wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015
priorytety w wykonywaniu waznych zadan.

 

nie wiem jak ja ten tydzien przezyje. mam kilka prezentacji w tym jedna w londynie. i wielkie bardzo eleganckie przyjecie (nie tam takie ze zaloze cos czarnego i zrobie wlosy tylko takie na serio) i malina ma tez swoje terminy i maz tez. logistycznie jest to sytuacja niemal nie do pokonania, bo w dodatku sypnelo nam projektami jak swiezym sniegiem. jestem w panice. zamiast przygotowywac prezentacje, przygotowalam woreczki do kaledarza adwentowego. zawisna dzis w nocy, jak tylko malina zasnie.

 

 

 

male katastrofy domowe.

 

moja letnia sukienka w czerwona kratkie zaplatala sie w pralce w bielizna meza i teraz maz jest wlascicielem kilku blado - rozowych t-shirtow. poukladal je rowniutko w szafie:

- teraz jak je bede nosil, to jakbym troche mial ciebie przy sobie. - ucieszyl sie.

 

ulubiony obrus zalalam czerwonym winem - szybko zareagowalam sola i jakos sie spralo. upralam tez dywaniki, takie podluzne, ktore leza zima i zbieraja przy wejsciu kamyki z butow. po wysuszeniu okazalo sie, ze zamiast bieznikow zostaly mi dwie male wycieraczki. w zyciu nie widzialam, zeby cos sie tak skurczylo po praniu.

 

no i wczoraj... no kurcze, wczoraj na weihnachtsmarkt zalalam sobie bladoblekitny kozuszek keczupem. jesli ktos ma pomysl/sposob/dobra rade co zrobic z plamami, ktore ciagna sie jak wzor z gory do dolu, to bardzo prosze!!!

 

poniedziałek, 23 listopada 2015
iskierki.

 

wyslalam mail do kolegi w londynie. odpowiedzial natychmiast: "moge sie tym zajac jutro? ide wlasnie z corka na kolacje i wroce pewnie pozno". w weekend pracowalam z kolegami z brukseli nad projektem. dzis skoro swit przyslali niedopracowane dokumenty. nic nie poprawilam, poslalam dalej, bo i tak jestesmy spoznieni. wielki projekt do nakrecenia w grudniu. rezyser rezygnuje. 16 grudnia jego syn walczy o czarny pas w karate i ojciec obiecal, ze bedzie mu sekundowal. jesli w tym wszystkim zlym co sie teraz dzieje na swiecie mozna znalezc jakas malenka iskierke dobra, to jest wlasnie to: swiat sie nie zatrzymal, ale jednak kreci sie wolniej. szybko przetasowaly sie priorytety. wiekszosc moich znajomych jesli nie zniknela z fb to ich obecnosc jest bardzo ograniczona. terminy sa jak byly - napiete, ale ton rozmow jest inny, pelen zroumienia, serdeczny.

 

weekend spedzilam na scinaniu zielonych galezi roznego rodzaju. malina z przyjaciolka wyprodukowaly dwa piekne wience adwentowe, wiec w przyszla niedziele nie mamy nic do roboty. dziewczyny upiekly ciasteczka i te przeznaczone do dekoracji spsikaly brokatem - efekt genialny.

 

 

 

zycie mogloby byc takie piekne.

 

piątek, 20 listopada 2015
kto kogo?

 

malinowy tatus wstal dzis troche wczesniej i  - ogolony, wyprysznicowany i piekny - polecial po swieze buleczki dla maliny. o 6:10 rano!!!

wczoraj mialam tyle pracy, ze nie zdazylam kupic swiezego chleba.

 - malina, czy ty widzisz jakiego ja ci tatusia znalazlam?

 - boze, co ja z wami mam! tatus uwaza, ze on ciebie mi znalazl!

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 listopada 2015
swiat jest taki piekny.

 

wieczorem maz pojechal po maline. usiadlam na lawce, z winem i orzechami. i tak sie gapilam i gapilam.

trzeba sie szybko cieszyc sie tym co jest. moze niedlugo juz tego wszystkiego nie bedzie?

 

 

 

piątek, 13 listopada 2015
malinowa polszczyzna.

 

malina przerabia fraszki kochanowskiego na sobote. wiele znam na pamiec i moge sie popisac przed wlasnym dzieckiem. nalepiej malina rozumie fraszke na zdrowie.

potem okazuje sie, ze oprocz czasownikow dokonanych i niedokonachy sa tez... czasowniki klopotliwe. myslalam, ze to zart. ja sie o klopotliwych czasownikach nie uczylam. o kurcze.

na koniec dziady cz.II. za nic malina nie moze wymowic "duszyczki w czysccu".

 - mamusiu, co to jest czysccu?

 - no wiesz, jest niebo i pieklo a miedzy nimi? czysciec!

 - aaa! I'm stuck in between, heaven and hell! a to wiem, wiem!

potem tlumaczymy czym jest kadziel, sklepienie, trwoga. duszki dzieci dostaja gorczyce, zeby isc do nieba... czy ja przerabialam dziady jak mielam 13 lat?

