wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 25 lutego 2010
wieczorne zawirowania
malina idzie do lazienki przygotowac sie do snu i nagle slsze jej rozpaczliwe:
 - mamuuuusiuuu!!!
biegne na gore, bo slysze:
 - cos mi sie stalo w nogi i w pupe!!! zrobily sie czarne!!!!
po boze, co to moze byc? wpadam do lazieki i widze zrozpaczona maline, ktora dostala dzis na sport nowe spodnie (czarne) i szara bluzke z czarna barbamama. no i teraz widze, ze polowa tych spodni w postaci czarnego pylu zostala na malinie. wrzucam dziecko pod prysznic. uffff. malinowy kamien spada z serca i malo nie tlucze mi kafelkow w lazience.

nastepny kawalek doktora dolittle, kolysanka misiowa i... telefon. wrrrrr. odbieram takim tonem, zeby przestepca wiedzial, ze go potepiam! ale to wychowawczyni maliny. chodzi o jakas tam skladke, ktorej nie zaplacilam, a malina oddala jakas koperte z literkami i pani sie martwi, ze moze te pieniadze zginely. (maz potem sie smial, ze powinnam byla powiedziec: jak to? przeciez tam byly te pieniadze!) wyjasnilysmy, ze ja zupelnie o skladce zapomnialam a malina zwyczajnie oddala jakas koperte. bo inne dzieci cos oddawaly, wiec nie chciala byc gorsza. no i tak sie zagadalysmy o malinie, ze tak madra, ze taka stabilna, wesola, mila, zawsze w dobrym humorze i chetna do kazdego zadania i ze taka opalona wrocila z ferii... no tak sobie pogruchalysmy o malinie i zyczylysmy sobie dobrej nocy. szczesliwa poszlam jeszcze raz wycalowac maline na dobranoc a tu? kupka nieszczescia cala we lzach.
 - co sie stalo? - martwie sie natychmiast.
 - wiem z kim rozmawialas...
 - no tak i co?
 - i wiem czemu pani do ciebie zadzwonila...
 - czemu? ... czemu?
nauczycielka ostrzegla maline i jej kolezanke z lawki ze powiadomi rodzicow, ze dziewczynki orakjtycznie caky czas gadaj i przeszkadzaja w zajeciach.
 - tak?
 - no i porozmawialysmy z chaline, ze sie poprawimy! i sie poprawimy. naprawde.
a no to dobrze. niech sie poprawia. ciekawe czy im sie uda:-)





nie tylko przesilenie ale i gluchota
maz zadzwonil do mnie do pracy w momencie, kiedy szybko cos konczylam i sluchalam go wpradzie i slyszalam, ale nie wiele chyba zrozumialam co mowil. zauwazyl, ze jestem myslami gdzie indziej, wiec sie szybko pozegnalismy. w czasie malinowego sportu przypomnialo mi sie, ze lodowka pusta, wiec polecialam po zakupy. wracamy do domu, triumfalnie - jaka ja jestem zapobiegliwa matka i zona co sie o rodzione troszczy! - otwieram lodowke i widze, ze tam jeszcze zostalo miejsca troche na twarozek. kolanem poupychalam co moglam a z reszty ugotowalam wielki tajlandzki obiad. maz wrocil do domu, otwiera lodowke a tam wyskakuje na niego podwojna porcja jajek, mleka, masla, twarozkow, serow, wedlin, avokado...
 


wiosenne przesilenie
ledwie zaswiecilo slonce a mnie ogarnia wiosenne roztargnienie. wychodze z biura, odwijam gume do zucia z papierka. papierek pakuje do ust, gume do popielniczki stojacej na schodach. dopiero w samochodzie czuje, ze smak i konsystencja dziwna. ble.


nosze dzis wsciekle rozowa bluzke zeby jakos zawalczyc z ta bolesna buroscia, ktora slonce bezlitosnie obnaza od rana. wiosna jest przereklamowana. zewszad wylazi zgnily syf. dopiero lato da sobie z tym syfem rade i pokryje wszystko kojaca zielenia.




