wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
niedziela, 31 grudnia 2006
DOSIEGO ROKU!!!!
pieknego sylwestra,
samych dobrych mysli przy szampanie,
marzen na nowy rok i spelnienia przynajmniej kilku z nich,
postanowien i wytrwania w tych postanowieniach,
braku postanowien i wewnetrznej harmonii.

zycze wszystkim serdecznym osobom, ktore tu zagladaja, mojemu mezowi i sobie samej.
sobota, 30 grudnia 2006
jak na cmentarzu?
poranki udaja zime. oszroniony swiat jest bialy i przynajmniej sobie mozna wyobrazac zime. w jednym z ogrodniczych czasopism widzialam pomysl na piekna zimowa dekoracje w ogrodzie. niebieska lawka (mam!) wrzosowe donice (mam!) a w nich wrzosy, niebieskie i wrzosowe swiece (mam!), malutki karmnik (mam!), niebieskie i wrzosowe bombki (no jasne, ze mam!!!). pokazalam mezowi na obrazku i on znajac moje zapedy dekoratorskie skwapliwie przyznal, ze bardzo ladne. czulam, ze we mnie nie wierzy i mnie zbywa. wiem, ze nie znosi dekoracji okolicznosciowych (spiessig ohne ende!). no to mu pokaze! ustawilam te cuda na niebieskiej lawce, dodalam girlande z niebieskich, drewnianych kwiatkow i zelaznego konika. sniegu niestety znikad, a snieg jest tu waznym elementem...
od trzech dni zastanawiam sie dlaczego ta moja kompozycja jakos nic z czaru tej z fotografii nie ma. i dochodze do wniosku, ze brak jej naszego zachwytu ( i sniegu oczywiscie). malina totalnie zignorowala a maz wczoraj zapytal, czy ma sam zapalic swiece w tam moim... mauzoleum, bo zimno i nie bede musiala wychodzic. oto jak sie docenia moje dekoratorskie talenty w tym domu. jestem rozczarowana.

przynajmniej szron mnie dzis wspiera.
piątek, 29 grudnia 2006
domek baby jagi.
tatus trzymal, ja sklejalam goracym, lejacym sie brazowo cukrem. domek stanal. z ciasta spekulatius - pachnie w calym domu karmelem z topionego cukru i z tego piernika. malina miala dekorowac, ale widze, ze powierzylam to zadanie nieodpowiedzialnej osobie. polowa dekoracji zostala skonsumowana. domek jest niedoudekorowany.
W co grają ludzie - psychologia stosunków międzyludzkich
widze, ze tez na obczyznie mozna kupowac w merlinie. korzystalam dotad tylko z amazon. z ciekawosci wrzucilam tytul ksiazki, ktorej szukam od lat. kiedy bylam studentka ksiazka ta krazyla w kilku egzemplarzach, wymietolona, wszystkie kartki pojedynczo, poplamione, zczytane do cna. studenci psychologii kopiowali sobie rozdzial po rozdziale. mlodzi, entizjastycznie do zycia nastawieni ludzie jak ja, wydawali sie sobie po przeczytaniu wielkimi psychologami, wydawalo im sie sie, ze oto zrozumieli wszystko, przejrzeli wszystkich na wylot, pod niewiedzialna lupa maja kazdego, kto zamieni z nim choc dwa zdania. szukalam tez ksiazki w internecie, ale chyba jakos glupio szukalam. otoz wlasnie wrzucilam jej tytul w merlinie i... ona tam jest. tak zwyczajnie jest do kupienia. 
środa, 27 grudnia 2006
lepiej.
wrzod zostal przeciety. mama wylatuje wczesniej niz geplannt. za jej wczesniejsze loty z monachium moznaby spedzic calkiem fajne wakacje. nagle wszyscy odzyskali humor. cudownie gralismy w chinczyka a potem w czarnego piotrusia. smielismy sie sie do bolu brzuchow.