 

 

chociaz 13-sty to jednak piatek.

 

noca zapatrzona w gwiazdy, dniem odhaczam projekt za projektem. i nagle? piatek. calkiem niespodziewany piatek zamiast spodziewanego czwartku. chyba kolo srody tak jakos sie zaplatalam. przede mna proste zadania: trzeba malinie kupic buty na zime i ostrzyc plot. to co mnie w mlodosci nudzilo i zloscilo: powtarzajace sie, przyziemne czynnosci, niezbedne do normalnego egzystowania, teraz sprawiaja mi przyjemnosc wlasnie swoja prostota. jasny poczatek i definitywne zakonczenie, piekna kropka uwienczajaca wypelnione zadanie uwalnia we mnie hormon samozadowolenia. prasuje - uprasowane. zamiatam liscie - zamiecione. brakuje mleka - kupione. gotuje jajka - twarde. zapalam swiece - swieci. patrze na swiece i ciesze sie. nic nie czytam, ksiazki mnie nudza, niecierpliwia i mecza. wole patrzec i myslec. jak bede bardzo stara, to bede sobie patrzec przez okno i rozmyslac.

 

 

czwartek, 12 listopada 2015
lylowe teksty.

 

wiele dziennikow do ktorych zagladam przechodzi metamorfoze lub przygotowuje sie do zamkniecia bram. kryzys wirtualnej tozsamosci? chec zmiany bloga spontanicznego na bloga, ktory zarabia pieniadze, wyczerpanie tematu, brak czasu.

nie wiem czy mnie to kiedys dotknie. mysle, ze gdybym miala zarabiac blogiem forse - a ja uwielbiam zarabiac forse! - to by mnie to zestresowalo i paralizowalo. a z drugiej strony samodyscyplina, z gory narzucone ramy i tematy to dobre cwiczenie warsztatu. mysle sobie wtedy o kunst der fuge. albo o solistce w jeziorze labedzim czy o pogorelichu przy fotepianie. kwadratowe ramki, zelazne reguly a jednak wolna sztuka, magia, wlasny charakter.

moje wpisy powstaja w wolnej chwili. kiedy akurat mam czas, pisze to co akurat wlasnie mam w glowie. teraz. nie wczoraj, nie dzis rano. tylko wlasnie teraz. nie planuje wpisow, nie rozmyslam kiedy najlepiej je wstawic, zeby mialy duzo komentarzy. komentuja mnie zyczliwe osoby od lat i zawsze sprawia mi to ogromna przyjemnosc, ze komus sie chce tu cos napisac. uwielbiam pisanie jak jedzenie czekolady. w mojej glowie trwa nieprzerwany monolog, opisy, zachwyty i zlosc, wzruszam sie i wsciekam sie tekstami z wielokropkami, pytajnikami i wykrzyknikami. ale najbardziej lubie kropki. nie ma nic ladniejszego od zgrabnego zdania zakonczonego kropka. taki tekst, refleksje czy komentarz lub opis zapisuje tu jesli akurat siedze pred komputerem. jesli nie, to przeplywa on przez moja glowe i odchodzi w zapomnienie. i nic nie szkodzi, bo zaraz przychodza nowe mysli, emocje, cos sie wydarza. moglabym pisac w zasadzie caly czas. pisze nawet jak nie pisze.

 

 

 

 

 

środa, 11 listopada 2015
znaki na niebie.

 

nie moglam dzis spac. zasloniete okna przepuszczaly biale swiatlo, wiec pomyslalam, ze jest jakas niesamowita pelnia. wyszlam na taras. jaka ciepla noc. w listopadzie stalam boso i bez szlafroka i nie marzlam. jasno jakby byla pelnia, rzucalam soba cien na deski tarasu, ale ksiezyca nie widac z zadnej strony nieba. za to gwiazdy! tylu gwiazd na raz nie widzialam nawet w sierpniu. wielki woz, ktory normalnie wisi nad naszym domem, wisial za laka nad domem sasiadow. pewnie jesienne niebo jest inne niz letnie. nigdy tego nie zauwazylam. no i bach! spada gwiazda. i bach druga! myslalam, ze gwiazdy spadaja tylko latem, wiec tak z zaskoczenia nawet sobie nie zdazylam zamarzyc. poczulam, ze jest dziwnie, wrocilam do lozka. zasnelam w zlym humorze i w takimze humorze sie rano obudzilam. od rana mecze sie ze soba.

