wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 29 listopada 2017
malinowa wychowawczyni.

malina jest na szkolnym polmetku. 4,5 roku za nia i tyle samo zostalo jej do matury. jeszcze nigdy nie rozmawialam z zadnym z jej nauczycieli. chodzimy tylko na zebranie na poczatku roku, kiedy nowi nauczyciele sie przedstawiaja i tyle.

przez trzy lata malina miala druga srednia klasowa, teraz plasuje sie na niezlym trzecim lub czwartym miejscu, to co mam chodzic do szkoly i zawracac glowe nauczycielom? niedawno dowiedzialam sie, ze od 10 klasy w ogole nie ma juz spotkan z rodzicami, dzieci... hmmm... mlodziez przechodzi do oberstufe, kazdy stanowi sam o sobie jak dorosly (a w wieku 16 lat moze pic piwo!) i nikt nie moze mu nic powiedziec. pomyslalam wiec, ze to moze moja ostatnia szansa i umowilam sie na spotkanie z wychowawczynia. jako pretekst posluzyl mi fakt, ze malina tak rozrabiala w czasie studium (popoludniowe odrabianie lekcji), ze pani wyrzucila ja do piatej klasy i tam musiala odrabiac prace domowa wsrod malych dzieci. pewnie bym sie o tym nie dowiedziala, ale malina kilka dni temu wrocila strasznie zadowolona... wlasnie z tego wyrzucenia, bo: 1 - malina strasznie sie martwi o swoj image i nie chce miec opinii kujona, 2 - wychowawczynia 5 klasy jest jej ukochana nauczycielka, wiec sobie wesolo pogadaly i w ogole bylo milo.

wczoraj byl dzien otwarty i mozna bylo spotkac sie z kazdym nauczycielem. ja mialam termin 17:20. stawilam sie punktualnie a nawet wczesniej, bo szkola wielka, korytarze pokretne a nie chcialam, zeby pani na mnie czekala. po szkole placza sie tlumy zestresowanych rodzicow, nikt nic nie wie, ale jakos udaje mi sie znalezc sale, gdzie przyjmuje malinowa wychowawczyni. elegancka, mila, atrakcyjna kobieta. podajemy sobie rece. pani jest znana jako surowa, wymagajaca, bezkompromisowa i wszyscy sie jej boja, bo jako jedna z niewielu nauczycielek goni szkolnych palaczy i na przyklad w malinowej klasie dwie dziewczyny nie moga pojechac w styczniu na klasowy tydzien narciarski we francji, bo zostaly przylapane na paleniu.

pani dopytuje sie, co to ja jestem za mama, wiec sie grzecznie przedstawiam a pani zaraz przechodzi na polski. a no tak! zapomnialam, pani jest polka! omawiamy maline. no niestety diabelek. nie moze usiedziec, smieje sie, gada. pani uwaza, ze nic sie z tym nie da zrobic. taki jest malinowy temperament i nawet sie nie mozna na nia porzadnie zezloscic, bo z jednej strony przeszkadza a z drugiej strony pomaga innym w zrozumieniu pracy domowej, tlumaczy jakies tam zadania z fizyki. no i jest z niej czarus! po 5-6 minutach przeszlysmy na tematy polskie, co z wigilia, co z wakacjami, czy wypada nam przejsc na "ty" i ze umawiamy sie na kawe.

wrocilam do domu na skrzydlach, ale zanim w ogole doszlam do glosu, malina energicznie gestykulujac wyglosila dramatyczny monolog, ze tak! ze wie, ze pani jej nie znosi! ze tak! ze smieje sie czasem, ale kazdy musi sie czasem smiac! nawet w szkole! ze pani jest surowa! ze nie ma zrozumienia dla klasy a w szczegolnosci dla maliny! pani uwaza, ze ona jest najgorsza!!!

dalam jej sie wygadac.

dzis malina wrocila ze szkoly dumna jak paw. cale studium sie nie smiala i nie musiala byc przesadzana. pani zapytala po polsku, czy dostala wczoraj wieczorem bure. malina na to, ze tak! (drama queenn!) - pani na to pokiwala glowa: "no takie jest zycie". na co malina w domu:

 - wiesz, nie sadzilam, ze ona moze tak rozumiec ucznia.

