wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 30 listopada 2007
advent gärtlein
sliczne warkoczyki, wrzosowa sukienka wspolgrajaca z lylowa sliwa pod prawym okiem, wynikiem skakania po krzeslach w przedszkolu, przejeta mina. malina ma dzis advent gärtlein. w najwiekszej sali przedszkola ulozony jest spiralny labirynt z galazek swierku. dzieci spiewaja piosenki i pojedynczo niosa do srodka labiryntu wlasnorecznie zrobione swieczki z pszczelego wosku. tam stoi wielka swieca, biala lilia i czerwona roza - symbole ciepla, madrosci i milosci. dzieci odpalaja swoje swieczki i ustawiaja je wzdluz swierkowego labiryntu, ktory staje sie labiryntem swiatla. potem sluchaja opowiesci o swiecy, ktora zastanawia sie nad celem swojego bytu. czego pragne - mysli swieca lezac obok wielu podobnych sobie swiec w pudelku - chce spokoju? chce spedzic swoje zycie gdzies na dnie szuflady, w kurzu i ciemnosci? czy wole sie spalic, stac sie swiatlem, cieplem, pieknem? wole splonac i w ten sposob nadac mojemu istnieniu sens, wybieram zar i plomien, chce dac z siebie wszystko. co advent ta opowiesc inaczej dociera do dzieci z roku na rok starszych i madrzejszych. i ciesze sie, ze biala lilia to nie symbol czystosci tylko madrosci.
malina wroci dzis ze swiatlem do domu i zacznie sie adwent. wyciagam z piwnicy karminowo - purpurowa serwete, zielony wieniec czeka na przystrojenie, wielka jak talerz czerwona swieca o czterech knotach stanie w srodku zamiast tradycyjnych czterech swiec. uwielbiam ten czas. chce jeszcze oproznic kilka szuflad, troche w piwnicy. chce zeby bylo jak najmniej szczegolow i jak najwiecej miejsca dla nas, swiatla i ciepla.


PS: gärtlein wyglada mniej wiecej tak:
http://www.waldorfkindergarten-minden.de/jahreslauf/advent.htm


czwartek, 29 listopada 2007
morale rowne zeru.
dwa lata temu go poznalam i od razu zadziwil mnie swoim malym wzrostem, niepewnoscia siebie. pozniej zadziwial mnie swoimi strasznymi garniturami, nieodpowiednimi koszulami i srebrna koronka w szczece. potem wkurzal mnie pasywnoscia, flegmatycznoscia i niezaradnoscia. nie moglam wyjsc ze zdumienia, ze na wszelka krytyke z mojej strony szef stawal przed nim murem i nie dawal mi powiedziec ani slowa, nawet jesli bledy kosztowaly nas pieniadze albo dobre imie. wiec zaciskalam zeby, robilam dobra mine do zlej gry i udawalam team.
a tydzien temu szef nagle mnie poprosil o opinie czy sluszna jest decyzja wywalenia go z pracy. bylam tak zaskoczona, ze jedyne co mi przyszlo do glowy, to argument, ze facet utrzymuje nieopracujaca zone i dwoch synkow i wymowienie pracy miesiac przed wigilia jest straszne. wlasnie zadzwonil do mnie szef. jutro rozmawia i daje wymowienie. a jednak. trafia mnie szlag. dzis, miesiac przed wigilia on jest tak samo kiepski jak byl dwa lata temu i rok temu i pol roku temu. to czemu trzeba to zrobic teraz. na gwiazdke? 
środa, 28 listopada 2007
malinowa cierpliwosc
odbieram maline ze szkoly muzycznej. pomagam jej wlozyc spodnie. trach! jakby mnie kto lomem trzepnal w plecy. skradam sie do samochodu jak sparalizowana. staram sie ograniczyc ilosc ruchow do minimum. jedziemy do homeopaty. ten rzuca mnie na lozko, wbija igly, stawia banki, oklada goracymi recznikami. i tak leze i czekam az zalatwi pacjentow, bo wpadlam mu w jego plynny rytm niespodziewanie i atakiem. zasypiam w cieple i aromacie roz, pomaranczy i nie wiem czego jeszcze. tam zawsze tak cudownie pachnie i zegar tyka wolniej niz gdzie indziej. malina wyluskuje z mojej torby moj magiczny kalendarz - notatnik i olowek , grzecznie siada i maluje. po godzine lekarz wraca masuje, naciera, wykreca mi kregoslup jakbym byla gumowa barbie, kreci mi szyja, nogami. wszystko chrupie, chrzesci, trzaska az strach sluchac. potem oglada malinie uszki, gardlo, osluchuje plecki. gotowe. kalendarz mam zamalowany do sylwestra: syrenki, zamki, rybki, muszelki. lekarz mieje sie, ze w tym roku nie powinnam juz pracowac: ani jednego wolnego miejsca w kalendarzu. i ze na powaznie powinnam pomyslec co mi mowi moje spiete, obolale, zmeczone cialo: zwolnij, odpocznij, daj sobie spokoj od czasu do czasu.
 w nagrode za dwugodzinna malinowa cierpliwosc obiecuje spelnienie kazdego kolacjowego marzenia. malina wykorzystuje sytuacje: orzechy macadamia i woda sodowa z sokiem malinowym. to byla nasza kolacja. potem, kiedy myla zabki polozylam jej pod poduszke malutka ksiazeczke o aniolku, ktora znalazlam wczoraj w sklepie a na poduszce piorko. i tak sobie dzis razem zylysmy w bolach i usmiechach.
teraz czekam jak maz skonczy kolacje z klientem w dreznie, zeby mu opowiedziec jak umieram. potrzebuje dzis duzo wspolczucia i milosci. chocby telefonicznie.
wtorek, 27 listopada 2007
w.z.
probujemy napisac karte kondolencyjna. wszystko jest zbyt patetyczne i nie jest wystarczajaco patetyczne. 
poniedziałek, 26 listopada 2007
tak rozmawiamy juz ze soba 40 lat.
- sluchaj, wez i zobacz taka strone wuwuwu.
- jaka?
- no wuwuwu!
- ale poza wuwuwu musi cos jeszcze byc.
- no tak. mojedzwi kropka pe el. masz?!
- nie. nie siedze przed komputerem.
- to jak bedziesz miala to zadzwon.

