wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 26 listopada 2008
...
ogladam wiadomosci i placze. taj mal hal palast zostal ostrzelany przez terrorystiow w indiach. moj maz powinien tam wlasnie byc jak rok temu o tej porze. przesunal wyjazd, bo kryzys trzyma go w ryzach stresujacych spotkan na szczycie tu w monachium.





swietych obcowanie
jak bylam taka mala jak malina to nikt nie mial w glowie przewrocone pedagogika waldorf, wiec moglam u babci ogladac telewizje do woli. ze skakanka, ktora awansowala do rangi mikrofonu wtorowalam sipinskiej, jantar i grechucie w sopocie i opolu, machalam chustkami w chorku z kabarecikiem olgi lipinskiej, jak bylam grzeczna to moglam nawet obejrzec bajke dla doroslych z kobuszewskim ale tak naprawde to kochalam sie glownie w swietym (http://pl.wikipedia.org/wiki/Simon_Templar).
pewnie dlatego jak przyszlo co do czego to wyszlam za maz za swietego czlowieka. zamiast budowac jakis kominek powinnam mu postawic pomnik w centrum monachium. za cierpliwosc, wyrozumialosc, wyczucie chwili, niezlomnosc, umiejetnosc zaciskania zebow, niepoprawny optymizm, silna wole, za to ze mnie zabiera na romantyczny weekend za tydzien i ze nasza corka mowi o swoim mezu:
 - teraz on musi wstawac raniutko i robic mi kawusie. a jak bedziemy miec dzieci to tez malinowa herbatke.
prawdziwi mezczyzni tacy sa. swieci.


wtorek, 25 listopada 2008
proznia doskonala.
pamietam taki egzamin na studiach na ktory zupelnie sie nie przygotowalam. przepytywala mnie straszna pila, ktorej sie strasznie balismy. widzialam tylko swoje buty i te buty tak mnie jakos zajely (z brazowego materialu, znam do dzis dokladnie kazdy szczegol), ze zapomnialam jakie bylo pytanie. siedzialam tak, gapilam sie na swoje stopy i z jednej strony  wstyd mi bylo poprosic o powtorzenie pytania, z drugiej bylam wsciekla, ze zaraz zalicze w indeksie dwoje ale ogolnie cala sytuacja smieszy mnie, jest absurdalna i musze sie dobrze trzymac zeby sie nie rozesmiac. z wysilku i wzruszenia nad wlasna beznadziejnoscia wilgotnieja mi oczy a pani profesor sadziac, ze mam jakis problem odsyla mnie do domu z pustym indeksem i daje nastepny termin.

dzis przezylam dokladnie taka sama sytuacje. 20 lat pozniej. inne rekwizyty, inna sceneria, zamiast butow rysa na scianie budynku widocznego z okna naszego biura. pytanie o plan, o idee, o sposob. sama nie wiem o co dokladnie. nie odpowiedzialam nic. zamiast drugiego terminu dostalam zapewnienia, ze jestem swietna, swietna, swietna. a ja jestem pusta, wypalona i nie moge sie zebrac w sobie.


niedziela, 23 listopada 2008
malinowe noce.
rozmawiamy sobie przy winku, swieczki sie pala. szkole waldorf i inne aspekty zycia rodzicielskiego rozkladamy na czynniki pierwsze i nawet nie zauwazamy ze juz prawie polnoc. cichy szelest w kuchni i nagle malina staje obok stolu. tak nagle i niepostrzezenie, ze serce staje mi z przerazenia, wydzieram sie ze strachu jak idiotka przez co przyprawiam meza o niemal zawal serca a dziecko o lzy. no taka strachliwa jestem niestety juz od zawsze. opanowuje sie szybko, uspokajam maline, wacalowujemy sie wszyscy do utraty tchu, biore maline za lapke i idziemy na gore. po drodze tlumacze, ze w nocy sie spi, zeby odpoczac, rosnac i snic cos ladnego:
 - nie moge spac jak jest tak cicho. myslalam, ze was nie ma.
 - ale przeciez my jestesmy zawsze.
 - ale was nie slyszalam.
 - ale przeceiz jest noc. w nocy ma sie oczki zamkniete i nic sie slyszy, bo sie spi. w nocy nigdy nas nie slyszysz.
 - zawsze was slysze. slysze jak chrapiecie.



