wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 29 listopada 2006
musze czekac na poranek, zeby sprawdzic.
nowa roza o imieniu eden. jest piekna i mimo niepospolitej, romantycznej urody w sam raz dla takiego poczatkujacego odgrodnika (ktoremu nawet cukinie nie rosna), bo latwa w pielegnacji. moj rozany kolega zamowil dla mnie trzy sztuki. dopoki nie spadnie snieg trzeba je sadzic, na wiosne beda wariowaly na bladorozowo. przyslano jedna. dwie przyjda pozniej. pozniej to ja jestem w polsce. mam wykopac dolki a kolega przyjedzie i bedzie je sadzil z mezem. te pierwsza jednak mam zasadzic sama. jutro juz nie bedzie czasu, pojutrze siedze juz w samolocie. dzis. to musi stac sie dzis. jak na zlosc wazne telefony, maile. malina  przysypia na sofie ogladajac ksiazeczke o bozym narodzeniu. za oknem juz ciemno. teraz albo nigdy i roza pojdzie do smieci. ide do ogrodu ze swieca. kopie, kopie. okropne to miejsce, straszne kamienie i korzenie, wiec trzeba wykopac duzo, zeby rozyczka miala miejsce. kopie i mysle, ze jak mnie jakis sasiad podglada o mysli, ze cos ukrywam. a ja nie wiem nawet dolkadnie czy kopie w takiej odleglosci od uschnietego kasztana jak trzeba. jest ciemno jak w grobie. po omacku znajduje w szopie ziemie do roz. nozyczki tylko dlatego, ze mniej wiecej pamietam gdzie wisza. sypie te ziemie po omacku. polowa wysypuje sie obok dziury - udaje mi sie to wymacac golymi dlonmi. wsadzam roze, podsypuje. podlewam troche korzenie, troche swoje nogi - probuje lac wode w kierunku dziury. przyklepuje. przysypuje. nic nie widze. kieruje sie intuicja bo swieczka ciagle gasnie a latarki za nic nie moge znalezc.
ide teraz spac. strasznie jestem ciekawa jak to wyglada. nie moge sie doczekac rana.

po omacku, intuicyjnie, na oslep.
tak mi sie ciagle wydaje, ze jestem mloda. mlodo sie czuje, po czesci pewnie przez maline. ale nie oszukujmy sie, w miedzyczasie, jakby ukradkiem, stalam sie kobieta dojrzala. wiek, doswiadczenie, szczescie, ktore nieodmiennie towarzyszy mi w zyciu pozwalaja mi wierzyc, ze intuicja kobieca jest magiczna, wspaniala i najwazniejsza ze wszystkiego, czym kobieta dysponuje.

no to zobaczymy...


jutro rano.

ciekawe czy ktos zgadnie co zrobilam.

wytlumacze sie noca, bo teraz ide pakowac walizke do polski.
40 kilometrow w jedna strone.
skoro swit a raczej w srodku nocy o 4 moj maz wymyka sie cichcem z domu. na dole czeka juz samochod i wiezie go na lotnisko. potem samolot do indii z przesiadka w zurichu. maz unosi sie chyba nad ziemia, bo gdyby nie aromat kawy nie mialabym pojecia, ze juz wstal, wskoczyl pod prysznic, wypil kawe, zrobil dla mnie druga do kubka - termosu i poszedl... w ciemna noc. o 4:30 dzwoni telefon. najpierw mysle, ze mi sie sni, potem uswaiadamiam sobie, ze rzeczywiscie dzwoni i lece ile sil w nogach zeby telefon nie obudzil maliny. na displayu widze numer meza i serce skacze mi do gardla. maz. nigdy niczego nie zapomina. zapomnial paszportu. malina spi jak zabita i posapuje najpiekniejszym porannym snem. szepce jej w ucho, ze musimy na lotnisko, bo tatus zapomnial paszportu i musimy szybko jechac. nie slyszy. szepce jeszcze raz i nie wiem jak ja obudzic, zeby nie wystraszyc. w zasadzie nie mamy szans zeby zdazyc. szepce trzeci raz. malina otwiera oczy i mruczy: ale JA bede trzymala PASPOST. zgadzam sie natychmiast. malina siada na lozku nagle totalnie gotowa do boju, siusiu, sweter i spodnie na pizame i wskakujemy do samochodu. pedzimy.
