wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 24 listopada 2009
rodzinna duma.
malina opowiada, ze na przedstwieniu bozonarodzeniowym w szkole cos bedzie spiewala solo.
 - moze sie do tego naucze grac na pianinie. to bym mogla spiewac i sama sobie zagrac. to bys byla ze mnie dumna, co?
 - pewnie! ale tez bede dumna jak tylko zaspiewasz. bo ja zawsze jestem z ciebie dumna.
 - tak? a dlaczego?
 - no bo fajna z ciebie dziewczyna.
 - ja tez jestem z ciebie dumna mamusiu.
 - to sie ciesze. a dlaczego jestes dumna?
 - bo nie plakalas u lekarza i zarabiasz duzo pieniedzy.




niedziela, 22 listopada 2009
sekator.

tymi slicznymi nozycami do roz nieomal obcielam sobie srodkowy palec u lewej reki. 2/3 przekroju. palec zawisl na silnym na szczecie kawalku czyli 1/3 przekroju. krew chlusnela jak z kranu. bylam tak przerazona i otumianiona, ze nawet nie moglam sprawdzic czy calkiem obcielam i mam leciec do ogrodu i szukac czy nie. trzymalam tylko pod biezaca lodowata woda a umywalka wypelniala sie sie na czerwono. malina rzucila tylko okiem i ze strachu uciekla do ogrodu wrzeszczac wnieboglosy. zawolalam ja zeby mi dala gumke do wlosow. zatamowalam krew i zobaczylam, ze palec caly, tylko nadkrojony jak parowka. posypalam proszkiem do... gojenia wiecznej ospy, bo takie cos znalazlam a za nic nie moglam znalezc jodyny czy innego czegos do dezynfekcji. i zadzwonilam na pogotowie. lekarz przyjechal po 20 minutach. zdezynfekowal, zalozyl cos w rodzaju szwow, zakleil i zabandazowal. malina pogratulowala mi, ze jestem taka dzielna i do wieczora chodzila jak rozowa pozytywka: grzeczna, mila usmiechnieta i pomocna. wyrzucajac zakrwawione chusteczki do smieci zlamalam sobie paznokiec u prawej reki i to mnie teraz boli bardziej niz ta nadkrojona kielbasa. teraz glowie sie jak umyc wlosy. na pocieszenie zjadlam 100 kilo pierniczkow w ksztalcie gwiazdek i jestem tlusta jak golonka po bawarsku.