 

wtorek, 10 listopada 2015
krol jest jeden!

gosci lubie niespodziewanych. wyjscia na kolacje spontaniczne. kwiaty bez powodu. nie lubie dalekosieznych planow, bo z powodu charakteru mojej pracy nigdy nie wiem czy dotrzymam terminu, czy bede miala czas, czy bede tu czy tam i w ogole. biletly kupione z duzym wyprzedzeniem staja mi czesto koscia w gardle i sa strata pieniedzy, bo jakos nigdy nie udaje nam sie ich komus odsprzedac. dlatego wlasnie nie mielismy wiekszej szansy na pojscie na "könig der löwen" w hamburgu. przedstawienie od lat cieszy sie niezmienna popularnoscia. ilosc przedstawien - a tym samym ilosc sprzedanych biletow - pobila rekord "cats". bilety na dobre miejsca trzeba kupic z 2-3 miesiace wczesniej. tym razem bylo podobnie: sprawdzilismy jakie resztki zostaly i niestety same takie z ograniczona widocznoscia. znalazlam jedno dobre miejsce i jedno takie z boku. malina jest duza, nie musimy przeciez siedziec razem, ona dostanie to super miejsce, ja usiade na tym z boku, pewnie za kolumna:-) malinowy tatus, ktory poslubil mnie MIMO musicalowej pasji, zaoferowal sie, ze nas podwiezie do teatru, bilety kupimy w kasie a on sam pojdzie sobie do sauny i odpocznie. a jak nie dostaniemy biletow to wszyscy pojdziemy do sauny i tez bedzie fajnie.

do teatru plynie sie malym promem (jakies 3 minuty:-) malina i ja na wszelki wypadek troche sie wystroilysmy. do kasy dotarlismy 40 minut przed przedstawieniem. widok hamburga z tej perspektywy zapiera dech w piersiach, wiec nawet jakby nie udalo sie z biletami cieszylam sie, ze malina i maz to zobaczyli. pani w kasie milo nas przywitala i zaczela grzebac w komputerze. na krocej niz godzine przed rozpoczeciem spektaklu, zwalnia sie 5 miejsc automatycznie zarezerwowanych dla managementu teatru i specjalnych gosci. moze chcielibysmy trzy z tych pieciu? najlepsze miejsca w teatrze na cene trzeciej kategorii. co? no pewnie, ze chcemy! maz nawet nie zdazyl porzadnie sie sprzeciwic, bo pani juz robila wydruk:

 - dam jeszcze panstwu znizke rodzinna, dobrze?

no pewnie, ze dobrze! bardzo dobrze:-) pani sie usmiechnela i dodala, ze juz dawno nikt tak tak sie u niej nie cieszyl z biletow.

przedstawienie jest absolutnie niesamowite. historia banalna jak to w musicalu i znana chyba kazdemu dziecku, ale kostiumy i scenografia to absolutne dzielo sztuki i nie umiem tego porownac z niczym, co widzialam do tej pory, choc widzialam prawie wszystkie popularne musicale. dodatkowym plusem krola lwow jest fakt, ze czesc tekstu spiewana jest w jezyku zulu. niestety niemiecki nie nadaje sie moim zdaniem do musicalu:-) zeby nie wiem co.

w przerwie maz zaprosil nas na szmapana przy wczesniej zarezerwowanym stoliku i tak sobie podziwialismy olbrzymie obrazy na scianach teatru i... niesamowite pomieszanie strojow wsrod publicznosci. jedni w eleganckich strojach jak do teatru, inni z plecaczkami i w sportowych kurtkach jakby wlasnie zrobili sobie przerwe w gorskiej wspinaczce - ci w przewadze. oczywiscie, ze musical to kultura niskich lotow, ale jednak jest to jakas okazja, zeby wyrwac sie z codziennosci, szczegolnie jesli idzie sie z dzieckiem. w niemczech duzo sie teraz dyskutuje o europejskiej kulturze i o jej zagrozeniu. ale gdzie ta kultura? maniery? dobre wychowanie? rozmowa? tradycja? chcialam cos dodac o dzieciach i iphonach, ale daruje sobie, dobrze?

przedstawienie jest dlugie, ma moral, genialne stroje, niesamowicie fantazyjna scenografie i choreografie. natomiast nie ma kluczowego hitu, piosenki, ktora sie nuci po wyjsciu (jak duch w operze albo miss saigon, czy chorus line) moj ulubiony muzycznie moment to walka lwow z hienami:

https://www.youtube.com/watch?v=Crm2VfqzgIk

ale to pewnie dlatego, ze kilka lat temu malina tanczyla do tej muzyki na szkolnym przedstawieniu.

 

historia dla dzieci, ale realizacja bardzo interesujaca takze dla doroslych. nawet dla mojego meza!

przeplyniecie elba jest prawdziwa atrakcja i w dzien i wieczorem. szkoda, ze takie krotkie.

 

 

 

 

poniedziałek, 09 listopada 2015
prawie dwa tygodnie w drodze.

 

mamy za soba bardzo intensywne ferie. tatus z malina feriowali na calego, ja pracowalam a wieczorami do nich dolaczalam. zaliczony musical "król lwów" ("könig der löwen"), miniaturowy swiat w hamburgu i blue man, galeria figur woskowych w berlinie. w miedzyczasie smakolyki, zakupy i plywanie w syrenim ogonem w basenie. wrocilismy wczoraj wieczorem i w jakims szalonym transie rozpakowalismy wszystko, powrzucalismy do pralki, poukladalismy w szafach, walizki do schowka, zeby jeszcze przez chwile pocieszyc sie byciem w domu. mimo tempa i mimo, ze nie mialam wolnego czuje sie naladowana dobra energia. prawdziwy urlop, to przewietrzenie glowy. 

 

Archiwum