- dokad jedziemy? - ze zmeczenia malina od razu zapomniala o co chodzi.
- na lotnisko - odpowiadam.
- aaaaa.... to chce precla.
dzwonie do tatusia, zeby kupil precla. pedzimy. 40 km autostrada. jestesmy na lotnisku. tatus caluje nas w biegu, szybko wymieniamy paszport za cieplego precelka i juz wracamy do domu. malina ze zmeczenia nie je tylko trzyma cieply wypiek i mruczy zadowolona:
- wole precel niz PASPOST.
snuje plany o goracej kawie, goracym prysznicu, ale jak tylko wchodzimy do domu do glowy przychodzi mi tylko cieple jeszcze lozko. zrzucamy buty i w ubraniu zapadamy w cieple pielesze. oczywiscie zwiniete w jedna ciasna kulke, zasypiamy i spozniamy sie i do przedszkola i do pracy. ale uratowalysmy tatusia.

wiadomosc o zapomnianym paszporcie w momencie, w dlugiej sekundzie, w ktorym wyobrazam sobie najgorsze katastrofy swiata, jest najlepsza wiadomoscia dnia.

wtorek, 28 listopada 2006
rozmowy z mezem
stawiaja do pionu. ja histerycznie (nienawidze histerii) a on z perspektywy szefa, mezczyzny. jak wroce z polski porozmawiam w firmie. chcialam to zrobic jutro. przeszlismy przez wszystkie wazne punkty a na koncu moj maz powiedzial, ze nie chce sie wtracac, ale jesli te rozmowe przeprowadze po powrocie z polski. wypoczeta, z nowymi silami, w dobrym humorze, zdrowsza, to te same slowa dadza inny efekt. proste? proste.
w aptece kupowalam swoj cortizon i lekarstwo dla kogos w polsce, kto nie dozyje pewnie swojej studniowki. to czym sa moje problemy wobec tego? jestem wsciekla na ten moj humor, na zmeczenie, na astme, ktora jest najwyrazniej wynikiem stresu. zawsze widzialam stres jako mobilizacje, pozytywna sile w moim zyciu. po raz pierwszy moze byc przyczyna choroby. nie potrafie sie otrzasnac z glupich mysli. glupich, bo niewaznych. moj umysl w skupieniu tapla sie szczesliwie w malinie, w mezu, w muzyce, swiecach, wyjezdzie do polski, przyjacielu od sadzenia roz, ksiazce, telefonie od przyjaciolki, pieknym przyjeciu w warszawie w sobote. ale zaraz potem rozleniwiony, niekontrolowany dryfuje bezmyslnie w czern, smutek, glupia melancholie, niezrozumiala rozpacz, frustracje bez powodu. a moj maz mowi, ze to takie proste, ze patrzy sobie na maline i na mnie i od razu zapomina o wszystkich idiotach swiata.
choroby.
ale sie nalatalysmy po roznych lekarzach. tak sie czesto mysli jak dziecko jest chore, ze chcialoby sie mu zabrac te chorobe i nawet samemu cierpiec, zeby tylko dziecko bylo zdrowe. i tak na sie wlasnie stalo. malina bierze wprawdzie antybiotyk, ale jest juz prawie zdrowa i nie musi robic inhalacji. za to ja mam astme i biore cortizon. jestem zmeczona. malina jest zmeczona. maz jest zmeczony. i akurat teraz wszystko kreci sie szybciej niz zwykle.
piątek, 24 listopada 2006
albo albo.