sobota, 21 listopada 2009
nie chwal dnia przed zachodem slonca.
dzien, ktory rozpoczal sie anielsko, tak tez toczyl sie dalej. odebralam dziewczynki, po drodze zahaczylysmy o szkole waldorf, w ktorej byl st.martinsmarkt - cuda dla dzieci. akurat waldorf wie o co malym ludziom w zyciu chodzi. w olbrzymiej kuchni dzieci wlasnorecznie robily male pizze, piekly je potem w olbrzymim piecu na dziedzincu i palaszowaly to nie zwazajac nawet na kapary. w koncu same te kapary tam ulozyly, wiec musi smakowac, choc normalnie takiego zielonego swinstwa do ust by nie wziely.
w sasiedniej sali znajdowala sie prawdziwa skarbnica ogrodniczo-dekoracyjna. galezie roznych iglakow i bluszczu, drewno porzniete na plasterki, glina do lepienia, szyszki, suszone kwiaty, orzechy, zoledzie wszystko naturalne lub malowane na srebrno i zloto, muszle, jarzebiny... malina uplotla wieniec adwentowy (przepiekny!!!) a klara na drewnianej podstawce skonstruowala zaczarowany las z mchu, galazek i suszek. wniebowziete zapakowalysmy sie w samochod i pojechalysmy do domu. dziewczyny zaczely sie najpierw pieknie bawic, ale potem coraz bardziej szalenczo. pierwsza blacha ciasteczek sliczna, nastepnie zaczely lepic glupoty, ale nie interweniowalam, bo smialy sie do rozpuku i cieszyly jak dzieci:-) tak sie jednak rozbujaly, ze malina chciala rzucac z radosci swoim wiklinowym krzeselkiem a kiedy przyszli rodzice klary z mlodsza siostra i wujkiem, dziewczynki zaczely rzucac kulkami z ciasta, na co sie oburzylam i zabawe ukrocilam.
trzy panny wyniosly sie wiec na gore do maliny i nagle slyszymy taki wrzask jakby jedna z nich oblewana byla wrzatkiem. polecielismy na gore. serce mialam w brzuchu ze strachu. mala roza zalewa sie lzami, maliny nie widac a klara tlumaczy, ze malina nie chce zeby roza sie z nimi bawila. szukamy maliny a malina nagle wyskakuje zza fotela i krzyczy na klare: - ty zdrajcoooo!!! - jeszcze w zyciu nie widzialam jej w takiej furii.
wszyscy schodza na dol. zatrzymuje maline, zeby z nia porozmawiac. mowie zeby umyla raczki (na uspokojenie i zejscie na ziemie) i poszla przeprosic rozyczke, ale malina jest amoku. placze. chce leciec na dol. zastawiam jej droge, szamoczemy sie. zupelnie nie wiem co robic.
 - umyj raczki i buzie i zejdziemy na dol.
malina nie chce. nie chce. przepycha sie na dol. nie wiem skad slysze swoj glos:
 - jak sie nie uspokoisz dam ci w pupe. i to przy wszystkich!!!
to doprowadza maline do takiej histerii, ze przestaje sie szarpac, ale placze tak, ze zaraz przyjedzie policja i uratuje to dziecko przed matka, ktora niewatpliwie sciaga jej skalp. stoje. czekam. gotuje sie na miekko. w koncu odwracam sie i schodze na dol. malina zostaje na gorze. myje raczki, schodzi, przeprasza a potem dzieci wariuja od nowa. goscie wychodza, bo ida jeszcze na lyzwy. my zostajemy. za kare nie idziemy. jestem zrozpaczona. takiej afery nie przezylam od czasow moich klotni z mama jako nastolatka. krzyk, szamotanie, lzy, bezradnosc, furia...
robie malinie dlugi wyklad. malina placze. jakos nie moge sie zebrac na zwykle w takiej sytuacji przytulanki, ktore reperuja wszelkie konflikty i przywracaja swiatu rownowage. zadne slowa pocieszenia nie przechodza mi przez gardlo. jestem zla na maline. jestem wsciekla na siebie. jestem soba rozczarowana. malina zniechecona i smutna idzie do swojego pokoju. po kwadransie wraca z listem:

ICH MÖSTE STERBEN WAIL DU MIS NIS MER MAKST. MALINA

DOWIZENIA

ICH MAK DIś NIś MER.  *

pod tym namalowane sa trzy pekniete serca. do kazdej polowki kieruje strzalka z opisem: MAMA a do drugiej polowki: MALINA. wszystko na czerwono.

normalnie sie zalamalam jak to przeczytalam. caly wieczor spedzilam na tlumaczenieniu, ze nawet jak sie na nia zloszcze to i tak ja kocham najbardziej na swiecie. i tatus tak samo. nic tego nie moze zmienic. jak w ogole moze tak myslec.
 - myslalam, ze mnie nie kochasz, bo tak powaznie ze mna rozmawialas. - odpowiada malina - wiec postanowilam, ze tez cie nie kocham.
i w placz. co mysmy sie naplakaly. malina spi. mnie jest ciezko.


-----------------------------------------------------------
* ja hcem ómzeć bo ty mię jusz nie lóbisz. malina
dowizenia.
ja cie nie lóbiem.


sama przez chwilke.
maz za oceanem, malina w polskiej szkolce. dzien zaczelysmy od grzechu: zaspalysmy i zamiast sniadania dziecko jadlo w samochodzie donut z czekolada, co wprawilo nas w swietny humorek. potem pojechalam i z marszu zamowilam 4 parapety do nowych okien i... zamiast dalej pozalatwiac mase waznych spraw, zakrecilam luk do domu. zaparzylam kubel kawy, slonce zloci ogrod, roze zglupialy od tego ciepla i zakwitly. zaraz jade po maline i przyjaciolke odebrac je ze szkolki. dziewczynki beda dzis piekly ciasteczka a ja bede lezala na sofie i wdychala zapachy z kuchni. tak sobie patrze, mysle, czuje i jest mi przez chwile calkiem, calkiem... mysle czy by nie zadzwonic do meza i nie powiedziec mu, ze jestem szczesliwa. on lubi to slyszec. eee dam mu spokoj. niech spi.




