wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 28 lutego 2014
malinowa czworeczka.

 

uuuu wlasnie przyszlo sms opatrzone kolekcja "placzacych" buziek: 4 z laciny. przeslalam mezowi. a maz sms: ufff, jest zdrowa. 4 z laciny. ja w zyciu nie mialem 4 z laciny. i nastepny sms: nigdy nie bylem wystaraczajaco madry, zeby uczyc sie laciny!:-)

w styczniu zrezygnowalysmy z lekcji gry na pianinie: ja z placenia, malina z grania. nazwalysmy to przerwa do kwietnia a w kwietniu albo znow lekcje albo sprzedajemy pianino. od tygodnia malina codziennie cwiczy nie patrzac na zegarek i bez slowa z mojej strony.

jutro skoro swit uciekamy na narty. przez 9 dni swiat zredukowany do bieli sniegu i blekitu nieba.

 

 

 

 

środa, 26 lutego 2014
malina w soboty.

 

przegladam malinowe zeszyty z polskiej szkolki. historia zaczyna robic sie skomplikowana (akurat przerabiaja rozbiory), geografia, lektury i wypracowania z polskiego. nic nie mowie, ale zaczynam sie zastanawiac, czy to nie przesada. kolezanki maliny jezdza w soboty na nartach, tancza, spotykaja sie a ta skoro swit jedzie do obskornej szkolki i meczy przygody alcybiadesa. naszlo mnie zwatpienie.

 

środa, 19 lutego 2014
tatusiowa malina

czasem mysle, ze jak poczelismy maline, to w tej jednej slicznej komoreczce, ktora sie dzielila tak dlugo az uformowala sie malina, zebral sie caly material genetyczny mojego meza i nic ze mnie. rzesy malina malina ma po mnie, cala reszte po tatusiu. szczegolnie charakter.

wczoraj wraca ze szkoly skaczac na jednej nodze:

 - hurraaaa!!!! f. zaprosila mnie na swoj bal karnawalowy!!! super, co?!!!!!

rodzice f. sa szalenie zamoznymi celebrytami i f. opowiadala o tym balu juz od tygodnia. mieszkaja nad rzeka, beda lampiony, ogrzewanie w ogrodzie, ognisko a potem bal na sto par. no pieknie! podziwiamy wymyslne zaproszenie, zezujemy w kalendarz: o! jedna z nielicznych sobot, kiedy nie ma polskiej szkolki!

 - ide jako rajski ptak! - tancuje mi dziecko po kuchni.

 - oj to musimy w koncu zorganizowc ten ogon! - smieje sie i flamastrem wpisuje bal w kalendarz... i... ups?

 - malina! to juz za 10 dni!

 - tak! wiem!!! skacze malina na lewej nodze - wiem wieeeeem! bede rajskim ptakieeeeem!!!

 - malina... nas juz wtedy nie bedzie. bedziemy na nartach... hmm...

malina zatrzymuje sie na chwile. oczy jak dwa razy po 5 zlotych.

 - to ferie sa juz za 10 dni? za 10 dni jedziemy na narty?!!!

 - no.

szybko obmyslam plan pocieszania, suszenia lez i utulania zalu, ale malina przeskakuje na druga noge:

 - juz za dziesiec dniiiiiii, jade na nartyyyyyy!!! musze powiedziec f., ze na bal nie przyjadeeeee   eeee   eeee! na nartyyy yyy yyy - i tanczy dalej.

ciekawe co to za kompot, ktory oni pija w szkole. gdyby malina odziedziczyla po mnie choc troche, to siedzialaby pol wieczoru zastanawiajac sie jak przekonac mnie zebysmy wyjechaly dzien pozniej, i martwila sie ze dzien pozniej to strasznie szkoda, no ale balu tez szkoda... mialaby popsuty humor na dwa dni i w koncu nie miala ochoty ani na narty ani na bal.

poniedziałek, 17 lutego 2014
malinowy polmetek

malinowe pierwsze gimnazjalne swiadectwo. najlepsza srednia wsrod piatoklasistow. rozczarowanie konkursem plastycznym - wiecznie wychwalana malina, zwyczajnie odpadla, co bardzo zranilo jej mloda duszyczke, ale stalo sie okazja do rozmowy o tym czym sie rozni ladne malowanie od sztuki. dzis wieczorem wlaczylam dziecku soczi. polacy bez medalu, ale niemcy az turlali sie po lodzie po zlocie za skoki. malina laczac sie w radosci ze skoczkami przeszla na bawarska gware.