to jest chyba jednak bardzo dziecinne, ze tak mnie to wszystko zlosci. jesli ktos musi bez przerwy udawac, grac, dowartosciowywac sie co pol godziny od nowa, to pewnie sam jest bardzo nieszczesliwy. tylko co ja mam do tego? chyba to, ze moje plany i marzenia padaja w gruz. bo jesli nawet wytrzymam tu rok, to to i tak jest krotko. myslalm, ze to bedzie przystan na dlugo. ale jak mnie bedzie przez najblizszy rok kazdego ranka bolal brzuch, to czy to ma sens? nie ma. albo uda mi sie uodpornic, albo musze sobie pojsc. innego wyjscia nie ma. nie uda mi sie nic zmienic i jesli tak mi sie wydawalo na poczatku to tylko dlatego, ze jestem bardzo naiwna. niestety.
czwartek, 23 listopada 2006
tragedia
wstyd mi patrzec na zdjecia rozpaczajacych czlonkow rodzin gornikow, ktorzy zgineli.
a politycy mnie zloszcza.
relacje z takich tragedii powinny moim zdaniem byc tylko infromacjami bez ilustracji. nigdy, nikt sie na to nie zdecyduje. bo nic nie jest tak interesujace jak tragedie i katastrofy i nic nie przykuwa tak uwagi jak zdjecia i filmy je ilustrujace.
rozterka.
pamietam jak sobie przysiegalam w ciazy, ze bede moje dziecko chronila od kiczu, od stert tanich, plastikowych zabawek, ktore zanieczyszczaja srodowisko stajac sie juz w momecie kupna, smieciem. ucza od dziecinstwa, ze nie warto nic szanowac, bo wszystko mozna wyrzucic i kupic nowe, tanie, blyszczace, psujace sie po kilku dniach. ilekroc jestesmy w h&m malina biegnie do plastikowej bizuterii. i dzis kurcze pomyslalam sobie, ze ja mam okropny dzien, to niech chociaz malina sie nacieszy. wybrala sobie cos tak okropnego, ze az mi zeby zgrzytaly przy placeniu. klipsy w ksztalcie serduszek i wisiorek serduszko - do kompletu. wszystko z motywem jakiegos bajkowego, rozowego elfa. szkaradne, ale malina natychmiast przybrala sie tymi bylskotkami i podskakiwala oszolomiona szczesciem. niewiele jest rzeczy, ktore malina MUSI miec. ona nic nie chce. zapytana w sklepie czy chce nowe puzzle odpowiada, ze ma juz kilka (ma dwa), chce lale - nie! ma juz kilka (ma trzy), chce gre? - eee nieeee. a te kolczyki tak strasznie chciala i juz od dawna, ze w koncu kupilam. robilysmy potem jeszcze inne zakupy a malina zbierala komplementy, ze taka z niej elegantka. wygladala jak uboga choinka, wstyd jak beret, ale liczne pochwaly usmiechnietych sprzedawczyn utwierdzily ja w przekonaniu, ze dokonala fantastycznego zakupu. w domu podniecenie minelo i okazalo sie, ze klipsy sa niewygodne. jak sie zastanowic to... to bola od nich uszy - uswiadamia sobie moje dziecko, werbalizuje mysl i wybucha placzem. pospiesznie zdejmuje narzedzia tortur. uszy sa czerwone, malina szlocha:
 - mamusiu, ja ci te kolcycki podaruje.
 - dziekuje. ale ja nie chce takich kolczykow od ktorych bola uszy.
argument wydaje mi sie sensowny, ale malina popada w jeszcze wieksza rozpacz:
 - no to... no to komu ja je podarujeeeeeee?.....
sen blogi.