piątek, 20 listopada 2009
co za zwariowany wieczor
maz dzwoni z ameryki, ze wypozyczyl sobie corvette dla plebsu z 460 ps i dzieli sie ze mna warczeniem silnika. cieszy sie jak chlopiec. mial gowniany tydzien, taplal sie w stresie po uszy i na weekend postanowil sie zabawic. wynajal te rakiete, zeby... - jak twierdzi :-) - jezdzic od sklepu do sklepu w poszukiwaniu mojej wymarzonej kurtki. no jaki dobry maz? bedzie szybko jezdzil. w moim interesie. potem idzie na mecz hokejowy. graja jacys mistrzowie.

na skypie zagadala moja mama. ma stres co ugotowac na swieta. sandacza, pierogi, kapuste z grzybami - zamawiam. wymyslila pieczone przepiorki.
 - mamo, nie bede jadla ani pieczonych przepiorek, ani pieczonych chomikow, ani jaszczurek. zrob duzo pierogow i barszczyk. amen.
 - ale pieczone przepiorki to bardzo elegancka i droga potrawa! - broni sie moja mama. czy ja gadam na dziennikach ze stefane, czy co?
 - nie jem przepiorek. nie jem ostryg. poprosze o PIEROGI. pierogi i juz. amen.



czwartek, 19 listopada 2009
przenosny slowniczek

 - malina, jak sie mowi: der himmel oder das himmel?
 - der himmel. - malina zamysla sie i dodaje tonem... no MOIM TONEM!!!: - no wiesz... jakbys na przyklad chciala powiedziec "das himmlische kind" to by bylo das, ale sam himmer jest der.

co za przemadrzale dziecko.




ale pieknie.
jakis rok temu malina miala taka faze, ze co kilka wieczorow, kiedy myslelismy ze juz spi, wymykala sie ze swojego pokoju, wskakiwala do naszego lozka, na pizamke zakladala moja koszule nocna, bokserki meza i jego t-shirt i tak opatulona spala jak aniolek. tak znajdowalismy ja przed pojsciem spac, ostroznie wysuplywalismy ja z naszych pizam i przekladalismy do jej lozka. jednak ogolnie rzecz biorac malina spala ze mna bezproblemowo tylko jako niemowlaczek najpierw w szpitalu a potem w czasie dziennych drzemek. nigdy nie garnela sie do spania z nami a jesli juz to zaraz wyprowadzala sie do siebie, bo jej bylo za goraco. dlatego bardzo zdziwilam sie przedwczoraj, kiedy na moja propozycje, ze moze spac ze mna (tatus jest teraz na drugiej polkuli) malina ucieszyla sie niemal ze lzami w oczach. i jak ona sie szykuje. przynosi poduche, koldre, uklada mysze mimi i ameliona a potem, kiedy zgasze swiatlo, po wieczornej opowiesci, trzyma mnie za reke i zasypia w trzy minutki.


wtorek, 17 listopada 2009
malinowa kuzynka
jednym z najwiekszych malinowych skarbow jest kuzynka. mieszka nad jeziorem bodenskim, jezdzi konno, ma dlugi warkoch, najlepsze stopnie w klasie i od kiedy malina siega pamiecia kuzynka jest strasza o magiczne 8 lat. kuzynka jest ostatnim asem w rekawie, kiedy inne argumenty w dyskusji zawodza, kuzynka jest trofeum, jest symbolem, miloscia i nadzieja na dobra przyszlosc. tydzien temu kuzynka zachorowala na swinska grype i malina bardzo sie nia martwila. napisala list, namalowala obrazek a w sobote zadzwonila. gadaly z pol godziny. pierwszy raz w zyciu tak dlugo i chetnie. o szkole, o pogodzie, o chorobie, o ktorej kraza rozne historie. po skonczonej rozmowie pytam:
 - no i jak? aleksandra czuje sie juz lepiej?
 - tak. - odpowiada malina i dodaje rozpromieniona - jak to dobrze, ze nie umarla prawda?


poniedziałek, 16 listopada 2009
malinowa mamusia.
dzis wygralam konkurs na matke idiotke. pojechalysmy z malina do dentysty. malina dzielnie i wesolo. ja tylko dzielnie. wracamy. jakos chce dziecko nagrodzic za cierpliwosc i pogode ducha. widze mcdo i proponuje jej drive in. malina szaleje z zachwytu i radosci i najpierw na wszelki wypadek niedowierza. w swoim prawie 7-letnim zyciu byla chyba ze trzy razy w mcdo. ale tak. tak. dostaje papierowe pudlo happy meal. cos tam do jedzenia i jakies fioletowe platikowe cos, co nawet nie wiadomo do czego sluzy razem z fioletowa bransoletka. cala droge dziecko degustuje, cieszy sie, podziwa branslotke a ja coraz bardziej trace humor, bo sie na siebie wkurzam, ze karmie dziecko takim badziajstwem. wsciekla burcze na maline i zaganiam ja szybko do lozka.
dobrze, ze to dziecko ma takiego fajnego tatusia, bo z z mamusia zwariowaloby przed 18-nastka.


