wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
sobota, 28 lutego 2015
malinowe ferie zimowe

mamy za soba piekne ferie. wiedzialam, ze nadejdzie taki sezon jak ten wlasnie, kiedy malina przerosnie mnie w jezdzie na nartach. dziecko smiga z kazdego stoku jak chce, w tym roku zaczela jezdzic tylem, co ulatwiaja jej freestyle narty podgiete do gory na obu koncach. ostatnie dwa lata narciarskiej przyjazni z kolega, ktorego ojciec jest instruktorem zaowocowaly nie tylko swietnym stylem, ale tez "socjalna wrazliwoscia" na stoku. malina podjezdza do kazdego narciarza lezacego z nosem w sniegu, pomaga wstac, szuka narty, ktora sie wypiela i odjechala, podtrzymuje kijki a jednemu zaplakanemu maluchowi pomogla szukac taty. okazalo sie, ze tata czekal za rogiem, wcale nie zauwazyl, ze dziecko upadlo i placze i... jeszcze je opieprzyl, ze go nie zawolalo. absolutnie mnie zatkalo jak malina wkurzona zapytala:

 - jak on mial pana wolac jak plakal i sie bal a pana i tak nie bylo?!

i odjechala. przez 9 dni nie mialysmy ani jednego konfliktu, scysji, klotni. no nic a nic! az sie zastanowilam czy by nie zalozyc bloga parentingowego o perfekcyjnych dzieciach.

malina jednak jako 12-letnia panna przestaje byc malym dzieckiem. zaczela jesc jak czlowiek, myc sie w sposob cywilizowany, przestala sie przechwalac (piekna jestem nieslychanie, najpiekniejsze mam ubranie...) i na pytanie jak jej idzie w szkole nie odpowiada, ze jest druga w klasie tylko, ze w szkole jest duzo pracy i ze raz jest fajnie a raz mniej fajnie. przysluchuje sie rozmowom i wyciaga wnioski. bardzo mi imponuje. w gondoli jak wsiadlo dwoch narciarzy z anglii, poczestowala ich gumowymi misiami, bez zastanowienia porozmawiala z nimi o pogodzie, a kiedy skomplementowali jej kolorowe uszy na kasku, pochwalila, ze tez maja bardzo ladne kaski. na sniadanie pije herbatke ziolowa, na kolacje fante a na stoku cole. co wieczor nastawia mi inny sygnal na budzik w telefonie. przez sen gada. kiedy po 9 dniach codziennych nart od rana do zmierzchu, spartanskiego zycia w chacie na stoku, wsiadlysmy do samochodu, wlaczylysmy glosno pink, malinie... poplynely lzy...

 - co sie stalo?

 - nie wiem... jestem taka szczesliwa.

piątek, 13 lutego 2015
malinowe ferie.

 

jak zawsze w piatek odebralam maline wczesniej ze szkoly. najpierw pojechalysmy po rekawiczki dla mnie, potem po bluze dla niej, potem po szkicowanik, po nowe kredki (kupienie nowych kredek to dla maliny zawsze ten moment w ktorym NAPRAWDE zaczynaja sie ferie), po drodze kupilysmy kurczaka i frytki i szybko przyjechalysmy do domu zeby nam po drodze nie wystygly. potem obejrzylysmy zdjecia ktore tatus przyslal z indii, umarlysmy z zachwytu i wzielysmy sie za zbieranie rzeczy niezbednych do jazdy na nartach. malina juz miala isc spac, kiedy przypomnialam, ze z nart wrocimy pozno a nastepnego rana 6:15 podbudka i do szkoly, wiec niech sobie tak przygotuje tornister zeby o niczym nie musiec pamietac. malina wywalila wszystko w przedpokoju, wytrzepala tornister i pakujac go porzadnie na poferyjny poniedzialek znalazla... swiadectwo.

 - o! no wlasnie! dzis dostalam polroczne swiadectwo. chcesz zobaczyc?

 - tak!!!

jezu. jak moglysmy zapomniec. swiadectwo jest pelne superlatyw i wspanialych jedynek. mimo trojki z laciny malina jest ... druga w klasie. rewelacja.

 - malina, w nagrode to wiesz co?... w nagrode jedziemy na nartyyyyy!!!!

i to by bylo na tyle. ferie sie zaczely.

środa, 11 lutego 2015
piekne malzenstwo.

 

maz zabral do indii swojego asystenta. strasznie fajny z niego facet. mlody jeszcze. od dwoch lat zonaty, od pol roku tatus. wczoraj chlopcy poszli na swietna kolacje z klientem a potem jeszcze sobie gadali i w pokoju meza rozpracowali na deser whisky.

 - no i co? meskie rozmowy alkoholowe?

 - nie wiem jak sobie wyobrazasz meskie rozmowy - smieje sie maz - ale pewnie nie tak, ze g. placze, co?