malina spi jeszcze. z niej bedzie taki sam spioch jak ze mnie. nie mam serca jej obudzic. kiedy sobie pomysle, ze bedzie musiala isc kieds do szkoly i tyle lat tam siedziec to boli mnie brzuch. szkoly nie lubilam od samego poczatku az do konca. od tego pierszego, porannego marszu w zupelnie przeciwna strone niz dotad do przedszkola. wzdluz ulicy barskiej, w nowej bluzeczce, z tornistrem, ktory nie podobal mi sie od pierwszego wejrzenia, za reke z poddenerwowana mama, ktora kompletnie ignorowala napad swedzenia moich stop. wtedy mialam to pierwszy raz i do dzis jak mam straszny stres to swedza mnie palce u stop. meczylam sie po ostatni dzien, kiedy przed dostojnym gremium recytowalam jakies madrosci o mozarcie, purcellu i bachu, o czym dzis nie mam juz zielonego pojecia. moja obrona trwala tak dlugo, ze mama, ktora czekala w parku zaczela sie martwic, ze nie zdalam i teraz placze i blagam komisje o jakies marne, ale zaliczenie. a komisja poczestowala mnie herbatka i gawedzilismy sobie o moich przygotowaniach do dyplomu, podczas polrocznego stypendium w londynie. no i sie zagadalismy. zaliczylam na piatke. blada poszlam z mama zrobic zdjecie do paszportu, wiec mam dokument jak wtedy wygladalam: duch trupa blady. w domu polozylam sie na chwile i zasnelam na wieczor, noc, dzien i noc. jak sie obudzilam nie wiedzialam ze to nie nastepny dzien tylko.. pojutrze. nie slyszalam, ze dzwonil maz i mama lamana niemczyzna tlumaczyla, ze zdalam i ze spie. a to byl taki sen - epilog. moja edukacja dobiegla konca. amen.
ide budzic maline.
środa, 22 listopada 2006
body
chyba jednak jestem w zlym stanie. nerwy mi puszczaja i wszyscy wydaja mi sie idiotami. pani w przedszkolu. nowa. mloda. jestem jedna z tych mam, ktore sie na nia cieszyly. jak mloda to i sile ma i zapal. dobrze. odbieram dzis maline. pani prosi mnie do pokoju obok na rozmowe. ide. patrze pani gleboko w oczy i od razu czuje, ze ja to peszy. nie lubie ludzi, ktorych pesze, szczegolnie jesli maja miec pod opieka duza grupe dzieci. pani oznajmia mi, ze wielce niekorzystny jest fakt, ze malina nosi zamiast normalnej koszulki, body. niekorzystny? jak to niekorzystny???! bo malina po pojsciu do toalety nie umie sobie tego body zapiac, wiec niekorzystny. pani musi jej zapinac. na to ja, ze specjalnie body bo malina jest dzieckiem glownie skaczacym i codziennie odbieram ja ze spodniami na poziomie kolan i koszulka wiszaca luzno i praktycznie golymi plecami. dzieci sa codziennie -  nawet jak leje deszcz na dworzu. malina jest wiecznie chora, uwazam, ze body jest swietnym rozwiazaniem. pani na to, ze w wieku maliny body jest nie na czasie, bo juz za duza. mysle, ze pani jest glupia i niepotrzebnie mowie, ze ja tez nosze body. (bo nosze i to chetnie) pani zapewnia mnie, ze dzieci nie chodza z wiszacymi koszulkami i zebym zwyczajnie kupowala malinie dluzsze. mowie, ze malina ma same dlugie a i tak wisza. pani na to, ze zapinanie body jest ze strony opiekunow ingerencja w intymna sfere dziecka i co by bylo gdyby opiekunem byl mezczyzna. mysle sobie czy powiedziec pani, ze jest glupia czy jednak uzywac argumentow. uzywam: - prosze pani, gdybym miala takie watpliwosci co do panstwa kompetencji, nie wysylalabym dziecka do przedszkola. prosze pania zeby zwracala uwage na wystajaca koszulke i koncze rozmowe czym predzej, bo wiem, ze jak walne babe to nie bedzie dobrze dla maliny. w domu, dla zabawy ucze maline zapinac body. jutro jednak zaloze jej koszulke, bede grzeczna mama, ktora nie zadziera z madra pania przedszkolanka. jestem bardzo zla. bardzo.