sobota, 14 listopada 2009
nic a nic.
moja cala rodzina nad jeziorem bodenskim choruje na swinska grype. srodowisko lekarzy. nikt sie nie szczepil. siostrzenica nawet nie ma goraczki. w klasie maliny dwoje dzieci przeszlo swinska grype. jedna to nawet bliska malinowa przyjaciolka. franzi. po 10 dniach w lozku juz jest znow w szkole. i nie znam nikogo kto by sie zaszczepil. i zupelnie nie wiem co robic. moja "najzaufajniejsza" lekarka antropozof powiedziala, ze malina przeszla trzy zapalenia pluc bez antybiotykow (za jej namowa zreszta. tygodniowe stany wysokiej goraczki po 4o stopni), wiec teraz jest silna jak glaz. druga zaufana pani doktor (polecona przez pani antropozof: trzeba miec tez lekarza w poblizu. takiego zeby u niego byc w 5 minut), ktorej tez zawdzieczam wiele, zapisala maline na liste oczekujacych na szczepionke i dzis zadzwonila zeby przyjechac to moge zaszczepic malne od razu. nie powinnam sie wahac, bo malina po jej trzech zapaleniach pluc nalezy do grupy ryzyka. no to czy ja jestem nadrzejsza po tych dwoch rozmowach?
nic a nic.


ja tez juz troche mysle o swietach.

ja tez juz rozmyslam nad swietami. dopoki maliny nie bylo na swiecie (o boze, czy to mozliwe, ze kiedys jej nie bylo? swiat byl jakis niepelny chyba, choc pamietam, ze niezle sie bawilam) swieta spedzalismy z jakas choinka kupiona na ostatnia chwile. taki smutek ostatni, ktorego nikt nie chcial, wiec na prozno wycieto toto z lasu i my sie nad tym drapakiem litowalismy. potem sie malina urodzila i zaczelismy niemieckim zwyczajem nawet czeresnie w ogrodzie obwieszac swiatelkami, zeby to chwiejace sie male 'conieco' stalo przy oknie cale wieczory i sie cieszylo bezzebnie ale szczerze nie baczac na kicz i marnowanie energii. co roku tatus jechal do lasu wycinac pila drzewo.
a w tym roku? dziecko kurcze poszlo do szkoly. tlumaczy, ze chce bluzke nosic krotka, bo goly brzuch jest cool (panna ma 7 urodziny w styczniu, tak?) wiec zaliczamy swieta rock'n'roll. 24 ladujemy u mojej mamy w warszawie. malina mieszka u babci. my w hotelu. spimy do poludnia. potem malina z babcia przychodza na poplywanie i saune i lunch a potem tradycyjne pierogi u mamy, zupa grzybowa, sandacz po polsku i inne smakolyki. i tak przez 5 dni. my w hotelu a malina u babci moze robic co chce. pewnie beda gadaly do nocy i malina bedzie sniadaniowala w lozku z kanapeczkami pokrojonymi w kwadraciki. na sylwestra dajemy obu paniom wolne, jedziemy na mazury na kilka dni restauracji ciala i duszy oraz sylwestra. sylwester ma byc elegancki, smakowity i moze byc lekko obciachowy, bo gra tam moja stara gwardia. ale co tam. kupuje jakies zwariowane buty. kiecke mam taka jakbym miala 20 lat mniej, ale sie nie przejmuje, bo maz jest slepy na moja starosc. i kochane moje: od 23 grudnia do 6 stycznia nie rusze ani jednym palcem, chyba ze bede musiala podrapac sie w nos:-) czego wam wszystkim serdecznie zycze. juz dzis.


ps: oraz pieknego weeknedu. tez wam zycze:-)


czwartek, 12 listopada 2009
malinowa znajoma.
za szkolnymi przyjazniami zupelnie nie moge nadarzyc. najblizsza przyjaciolka jutro jest wrogiem i odwrotnie. ile tam emocji, lez nawet i zlosci. ale dzis malina powiedziala dziwna rzecz. dzis znow jest zaprzyjazniona z franzi, z ktora kiedys siedziala w lawce, ale tak sie znielubily, ze pani je rozsadzila.
 - no to fajnie, ze sie znow przyjaznicie.
 - tak. - odpowiada malina - musze sie z nia przyjaznic, bo jak nie ja to kto? ona jest taka zagubiona i ciagle niewyspana.


