bo obie panny mimo dziewczecej urody maja meskie dusze, wybuchowy temperament i emocje na dloni. ja i mama kathariny obserwujemy to z boku i dajemy im zyc. nie wtracamy sie. ale w ten weekned postanowilysmy wykorzystac faze pozytywna i wybralysmy sie na narty. we cztery. mama kathariny jezdzi jak mloda boginii. smukla i lekka smiga jak gazela. katharina jest na tym samym etapie co malina, bo obie w tamtym roku robily razem narciarski kurs. dziewczynki tak nas pogonily po gorze, ze ledwie dojechalam do domu. zakwasy mam nawet w dloniach. na waciagu wygladaja jak dwa male grzybki i mozna je zjesc. a potem mkna przed siebie, skrecaj, hamuja jakby nic innego w zyciu nie robily. sama radosc.


Archiwum