 

 

piątek, 24 listopada 2017
malinowy tatus.

 

moj maz byl 6 dni w podrozy. z tego tylko dwie noce w hotelu. wiecej czasu spedzil w powietrzu niz na ziemi. niestety spie bardzo zle, kiedy on leci. budze sie i martwie, ze to pewnie moja intuicja nie pozwala mi spac. siegam po komorke sprawdzam wiadomosci i uspokojona, ze nie ma zadnych wiadomosci o samolotowych wypadkach, probuje spac dalej. dzis po 26 godzinnym locie z dwiema przerwami maz wyladowal w poludnie w monachium. wsiada w samochod, jedzie do domu. dzwoni. nastawiam na mikrofon, zeby malina slyszala. ten przylot taty to jakby juz poczatek weekendu, cieszymy sie. maz pyta czy zrobic zakupy na kolacje i czy wiem moze czy przyszla nasza zamowiona lampa to pojedzie przez centrum i ja po drodze odbierze. przewracam oczami: jedz do domu!

wieczorem jemy wczesna kolacje.

 - piwo? - pytam

 - lepiej nie. jak wypije piwo to zasne przy stole. - smieje sie maz.

po kolacji gadamy jeszcze troche. mezowi zwezaja sie oczy a jest dopiero 8 godzina.

 - nie dam rady. musze isc spac, ale jutro bede jak nowy...

malina sciska tate na dobranoc a chwile potem martwi sie:

 - co sie stalo? moze jest chory?

 - malina on w ten tydzien polecial na drugi koniec swiata zeby przygotowac z gromada ludzi, ktorych nigdy nie widzial na oczy prezentacje. godzinna prezentacje. zmeczony jest i tyle. a po drodze jeszcze chcial robic zakupy. malina, myslisz ze to jest normalne?

malina:  - ale tatus zawsze robi zakupy?

tak. robi. wspolczuje kazdemu facetowi, ktory bedzie sie w przyszlosci staral o maline. poprzeczka wisi bardzo wysoko.

 

 

 

 

 

piątek, 17 listopada 2017
malinowy babel.

 

malina poszla do szkoly w moich, dla niej troche - jak sie okazalo - za malych butach. wrocila z bablem na piecie. nastepnego dnia wrocila do domu z lekka goraczka i w bardzo zlym humorze. napoilam ja herbatka na goraczke, zapakowalam do lozka. wszyscy teraz choruja. jesien. rano bez goraczki ale z lekko obolala stopa poszla do szkoly. z autobusu wyslala sms, ze noga ja coraz bardziej boli. odpisalam, ze zorganizuje termin u ortopedy i wieczorem zobaczymy co tam sie stalo. pewnie naciagniety miesien albo cos. w poludnie malina napisala, ze noga jej spuchla w kostce i bardzo boli. natychmiast odebralismy ja ze szkoly i pojechalismy prosto do ortopedy. stopa jak czerwona pilka, nie dalo sie zalozyc buta ani skarpetki. lekarz zbadal, oznajmil, ze to nie ma nic wspolnego z koscmi tylko weszlo zakazenie tam gdzie byl babel. w niewielkiej ranie jest pelno streptokokow i nastapilo zakazenie krwi, ktore moze prowadzic do sepsy. czerwona kreska od rany - jakby ja ktos namalowal czerwonym flamastrem - ciagnela sie od piety przez cala noge do gory. natychmiast pojechalismy do szpitala. malina dostala silny antybiotyk, kule do chodzenia i moglismy wrocic do domu. gdyby podniosla sie goraczka mamy natychmiast wezwac pogotowie. takie male nic a tyle strachu. i lekcja na cale zycie, ze nie wolno lekcewazyc zadnych najmniejszych nawet ran.

