wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 29 listopada 2013
z cyklu "malinowe kolezanki"

 

malina swietnie sie czuje w szkole i w klasie. kogos tam lubi bardziej, kogos mniej, ale najblizsze sa jej l. i l. (w ogole polowa malinowych kolezanek nazywa sie na l.!) trzy zupelnie rozne dziewczynki, ale trzymaja sie chetnie razem. wczoraj dowiedzialam sie, ze pasja rodzicow jednej z obu l. jest polowanie.

 - ale ty towarzyszysz w polowaniach mezowi, czy sama tez strzelasz? - pytam mame l.

 - oczywiscie tez strzelam.

 - a l.? co l. na to? - ciekawie sie, bo jakos zupelnie nie wiem co teraz powiedziec, pewnie moja mina mowi wszystko.

 - l. uwielbia polowania i jest chyba bardziej ostra niz ja!

zabraklo mi animuszu zeby zapytac, co znaczy w odniesieniu do 11 letniej dziewczynki "bardziej ostra".

 

zupelnie nie wiem co robic z uczuciami, bo jakos ich kurcze znielubilam...

 

czwartek, 28 listopada 2013
dobry uczynek na swieta.

 

cala jesien w roznych sklepach z butami kiwaly do nas lapka i mrugaly oczkiem: kup mnie! buty zimowe, takie same jak rok temu, ale o numer wieksze. rewelacyjne, z nieslizgajaca sie podeszwa, nieprzemakalne, cieple ale ani jak moonboots ani inna kamika tylko nawet od biedy mozna zalozyc do sukienki. z najwiekszego blocka malina wychodzila sucha stopa a w najwiekszy mroz jako jedyna w rodzinie miala cieple nozki.

przedwczoraj temperatura spadla do -11, snieg po kostki a malina ma tylko cieniutkie kozaczki i wraca ze szkoly z przemarznietymi, mokrymi stopami. a! ok, no to lecimy po buty! no i niespodzianka, buty, ktore byly wszedzie zniknely i nie ma ich nigdzie. sa jakies pojedyncze egzemplarze: numerek 26 albo numeras 40 a malinowego 37 NIGDZIE.

wczoraj o 17 rzucilam prace jak stalam, zalozylam pierwsza lepsza czapencje, odebralam maline prosto ze szkoly i pojechalysmy do centrum. weszlysmy do kazdego napotkanego sklepu z butami - nawet nie wiedzialam, ze tyle tych sklepow - zdjecie czapki, rozpiecie kurtki, poszukiwanie butow, nie ma, zakladamy czapki, zapinamy kurtki, wychodzimy i dalej... po godzinie mialam dosyc i zapowiedzialam, ze ten tu to juz ostatni sklep, zreszta dochodzi 8 i wszystko zamykaja. wchodzimy, zdejmujemy czapki, rozpinamy kurtki, pani wyczarowuje nam numerek 37, wychodzimy w czapkach i zapietych kurtkach i... umieramy ze zmeczenia i glodu.

dziwnym trafem wszedzie stoja juz budki weihnachtsmarktowe: buly na parze, kielbasy z gryla, placki ziemniaczane, grzaniec, bombki, srupki dubki i inne swiateczne cuda... idziemy na bule i placki. juz mam placic, kiedy widze, ze w portmonetce mam dokladnie 4 euro 50 centow czyli idealnie cena buly, ale na moje placki juz nie starczy ani na picie dla maliny a do najblizszego banku nie polece, bo daleko i pozno i nie mam sily. tlumacze pani, ze wezniemy tylko bule i rezygnujemy z reszty specjalow, ale pani podaje nam z litosciwym usmiechem cale zamowienie i zebysmy zjadly na zdrowie a oddamy jak nas kiedys bedzie stac. dookola dzwonia swiateczne dzwoneczki, kiwaja sie bombki i nowo narodzone jezuski i pani pewnie poczula misje pomocy biednemu. skorzystalysmy z dobrego serca pani i dzis jedziemy znow na placki, zeby zwrocic dlug.