piątek, 21 listopada 2008
degrengolada edukacyjna
tak cuduje z tymi szkolami, ze oszaleje chyba. plakac mi sie chce tylko i wszystko, wszystko uwazam za beznadziejne. wszystkie szkoly sa glupie.
tak oto w wieku 40 lat wrocilam do pogladow z czasow kiedy bylam nastolatka.
czwartek, 20 listopada 2008
cenna zona.
jestem pania po 40-stce. pomyslalam w perfumerii, ze juz niewiele lat mi zostalo na wydawanie pieniedzy na upiekszajace kosmetyki. za kilka lat pewnie bedzie wszytko jedno. tak zainspirowana dolozylam do tradycyjnego zestawu shiseido kilka dodatkowych ekskluzywnych wariactw. zachwycona sprzedawczyni wrzucila mi do torby dwa kilo roznych probek, perfum, blyszczyk kokosowy do ust dla maliny, jakies kule do kapania i pyl na wlosy ( ze niby kosmiczny:-)
maz podziwia piekne butelki w lazience (benefiance tonik wyglada jakby sie upil, swietny design) i komentuje:
 - czy to zeby moja piekna zona byla jeszcze piekniejsza?
 - nie. zeby byla biedniejsza... ale pomyslalam sobie, ze jestem tego warta, ze tak rzuce haslem z mojej branzy...
na to maz - moze czytal poradnik: jak zadowolic starzejaca sie zone?:
 - co? ty jestes wiecej warta niz cala perfumieria. niz kilka perfumerii!!!
no taki romantyk mi sie trafil. i zaraz mysle o lesmianie, ktorego pewnie nigdy nie przetlumacze na niemiecki:

Dusza twoja śmie marzyć, ze w gwiezdne zamiecie
Wdumana, bedzie trwała raz jeszcze i jeszcze,
Lecz ciało? Któz pomyśli o nim we wszechświecie,
Prócz mnie, co tak w nie wierzę i kocham i pieszczę?
I gdy ty, szepcząc słowa, w ust zrodzone znoju,
Dajesz pieszczotom ujście w tym szepcie, co pała,
Ja, zamilkły wargami u piersi twych zdroju,

Modlę sie o twojego nieśmiertelność ciała.









tesciowie.
jutro mam wizyte malinowych tesciow i malinowej szwagierki, ktora ma 5 miesiecy. szykuje sie swietny wieczor, bo malina trafila na super rodzinke. no ale troche jestem zdenerwowana, to chyba oczywiste. wypucowalam kuchnie na wysoki polysk. bedzie fondue.  lazienki wypucuje w pstaniej chwili, zeby blyszczaly diamentowo. no i ide spac.
środa, 19 listopada 2008
rozowy, malinowy swiat.
siedze i sie mecze. boli mnie brzuch. martwie sie. tak bym chciala wzniosle i dobrze maline wychowac. madrze. na dobrego czlowieka. a ona od kilku dni sciaga na deszczu czapke swojej ulubionej kolezance. brzmi trywialnie, ale w koncu jej mama sie wkurzyla i ja ja totalnie rozumiem, bo tez bym sie wkurzyla. marlene jest chudziutka, niespecjalnie urodziwa, nosi okularki i nigdy na nic sie nie skarzy. jedyne co jej do szczescia w przedszkolu potrzeba to moja malina. lubia sie, odwiedzaja, dobrze sie bawia. ale podobno - wlasnie sie dowiedzialam - od tygodnia malina jest wobec marlene zlosliwa i robi jej nieprzyjemne psikusy. marlene placze w domu, ze malina nie jest juz jej przyjaciolka. zmartwilam sie, ale pomyslalm, ze przy takim malym dziecku to mozna jeszcze pomanipulowac, wiec musze z malina pogadac i wybic jej z glowy glupoty z czapkowymi psikusami. w miedzyczasie zadzwonilam do mamy marlene, ale akurat odebral tata i przegadalismy godzine. marlene przechodzi jakis smutny okres w przedszkolu. zedne z nas tego nie powiedzialo glosno, ale chyba jest malutkim kozlem ofiarnym (mobbing?) ale tylko dlatego, ze jakos nie umie sie bronic. podobno johanna ja niebezpiecznei zaatakowala...
wieczorem biore maline na spytki o marlene, o johanne... a malina opowiada chetnie (podobno to jest ewenement, inne dzieci nie opowiadaja wiele o zyciu w przedszkolu):
 - zbudowalysmy domek. i choc marlene nic zlego nie zrobila, johanna przyszla i rozwalila ten domek a jak marlene chciala odejsc to ja johanna pobila po plecach piesciami...
o boze. ale waldorf - mysle sobie. ale gadam dalej:
 - jak ona mogla cos takiego zrobic? przeciez nie wolno nikogo bic!
 - nie wolno. ale johanna ja piesciami pobila. - malina z lekka sie rozchmurza - ale dostala kare.
 - za takie cos powinna dostac porzadna kare!!! - oburzam sie.
na to malina:
 - a potem johanna chciala udusic marlene... dusila ja, ale... ja tego niestety nie widzialam...
zaniemowilam. z powodu duszenia. i z powodu "niestety".


