wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 27 lutego 2012
senden
napisalam piekny plomienny mail. potem go skrocilam. potem go wykasowalam. napisalam nastepny rzeczowy i profesjonalny. wykasowalam. napisalam kolejny, smieszny, wesoly, dowcipnie inteligenty zdawalo mi sie, ale kiedy przeczytalam go po powrocie z kibelka stwierdzilam, ze jest glupawy. wykasowany natychmiast. no to jeszcze raz. troche profesjonalnie, troche osobiscie, troche smiesznie. przeczytalam z 50 razy. naplulam na palec, popukalam w drewniany stol i... stuk puk nacisnelam klawisz "senden".

a teraz pozostaje mi tylko czekac.

boze, gdyby ten projekt wypalil...
nie moj swiat i nie moj problem.


znow dwa dni w chacie na nartach. malina ma kondycje ruskiego czolgu i na nartach 24 godziny genialny humor, wiec mimo sniezycy, zamknietego wyciagu, "wodnych" nart, wichury, ktora siecze nam policzki jak zyletka ciagle jest wesolo i dobrze.
w chacie  mieszka tez rodzina z trzema synkami jak piszczalki w organach: maly, sredni, duzy. z widzenia znamy sie z zeszlego weekendu. mama przypomina dowodce okretu wojennego z bardzo wazna misja a wszystko, co mowi do kazdego ze swoich dzieci, konczy pytaniem:
 - zrozumiales?
nawet nie patrze w ich strone, bo sie od razu mecze. wieczorem tule plecy do kominka, popijam wino a malina stuka sms do tatusia, pani dosiada sie do nas:
 - jak ja widze jak pani jest szczesliwa z taka coreczka, to bym zaraz zamienila moich chlopakow na jedna dziewczynke...
smieje sie, ale od razu jej nie lubie, bo pamietam z dziecinstwa teksty mojej mamy i jak mi bylo smutno z tego powodu, ze ciagle powtarzala: "- jak mi ciezko z ta jedynaczka. moim zdaniem jedynactwo to kalectwo!" a ja sie czulam winna, jakbym mogla cos na to poradzic. a pani niemal czytajac w moich myslach dodaje:
 - nawet sobie pani nie potrafi wyobrazic jak to jest zyc z trojgiem dzieci.
idz babo precz - mysle, a glosno pozwalam sobie na kategoryczne:
 - mysle, ze nie trudno jest to sobie wyobrazic i dlatego mam jedno dziecko.
i zdecydowanym ruchem rozkladam przyniesiona ksiazke oddzielajac jej swiat od mojego.



piątek, 24 lutego 2012
sroka i gnat

wsiadam do ICE, w pierwszej klasie prawie kazdy ma swoj stoliczek i zaraz po zdjeciu plaszcza wyciaga laptop, iphone i zamienia ten stoliczek w mini biuro. pani podaje kawe i cieple precle, niektorzy oddzielaja sie od reszty swiata sluchawkami. wsiada pan. zdejmuje plaszcz. jest w garniturze. pewnie w sluzbowej podrozy jak wiekszosc z nas. duza walize wrzuca na gorna polke, podreczny kuferek stawia kolo swojego stoliczka. pani podaje kawe, pan wyciaga z kuferka druty i zaczyna dziergac cos niebiesko-szarego. fajna welna z supelkami. patrzy w okno i prawie nie sprawdza sciegu. szybko migaja druty. oczko za oczkiem. a ja - co tak mysle o sobie, zem nowoczesna, obojetna na przesady i stereotypy - gapie sie na tego pana jak sroka w gnat.




 
środa, 22 lutego 2012
swiety malinowy spokoj.
z nawalu prac, kupowania domu, sprzedawania domu i odkladania wszystkiego na pozniej nie udalo mi sie dostac miejsca w chacie na narty. a tu prosze malina ma ferie zimowe - normalna matczyna klapa na calej linii. okazalo sie, ze jak chcemy to mozemy przyjechac na weekend, wiec zabralam maline prosto ze szkoly na narty i trzy dni od switu po zmierzchu szalalysmy na szlakach a o 8 bylysmy w lozeczkach. 3 dni zamiast 9. wiele dzieci nie wyjezdza przeciez na ferie, swiat sie przeciez nie zawala, nie? a jednak bylo mi jakos przykro.
ale w poniedzialek malina caly bozy dzien kleila obrazki, pisala listy do przyjaciolek i wygladala na calkiem zadowolona. wczoraj skoro swit w pizamie zeszla na dol i do poludnia kleila znow obrazki, potem poszla na lekcje pianina (bo bardzo chciala!) a potem powiedzialam, zeby zalozyla szal z pior, bo pod ratuszem chyba cos sie dzieje. poszlysmy wiec na paczki, bo bylo pozegnanie karnawalu. okazalo sie, ze w ratuszu jest wielki bal dla dzieci, wiec zaszylam sie w kat, pisalam maile a malina dwie godziny tancowala.
dzis od rana dalej kwitnie artystyczna praca, malina w pizamie miesza farby, klej i brokat.
podaje jej herbatke a moje dziecko wzdycha:
 - to sa najlepsze ferie w moim zyciu...
a tak sie martwilam, ze niczego nie zorganizowalam. a dziecko? hmmm dziecko to potrzebuje czasem swietego spokoju i juz. niczego wiecej.