środa, 24 lutego 2010
malinowy maz
zaproszenie przyszlo w rozowej kopercie oblepionej rybkami, malzami i osmiornicami. w srodku zaproszenie na urodziny podwodne od moritza. no jak to pieknie, ze o tobie pamietal!
 - no oczywiscie! - malina nie widzi w tym nic nadzwyczajnego - przeciez to moj maz!
malina wziela z nim slub jeszcze w przedszkolu, ale sadzilam, ze sorawa sie orzedawnila, bo nawal obowiazkow przeszkadza nam w kultywowaniu znajomosci. urodziny podwodne.
 - moze bedziesz piratem? - pytam peln nadziei, ze kostium z düsseldorfu bedzie mial swoj druga szanse.
 - piratem?!!! - malina jest wyraznie rozczarowana moj ograniczona wyobraznia - mamusiu, to jest party p o d  woda a nie n a  wodzie!!!
no tak. i co teraz?
 - moze bede konikiem morskim?
 - ja bym ci razcej radzila zebys zostala syrenka.
 - syrenka!!! tak! bede syrenka!!! - cieszy sie malina, maluje obrazek pelen rybek (polykanych przez wielkie ryby) i usmiechnieta syrenke. po drugiej stronie smaruje list - odpowiedz na zaproszenie:

LIEBER MORIZ DARF ICH MICH ALZ EINE MÄJUNG-FRAU FAKAJDEN DANKE DAS ICH ZU DEINEM GEBUR GEBURTZTAG KOMEN DARF DEINE MALINA

list jest pelen bledow. nastepnego dnia dzwoni moritz i oznajmia malinie, ze to najpiekniejszy list jaki dostal w zyciu (wszedzie zamiast kropek nad i, ä, j malina namalowala serduszka), ale malina zle napisala jego imie. nie ma "t". innych bledow jakos nie zauwazyl. gadali ponad pol godziny przez telefon.


poczatek konca

o jezus! malinie rusza sie gorna jedynka. do szkoly odprowadzilam ja za raczke. jakies wzruszone i skupione bylysmy. moze obie czujemy, ze to zaczyna sie konczyc dziecinstwo?



wtorek, 23 lutego 2010
malina w gorach.
malina jezdzi szybko, zdecydowanie, ale nie szaleje. swietnie hamuje, skacze po muldach i szancach, dla zabawy jezdzi raz na jednej, raz na drugiej nodze. jedzilysmy glownie czeerwonymi trasami, wiec bez ekscesow. malina w czasie szusowania prawie caly czas cos wola, spiewa a jak jezdzi bez kijkow i trasa jest latwa to urzadza sobie teatrzyk kukielkowy z obu rekawiczek i wtedy jedzie ona i jakies dwa stworki.
ostatniego dnia jezdzilismy w towarzystwie kolegi - rownolatka, ktorego tata jest nauczycielem istruktorow narciarstwa. zima nils wszystkie weekendy spedza na stoku. jezdzi jak mlody bog, wiec nie chcialam wspolnych jazd w ciagu tygodnia, zeby nie bylo stresu. okazalo sie jednak, ze dzieci jezdza tak samo i sie swietnie bawia.
najbardziej jednak podoba mi sie, ze malina poddaje sie atmosferze gor. na wyciagu milknie, marzy, cieszy sie drobinkami sniegu w powietrzu, ktore mienia sie jak diamentowy pyl... urok bialej przestrzeni...
raz polozyl mi reke na ramieniu i oznajmila:
 - teraz w te wakacje to nie tylko jestesmy mamusia i dziecko tylko kumpelki, prawda?
 - prawda.

raz pozyczylysmy wieczorem sanki. wlasciciel chaty krecil glowa i ostrzegl, ze jak nie zdazymy na ostatni wyciag to nie bedzie po nas jechal na motorze snieznym na dol. w polowie zjazdu zrozumialam, ze to glupota. wpadalysmy w zaspy. bylo tak stromo, ze hamowanie powodowalo prysznic z lodowatzegpo sniegu albo nagle hamowanie i spadanie z sanek, ktorych w zaden sposob nie moglysmy opanowac. na dol zjechalysmy spocone jak wariatki, swinskim truchtem dobieglysmy do wyciagu i jako jedyne niemal o zmroku wjechalysmy na gore zmazrniete jak dwa sopelki. wolfgang, wlasciciel chaty tylko sie poblazliwie usmiechnal. jause na nas jeszcze czekala.
 - jak jeszcze raz bede miala jakis podobny glupi pomysl, to mi to prosze powiedz wyraznie! a nie wyciagasz sanki i wysylasz nas na smierc!!! - zawolalam.
 - myslalem, ze dosc wyraznie dalem ci do zrozumienia, ze to glupota, ale balem sie ze pomyslisz, ze wam sanek zaluje...