wtorek, 18 listopada 2008
malinowe dobranoc.
kupilam dzis malinie cudownie ilustrowana ksiazke. przygody malej marlene i co ona widziala zima. http://www.amazon.de/Was-Marilenchen-erlebte-Sibylle-Olfers/dp/3480220738/ref=sr_1_4?ie=UTF8&s=books&qid=1226966046&sr=1-4
tak mi sie spodobala, ze zlamalam nasza zlota regule i poczytalam malinie na dobranoc po niemiecku. dziecko sie tak wzruszylo, ze nie moglo zasnac. malina przykleila sie do mnie jak niedopieczone drozdzowe ciasto i tak sobie siedzialysmy w fotelu az sie oczki zamknely, oddech zmienil w powolne, znuzone sapanie a ja w plastline zostawiona na cieplym kaloryferze. moze jej potrzebna jest moja akceptacja niemiec? moze mnie jest potrzebna nwet bardziej niz jej?



poniedziałek, 17 listopada 2008
siermiezna kuchnia polska
przeczytalam ciekawy wpis w ts o odchamianiu kuchni polskiej... az sie zalogowalam i zaapelowalam zeby nikt niczego nie odchamial!!! zawodowo przewalam sie po wykwitnych francuskich restaracjach z obowiazkowym tygodniem w cannes na festiwalu, gdzie po tygodniu na widok foie gras i sosu z szampana dostaje mdlosci a ... bigos z prawdziwkami + chleb z maslem albo pierogi z kapusta i grzybami moge jesc przez miesiac a potem... przez nastepny!!!

pamietam jak bylam jeszcze malutkim cieniem mojej szefowej i jej ulubienica dzieki czemu pierwszy raz bylam w restauracji, pod ktora parkowaly same maserati i aston martiny i rozne diabolo. w kibelku lezaly zamiast papieru toaletowego bawelniano-jedwabne chusteczki a ja myslalam, ze zlapalam wlasnie pana boga za ogon. karty - menu nie posiadaly cen a byly tak piekne, ze chetnie wzielabym sobie jedna na pamiatke.przed nami roztaczalo sie lazurowe wybrzerze a moja szefowa poprosila o kotleta schabowego, frytki. ze znawstwem wybrala genialne wino. potem my jedlismy jakies dziela sztuki, ktore najchej bysmy najpierw sfotografowali a ona cieszyla sie frytkami. nie zapomne jak lekko zmarszczyla brwi pytajac: a gdzie ketchup? wielka producentka. pelna klasa. nawet w absurdalnym palacu absurdu pozostawala soba, co zrobilo na mnie takie wrazenie, ze nie zapomne ani sekundy z tamtego wieczoru.