wtorek, 21 lutego 2012
plan poranny

9 lat od wiosny do jesieni wybujalismy pod tymi jablonkami 3 hamaki do przetartych nici i urwanej linki. ostatni, blekitny ma 10 letnia gwaracje i przenosi sie z nami do nowych dwoch jablonek. winogrona, dzikie wino i dzikie roze przeprowadzaja sie ze sciany szopy na sciane murowanej altany i to jest pradziwe stapanie po szczeblach ogrodowej kariery, bo teraz zamiast po drewnianych szczebelkach beda sie tulic i platac po bialym murze i wic wokol miedzianej rynny. roze z rozarium przesiadaja sie na godne miejsce kolo trzech schodkow do ogrodu. to jest miejsce specjalne, bo moj maz sie smieje, ze ten dom kupilismy ze wzgledu na te trzy schodki. tu mialam ogrod na takim samym poziomie jak dom, tam beda trzy schodki z tarasu i juz widze jak sie rozsiadam w sloncu i pije kawe przycupnieta na schodku. bordowa magnolia sprzed drzwi szopy przeniesie sie przed brame wjazdowa razem z druga bladorozowa kolezanka spod lipy. pole poziomkowe zabieramy i jeszcze musimy poszukac dlan miejsca godnego i wybranego przez maline, bo ona jest w naszej rodzinie odpowiedzialna za poziomki na sniadanie. jeszcze przeprowadze trzy bzy i paproc i budujcie tu sobie ludzie nawet garaz trzypietrowy.
tak sobie dzis rano o 5:00 przemowilam do rozsadku i teraz moge spokojnie pracowac. amen.



poniedziałek, 20 lutego 2012
mozna? mozna.

http://wrzosowy.blox.pl/resource/szopka.jpg

czy takie miejsce mozna zamienic na 8 metrowy betonowy garaz i miejsce na samochod campingowy? mozna. ta szopa postoi jeszce otulona winem i dzika roza miesiac. zaplatany w sztachetki groszek pachnacy juz nie zdazy zakwitnac. wlasnie byli u nas ludzie, ktorzy kupili nasz dom i z architektem omawiali zmiany. obie stare jablonie beda wyciete, zeby bylo gdzie postawic campingowy woz. a tak tam malowniczo wisial hamak z niebieskimi poduchami i tak sie milo siedzialo wiosna pod baldahimem z rozowych kwiatow...

jak to dobrze, ze sie wyprowadzam.

czwartek, 16 lutego 2012
a jutro.
jutro rozdanie swiadectw. prosto ze szkoly malina juz w narciarskich spodniach wskakuje do samochodu i jedziemy w gory. bierzemy jeden plecak, szczoteczki do zebow i pizamki. malina przygotowala ksiazke o smokach, ja szydelko. tylko trzy dni ale strasznie sie ciesze. chce sie tak zmeczyc zeby zasnac o 9 wieczorem i nie obudzic sie o 5 rano. od rana do zmierzchu narty, wieczorem kolacja i lulu.


środa, 15 lutego 2012
opowiesc slubna - w kwietniu minie juz 18 lat od czasu kiedy sie to wszystko dzialo.
moja slubna historia gdzies tu jest wklejona, ale niestety nie moge sie jej doszukac. natomisat bez problemu znalazlam ja w dts! niewiarygodne, ale to bylo 7 lat temu!od siedmiu lat bloguje jak najeta. o matko salatko!
tu sa kolejne czesci:

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9692

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9707

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9731

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9733

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9850


http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9980

http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9888


http://www.styl.pl/wasz-styl/twoj-profil/dziennik/wpis,nId,9981

dodam tylko, ze chrzestna maliny bedzie nasza swiadkowa, ktora jest jedna z bohaterek tej slubnej opowiesci.