dzwonie za pol godziny.
- masz?
- mam.
- to zobacz ten kolor co ci mowilam. podoba ci sie?
- nie. nie lubie ciemnego drewna.
- tak. ale ten jest piekny, prawda?
- mnie sie podobaja tylko biale drzwi.
- tak. ale ten kolor, co wybralam jest piekny, prawda?
- nie. nie lubie ciemnego drewna. wygladaja ciezko.
- tak. ale pieknie, prawda?
- mamo, nie lubie ciemnego drewna. mnie sie nie podobaja.
- nigdy mi nie mozesz porzadnie doradzic! nigdy!
- radze ci: kup biale drzwi. sa piekne.
- nienawidze bialych drzwi.
- wiem, ale biale sa piekne. mialam ci dac rade.
- nie znasz sie. ten braz jest piekny. a teraz zobacz ten rodzaj wykonczenia: mdf.
- nie moge znalezc.
- nie mozesz? no: mdf!
- szukam ale nie ma.
- nie ma? jak to? dobrze poszukaj: m d f!
- szukam. tu sa rozne rodzaje, ale oznaczenia mdf nie ma.
- to niemozliwe. nic nie rozumiem!!! szukaj porzadnie: M D F!!!
- mamo, szukam. nie ma tego i juz.
- no nie umiesz szukac. jak zwykle. przeliteruje ci jeszcze raz EM DE EF!!!
- mozesz mi to wydrukowac i przeslac faxem, ale tego tu nie ma. nie ma i koniec. nie ma. n i e m a. naprawde nie ma.
- ide do danusi. jej syn mi znajdzie.



magia.
koniec trzech pracowitych dni w hamburgu. kupuje plasteline lilifee dla maliny, wsiadam do samolotu i zanim wszystcy pasazerowie upchna torby i laptopy na gorne polki, zasypiam. odlatuje. ledwie zamknelam oczy, siedzaca obok kobieta szarpie mnie za rekaw:
 - prosze sie obudzic. wysiadamy!
otwieram oczy. rzeczywiscie! wszyscy wokol stoja i pra do wyjscia. katastrofa? ploniemy?! budze sie w jednej sekundzie i tez chce uciekac. pani glaszcze mnie po ramieniu:
 - nic sie nie stalo. wyladowalismy i wysiadamy.
 - jestesmy w monachium?
tak. w domu okazuje sie, ze mam prawie 40 stopni goraczki i caly weekend kaszle, ze malo sobie pluc nie wypluje. lykam homeopatyczne globulki i obiecuje sobie, ze zaraz w poniedzialek dam sobie przeswietlic pluca i wezme normalny antybiotyk. dusze sie i mecze. a dzis? wstaje rano i jestem zdrowa jak nie wiem. magiczne globulki. magiczne.