zosia - samosia
jeszcze w samochodzie w drodze z przedszkola dzwoni telefon. malina zna te telefony. musze je odebrac, musze rozmawiac i ona musi byc cichutko jak myszka. jak dwa spiskujace zlodziejaszki przykladamy palce do ust i zabieramy rzeczy z samochodu do domu. gadam. gadam. zamykamy za soba drzwi. gadam. malina rozbiera sie sama. ja staje przy oknie i gadam, ale widze co robi - choc ona o tym nie wie - bo odbija sie w szybie. gadam. malina wyciaga maslo i serek z lodowki. nozyk, talerzyk. przystawia sobie stolek do blatu kuchennego. nie robie nic. nie moge. serce moje mocniej bije, bo malina tchnieta jakas mysla, schodzi ze stolka i idzie do lazienki... umyc rece. wraca. robi sobie kanapeczke z chlebka ryzowego z serkiem, siada przy stole i je. koncze rozmowe. z surowa mina pytam dlaczego juz je i co sie najpierw robi jak sie przychodzi do domu? triumf, szczescie, malina tryska duma:
- myje racki. umylam. popachnij! - i malina wyciaga lapki do powachania. ze niby mydelkiem pachna.
sama sie soba zaopiekowala. umieram z dumy.

wtorek, 21 listopada 2006
nie wiem. nie wiem.
maz parzy co rano kawe. malina je swoje chrupki. jestesmy mniej lub bardziej gadatliwi, ale zawsze jest fajnie. nigdy nie myslalam, ze poranki moga byc takie przyjemne. z sowy przeistaczam sie w skowronka z poranka na poranek. potem wioze maline do przedszkola. kiedys myslalm, ze to powiecenie jechac co rano taki kawal drogi tylko po to zeby malina chodzila do tego wlasnie przedszkola. teraz widze, ze to mi daje sile na caly dzien. przedszkole stoi na skraju lasu i pol. tam konczy sie droga, tak jakby ja namalowalo jakies dziecko: koniec. potem juz tylko trawa. latem szumiace zboza, teraz wrony na zaoranych polach, zaspne slonce i leniwa mgla. wchlaniam to piekno i jade do pracy. dzis nad autostrada rozpostarla sie tecza tak idealnie kolorowa i widoczna w calosci, jakby byla nieprawdziwa. wzielam to za dobry znak na caly dzien. na prozno. jeszcze nie minela dziesiata a juz po moim dobrym humorze ani sladu. najchetniej wsiadlabym w samochod i pojechala do domu. czuje sie bezsilna. jak na zamowienie zadzwonila dzis kolezanka, z ktora mialysmy kiedys zalozyc agencje. ja zaszlam w ciaze. ona zalozyla. dzwoni i mowi, ze teraz ona jest w ciazy i zebym do niej dolaczyla to ona sobie spokojnie urodzi a potem bedziemy mialy wspolna firme o ktorej kiedys marzylysmy po nocach przy winie. nie udawaj, ze nie chcesz - smieje mi sie w telefon. a ja nie wiem. a powinnam.
sobota, 18 listopada 2006
platanina
od kilku dni malina nawleka koraliki na sznureczki i produkuje niezliczone ilosci bransoletek i naszyjnikow. ostatnie dwa dziela sztuki jubilerskiej tak sie ze soba splataly, ze male raczki za nic nie moga ich od siebie rozdzielic.
- mamusiu, zobacz jak sie zaplatnEly. jak dwa wirusy!!! - skarzy sie malina, ktora co i raz slyszy, ze przyplataly sie do niej jakies zle wirusy i dlatego jest chora.
piątek, 17 listopada 2006
koszmar.
malina przysypia, poplakuje przez sen w goraczce, nagle budzi sie w rozpaczliwym lkaniu i biegnie do kata placzac wnieboglosy.