poniedziałek, 22 lutego 2010
cudowna monotonia
raniutko sniadanie. o 9:00 w pelnym rynsztunku pierwszy zjazd rozgrzewkowy po stokach swiezutko przygotowanych przez sniezne gasiennice. dziewicze, gladkie szlaki, nie tkniete jeszcze zadna narta, bo dopiero o 9 ruszaja wyciagi. takie raczej powolne wozenie sie w dol, pogaduszki, smieszki. pierwszy wjazd na gore i regularne szusy, skrety, wyciagi, gondole, szance, slonce jak zyleta, snieg jak diamenty, diamentowy pyl w powietrzu. w poludnie kaiserschmarrn - najlepszy jaki w zyciu jadlam. potem znow do 16:30 szusowanie i do chaty na jause. goracy prysznic, pogaduszki przy piwie, kolacja - ale jaka!!! rewelacja!!! nierowna walka ze zmeczeniem, rozpaczliwe proby przeczytania wiecej niz jednej strony w ksiazce. sen w lozku w poscieli w czerwona kratke pod okienkem z czerwonymi zaslonkami w biale serduszka. a rano pobudka w niebie: my na gorze, chmury na dole... i tak codziennie przez 7 cudownych dni...







piątek, 12 lutego 2010
malinowe swiadectwo.
tu sa tez swiadectwa polroczne. i takie wlasnie pierwsze dostaje dzis malina. w horcie maja z tego powodu bal. (poszla w nowych spodniach w kwiatki, ktore jej kupilam na dzis) a zeby uczcic ten dzien, ktory jest tez poczatkiem ferii zimowych zapraszamy ja wieczorem do jej ulubionej greckiej restauracji. jutro wyrzucamy robotnikow z piwnicy i jedziemy na narty w alpy. bedziemy mieszkac w slicznej chacie na stoku. tak ze po sniadaniu mozna wskoczyc w narty i zwyczajnie zjechac w dol. kazde z nas bierze gruba ksiazke, cieple gacie, cieple kapcie i uciekamy na tydzien. kocham snieg. (oczywiscie jak nie musze koczowac na lotnisku)

ps: alisku:-) + :-) + :-) (alisek mi te chate polecil i zalatwil)


środa, 10 lutego 2010
kurcze:(
jak nie ma zimy to katastrofa, bo ocieplenie klimatu. jak spadnie snieg to tez katastrofa, bo juz w zasadzie nikt sie nie spodziewa sniegu w zimie. nic nie lata do monachium. lotnisko zamknite. utknelam w düsseldorfie. malina ma jutro bal piracki a jej stroj jest w... mojej walizce. 
poniedziałek, 08 lutego 2010
wieczorne przeprosiny.
caly wieczor wczoraj i dzis przy sniadaniu tlumacze temu dziecku:
 - jestes swiezo po chorobie. uwazaj na siebie, nie biegaj. wszystko powolutku. w horcie jak nie trzeba bedzie to nie wychodz na dwor.
dziecko rozumie. wie, ze jak bedzie kaslalo to nici z czwartkowego balu. nici i wyjazdu na narty w niedziele na tydzien. w ogole nici i katasrofa ogolna.
odbieram ja z hortu. wszystkie dzieci w srodku a moje dziecko z kolezanka na dworzu. siny nos, sine rece, bo rekawiczki zostaly niechcacy w szkole. jezusie jak ja sie wkurzylam! obiecalam, ze jak raz zakaszle to nie pojdzie na bal. i niech sobie lezy w lozku w przyszly tydzien zamiast jezdzic na nartach w pieknych gorach. i co ma mi do powiedzenia? po co tlumacze jej jakbym miala dziecko, ktore cos rozumie? skoro ona nic nie rozumie???  i co ma mi do powiedzenia?
malina szepnela tylko: - nic. a w domu zamknela sie w swoim pokoju. przechodza zobaczylam wywieszona karte: wielkie oko a z niego kapiace lzy jak deszcz. ale ja wciaz blam matka wkurzona i pomaszerowalam do kuchni robic kolacje. malina przychodzi po pewnym czasie z rysunkiem: my dwie, lekko skrzywione wprawdzie ale strasznie poplataly nam sie ramiona i sie przytulamy:
"LIEBE MAMUSIA ES TUT MIR SER LEIT ICH LIEBE BICH" a pod tym my dwie ze strzalkami: mamusia, malina. przytulilam maline i wycalowalam a ona na to: no tak sobie wymarzylam. wiem, ze nie mozesz sie usmiechac, bo jestes na mnie zla, wiec narysowalam nas smutne, ale i tak sie kochamy. tak jak teraz.
a maz w tle wycieral sobie oczy. ciekawe czemu.