wlasnie mi sie to wszystko przypomnialo jak przeczytalam o tej polskiej, zgrzebnej kuchni. i blagam, prosze pamietac, ze wykwintne ravioli na pieknej porcelanie to wlasnie pierogi i ze  farsz z suszonych prawdziwkow jest we francji nie do zaplacenia. drozsze sa tylko trufle. i nie kazdy je lubi!



malinowe prezenty, zabawki.
natchniona wpisem (i komentami) tymisiowej o ürezentach pod choinke zaczelam zastanawiac sie nad malinowymi zabawkami. moje dziecko niewzruszone moja checia obdarowywania czesto kwituje moje propozycje:
 - oj zobacz jaka piekna ta lalka!
milym:
 - no piekna. jak chcesz to kup. - i idzie dalej.
malina ma swoje marzenia i uparcie przy nich trwa. na przyklad rok temu na st martins markt wymarzyla sobie woreczek z piaskiem ale ja jej nie kupilam tylko obiecalam, ze sama uszyje. b o kurcze nie bede kupowala woreczka z piaskiem za 8 euro. ale nie uszylam. wczoraj na st martinsmarkcie malina zaraz poleciala do stoiska z woreczkami i kupila zolty woreczek z piaskiem:-) . nie rozstaje sie z nim nawet przy jedzeniu. ciagla ma z niegio jakis pozytek.
plastikowych szkaradztw made in china nie znosze, ale kilka kupilismy i leza gdzies w piwnicy. te zabawki mnie zloszcza. dzieci od malenstwa przyzwyczaja sie, ze zabawka to smiec. nie ma jednego misia na cale zycie, tylko kolekcja misiow, swinek, zajecy, zyraf i biedronek, tysiace lalek, zestawy playmobil, ktorymi glownie bawia sie dorosli, pudla pelne klockow lego, w ktorych zbiera sie kurz, ze mozna go wazyc na kilogramy. plastikowe smieci dodawane sa do jedzenia w mcdo, w jajkach czekoladowych, w lodach. taki maly czlowieczek a juz produkuje regularnie gore smieci nieedukacyjnych nie tylko dlatego, ze glupich ale niemoralnych. posuje sie? nie szkodzi. kuopi sie nowe. a czy ktod jeszcze jedzie do punktu reperacji lalek? albo skleja nadmuchiwane pilki plazowe?

pracuje w reklamie. dlugo robilismy spoty dla playmobil, jajek ferrero. nie uwazam, ze powinno sie zabraniac reklam. ale kazdy rodzic musi sam wiedziec czy mozna pozwolic maluchowi na siedzenia przed telewizorem i ogladanie tego kiczu. ja nie pozwalam. uwazam, ze telewizja zabija w dziecku energie, spontanicznosc, aktywny rozwoj inteligencji i fantazji. a na to juz nigdy w zyciu malina nie bedzie miala tyle czasu ile teraz. na ten niesamowity, niepowtarzalny rozwoj. nie tylko reklamy. filmy dla dzieci pelne zdeformowanych istot, zanim dziecko umie narysowac ludzika ramionami, paluszkami, stopami i pepkiem... brrrr! brrrr! brrrrr....
****

ps1:
ja sie chyba nie powinnam wypowiadac, bo niestety zrobilam sie taka radykalna, ze sama sie boje.
ps2:
od kilku miesiecy malina marzy o wlasnych szczudlach i pewnie je znajdzie pod choinka. poniewaz jest zima, bedzie je wyprobowywac w mieszkaniu, zniszyszczy podloge i moje nerwy, potem wrzuce je do kominka (tak, tak, na swieta juz bedzie wmurowany!!!) i pozbede sie nadmiaru zabawek!!!:-)