 - plakal? g.?

 - no rozkleil sie... pewnie za duzo curry zjedlismy!!!

g. poczul potrzebe opowiedzenia, ze jego mlode malzenstwo nie wytrzmuje proby rodzicielstwa w zasadzie juz od czasu ciazy. jego sliczna zona zanim zostala mama, stala sie PRAWDZIWA matka i tak juz jej zostalo po porodzie. z jednej strony jest fajnie, domowo, ona genialnie gotuje, dom jest przytulny, dziecko rozowe i zadowolone, a jednak przechodza z kryzysu w kryzys. moj maz pewnie to zna po ponad 20 latach malzenstwa, co? a maz na to, ze nie, nie zna, bo jeszcze nigdy nie przechodzil kryzysu malzenskiego no i... jego zona nie umie gotowac.

 - jezu... jak pieknie... - poryczal sie mezowi kolega.

 

malinowa matka poranna.

 

pewnie wszystkie dzieci tak maja. TEN dzien, kiedy ma wydarzyc sie cos dobrego: podroz na wakacje, boze narodzenie, urodziny. poranek, kiedy dziecko otwiera oczy, nie przeciaga sie, nie ziewa, wyskakuje z lozka jakby bylo gumowe, usmiechniete sika, myje zabki, ubiera sie w 5 minut i juz zwarte i gotowe siedzi przy stole. herbata nie jest tego dnia ani za goraca, ani nie ma za malo soku a tosty sa chrupiace dokladnie tak jak powinny byc. dzis malina skoro swit pojechala na narty z cala klasa. zrobilam jej jak zawsze narciarskie warkoczyki, zeby bylo wygodnie w kasku i zupelnie zwariowalam - malina z warkoczykami to jak kakao z bita smietana. podwiozlam ja do autobusu i normalnie az mi sie zoladek scisnal. to moje rozowe dziecko. malina jedna!

 

wtorek, 10 lutego 2015
skrot z zadyszka.

czas ucieka. kraze miedzy domem a hamburgiem. malina miala swoje podwodne urodziny jako syrenka a ja swoje trzy godziny jako podwodna kamerzystka. potem bylo prawdziwie glosne party w piwnicy z prawdziwa kula dyskotekowa, pilkarzykami, czekoladowym fondue. dzien przedtem udekorowalysmy piwnice swiatelkami, rybkami ze zlotego papieru i konikami morskimi. wygladalo genialnie, pokazalabym nawet zdjecia, ale na zdjeciach wyglada jak disco w remizie strazackiej, wiec sobie daruje. niestety ogon syreki do nurkowania... urzekl mnie oraz tate i malina dostanie taki ogon na imieniny. to jest absoluie genialne, piekne i nie mam ani jednego argumentu na "nie".

w hamburgu spotkala mnie wesola przygoda realnie/internetowa. jedna dziennikowiczka, ktora czasem bywa w hamburgu byla akurat w tym samym czasie co ja. caly dzien probowalysmy sie umowic, ale nie dalo sie zgrac terminow. wieczorem bylam umowiona z klientka, ona tez, wiec postanowilysmy spotkac sie jakims nastepnym razem. na kolacje z klientka spoznilam sie okrutnie. wchodze do restauracji a tam... przy stoliku moja samotna klientka, a przy stoliku obok? dziennikowiczka ze swoim klientem tez na sluzbowej kolacji. jaki jest swiat? malutki!

lada moment jedziemy na narty. malina ma nowiutkie, sliczne nartki i wesole uszki na kask. zabieram robotke na drutach, ksiazke i cala mase przemyslen, co dalej z moim zyciem. 15 lat cieszylabym sie z tego co sie wokol mnie zawodowo dzieje jak wariatka, teraz watpie i waham sie. szkoda mi kazdej chwili spedzonej poza domem.

malina w piatek dostanie swiadectwo polroczne. w ostatniej chwili zawalila... lacine. wleciala jej taka slaba ocena, ze po raz pierwszy bedzie miala na swiadectwie troje. mimo tylu jedynek. nic nie mowie, bo widze, ze szlag ja trafia. reszta ocen super.

moglybysmy byc teraz w indiach. od dwoch miesiecy rozwazalismy te podroz. i zdecydowalismy, ze nie. dostalismy zaproszenie na 4 dniowy slub. dla maliny - znawczyni indii - byloby to przezycie na cale zycie. najpierw cieszylismy sie jak nie wiem co a potem zdecydowanie zrezygnowalismy. maz wezmie udzial w ceremonii, bo i tak jest tam teraz sluzbowo.

moglabym pisac i pisac. zyjemy w zwariowanym kalejdoskopie. nie mam czasu ani sily. i dobrze jest i zle jednoczesnie i tylko trzeba wierzyc, ze dobre przewazy.

 

 

Archiwum