wtorek, 14 lutego 2012
chrzciny w polsce

jestem pod wrazeniem. ksieza mili, chetni, elastyczni. oferta restauracji fantastyczna! wybralam kilka najladniejszych i wyslalam pytanie o rezerwacje. wszystkie restauracje odpowiadaja natychmiast, sympatycznie i profesjonalnie. menu ciekawe. wybralam takie kuchnie, ktore serwuja albo typowa polska kuchnie albo polska kuchnie zmodernizowana. jak czytam to natychmiast jestem glodna.
malina poranna

malina wstala dzis skoro swit. zobaczyla, ze sniegu napadalo po pachy, wiec postanowila sie szybko ubrac i jeszcze przed szkola (w absolutnej ciemnosci) pobawic sie w ogrodzie i moze nawet zdazyc ulepic balwana. jezu co ja sie nameczylam, zeby jej wytlumaczyc, ze poranna herbatka z sokiem malinowym i toasty z maslem orzechowym sa lepsze niz zimny balwan w srodku nocy. nawet pozwolilam zalozyc niebieska sukienke z balwankiem...
do szkoly pobiegla jak mlody zrebaczek, kopiac sniegiem we wszystie strony.
poniedziałek, 13 lutego 2012
to byl trudny weekend.

cala sobote balowalismy. cala niedziele spedzilam w lozku od czasu popijajac gorzka, czarna herbate. rano obudzilam sie dzis z poczuciem niesprawiedliwosci, ze to byl w sumie weekend bez niedzieli ale z radoscia, ze to juz poniedzialek, ze swoje odchorowalam i bedzie lepiej. gdzie tam. glowa peka mi w szwach.


czwartek, 09 lutego 2012
pomocy.


slicznie posprzatalam, zmienilam posciel, napalilam w kominku, zjadlysmy z malina kolacje, zaraz przyjedzie maz. boze jak tu pieknie. dlaczego ja sie stad wyprowadzam? normalnie zaraz sie porycze. co za glupi dzien.
to dzis.

POGRZEB

„tak nagle, kto by się tego spodziewał”

„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”

„jako tako, dziękuję”

„rozpakuj te kwiatki”

„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”

„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”

„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”

„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”

„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”

„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”

„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”

„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”

„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”

„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”

„dwa żółtka, łyżka cukru”

„nie jego sprawa, po co mu to było”

„same niebieskie i tylko małe numery”

„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”

„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”

„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”

„no, nie wiem, chyba krewni”

„ksiądz istny Belmondo”

„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”

„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”

„niebrzydka ta córeczka”

„wszystkich nas to czeka”

„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”

„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” „było, minęło”

„do widzenia pani”

„może by gdzieś na piwo”

„zadzwoń, pogadamy”

„czwórką albo dwunastką”

„ja tędy”

„my tam”

(Ludzie na moście,

Warszawa 1986)

środa, 08 lutego 2012
ja : one
moja tesciowa i szwagierka, to kobiety ktore sa przykladem prawdziwego ludzkiego klona. roznia sie jedynie wiekiem. maja ten sam kolor wlosow, uzywaja tych samych fraz tak precyzyjnie identycznych i czestych, ze zamiast pelnych zdan moglyby uzywac numerkow:
 - 5.
 - aaa 45!
 - 9?
 - 21...
i obie wiedzialyby o czym rozmawiaja.
obie zyja wedle tego samego wzoru, ktory zupelnie mi nie odpowiada, ale nic nie mowie, bo jak sie im podoba to co mi to przeszkadza? natomiast im od zawsze przeszkadza nasz sposob bycia i zycia i czuja sie zobowiazane wytlumaczyc mi gdzie lezy blad. nie podobalo im sie, ze nie mamy dzieci, ani ze jak w koncu urodzila sie malina to ja jednak wrocilam do pracy, ani ze malina dwujezyczna, ani ze wszystkie wakacje planujemy w ostatniej chwili, a teraz nie podoba im sie, ze mamy kupic psa. moja szwagierka wyglosila telefoniczna mowe na temat posiadania psa i niedogodnosci z tym zwiazanych a wszystko tonem jakim pani w szkole tlumaczy dzieciom zachowanie na przerwach. udalo mi sie nie wchodzic w dyskusje, reszta sil gryzlam sie w jezyk a w koncu zapytalam:
 - no tak, ale mialas kiedys psa?
 - nie, bo straszna odpowiedzialnosc i jak mowie: mnostwo roboty.
 - no tak. a ja mialam psa 18 lat i wiem dokladnie jak to jest.
a dzis zadzwonila tesciowa, zeby mi wytlumaczyc o co chodzi w przeprowdzkach, bo tesciowie sie 6 miesiecy temu przeprowadzili, wiec ona wie lepiej jak to jest i chetnie da mi kilka rad. slucham, slucham, a co powiem to oczywiscie nie mam racji, nie mam pojecia i w ogole nie moge sobie sobie wyobrazic... wiec w koncu pointuje:
- to jest nasza 5 przerowadzka, wiec wiem jak jest. i tym razem bedzie podobnie. dobytek powiekszyl nam sie o kilkadziesiat ksiazek i pianino, ale poza tym nie powinno byc niespodzianek.

na koniec tlumacze sobie, ze to jest pewnie sposob ich zainteresowania i wyrazenia troski. niestety wkurzajacy jak nie wiem co.