w domu spojrzalam w lustro: po maratonie od sklepu do sklepu, bez makijazu i z szalenstwem w oku... nie dziwie sie pani ze chciala nas wspomoc.

wtorek, 26 listopada 2013
spontaniczny malinowy bilans dwa miesiace przed 11 urodzinami?

przez to, ze malina chodzi do calodniowej szkoly, zupelnie stracilam panowanie nad tym czego sie uczy. przynosi swietne oceny - no dobra, do jedynek wkradla sie jedna dwojka z wypracowania z niemieckiego, ale pani odjela jej punkty za brak akapitow i za przerysowanie codziennej sytuacji.

jutro ma wielka klasowe z laciny. powiedzialam zeby przyniosla wszystko do domu to sprawdzimy, czy wszystko umie. przyniosla dwa zeszyty i ksiazke. przeptalam ja ze slowek. jest tego troche. srednio 50 slowek na tydzien. nie zajaknela sie nawet przy jednym. przechodzimy do koniugacji i deklinacji: a, o, wspolgloskowej. dziecko strzela odpowiedziami jak z automatu maszynowego i dodaje, ze to w sumie latwiejsze jest niz polska gramatyka. no nie wiem, nie wiem, ja tam sie musze niezle napocic i naszukac w ksiazce zeby sprawdzic czy dobrze odpowiada.

 - mamusiu, nie szukaj ablativ w szostej lekcji. ablativ to byla 9 lekcja.

malina przerzuca kartki ksiazki z wprawa i znawstwem. wie dokladnie gdzie co jest. jestem absolutnie pod wrazeniem. wzielam sie lepiej za parzenie herbatki i robienie kolacji. na tym to ja sie przynajmniej znam!

kiedy mysle o malinowej nauce to ogarnia mnie spokoj tak jak kiedys jak malina przestala chorowac.

nie mam tez juz problemow z faktem, ze szkola jest calodzienna. malina staje sie tym kim chce, lubi matematyke, wybiera kolezanki nie myslac, czy beda mi sie podobaly, jest wolna od mojego wplywu. mysle, ze niedlugo skonczy sie przygoda z pianinem. mimo wszytko ciesze sie, ze byla. czytanie nut, koordynacja obu raczek, zajmowanie sie muzyka to oczywiscie wzbogaca, ale po koncercie tydzien temu czuje, ze malina czuje, ze nie jest muzykiem. dotad byla zawsze najlepsza w swojej grupie. na koncercie kilkoro dzieci (mlodziez!) wykazalo sie prawdziwym wirtuozowstwem. malina poczula, ze to zupelnie inna liga. malina pwprawdzie szybko cwiczy, szybko zapamietuje i przebiega paluszkami po klawiaturze, ale to jest odtwarzanie a nie sztuka. troche mi smutno a troche jestem dumna, ze ona sama to zobaczyla. natomiast malinowe malowanie i rysowanie to zupelnie inna bajka. malina rozkwita. pan od zajec ze sztuki wybral ja na swoja asystentke. ktos w klasie nie umie narysowac konia, malina idzie i pomaga. wstaje skoro swit w niedziele i rysuje, maluje, klei. fotografuje widoki z drogi do szkoly. najpierw jezioro, potem alpy. fotografuje gumowe misie i sklada z tego film. to ja fascynuje. a gra na pianinie nie.

jesli kiedys nauczy sie trzmac widelec jak dama to juz w ogole...

piątek, 22 listopada 2013
krotkie streszczenie.

 

malina nie zdazyla przeczytac nowej lektury do polskiej szkoly. zalamuje rece.

 - mamusiu nie martw sie. ja dobrze wiem o czym to jest!

 - tak?!!! o czym?

 - o stasi i o neli. oni pojechali do afryki i chodzili po puszczy.

 

aaaa no to sie nie martwie.

czwartek, 21 listopada 2013
malina na lodzie.