niecierpliwa malina-uczennica
po tygodniu w lozku, malina wstala dzis raniutko, ubrala sie w 5 minut, zabki, sniadanko, kitki, nowe spineczki i juz stala z tornistrem gotowa do boju. musialysmy marznac pod szkola i czekac az ja otworza.


czwartek, 04 lutego 2010
zgotowalam malinie niezly cyrk.
od ponad miesiaca jestesmy zaproszeni na urodziny znajomego, ktorego juz ponad rok nie wiedzielismy, bo ciagle nam cos wypada. prezent gotowy, ale ja jednak decyduje, ze zostane w domu, bo zwyczajnie jestem tak rozwalona ta choroba, ze wejscie po schodach kosztuje mnie zadyszke, jak po dlugim biegu. no to maz tez chce zostac. namawiam go zeby poszedl sam, bo bedzie super i poza tym nie wypada. ok. pojdzie sam a ja do wanny i do lozka. cos mnie jednak kusi by w koncu pojsc do remontowanej piwnicy- nie bylam juz od trzech dni. wchodze i szlag mnie trafia na wszystko, gdzie nie spojrze to szlag mnie trafia jeszcze raz, dobrze, ze zawalu serca nie dostalam. gramole sie boczkiem po schodach, (zeby nie rozwalic swiezo polozonych plytek) na gore i napadam na meza. niewinnego zreszta, ale na kogos musze wylac moj wielki zal. dyskutujemy zywo, bo maz tez wkurzony, omawiamy plan dzialania. jutro rano porozmawiamy z panami na serio, bo to tempo to nie na nasze nerwy. a do okien zadzwonimy po inna firme. ok. strategia omowiona. maz zostaje odprawiony na przyjecie. polecial jeszcze do maliny na gore, zyczyl jej dobrej nocy i poszedl. sprzatnelam ze stolu i krzycze do maliny zeby juz sie przebrala w pizamke. odpowiada mi glucha cisza. aha. dziecko ma w nosie pizamke i moje prosby. w bojowym nastroju ide na gore i co widze? malina w pizamie, zabki umyte, pokoj wysprzatany. wlasnym oczom nie wierze ale czuje, ze o cos chodzi, bo malina siedzi wyraznie zmartwiona.
 - cos sie stalo?
 - nie wiem.
 - jak to nie wiesz? przeciez widze, ze jestes jakas dziwna?
 - nie jestem.
 - co sie stalo?
 - nic. ale musisz mi powiedziec prawde... - i malina placze az mi sie swiat zatrzymuje na chwile w miejscu.
- ? jaka prawde? o czym?
- no bo ja wole zebys mi powiedziala prawde, ze sie rozwodzicie.
- no co ty? malina! skad ci to przyszlo do glowy? ja tatusia kocham najbardziej na swiecie i tatus mnie!!! nigdy sie nie rozejdziemy!!! no co ty! myslalas, ze sie klocimy przez te piwnice? - sciskam maline ze wszystkich sil, bo placz normalnie nia lopoce. teraz rozumiem.
 - tak. i tatus sobie poszedl. tu namalowalam takie serce i jak chcesz to mozemy do niego zadzwonic zeby wrocil.
 - malina!!! tatus poszedl na przyjecie a ja zostalam w domu, bo jestesmy chore. wroci jak bedziemy spaly.
 - naprawde?
 - oczywiscie!!!
poplakalysmy sobie razem, zadzwonilysmy do tatusia, ktory na te wiadomosc od razu chcial wracac. uspilam ja przytulona i chyba na nic sie zdalo trzymanie z daleka przez ostatnie trzy dni, skutecznie wymienilysmy wszelkie dostepne nam bakterie i virusy.



malina feministka.
 
- w szkole opracuja same kobiety. - stwierdza ni z gruszki ni z pietruszki malina.
 - mmm... niezupelnie. a wasz stroz?
 - stroz. stroz. jest tylko jeden. ale nauczycielki to same kobiety!

rzeczywiscie. racja. co moge powiedziec malinie? ze naucielki malo zarabiaja i zaden facet nie utrzymalby z tego rodziny? ale malinie wyraznie zebralo sie na samodzielne rozmyslanie i wcale nie potrzebuje mojego intelektualnego wkladu. mysli glosno:
 - to jasne, ze nauczycielki to same panie. to jest bardzo trudna praca. mezczyzni nie moga byc nauczycielami, bo oni by uczyli samych glupot. a kobiety sa powazne.