 - cos ci sie snilo, kochaneczko? - pytam i zaraz przebiegam mysla wszystkie ostatnie bajki. jaki to potwor mogl nawiedzic moje dziecko.
przytulam, przytulam, pytam, pytam.
- nie moge ci powiedziec - lka malina
pytam, pytam, pytam. kolysze.
w konci malina rozcapierza paluszki obu raczek:
 - mialam tyle lizakow, snilo mi sieeeee...
 - i co?-pytam - zjadlas je wszystkie?
 - nieeeeeeee..... - i malina wybucha placzem od nowa.
chora malina
smutny byl to wieczor wczoraj, bo choc malina zasnela wczesniej niz zwykle to zaraz zaalarmowala nas przerazliwym, przestraszonym placzem. niestety katastrofa zdarzyla sie we snie. ja ratowalam maline pod prysznicem, maz sprzatal pokoj. malina przestraszona i zmeczona, zasnela przy suszeniu wlosow i przespala dobrze cala noc. rano wstala usmiechnela sie i padla na podloge. lala nam sie przez rece. nie moglam sie zdecydowac co robic, bo smacznie zasnela na moich ramionach. lekarz kazal ja zostawic w spokoju, zeby sie wyspala. potem poszlysmy na badanie. grypa zoladkowa. szkoda, bo mialysmy takie piekne plany na popoludnie i na niedziele, ale tez troche mi ulzylo, ze to nie nowe leki na astme. panie pobraly malinie krew. najpierw robily dlugie podchody, komplementy, ze ma takie piekne kozaczki i sliczna sukienke, a w miedzyczasie wbily igle. malina skrzywila sie tylko lekko i spojrzala na mnie z wyrzutem. chyba bardziej mnie bolalo niz ja. w nagrode mogla sobie cos wybrac z zaczarowanej skrzynki lekarskiej. wybrala lylowy pierscionek. nie moze sie pogodzic z ograniczonym menu. tlumacze, ze jak zje cos niewlasciwego, to jej to znow wroci buzia. wielkie, okragle oczy pelne lez:
 - a co moge jeszcze zjadnac?
czwartek, 16 listopada 2006
lece do polski.
o ludzie kochani. o ludzie. wlasnie dostalam potwierdzenie rezerwacji. mialo nie byc miejsc a jest jedno jedyne, wlasnie  sie zwolnilo. i ja je biore. zadzwonilam do kazdego z szefow osobno i obaj natchmiast zgodzili sie na urlop. jade do polski do eris. i normalnie jestem taka podniecona i szczesliwa, ze az mi zmeczenie minelo i mysle sobie, ze moze wcale nie potrzebuje odpoczynku? malina tanczy i spiewa, ze lecimy do polski. ale mi dobrze! czy ja tu kiedy zle o moim szefie pisalam? o jednym albo drugim? nieeeee, chyba nie. w tym momencie nie pamietam! 
nic a nic.
o matko salatko. krol jest wlasnie taki nagi, ze wszyscy zamykaja oczy i nie wiedza co ze soba robic. nagle wszyscy parza kawe, pisza wazne maile z nosami tak gleboko schowanymi w laptopach, ze zawadzaja nimi o stukajace palce.
a mnie to jakos wcale nie rusza. slonce swieci jak zwariowane. jedziemy do przedszkola i nagle malina marudzi:
 - nie moge juz siedziec, nie moge, nie moge....
tlumacze, ze jeszcze jeden zakret i juz jestesmy. nie ma co narzekac. i na zakrecie malina w milczeniu wyrzuca z siebie sniadanie i kolacje. po raz trzeci raz w zyciu. zatrzymuje samochod. wyskakuje. wycieram jej buzie, szalik, kurtke, fotelik.
 - jestes zla? - martwi sie malina.
 - nie, kochaneczko. wrocimy do domku i wszystko wyczyscimy, przebiore cie i po wszystkim.
 - ale wygladasz jak zla.
 - ale nie jestem.
 - bo tak wszystko wyplunelam. tak pieknie?
 - tak. tak.