wtorek, 07 lutego 2012
media niszcza resztki moralnosci.

jesli jakies resztki jeszcze pozostaly...
wszytkie te dyskusje w mediach. pani czubaszek, ktora cenie za fantastyczne teksty wypuszcza jakies rzygowiny o aborcji.
oczywiscie, ze nikt nie musi miec dzieci, nie musi dzieci kochac ani ich pragnac, ale rzucanie hasel, ze dwa razy sie przeszlo aborcje i to jest cudowne to dla mnie przyznanie sie: jestem ostatnia idiotka ale mi to nie przeszkadza. wspolczesna chec zaistnienia publicznego nawet za cene robienia z siebie ostatniego debila jest przerazajaca.
mysle, ze zaczynam tesknic za moralnoscia pokolenia mojej babci. niechby to byla nawet moralnosc pani dulskiej ale lepszy rydz niz nic. wolalabym, zeby ktos wstydzil sie powiedziec o sobie: jestem suka.




poniedziałek, 06 lutego 2012
kupili-sprzedali


pojechalismy, zobaczylismy, kupilismy.
przyjechali, zobaczyli, kupili.

w maju bedziemy juz mieszkac nad jeziorem.



sobota, 04 lutego 2012
slonie a ludzie

niedawno w w zoo umarl slonik. ludzie nie mogli sie nadziwic jak wszystkie dorosle slonie stoja wokol i godzinami smuca sie strata. prawdziwa zaloba. a czlowiek zakopuje zwloki wlasnego dziecka jak worek smieci i nagle okazuje sie ze jest mnostwo wytlumaczen takiego zachowania: histeria, depresja poprodowa, trudne dziecinstwo, strach.


czwartek, 02 lutego 2012
pozegnanie.

podchodze do biblioteczki.
wszystkie wiersze stoja w rzadku.
nowych nie bedzie.


środa, 01 lutego 2012
poszla baba do lekarza.

poniewaz lada moment sie wyprowadzamy postanowilym obleciec kilku lekarzy. i zaczelam od spraw kobiecych. bardzo lubie pana doktora, bo mimo ze zajmuje sie zupelnie innym koncem tulowia to atmosfera jest zawsze profesjonalna i sympatyczna jak u dentysty.
myslalam, ze troche sie zdziwi, bo przeciez niedawno bylam a chodze na kontrole raz na rok, ale zaraz na wstepie pani sprawdzila karte i okazalo sie, ze nie bylam od 14 miesiecy. nie do wiary. od rana bylam w jakims stanie histerycznej glupawki pomieszanej z szampanskim humorem.
pan doktor ma w zwyczaju stawac przed poczekalnia, tubalnym glosem wolac: pani lylooowa, prosze! i szerokim gestem wskazuje droge do gabinetu. a ja jakos o tym zapomnialam i wyciagnieta reke potraktowalam jako zachete do przywitania, chwycilam, wesolo potrzasnelam wolajac: guten morgen! guten morgen!
panie w recepcji usmialy sie po pachy i ja zreszta tez bo w tym samym momencie zrozumialam pomylke.
no dobra. ide za parawan. zawsze do badan zakladam spodnice, dzieki czemu nigdy "nie ma mnie" przy badaniu, ptrze sobie na monitorek. za parawanem dostrzegam kolejna pomylke tego dnia: jestem w spodniach! zapomnialam o spodnicy i mam okropnie skarpetki w serduszka. pan doktor zaniepokojony, ze tak dlugo nie wychodze:
 - czy wszystko w porzadku?
 - hmmmm w porzadku... nie moge sie zdecydowac czy bardziej glupio jest w skarpetkach czy bez.
pan doktor bardzo powaznie:
 - prosze zostawic skarpetki. po latach praktyki jestem nie tylko lekarzem ale tez znanym specjalista od skarpetek.
no dobra wychodze w skarpetkach. jak debil. pan doktor rzuca okiem:
 - o! te znam przeciez: h&m!
po badaniu biustu pytam czy w moim wieku to juz nie czas na pierwsza mamografie. pan doktor kreci przeczaco glowa:
 - nie. mysle, ze nie. ma pani swietne piersi...
 - o! moj maz tez tak mowi!!! - wypadam mu w slowo, bo jestem w humorze do pajacowania i teraz nawet on musial sie rozesmiac:
 - nie watpie, ale chodzi mi o to ze nawet nie mam najmniejszego podejrzenia zeby moglby jakis guzek czy niepokojaca nierownosc, ale jesli to pomoze zachowac pani spokoj, to moge pania skierowac na badanie. ostroznosci nigdy dosc.

ten smiesznie rozpoczety dzien rozwijal sie potem w szalonym tempie i z zapierajaca dech dynamika.

ale o tym potem.







Archiwum