piątek, 14 listopada 2008
malinowy zmeczony, zmudny piatek.
cale dwa dni malina wyczekiwala na wizyte leticji. a leticja cieszyla sie na wizyte u maliny. mysle, ze sie naprawde lubia. wesolo sie przywitaly, zaraz polecialy na gore do malinowego pokoju i... zaczely sie klocic. malina z temperamentem (malina wpada w furie po mamusi) a leticia flegmatycznie przez zacisniete zeby. (niesmiala i nie lubi duzo mowic). godzine musialam dzialac jako mediator. w koncu sie wkurzylam i oswiadczylam, ze niestety dzwonie po mame leticji, zeby ja zabrala i nie beda sie juz wiecej odwiedzaly. koniec! amen.
 - teraz zamykam drzwi i schodze na dol. na dole dzwonie, wiec macie jeszcze chwile do namyslu!
zanim osiagnela ostatni schodek slysze malinowe:
 - mamuuuuusiuuuu!!!
 - tak?
 - sie bawimy. nie dzwon!
nastepna godzina przeszla w harmonii. potem przyszla mama odebrac corke i moja opowiesc skwitowala usmiechem:
 - ehhh ale teraz masz znow maline a ja mam taki cyrk dalej... dopoki nie pojda spac.
poszli. a malina postanowila mi udowodnic, ze sama tez umie robic cyrk i wcale nie potrzebuje do tego towarzyszki. na moja prosbe o sporzatniecie kredek zaczela mi machec przed oczami koralami z kwiatow (takie cos niby hawajski wieniec, ktory przywiozla sobie z helu i uwielbia!). prosze zeby nie machala. macha. prosze zeby nie machala bo wyrzuce do smieci. macha. prosze zeby przestala. macha. zabieram wieniec, wyrzucam do smieci. malina odstaje ataku placzu, staje pod drzwiami wejsciowymi i wola tatusia jakbym ja polewala wrzatkiem. tatus sie jednak nie pojawia bo jest 100 km od domu i wsciekla malina ostentacyjnie tupie po schodach na gore i trzaska drzwiami. wiec te schody jednak nie sa ostanim prochnem. no. no! przygotowuje kolacje. na gorze malina rzuca sie po pokoju. odczekuje 15 minut. jest coraz ciszej. ide na gore. malina otwiera drzwi, pokoj wysprzatany, wszytko ulozone, malina sie przytula i przepraszamy sie ile tylko sil. kolacja. jemy. jemy. malina niesmialo:
 - naprawde wyrzucilas moj wieniec?
 - a naprawde machalas mi nim przed oczami choc prosilam zebys tego nie robila?
 - tak.
 - wiec naprawde go wyrzucilam.
 - ... ... ... - malina przestaje jesc.
 - ale go wyjelam, bo sie przeprosilysmy i mysle, ze juz tak wiecej nie zrobisz.
 - ... ... ale cie kocham.

potem najpierw gadalam przez godzine z mama mirabell a potem z mama macka i przysiegam, ze moje problemy z machanym wiencem to jest zwyczajne nic. zero. null. nix.


wtorek, 11 listopada 2008
nienaturalnie grzeczne dzieci waldorf
czytam 4 ksiazki na raz. dwie pro, dwie anty. jestem na skraju drog i zupelnie nie wiem ktory kierunek jest wlaciwy. we mnie chaos. wlasnie znalazlam internetowe forum dyskusyjne, gdzie nastolatki waldorf dyskutuja z nastolatkami z roznych normalnych szkol nad sprawa: waldorf=sekta. obie strony obrzucaja sie miesem jak na wojnie, wala bledy ortograficze i wolaja: cool, hej, verarschen (udupic, przedupic, zadupic:-)
no wiec moze te dzieci tez sa zupelnie normalne i waldorf nie zmeinia ich we mlodocianych zakonnikow?