franzi rodzice rozeszli sie przed pol rokiem a miesiac temu tata ostatecznie sie wyprowadzil. franzi jest typem sportowym i nie lubi rozu, interesuja ja wilde kerle i nosi wylacznie brazowe spodnie. malina jest nia zafascynowana. kiedys odprowadzalam ja z malina do domu. dziewczynka lekko zawahala sie zanim zadzwonila do drzwi. spojrzala na mnie spod grzywki i szepnela (wcale nie jak wilder kerl, tylko wystraszone dziecko):
 - dzis tata sie wyprowadzil.
 - wiem, franzi. - pokiwalam glowa i powiedzialam to co najglupiej brzmi w takiej chwili: ale wiesz, rodzice, choc nie mieszkaja razem to bardzo cie kochaja.
franzi popatrzyla na mnie z blyskiem ironii a moze nawet pogardy?:
 - tak. tak mowia mi codziennie. - i jednoczesnie pokrecila glowka i nacinela dzwonek.



środa, 11 listopada 2009
malinowa minimalistka.


ogladamy kafle do piwnicy. miedzy polkami wpada mi w oczy mala buteleczka. odplamiacz do marmuru. sprzedawca przekonuje, ze produkt jest super i wymarzony wprost du jury. nie zastanawiam sie wiec dlugo. nie pytam o cene i dopiero przy kasie widze, ze w zamian za banknot 10 euro dostaje kilka centow. zartobliwie obruszam sie na kasjera:
 - o boze kochany!!! jakie to drogie!!!
wychodzimy. malina bierze mnie za reke:
 - zapalacilas 10 euro?
 - tak. prawie.
 - to bardzo drogo. ale wiesz co? nie martw sie. jak wrocimy do domu to ci dam moje 10 euro od wrozki, ok?
 - no co ty! przeciez wrozka dala ci to na cos specjalnego. specjalnie dla ciebie!!! ale dziekuje ci bardzo. to pieknie z twojej strony. ale nie, dziekuje.
 - i tak ci dam. mnie to jest niepotrzebne. co ja mam sobie kupic jak ja wszystko mam? - usmiecha sie moje dziecko, ktore ma w swoim pokoju lozko, szafe, regal z ksiazkami, stoliczek z krzeselkiem i dywanik i juz.



poniedziałek, 09 listopada 2009
malinowy slowniczek.
dzien, ktory pieknie sie zaczal, dzieki wrozce zebatce, rozwinal sie w jakas totalna katastrofe. czasy sa trudne, a nie bedzie latwiej jak wszyscy bedziemy na siebie syczec, burczec i marudzic. odebralam maline pozniej z hordu i pedem do domu, bo iphone pekal mi od pilnych maili. w domu malina dzieki bogu rzuca sie na zbudowana wczoraj kolejke i bawi sie, ze niemal zapomina o calym swiecie. pracuje szybko jak moge. dzwoni maz. narzekam, ze wstreny dzien i ze nie nadazam i ze mam tyle maili do napisania do waznych ludzi, ktorych nie ma mi kto sprawdzic, bo sekretarka u dentysty. okropnosc. malina slucha i zaraz sklada propozycje:
 - mamusiu, jak czegos nie wiesz to sie pytaj. ja mowie dobrze po niemiecku. pomoge ci.
natychmiast korzystam z tego przenosnego slicznego slowniczka. czytam a malina poprawia der die das, ktore niestety beda mi sie mylic do smierci. jest kilka takich ktorych nie naucze sie nigdy. maz wlasnie sprawdzil moja korespondencje. bezblednie.