 

malina jezdzi na nartach, plywa, zegluje i zadnego z tych sportow nie nauczylismy jej my - rodzice. niestety pedagogicznie jakos nie jestesmy uzdolnieni. na nartach ze mna malina glownie lezala w sniegu i plakala a wokol ludzie dobrodusznie do niej i pogardliwie do mniesie usmiechali. takie malenstwo a matka nie podnosi. malina miala 4 lata i w malutkim kasku, na malutkich nartkach wygladala jak laleczka. odstawilam wiec laleczke na godzine jazdy z pieknowlosa instruktorka podobna do kopciuszka i po godzinie malina umiala troche hamowac i troche skrecac na oslej lacze a potem poszlo jak z platka. plywac nauczyla sie nasladujac starsza kolezanke w basenie, ktora okrutnie malinie imponowala. zeglowac nauczyla sie w klubie na lodeczkach optymistkach troche wiekszych od skorupki orzecha.

a lyzwy. bez szans. i ze mna i z kolezanka i z grupka kolezanek. jak rok temu pojechalsmy na lodowisko i okazalo sie, ze zamkniete, malina niemal uscikala mnie z radosci. tydzien temu malina zostala zaproszona na urodziny do kolezanki, ktorych pierwsza czesc odbywala sie na lodowisku. taaaa... a malina nie umie na lyzwach, ale na urodziny chce. wciagamy ze strychu lyzwy. za male.

 - kupimy nowe?

 - nie kupimy, kochaneczko. na dwie godziny nie bedziemy kupowac lyzew, ktore potem beda lezaly na strychu. wypozyczymy.

jestesmy gotowi do wyjscia, kiedy przejeta malina opowiada, ze jedna z kolezanek bedzie miala kask.

 - o! no to jest pomysl! - ciesze sie, a malinie rzednie mina i cale jej jestestwo wiednie ze smutku, nad glowa jak w komiksie wwidze mysl: po co ja musze zawsze cos glupiego powiedziec?

ale z pomoca malinie niespodziewanie nadchodzi tatus, ktory normalnie nei ma nic przeciwko noszeniu gumowych spodni od stop do glow a najlepiej zbroi rycerskiej:

 - no chyba nie idziesz do piwnicy po kask?

 - ide.

 - a sama jezdzilas na lyzwach w kasku?

 - nie.

 - ja tez nie. wiec daj spokoj.

no dobra. jedziemy. 8 dziewczynek. kazda ma w grasci kask i piekne lyzwy w esy floresy albo nawet obszyte futerkiem. my lecimy do wypozyczalni obok lodowiska. rozwalone pomaranczowe lyzwy. dopiero trzecia przymierzona para daje sie jakos zapiac. zostawilismy maline w czapce z pomponem i rozwalonych lyzwach i odjechalism. ja z okropnymi wyrzutami sumienia przez ten kask.

z urodzin odbieram maline - swiatowej slawy lyzwiarke z wielkim siniakiem na kolanie.

 - mamusiu, jakie to latwe! t. mi tylko mowila: praaawa, leeeewa, praaaawa, leeeewa... i trzymaly mnie za rece.

i znow nie udalo mi sie czegos nauczyc wlasnego dziecka. jak ja pokazywalam: praaawa, leeeewa, praaaawa, leeeewa... to to zupelnie nie dzialalo. kupujemy lyzwy i trzymamy kciuki na jezioro tej zimy. zeby zamarzlo!

środa, 20 listopada 2013
wielkosc.