po tygodniu pobytu mojej mamy zwatpilam w malinowa polszczyzne, ale juz dzis wieczorem zobaczylam, ze to byl bierny opor przed despotycznymi zapedami babci. lada moment zaczna sie ferie. jeszcze tylko bal przebierancow, klasowa z geografii w polskiej szkolce i juz nas nie ma. zaczynam powoli sie denerwowac wyborem lektury i szydelka i zarazilam ta goraczna maline. pewnie zabierze grubasny tintenherz a ja chmurlandie:-) na sama mysl jest mi wesolo.

w pracy szalenstwo. kupilismy mala, mloda firme i jest z jednej strony trudno a z drugiej ciekawie. kazdy wypina muskuly. my pokazujemy im, ze sa gowniarzami i jeszcze musi sie duzo wydarzyc, zeby nam dorownali, oni uwazaja nas za branzowych staruszkow, ktorym braknie tchu. jako jedyna na poziomie executive biore udzial w spotkaniach decydujacych o firmie i czuje sie jak na planie westernu, nagle wszyscy 4 szefowie wyciagaja rewolwery a ja nie wiem za kogo trzymac kciuki. mam duzo pracy i wszyscy obchodza sie ze mna jak ze zgnilym jajem. nagle okazuje sie, ze willa w ktorej pomieszkuje w czasie moich pobytow w hamburgu jest zbyt skromna ( a nie jest), dostaje rozne nagrody, pochwaly a nawet w ostatnia sobote przyszedl bukiet kwiatow (wyladowal u sasiadow, bo nas nie bylo i sasiadka sie zmartwila, ze przeoczyla moje urodziny pewnie!), bosmy sie z lekka uniosly w dyskusji z moja nowa szefowa i to byly przerosiny.

niestety jesli tempo sie utrzyma, to musze sie zastanowic co dalej. zupelnie nie mam czasu na zycie, latam, telefonuje, ciagle cos mi wisi nad glowa w weekendy. mialysmy dzis z malina szukac ogona do stroju rajskiego ptaka na bal a zamiast tego wracalysmy pedem z miasta do domu. trzeba nas bylo widziec... ja prowadze samochod i w sluchawkach na uszach biore udzial w miedzynarodowej konferencji, malina przestawia swoj telefon na anonimowy i odpowiada na sms-y, ktore ja dostaje na moja komorke. odpisuje na dwa maile - to sa te maile, w ktorych nie ma bedow przez moja polska niemczyzne. malina jest sekretarka genialna, zawod ma w reku, czyta z ust i... (no ale tego nie wykorzystujemy w naszej tajemnej komunikacji, bo ja jestem zbyt tepa!) umie pisac migowym jezykiem. kiedys przeszla taki kurs w podstawowce i strasznie jej sie podobalo. teraz cwiczy z kolezankami w klasie i kilku calkiem niezle idzie!

hmmm ja nie wiem czy ja to wszystko umialam robiac mature co teraz umie 11 letnia malina. i nie tylko malina, patrze na jej kolezanki i nadziwic sie nie moge. sa swietne!

 

 

 

 

 

wtorek, 04 lutego 2014
malinowa wycieczka.

 

za tydzien klasa jedzie na narty. i znow moja skrzynka mailowa peka w szwach. wychowawczyni zapytala czy ktos z rodzicow moglby jej towarzyszyc tego dnia - przydaloby sie dwoch doroslych pomocnikow. dla nich tez oczywiscie bedzie miejsce w autokarze i lunch. zglosila sie ... ponad polowa klasy. wszystkie mamy gotowe sa spedzic ten dzien z klasa - przepraszam, czy jestem jedyna pracujaca matka w tym towarzystwie? no a jak juz mama tak czy siak jedzie to zamiast autobusem, pojedzie swoim autem i oczywiscie jej dziecko tez nie musi autobusem. i w ogole wszyscy strasznie sie ciesza i przez chwile zrobilo sie tak jakby to byla wycieczka rodzicow. do siedzenia w autobusie zostalo niewielu kandydatow, bo kazde dziecko, co jedzie ze swoja mamusia, zabiera do samochodu tez najlepszego kumpla lub przyjaciolke klasowa. no to teraz przewodniczaca rodzicow sie wkurzyla, bo i tak trzeba autobus oplacic i jesli polowa klasy pojedzie prywatnymi samochodami, to ci zostana w autobusie beda musieli zaplacic wiecej. ci co jada samochodem musza wiec i tak placic za autobus, ale oczywiscie nie chca, wiec jest afera. nawet taki glupi jedniodniowy wypad na narty jest powodem do calostronnicowych  mailowych klotni. rodzice zaczynaja mnie wkurzac. zabieram sie do zabrania glosu, bo to w koncu jest SZKOLNA wycieczka i w takich wycieczkach wspolna jazda autobusem jest tak samo wazna jak te narty.

Archiwum