 - no to chce do przedszkola.
wyluskuje maline z tej katastrofy. owijam w szalik. niose do przedszkola i przebieram w ciuchy z "worka szczescia" - tak nazywa sie woreczek z zapasowym ubraniem, na wszelki wypadek. malina szczesliwa jakos z duma opowiada wszystkim wkolo jak pieknie wszysko wyplunela. jest tak zachwycona soba, ze nie zwraca uwagi na to, ze nikt nie rozumie tego slowa:
 - ich habe alles schön wyplunela.
to co mi moze tako goly krol? nic!
środa, 15 listopada 2006
niespokojne prosecco.
na rozpoczecie wieczoru maz serwuje prosecco. malina patrzy na kieliszki:
 - jakie dlugie szklanki!
przysuwamy jej do uszu kieliszki, zeby uslyszala jak szumia babelki. malina slucha i kiwa glowka:
 - moj soczek tez tak halasuje.
wtorek, 14 listopada 2006
goly! goly!
przegadalam caly wieczor z mezem. dzis z przyjaciolka - partnerka w interesach w polsce. jaka granica musi byc osiagnieta, zeby ktos zdecydowal sie powiedziec, ze krol jest nagi? dzis nadszedl taki moment. wszyscy jednak w milczeniu a potem w histerycznej glupawce wcinali makaron. ja tez nie zdobylam sie na odwage. zlosc pyrka we mnie jak wrzaca woda. nie moge, a moze moge? mysle o wieczorze z latarnia i mam wszystko gdzies. albo nie mam?
swiety marcin.
niektore rzeczy bardzo mi sie w niemczech podobaja, niektore mniej. ale swietowaniem dnia sw.marcina jestem absolutnie zachwycona. kilka dni temu ulepilysmy latarnie i malina biega z nia dookola stolu i wyspiewuje rymowanke o latarni, ktora powinna pieknie swiecic i nie splonac. dzis wieczorem spotykamy sie wszyscy pod przedszkolem, o 17:00, kiedy juz ciemno i dzieci beda jak co roku maszerowac przez pola pod lasem z papierowymi latarniami (wlasnorecznie zrobionymi i ozdobionymi suszonymi liscmi) i spiewac. wyglada to cudownie. dzieci przejete bo ciemno, trzeba ostroznie isc i uwazac, zeby nie przewrocila sie swieczka w papierowym lampionie, bo starczy sekunda nieuwagi a latarnia zamienia sie w krotko plonaca pochodnie i koniec. i lzy. i zal. dzieci przejete czekaja juz od rana na wieczor.
poniedziałek, 13 listopada 2006
znajomosci.
wczoraj w nocy wpadlismy na szalony pomysl, zeby podloge na dole zmienic jeszcze przed bozym narodzeniem. uskrzydlona takim postanowieniem, ide dzis trzy pietra w dol do dalekiego znajomego, ktory nagle wydal mi sie bardzo bliski. jego agecja zajmuje sie reklama jednego z ekskluzywnych producentow drewnianych podlog. mysle sobie, ze skoro w sumie tak sie dobrze znamy, wlasciwie jestesmy kolegami, kto wie moze to bedzie kiedys przyjazn, to moze moglby mi zalatwic jakis rabat czy co? znajomy zapalil sie do pomyslu. mozemy u was polozyc i sfotografowac! albo jakas nietypowa podloge, ktorej nikt nie chce. no nie, ja chce taka co kazdy chce i umrze z zazdrosci ledwie przekroczy prog!!! hmmm, kolega zmarszczyl czolo.