 

zawsze i nieodmiennie mnie to zachwyca. to taki moment wytchnienia w codziennej pracy, szybkich mailach, telefonach pozbawionych grzecznosciowych formulek a czasem - wszystko usprawiedliwione pospiechem i wazkoscia zalatwianych spraw! - bez manier, szorstkich i nieuprzejmych. taki lyk swiezej wody.

pracuje z roznymi artystami. jeden spiewa, inny maluje, trzeci projektuje ale przede wszytkim sa to rezyserzy. wieksi, mniejsi, slawy, ktorych nazwiska rzucaja na kolana i zupelnie przecietni rzemieslnicy. i  - nie zawsze, ale bardzo czesto!!! -  mi sie to przytrafia, ze wlasnie ci najwieksi, do ktorych zeby zadzwonic szykuje sie pol godziny bo mam treme jak w przedszkolu, oni sa tacy uprzejmi, tacy mili. nosza wytarte jeansy i sprane conversy a rozmawiaja jakby byli gentelmenami z kabareciku straszych panow. i jak oddzwaniaja bezposrednio, a nie przez jakiegos okropnego agenta, to pytaja czy akurat mam czas rozmawiac.

niektorzy wielcy sa naprawde wielcy.

poniedziałek, 18 listopada 2013
odkrycie w malinowym pokoju.

 

jak sie kupuje stary dom, to trzeba byc przygotowanym na rozne niespodzianki. wiosna w niespodziewanych miejscach wyrastaja szafirki czy inne tulipany albo dywan przebisniegow. uschle drzewo - co sie nie mialo kiedy go wyciac zima nagle obsypuje sie rozowym kwiatem a krzak jak  obrzymi wiechec (co weekend juz ma byc wyciety az w koncu nadchodzi jesien) - same galezie z kolcami i male nieciekawe listki nagle jesienia zmienia sie w czerwono-pomaranczowa najpiekniejsza ozdobe w ogrodzie. oczywiscie sa tez takie niespodzianki jak biala farba, ktora zlazi pieknymi wielkimi platami z murku przy bramie a z samej bramy splywa z pierwszym deszczem. szybko i byle jak pomalowali, zeby podobalo sie kupujacemu. jednak kiedy mija potora roku, dom zaczyna by oswojony, kazda rysa, dziura, kamien jest znajomy. a tu? o prosze. wczoraj wlaczamy u maliny wszystkie swiatla i malina dekoruje sciane przy biurku sciennym tatuazem. malina klei a ja z odleglosci kilku krokow oceniam czy dobrze wyglada. i tak oto z innej perspektywy i przez ostre oswietlenie widze, ze ciemnofioletowa sciana przy biurku ma jakas minimalna nierownosc wzdluz biurka. pewnie ktos kiedys tam cos majstrowal  i trzeba bylo polozyc nowy tynk. i zamiast na cala sciane, polozono na polowe? stukam. stukam i nagle mam pomysl. przykladam magnes. bingo! pod tynkiem i farba jest tablica metalowa, o ktorej malina strasznie marzyla, ale ja nie mialam pojecia jak ja zainstalowac. dzis wieczorem jedziemy po magnesy w ksztalcie sowek.

 

 

czwartek, 14 listopada 2013
malinowe korzenie sa waldorfskie.

 

we wtorek malinowe gimnazjum organizuje wieczor muzyczny. graja dzieci ze straszych klas i po jednym dziecku z najmlodszych klas. z malinowej klasy gra malina. no jestem kurcze wzruszona. z malinowej klasy szykuja sie na ten wieczor prawie wszyscy. nastepnego dnia jest wolne, nawet najmlodsi moga dluzej posiedziec. bedzie jakies jedzenie, klasztor wieczorem oswietlony jest pochodniami i swiecami. podobno bedzie pieknie. mnie sie wydaje, ze malina nie jest muzycznie uzdolniona, na pianino ja troche namowilam, zeby jej sie mozg cwiczyl, to taki matematyczny instrument. wiem, ze nie zostanie muzykiem. nie jest zbytnio muzykalna, ale jak trzeba cos zaspiewac spiewa, jak trzeba zagrac gra. stanac przed duza publicznoscia i patrzyc wszystkim na raz w oczy - zaden problem.