środa, 03 lutego 2010
matka nieustraszona.
parkujemy pod gabinetem lekarskim. wszedzie zaspy, za malo miejca na samochod. wszystko pika zeby nie parkowac, ale nie mam czasu na szukanie innego miejsca, wiec rozjezdzam zaspe bezlitosnie, troche buksujac do przodu i do tylu.
 - mamusia, popsujesz kola! - ostrzega mnie malina.
nadal rozjezdzam zaspe bezlitosnie i w milczeniu, bo czas ucieka.
 - mowie ci: popsujesz kola!
zaparkowalam z sukcesem. malina kreci glowa:
 - moj boze! ta kobieta niczego sie nie boi!!!



pani maz, kochaniutka...
moj maz jako 14 letni chlopak mial oficjalne pozwolenie na palenie papierosow. byle nie w domu. dlatego prawie nie palil, bo to go wcale nie wzruszalo. po maturze zamarzyla mu sie natychmiastowa praca i w zadnym wypadku studia. poszedl do warsztatu. tesciom bylo smutno, ale nie protestowali, bo taki byl ich styl wychowania. maz lubi prace fizyczna i tak sobie w tym warsztacie slusarskim od razu nawet niezle zarabial, wiec ogarnelo go szczescie jakie zna kazdy kto w wieku 18 lat moze zaczac zbierac na motor z wlasnej pensji. po kilku miesiacach zadowolenia naszly go pierwsze reflekcje. i co? teraz juz tak cale zycie? ciezka praca, do domu, obiad, tv, spanie? wpadl w panike. postanowil zrobic dyplom i wiac gdzie pieprz rosnie czyli na studia. potem jego losy potoczyly sie jak po masle, dwa fakultety, kariera, fantastyczna zona (hehehe!), sliczne dziecko.
i strasznie chce mi sie smiac, kiedy przez nasza chatke przelewa sie koleja fala robotnikow. a to drzwi, a to kominek, a to plot, a teraz piwnica. panowie robotnicy z lekka ironia patrza meza, ktory przeciska sie po korytarzu wsrod worow cementu tak zeby nie pobrudzic eleganckiego plaszcza czy garnitur. nic nie mowia, ale wiadomo co mysla a na kazda rurke maja jakas niesamowita historie, na kazda krzywa sciane, na kazdy krzywy prog, bo im sie wydaje, ze moga kazdy kit wciasnac. dopiero kiedy dochodzi do wieczornego piwa po fajrancie maz zaczyna sie wypytywac o to i o tamto, zna sie na rzeczy i rzuca mimochodem:
 - ... no nie bez powodu jestem dyplomowanym slusarzem.
i wtedy powinna wchodzic piekna muzyka, lody topnieja, bariery pekaja, granice sie zacieraja jak slady na piasku... no trafil swoj na swojego! a nastepnego dnia, kiedy podaje kawe w wielgachnych kubkach dostaje tez oficjalne blogoslawienstwo:
 - pani maz, kochaniutka to swoj chlop. niech pani o niego dba, bo to skarb. prawdziwy skarb!

no jak wyzdrowieje to zaczne dbac.
wtorek, 02 lutego 2010
kazdy z wlasnej perspektywy.
ani jennifer aniston ani angelina jolie nie sa w moim typie. ale za nic nie moge uwierzyc, ze komus moze podobac sie bardziej jennifer z jej konska twarza i konskimi kolanami niz wiotka angelina. jednak kobiety, ktore raczej utozsamiaja sie z ciepla dziewczyna z sasiedztwa krzycza wspolnym glosem na wszelkich plotkarskich portalach zeby bratt wracal do bylej porzuconej zony. niewiele kobiet utozsamia sie z piekna angelina. chyba w tym sek.

jestem chora i umieram na kaszel i katar, dziennikuje wiec od wczoraj jak kiedys. i jak kiedys widze, ze tragiczna prawda jest dla wielu realna a opis szczescia klamstwem. dlaczego latwiej identyfikowac sie z nieszczesciem? dlaczego latwo w nie uwierzyc? to jest zycie? prawdziwe zycie?


Archiwum