miara malinowej przyjazni.
maline widze w ogrodku, biegnie i juz z daleka widze, ze placze.
 - co sie stalo?
przyjazn z blizniakami zawisla na nitce. otoz blizniaczka oznajmila, ze kocha maline jak od przedzkola do domu elisabeth a elisabeth kocha jak od ziemii do kosmosu, czyli dalej, czyli bardziej. natomiast blizniak kocha maline jak od drzewa do kosmosu, ale to sie nie liczy, bo malinie glownie zalezy na blizniaczce. tak wiec nie sa juz przyjaciolkami.  nauczylam sie, ze intensywnosc miedzydzieciecych uczuc uzalezniona jest od pory dnia i pogody, smacznego obiadu lub ladnych spinek we wlosach, wiec bagatelizuje sprawe:
 - skoro sie juz nie przyjaznicie, to nie zaprosimy blizniakow w przyszlym tygodniu jak planowalismy...
 - o nie! nie! oczywiscie, ze zaprosimy. troche sie jednak kochamy! jak od przedszkola do drzewa!
no dobre i to.


piątek, 07 listopada 2008
malinowe malzenstwo.
od dawna wiadomo, ze malina kocha moritza i ze wzajemnoscia. moritz pogodzil sie z faktem, ze nie moze ozenic sie ze swoja mama, wiec postanowil ozenic sie z malina, bo malina nosi fajne sukienki. co rano padaja sobie w ramiona, siedza obok siebie przy obiedzie, machaja sobie raczkami na pozegnanie. kiedy przedwczoraj przygotowalam przedszkolny obiad, moritz siedzial na stole kiwajac nozkami wesolo mnie przywital:
 - no dzis bylo najlesze jedzenie na swiecie!!!
taki kandydat na ziecia to mi sie podoba, wei jak gadac z tesciowa. malina zas podala mi kartke z rozrysowanym planem slubu. panie przedszkolanki strasznie sie smialy i oznajmily, ze na jutro sa zaproszone na slub i chyba nic juz tej machiny nie zatrzyma. malina stoi obok i kiwa glowka:
 - tak. tak pani wagner. i prosze zalozyc ladna sukienke!!!
widze, ze juz wszytko zalatwione. kupuje wiec punch domowej roboty i francuskie bezy. malina skleca niebieski pierscionek, ubiera sie w kolory lila i szast prast: od wczoraj jest mezatka!!!
dzis rodzice gratulowali mi pomyslu. a ja przeciez nie mialam zadnego pomyslu, dalam sie poniesc fali. sdzos dzieci malowaly dla maliny karteczki z serduszkami.
powiedzialam jej, ze to takie zawiazanie przyjazni, ze jesli nadal beda sie kochac za 11 lat to moga wziac prawdziwy slub.
 - dobrze. - zgadza sie malina - ale i tak dobrze, ze juz sie tak troche ozenilismy, bo nie chce czekac az bede miala sto lat! wiem, ze bede go kochala cale zycie, bo jest podobny do tatusia.


środa, 05 listopada 2008
yes, we did.
nie ma cudow. nie ma jednego czlowieka, ktory moze zakleciem, obietnica, silna wola zmienic swiat. ale ci, ktorym to sie udalo to wielkie osobowosci, chryzmatyczni przywodcy, ktorzy potrafia porwac tlum, wlac nadzieje w serca. ich sila to sila tysiaca ludzi, ktorzy wierza, chca, czynia. i dzis taki czlowiek zostal prezydentem usa. caly swiat zakolysal sie lekko zdziwiony, zaskoczony i nawet najwieksi skeptycy musieli przyznac, ze niemozliwe jest mozliwe. wzruszony prezenter zdf opowiadal jak przed zdawal relacje z amerykanskich wyborow, kiedy czarni byli bici pod lokalami wyborczymi jako niegodni oddawania glosow. jesli ten kryzys, ktory zaczyna dotyczyc nas wszystkich  jest do pokonania to tylko wlasnie przez wiare w cud, dzialanie przeciw prognozom i planom, pozytywne, nowoczesne, swiadome dzialanie. nawet rosja, ktora dzis tupnela nozka, kiedy opadna emocje zacznie gadac. i chiny. i choc wczoraj w to nie wierzylam, dzis wydalo mi sie to prawdopodobne. juz dawno nie ogladlo sie tak pozytywnych wiadomosci, juz dawno mnie zaden zawodowy showman nie wzruszyl. obama to nowy swiat.


Archiwum