PS. kropka, wiem, ze bedziesz sie smiala.
zeby nie bylo nieporozumien.
od kilku dni malina produkuje rozne listy do mikolaja. inny dla polskiego, inny dla niemieckiego. wczoraj pokazuje mi kolejny list a na nim dwa przekreslone obrazki. nie rozumiem o co chodzi.
 - tu mu narysowalam czego ma nie przynosic. - tlumaczy malina. nadal sie dziwie, wiec dodaje: - to jest krzeslo ogrodowe a to jest ogrodowy lezak. bo po co mi teraz taki lezak jak w ogrodzie jest zima?
poniedziałek, 19 listopada 2007
ostroznie!
malina chora. przed zalozeniem pizamki wcieram jej w plecki masc. potem z przodu. energicznie zeby sie rozgrzala.
 - mamusiu, uwazaj bo mi urwiesz cycuszki!
niedziela, 18 listopada 2007
wczoraj w zerowce
-  no co tam bylo dzisiaj ciekawego?
- fajnie bylo. mielismy isc do domu boga!
- tak?
 - tak. ta druga pani zapomniala przyjsc, wiec ta pierwsza pani powiedziala, ze idziemy do domu boga, ale poszlismy do kosciola. tez fajnie, bo tam inna pani grala na fortepianie i jezus tez byl. ale wisial niestety na krzyzu... i wiesz co? jak raz jezus poszedl po ziemii to potem mu krew leciala z raczek. i z jednej i z drugiej. i z nozek i z brzuszka. i mial czapke z galazek. i on byl dla nas bardzo mily a my nie. niestety. i dlatego mu potem ta krew leciala. z brzuszka. niestety.
piątek, 16 listopada 2007
nie wiadomo czy sie smiac czy plakac.
http://de.youtube.com/watch?v=EHvhgWWE7rs&NR=1
środa, 14 listopada 2007
finansowe priorytety.
rodzinna telefoniczna goraca linia plonie. kuzyni z ameryki urodzili dziecko rok temu. teraz zdecydowali sie na operacje powiekszenia piersi. to znaczy ona zdecydowala. koszt 6000 dolarow. on wolal te pieniadze zainwestowac w remont dachu. niemiecka rodzina komentuje: zawsze podejrzewalismy ze jest gejem.
maz sie smieje:
 - dach? jak bedzie kapalo moga podstawiac jej stare biustonosze.
decyzja.
 - mamusiu, zdecydowalam.
 - co?
 - nie chce kota.
 - nie?! dlaczego?
 - wole siostrzyczke.
 - tak? ale dlaczego?
 - bo chce w lato pojechac na sardynie. a kot nie moze. a siostrzyczka moze.