 

 

środa, 15 listopada 2017
malinowe czasy

 

jak to bylo w naszych czasach? albo nie pamietam, albo jednak pod tym wzgledem bylo inaczej? malinowa kolezanka o ktorej tu pisalam, ze sie tnie, wyladowala - po dwumiesiecznym pobycie w zamknietej klinice - w prywatnym gimnazjum z internatem an drugim koncu kraju. jeszcze przez rok bedzie brala prozakopobny lek na pokonanie depresji. tydzien temu wpadla do mnie na kawe sasiadka - kiedys nasze corki chodzily razem do podstawowki i m. byla nie tylko czynnie trenujaca akrobatka ale tez jedna z najleszych uczennic w klasie, teraz w gimnazjum zupelnie nie daje sobie rady, przestala trenowac, szaleje, wscieka sie, obwinia rodzicow za swoje zle stopnie. okazuje sie, ze od pol roku chodza do psychologa, teraz dostali polecenie do kliniki i szukaja szkoly z internatem.

wczoraj po klasowce z francuskiego klasowa kolezanka maliny - jedna z dwoch klasowych prymusek - dostala zalamania nerwowego. plakala, trzesla sie, nie miala sily wstac z krzesla. przyjechala karetka a zaraz potem mama i nie wiadomo co dalej. to sa dzieci po 14-15 lat. inna malinowa kolezanka, ktora "niechcacy" rozeslala swoje zdjecia bez biustonosza do kilku kolegow wyladowala na poczatku roku w dziewczecym internacie. a znow inna, ktora juz miala dac sobie rade z bulimia, biega na kazdej przerwie do lazienki...

mysle, ze kiedys sie poprostu o tym nie mowilo.

poniedziałek, 06 listopada 2017
palec bozy albo co.

 

 

niedziela. wczoraj. malina siedzi juz w kuchni i mimo ferii przerabia matematyke. maz w pelnym rynsztunku na moj widok biegnie do kuchni i rozpoczyna kawowy rytual. co oni tacy juz obudzeni i gotowi do dnia? ja jeszcze w szlafroku. powoli. natychmiast padam na sofe i zakrecam sie w pluszowy koc.

kawa. cos bym tak do tej kawy poczytala. ale gdzie tam. dziecko sie uczy. maz tez wlasnie cieszy sie kawa. nie bede ich gonila po schodach na gore - obok lozka lezy moja aktualna ksiazka. sama tez nie mam ochoty na latanie na gore, ale na trzy kroki w strone regalu z ksiazkami mam sile. trzy kroki: ja i koc. to nie, to nie, to nie, o! alice munro. pierwsze opowiadanie juz przeczytalam, bylo swietne, ale skonczylo sie nagle jakby w polowie i pozostawilo mnie w takim niedosycie, ze odlozylam te ksiazkie w slicznej okladce na pozniej. moze na taka leniwa, deszczowa niedziele? sprobujemy. koc i ja wracamy - trzy kroki - na sofe do cudnie pachnacej, wciaz goracej kawy. jak zaczelam tak wpdlam i pewnie bym tak czytala do popoludnia, gdyby mz mnei nie wyrzucil pdo prysznic, bo dziecko glodne i sniadanie zaraz gotowe a potem tak sie ta niedziela rozkrecila - montownie nowej lampy, krotkie spotkanie ze znajomymi, rozmarynowa kolacja - ze juz do ksiazki nie wrocilam.

wieczor postanowilismy zakonczyc filmem. maz przygotowal appletv. hmmm troche szkoda mi mojego opowiadania, ale co tam, doczytam sobie w poniedzialek, tym bardziej, ze maz wrzucil w wyszukiwarke filmow "almodovar" a ja kazdy jego film moge ogladac kilka razy. wybieramy "juliete" z 2016 a my jeszcze nie widzielismy! zaczynam sobie migac drucikami (czarna kamizelka tym razem dla mnie) jakby nigdy nic. druga scena filmu i mysle sobie: artysci to sie jednak powtarzaja. taka sama scena jak w jakiejs ksiazce, ktora ostatnio czytalam. nastepna scena. kolejna scena. niemozliwe! to jest opowiadanie, ktore przypadkowo dzis znalazlam do porannej kawy. te same sceny. tak. tak!

los bardzo chcial, zebym poznala te historie o kobiecie, ktora w swoim bolu zapomniala, ze obok cierpi jej corka. tragenia rozdziela je na wiele lat. ponad dekade pozniej odnajduja sie przez kolejna tragedie. na poczatku sa matka i corka. na koncu dwie matki. piekna opowiesc o milosci, egoizmie, przebaczeniu.

jak zwykle u almodovara kolory, ktore pomagaja emocjom wgryzc sie w mozg z taka sila, ze po napisach koncowych siedzielismy z mezem dlugo milczacy i wzruszeni.

 

 

 

Archiwum