wciaz mysle, ze to zasluga malinowego przedszkola waldorf, do ktorego dostala sie niechcy. antropozofia nie przeniknela naszego zycia, ale na nie wplynela. zmienil sie nasz stosunek do choroby, do mediow, zaczelismy inaczej myslec o rytmie, o rytualach, o rywalizacji, o nauce, o zabawie. kiedy spotykam znajomych z przedszkola, ktorych dzieci jak malina poszly do "normalnej" szkoly, to widze, ze u nich jest podobnie. dzieci aktywnie uczestnicza w szkolnym zyciu, sa ciekawskie, nie boja sie pytac, nie boja sie bladzic, daja sobie rade z konfliktami. malina nie poszla do waldofskiej szkoly, bo sa elementy w antropozofii, ktore mi sie nie podobaja albo ich nie rozumiem. mysle jednak, ze wzielismy z niej to co najlepsze i wciaz czerpiemy ze zrodla.

 

środa, 13 listopada 2013
o materacu znowu.

pod wpisem o naszym nowym za waskim o 5 cm materacu jedna znajoma komentorka :-) wspomniala o boxspringbett i ze jak sie ma chory kregoslup, to sie nie powinno zalowac 6 tysiecy euro tylko sprawic sobie takiego lozkowego mercedesa! nadalam sprawe mezowi. od kilku dni mecze sie na tym nowym materacu w dodatku bo mi jest zbyt miekki. postanowilismy nasze lozko z tym nowiutkim materacem oddac malinie ( a to jest jej marzenie od lat!), jej sliczne lozko z prawie nowym materacem sprzedac, a sobie zafundowac boxspringbett. a co? nie jestesmy tego warci? zanim sie zestarzejemy na calego, to bysmy sobie na takim cudzie jeszcze mogli popsocic i poskakac. znalazlam adres salonu lozkowego, pojechalismy. o jaka mila pani. wypytala nas o alergie, kregoslup, wage a na koncu o budzet ktory mamy do dyspozycji. dumnie rzucam tymi 6 tysiacami, bo sroce spod ogona nie wypadlam, tak? przez chwile poczulam sie jak milionerka, ktora nie zaluje kapitalu dla swojego luksusowego ciala, ale zaraz mi przeszlo, bo pani nie rezygnujac z profesjonalnego usmiechu, pokiwala ze zrozumieniem glowa i zaprowadzila nas do piwnicy, gdzie staly jej najtansze lozka i te z przeceny. tak. ceny 6-8 tys. euro. przeturlalismy sie przez te wszystkie tanie (!!!) lozka, potem na gorze wyprobowalismy tez (wcale nie pozlacane) egzemplarze po kilkanascie i kilkadziesiat tysiecy, podziekowalismy, umowilismy sie na "za niedlugo". w innym salonie kupilismy nowy lattenrost (taka drabinka pod materac) wersje twarda i sztywna i wymienilismy nasza miekka. wieczorem po goracej kapieli zasnelam snem glebokim i z cudowna swiadomoscia, ze zaoszczedzilam bardzo duzo pieniedzy i nagle stalam sie bardzo bogata. nasz nowy zbyt miekki i waski materac stal sie nagle wygodny, przytulny i a-k-u-r-a-t! dobranoc.

poniedziałek, 11 listopada 2013
malina swiatowa.

 

w nagrode za swietna mature malinowa kuzynka spedzila z dziadkiem 10 dni w nowym jorku. entuzjazm kuzynki udzielil sie malinie, wiec zaczela liczyc dni do matury. dla skrocenia czasu oczekiwania dostala prezenty: czapke i bluze.

dzis rano wystrojona w czapke z napisem NEW YORK i bluze ze srebrnym NEW YORK, malina pochwalila swoje odbicie w lustrze:

 - jestem cala jak z LONDYNU.

 

czwartek, 07 listopada 2013
malinowe telefoniczne entrée.