strzelali do ludnosci cywilnej.
nic nie rozumiem. polacy strzelali do ludnosci cywilnej. i beda osadzeni. internauci oburzeni. jednoglosnie oburzeni. czy dlatego, ze polacy to im wolno?
wtorek, 13 listopada 2007
stresujaca mamusia
spieszy nam sie jak nie wiem. strasznie! pali sie niemal. jestesmy juz spoznione a jeszcze nie wyszlysmy z domu. staram sie nie panikowac, nie pokrzykiwac, nie dodawac sytuacji dramaturgii ani stresu, ale powoli trace cierpliwosc. malina jest wyraznie slow motion. zamysla sie nad butem, nad mydlem, nad swetrem, nad herbata. popedzam i popedzam. bez skutku. jestesmy jak z dwoch roznych bajek: trzmiel w opalach i mucha w smole. w koncu malina zamysla sie znow i postanawia sie zbuntowac:
- ja jestem dla ciebie taka mila a ty? taka jestes dzis dla mnie... taka jestes... jestes byle dla mnie jaka dzis.
poniedziałek, 12 listopada 2007
zaczarowany wieczor.
trzy dni produkowalysmy latarnie na sw.marcina. wycinalysmy, sklejalysmy, wybieralysmy paski na skarpetki krolewny. bo latarnia jest zamkiem a wokol skacze krolewna - elf i macha rozdzka. zgasilysmy swiatla, wstawilysmy swiece i lazilysmy po zatopionym w czerni domu spiewajac: "sankt martiiiiin, saaaaaankt martiiiiinritt durch schnee und wind.." i "lateeeeeeerne, lateeeeeerne, sonne, mond und steeeeeerne..." potem malina ulozyla w swoim pokoju chusteczke jako obrus, ustawila na nim latrnie i w ciemnosci tanczyla a ja siedzialam jako gosc. potem uroczyscie zdmuchnela swieczke. poszlam po pizame, w malina miala w tym czasie posprzatac zdjete ubranka: do prania i na jutro ladnie zlozyc. wracam. wszystko porozwalane. malina w rajstopach na glowie trzyma sie pod boczki i jest zajacem z dlugimi uszami:
- no niech pani zobaczy jak tu wszystko porozwalane! to penie pani corka tak nabalaganila!
calkiem powaznie odpowiadam:
- tak. na to wyglada. straszny balagan!
- ale ta pani corka jest! dobrze, ze ja moje rzeczy juz posprzatalem i ide spac. jak spotkam pani corke to jej powiem, ze brzydko!
- no to dobranoc panie zajacu, niech pan spi dobrze. ja ide szukac mojej coreczki, bo pewnie chce bajeczke na dobranoc a ja tu z panem tak gadam i gadam.
malina sciaga rajstopy z glowy przerazona:
- TO JA! nie widzisz?
razem posprzatalysmy. na dobranoc byl kopciuszek, moje dziecko przeistoczylo sie znow w zajaca i spi w rajstopach na glowie. tatus wraca pozniej i po drodze przywiezie sushi. mam mu powiedziec, jak przyjdzie maline pocalowac a ta bedzie juz spala, ze... to malina tylko wyglada jak zajac.
- zeby sie tatus nie zmartwil, ze mnie nie ma.

piątek, 09 listopada 2007
nienawidze owieczek. jak mi sie jaka nawinie, to rzucam kamieniem. nie ma wybacz.

berek?
malina oglada ksiazeczke. w co sie bawia dzieci w przedszkolu.
 - a tu?
 - a tu sie bawia w bieganie!
bierki
malina gra sama. ja nie mam do tego serca, bo ona skacze caly czas a w grze sa same ostre szpikulce. ta gra jest nie na jej temperament i nie na moje nerwy. wiec malina jest zdana sama na siebie. gra. gra.
 - wygralam!!!!
 - tak? a z kim?
 - z butem! ja mam wszystkie bierki a on zaden bierek. bo on sie kreci i nie umie grac.
czwartek, 08 listopada 2007
reka

siedze z mezem wlasnie przy whisky i sekcie&sok pomaranczowy i pytam, czy by sobie dal reke odciac za to, ze jestem mu wierna. patrzy na mnie zdziwiony:
- a co moja reka ma z tym wspolnego?



pijacki dom jak nic!
pije dzis sekt z sokiem pomaranczowym. na wszelki wypadek przyznalam sie mezowi, ze martini "ist weg" a bylo niemalo. (wczorajsza noc internetowa florkowo - sentowaa z niewielka domieszka heli i morfeusza!) myslalam, ze maz sie obruszy a on pyta: kupic po drodze? nie wiem czy maja na stacji benzynowej...
żaby.
pora spania. kaze malinie ja zawsze posprzatac a malina tupie nózka i normalnie na mnie krzyczy:
- ciagle musze sprzatac i sprzatac! sama to sprzataj!!!
- bardzo brzydko ze mna rozmawiasz. ide sobie, bo nie lubie jak ktos na mnie krzyczy. - odpowiedzilam i wyszlam.
sciele jej lózko, slysze, ze wslizguje sie do pokoju. siadam na skraju lózka i staram sie spokojnie i bardzo powaznie tlumaczyc:
- malina, posluchaj. nie wolno tak rozmawiac z rodzicami. ja staram sie ci pomóc, zebys wiedziala co robic. staram sie ciebie wychowac, wiesz? ale jak ty na mnie krzyczysz to zupelnie nie wiem co robic, bo mi sie wydaje, ze jednak znow masz 3 latka i nie umiesz normalnie mówic. nie wolno tak krzyczec a na rodziców to juz wogóle.
malina swiadoma powagi przemowy pyta cicho:
- a do dzieci wolno tak mówic?
o! jakie madre pytanie. az jestem z niej dumna i serce drga mi ze wzruszenia:
- nie. do dzieci tez tak nie wolno mówic.
- tak. a do żabów?