 - a jestescie jakos slawni? twoj maz, zeby potem wstawic notke do bunte, ze polozyliscie sobie nowe deski?
kurcze, pomyslalam sobie, tak pokierowalam swoim zyciem, ze nie stalam sie slawna choc moglam. moze szkoda? mialabym taka piekna podloge teraz. takie naolejowane dechy debowe, w kuchni tez. rozmarzylam sie. opowiedzialam znajomemu, ze mama zawsze mowila, ze jestem balaganiara slawna na cala ulice, ale watpie czy to pomoze. kolega pocieszyl mnie, ze znajdzie jakis inny sposob i bede miala takie dechy. no, od razu widzialam, ze fajny. juz dawno go lubilam.
niedziela, 12 listopada 2006
telefoniczna relacja
 - babciu, bylam w kinie na filmie o kotu.
tak, prawda w nowej sukience.
 - babciu, i mam nowa sukienke. jest kratkowo - lylowa!
tak, prawda i co jadlysmy?
 - babciu, i jadlam kukuryku!!!
piątek, 10 listopada 2006
pozytywne fale przybywajcie!
na komodzie stanela biala porcelanowa misa pelna pomarancz i madarynek. sezon zimowy sie rozpoczal. jutro nocny pochod z latarnia na swietego marcina. swiece zapalone, wino nabiera temperatury, malina posapuje, bo jej sie przysnelo nad ksiazeczka i nie smiemy jej obudzic. to byl taki dobry dzien. spotkalam kogos, kto przypomina mi mnie sprzed 15 lat. esther ma wszystko w berlinie, forse, genialna prace i sliczne mieszkanie i rzuca sie ze szczytu w przepasc zeby zaczac wszystko od poczatku. z milosci. z milosci... gadalysmy kilka godzin. potem jeszcze "sprzedalam" ja moim szefom. to by byla asystentka wymarzona. piekna, energiczna, optymistka i romantyczka. za tydzien "sprowadzamy" ja na weekend do monachium i idziemy na kolacje: my dwie i moi szefowie dwaj. maz pyta czy to taka nastepczyni andrei? andrea byla kiedys moja asystentka a teraz jest konkuretka i prawdziwa przyjaciolka. tak. moze tak. strasznie sie ciesze. i na ten weekend sie ciesze. i jakos strasznie dobrze dzis jest.
slow mieszanki.
sa slowa, ktore jakos przedziwnie egzystuja w swiadomosci. a potem jeszcze mieszaja sie z ze slowami innych jezykow. od lat mieszam fenster und spiegel a na brille mowie cucumber. nie wiem dlaczego tak jest. miesza mi sie to bez przerwy. nikt nie potrafi wyjasnic, dlaczego w stresie nazywam okulary ogorkiem (te slowa brzmia nieco podobnie po polsku, ale mieszaja mi sie po angielsko-niemiecku). slowo okulary ma niezmiennie kolor zielony. a ostatnio malina stanela przed lustrem i powiedziala, ze chce sie przejrzec w oknie.
czwartek, 09 listopada 2006
strumien slow
doris dörrie opowiedziala mi dzis jak prowadzila warsztaty z pisania dla studentow literatury. szli do parku. brulion i olowek. rzucala temat. mowila: moj pokoj dzieciecy. albo: moim ulubionym kwiatem jest tulipan. i studenci musieli pisac bez zastanowienia. tak jakby ktos im odkrecil kurek i nic nie moze powostrzymac lecacej wody. pisac, pisac. odrywac olowek od papieru tylko dla stawiania kropek i rozdzielania slow. cwiczyc "miesien pisania". jak sie nie wie co pisac dalej, pisze sie wciaz to samo, ostatnie zdanie az cos nowego przychodzi do glowy. w ten sposob porusza sie spontaniczne asocjacje, wrazenia, wspomnienia, szczere, nagle pomysly. nie ma czasu na sztuczna, przemyslana kompozycje. jest plynacy strumien skojarzen, mysli, przypadkowych zdan. efekty byly fascynujace a jej glowne zadanie wypelnialo sie samo przez sie: wszyscy studenci byli zaskoczeni swoimi pomyslami, zaczynali wierzyc we wlasny talent, umysl i pioro. stawali sie silni. to byly takie szczesliwe, kreatywne godziny przepelnione dobra, sloneczna energia nawet w chmurne dni.

 
1 , 2
Archiwum