 

siedze w wielkiej sali kina international w berlinie. miedzynarodowa publicznosc w cudownie kwadratowym, socrealistycznym olbrzymim budynku, w ktorym niejako przenowsze w czasy warszawy mojego dziecinstwa. przycmione swiatlo, skupiona cisza, na scenie stoi jeden z autorytetow naszej branzy (znamy sie z czasow kiedy jeszcze byl zwyklym szarym czlowiekiem jak ja) i przeklada na na nasza rzeczywistosc bajke o krolu, ktory jest nagi. na kolanach wibruje mi telefon, wiec chce nacinac, szepnac malinie, ze nie moge rozmawiac, rozlaczyc sie i jakos dyskretnie wyjsc na korytarz zeby zadwonic do domu. zamiast tego naciskam guzik na glosna rozmowe i w calym kinie rozlega sie okrzyk:

 - M A M U S I UUUUUU!!!!!

umarlam. siedzaca obok kolezanka tez umarla.

po czym wyszlam nagrodzona oklaskami. w korytarzu pogadalam z malina, ktora zostala wybrana na koncert ze swoim pianistycznym popisem i jest to w jej szkole wielkie wyroznienie. znow umarlam. z dumy tym razem.

pan rezyser, ktory wciaz stal na scenie widzac, ze wslizguje sie do sali kinowej przerwal krotko, pokiwal dlonia i zapytal, czy pozdrowilam malina od niego i wszystkich tu zgromadzonych. znowu umarlam, pokiwalam glowa a potem kiedy saczylismy prosecco delektowalam sie mimowolnym pr. bo co i raz ktos podchodzl do mnie i cos milego mowil. dzieki adrenalinie jestem gotowa na reszte wieczoru. kolacje sushi ( w berlinie mozna isc na sushi, ze düsseldorf odpada!) a potem na party. jeszcze jutro tylko i do domu!!!

berlin

ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.



Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

w berlinie zamiast cieszyc sie, ze moge tu bywac, smuce sie sie, ze nie moge tu mieszkac.

ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.



Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox



ainspirowana wpisem dziesiejszej dumnej mamy mysle sobie o macierzysnkiej milosci. moim zdaniem musi byc slepa, bezwarunkowa, bezkrytyczna i irracjonalna, czysta jak lza, okraszona zachwytem i szacunkiem do wlasnego dziecka.

kiedy patrze na ludzi, ktorych uwazam za spelnionych i szczesliwych to najczesciej sa to szczesliwcy, ktorzy zaznali takiej wlasnie milosci.

dla mnie prototypem matki idealnej jest matka forresta gumpa. pamietacie te postac? uwielbiam ja.



Czytaj więcej na http://www.styl.pl/wizytowka-annaanna/dziennik/wpis-dumna-matka,nId,1054383#pst67489020?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox



piątek, 01 listopada 2013
swieto zmarlych.

 

tutaj niewielu ludzi chodzi na groby. niemcy nie maja takiej tradycji a polacy maja swoje groby w polsce.

w naszej wiosce na cmentarzu ewangelickim pali sie wieczorem ognisko i ludzie spiewaja jakies piekne piesni niezaleznie od tego
czy maja akurat zmarlych na tym wlasnie cmentarzu czy nie i wsrod spiewajacych obok ewangelikow stoja katolicy. to chyba tutejszy, wioskowy zwyczaj. bardzo mi sie podoba, mimo ze nie lubie swieta zmarlych, nie lubie zastanawiac sie nad smiercia i nie lubie nadawania jej sensu. jedyne co o niej wiemy, to ze jest nieunikniona i wystarczy. wole o niej nie pamietac. dla mnie zadna smierc nie ma sensu.

na poludniu niemiec jest dzis wolne, na polnocy nie, wiec moj maz ma wolne, maline ma ferie tak czy owak a ja - zatrudniona w hamburgu - mam normalny dzien pracy. pracuje wiec a malina z tatusiem poszli do… zoo bo jest pieknie, zloto i cieplo. wlasnie napisali sms, ze byli jedyni w calym monachium, ktorzy wpadli na ten pomysl. w przeogromnym zoo sa niemal sami.




Archiwum