niedziela, 08 listopada 2009
pierwsza dziurka.
laduje skoro swit w monachium. malina biegnie przez pol lotniska na powitanie z rozdziawiona buzia. mysle, ze tak sie straszenie cieszy. tak, owszem ale buzia rozdziawiona jest, bo prawa jedynka wisi na wlosku i zamykanie ust stalo sie przejsciowo nieprzyjemne. cala droge do domu rozprawiamy o zebie. dziecko jest szczesiwe jak nigdy dotad. tatus podwozi nas do domu a sam jedzie po swieze buleczki na sniadanie. malina postanawia pozbyc sie zeba do powrotu taty. chowa sie za panino a ja musze obiecac, ze nie wejde do pokoju. slysze tylko: ala! ala! i zebym nie wchodzila. wreszcie malina widzi nadjezdzajacego tate i trach! zab laduje w zacisnietej piastce. tatus wraca, ogolne szczesce. i tak az do wieczora. sliczny dzien. wieczorem malina chowa zabek w liliowej aksamitnej sakiewce pod poduszke. na dobranoc czytamy jeszcze ksiazke o wrozce, wiec przyswajam szybko co taka wrozka robi. podmienia zabek i do sakiewki wsuwa moneta oplecioa promieniami slonca. wieczornie musze maline wycalowac nie tylko jak zwykle ale tez w dziurke.
 - dziekuje! - cieszy sie moje przejete dziecko i kaze zgasic swiatla wszedzie - takze obligatoryjne w przedpokoju! - wrozki zebatki nie lubia swiatla. przejeta zasypia natychmiast upewniajac sie jeszcze szybko czy zostawilam uchylone okno.
wyszukuje w piwnicy stara srebrna 50 - ciozlotowke z chopinem. w zlota szmatke motam 10 euro wsuwam do sakiewki razem ze zlotymi promykami slonca:-) pod oknem rozsypuje biale piorka i puszek, zeby bylo wiadomo, ze to nie byla mama tylko prawdziwa wrozka...

dobranoc.




wtorek, 03 listopada 2009
dzis jest miedzynarodowy dzien mezczyzny.
wszystkego najlepszego panowie. nigdy sie nie porozumiemy, bo jestesmy zwyczajnie inne. BARDZO inne. z gruntu inne. nasze mozgi sa inne. amen

http://www.youtube.com/watch?v=GuMZ73mT5zM



poniedziałek, 02 listopada 2009
dziecko matki pracujacej w swietlicy
pedze na zlamanie karku, bo nie zdazylam odebrac maliny hortu o 14. mam wyrzuty sumienia. sa ferie. napalimy w kominku polozymy sie na poduchach i bedziemy czytac mala ksiezniczke, (http://www.youtube.com/watch?v=9k_N9JlHroE) ktora podarowalam malinie na ferie.zrobie jej mleka z miodem i niech sobie za oknem leje jak chce i sypie liscmi... wpadam do hortu, malina biegnie z radosny i blagalna mina:
 - mamusiu, posidz tu sobie troszke. zaraz bedziemy jesc salatke owocowa, ktora sami zrobilismy.
pytam wiec opiekunke o ktorej bedzie ta slatka. za godzine. mowie wiec malinie, ze wrorce za godzine. dziecko ze lzami w oczach rzuca mi sie na szyje:
 - oj mamusiu!!! jak ja ci dziekuje ze moge jeszcze zosrtac!!!!
po czym ucieka szybciutko, bo pewnie sie martwi, ze sie rozmysle.



niedziela, 01 listopada 2009
z malinowego pamietnika 2.
obrazek 17-nogiego pajaka, ktory ukazuje szczerbata jame i dlugi jezor. wielkie, straszne oczy. a pod tym:

DIZE SPINE DI IST MANSMAL ZO WÖTENT WI JEZ GRADE.
DIZE SPINE DI HAJST LUFRA.

++++++++++++++++++++++++++++

potem rysunek ducha podpisany:

VORSIST GSPENZTA.


++++++++++++++++++++++++++++

na nastepnej stronie brakuje jeszcze rysunku potwora, ale jest juz podpis:

GRUSEL MONZTA. ES SLEFT AM TAK UND ES SLEFT IN DER NAHT.


+++++++++++++++++++++++++++++

czyli malina w nastroju haloweenowym. to jej pamietnik i do ortografii i gramatyki nie wtracamy sie ani slowem czy pisze po polsku czy po niemiecku. poprawiamy ja przy odrabianiu pracy domowej, przy pisaniu listu do babci lub kolezanek, ale ten pamietnik jest jej sfera i jestesmy zachwyceni, ze ona ma taki pomysl, ze siada i pisze. niech pisze co chce.


tlumaczenie wolne z proba podania bledow (bardzo trudne:-):

1. ten pajag jezd czasami tagi wsciegly jak teras wlasnie.
ten pajag nasywa sie lufra.

2. ówaga duh.

3. straszny potfur. on spi dniem i noca.




Archiwum