niebo?
tak jest na swiecie.
nawet w lecie.
leci konik do gory
z nogami
na dol leciec nie chce
bo na gorze ladnie
ladne miasto widzi
niedaleko betlejem
be tle jem.
i synka widzi od mamusi
bo tam ladnie jest.
jest. jest. jest.

spiewa mlaina przy malowaniu.

a wieczorem pyta w lozeczku:
- mamusiu a gdzie jest pan bog?
- a niebie.
- aha. no to niech przyjdzie.
- on nie przychodzi. on tam, zawsze jest.
- a jak ja jestem na niego smutna i go poprosze to przyjdzie?
- nie.
- nie? dlaczego?
- bo on widzi, ze masz mamusie i tatusia, ktorzy zawsze sa przy tobie, wiec nie musi przychodzic.
 - aha.
nieznana piosenka
czwarty dzien w domu. malina wyprodukowala nieskonczona ilosc figurek, lampionow, wycinanek, figurek z masy solnej, malunkow farbkowych dla kazdego czlonka rodziny kilka. teraz wziela sie za spiewanie. nic nie rozumiem. malina spiewa w jezyku, ktory jest niepodobny do niczego. pytam wiec:
- a co ty spiewasz? co to za piosenka?
- nie wiem. nie znam tej piosenki. ale po angielsku.
przedstawienie.
ciagle chce poleciec po kamere, ale nie moge oderwac oczu od tego cyrkowego spektaklu. mysle, ze jak odejde na chwile to to sie nagle skonczy jak i zaczelo. malina tez zapatrzona jak zaczarowana. na naszej ogromnej lipie dwie wiewiorki graja w berka. albo w chowanego. szaleja. przeskakuja z grubego pnia na delikatne galazki i hoop! na  trawe. ledwie mozna za nimi nadazyc. w skokach wyprezaja biale brzuszki, co i raz zle wysterowany lot koczy sie upadkiem na plot z tui. ale zaraz znow jak sprezyste pileczki migaja wysoko nad nami, nad domem.
 - oj! zeby sobie nie pofrunely! - martwi sie malina, kiedy biegaja tak wysoko.
wiewiorki nas lubia, bo malina przychodzi z przedszkola z kieszeniami wypchanymi laskowymi orzechami i uklada je w male kupki na obiadek, na kolacje, na sniadanko. ale takiego przedstawienia jeszcze nigdy nie widzialysmy.
smieje sie wiec do maliny:
 - ale skacza! to sa pewnie kolezanki albo siostrzyczki!
 - tak! tak! - wola podniecona malina - albo bratki!
a po chwili:
 - albo mamusia i tatus. hahaha! jak tak, to on ja zaraz ugryzie w pupe!
ku pamieci.
jestesmy chore a tatus w home office. malina promienieje. bwi sie na dywanie jak dziecko z reklamowki, cieszy sie, jest grzeczna, zadowolona, wesola, radosna. to juz drugi dzien wszyscy w domu. roze na stole, swiece, za oknem ciemno od deszczu choc to dopiero poludnie. maz na gorze walczy telefonicznie ze swiatem. malina foremkami wycina ciasteczka a ja robie kurczaka w orzechach na obiad. malina cos tam mruczy, podspiewuje. wchodzi tatus zwabiony na dol zapachami i glodem. usluznie przynosi mleko kokosowe z piwnicy.
 - malina, a co ty sie tak cieszysz?
 - bo kazdy ma swoje zadanie: ja pieke ciasteczki, tatus pracuje w biurze, mamusia gotuje. kazdy ma swoje zadanie. - powtarza i pracuje dalej usmiechnieta.
tatus najpierw sie smieje, ale zaraz potem oburza sie:
 - ale ja tez czasem gotuje. i to twoje ulubione dania! a mamusia idzie do biura, prawda?
malina go ignoruje a ja mrugam, zeby dal spokoj. maliny swiat wlasnie stoi mocno na czterech nogach. a co nam to szkodzi? my wiemy jak jest i ona wie.

dla maliny wszystko.

 
1 , 2
Archiwum