dlaczego moje malzenstwo jest jedyne w swoim rodzaju, genialne i godne pozazdroszczenia? bo sobie wszystko, wszystko mowimy, wyjasniamy czasem przez pol nocy, dyskutujemy do bolu a tydzien pozniej nie pamietamy o co szlo. w rozmowie z moja mama boli kazde zdanie i dokladnie wiadomo co sie stalko 20 lat temu, 30 lat temu... nie wiadomo o czym mowic, zeby sie nie poklocic na smierc. odkad jest malina, staramy sie przynajmniej, zeby nie bylo okropnie, wrednie i wulgarnie. i choc to jest postep, to dla mnie wciaz za malo. ale czy kiedykolwiek dostane wiecej?
wtorek, 26 grudnia 2006
swieta 2006
do ostatniej chwili pracowalam i choc wzielam urlop do trzech kroli, jutro znow bede wisiala na komorce, albo komorka na mnie.
mamy cudowna choinke. do samego sufitu i chyba z trzema metrami przekroju. taka ciezka, ciezarna gwiazdami, pierniczkami, bombkami. slomkowe ozdoby, czerwien, bordo, czekolada i zupelnie niepasujace, ale absolutnie niezbedne grube, lsniace lancuchy:jeden jasno lylowy i drugi: ciemno lylowy. popsul cala koncepcje, ale cieszy maline niezmiennie. wolalam te lancuchy powiesic na choince, w przeciwnym razie malina tanczylaby z nimi przez cale swieta i caly dom mialabym pelen lylowych, blyszczacych wloskow. po jednym dniu mialam dosyc sprzatania i powiesilam na choince. jak i rok temu malina nie zdazyla zobaczyc mikolaja, bo tn spieszyl sie do innych dzieci. w pospiechu zostawil otwarte drzwi na balkon i znak na szybie. najpierw malina zmartwila sie bardzo, ale widok prezentow pod choinka szybko jej przypomial o swiatecznych priorytetach: prezenty!!! zanurkowala pod drzewkiem, ze az sie przestraszylam, ze sobie zeby wybila. rozdawala wszystkie paczuszki, cierpliwe czekajac az obdarowani otworza niespodzianki, uciesza sie, podziekuja "mikolajowi". najbardziej podobaly jej sie lyzwy. malina zalozyla te bialo-rozowe cudenka na nozki i skoczyla z radosci na mnie tak, ze podarla mi nowy zloty sweterek. potem ucieszyla ja szkatulka przecudnej urody z krakowa od znanej tam artystki habal. habal, czujac, ze mamusia umrze z zazdrosci o te szkatulke (zewnatrz bladorozowa, w srodku ciemno, jak rzekla malina: pink!), dolozyla na pocieszenie nalewke. ale ja ze skapstwa nigdy tej nalewki nie wypije, bo tak pieknie sobie stoi w zbiorze trunkow. i strasznie mnie cieszy. dziekuje. malina najpierw sobie przyciela paluszki, zatrzyskujac szkatulke jedna raczka i trzymajac w niej jeszcze druga raczke. potem przeznaczyla ja na wlasnie "dostany" zegarek, bransoletke i kolcycki. potem jednak okazalo sie, ze dostala gre ze 100 szklanymi kulkami i szkatulka okazala sie wymarzona do tych slicznych kuleczek. wydawalo mi sie, ze najfajniejsze prezenty dostala moja mama. pobyt u eris i album z 30 tekstami o malinie, zilustrowany odpowiednimi zdjeciami. no i termofor. mama znudzona odlozyla prezenty na bok. zignorowala je totalnie i do dzis nie obejrzala. nie wie co jest w albumie. jest naburmuszona, znudzona i jakas obrazona. a ja nie mam sily na te humory, wymowki, zlosliwosci, dogadywania. moj maz nie moze sie nadziwic a z drugiej strony powiedzial, ze to przeciez nic nowego i zebym sie nie martwila. troche sie martwie, bo mi przykro. ale co tam. juz jej nie wychowam.
w ostatniej chwili posypaly nam sie zaproszenia na sylwestra i jedno jest takie fajne, ze sie nawet zastanawiamy czy nie pojsc...
piątek, 22 grudnia 2006
koniec dnia. i dobrze!
koniec dnia. i dobrze!
wszyscy poszli spac po tym trudnym dniu. przygotowuje prezent dla mamy (babci) pod choinke. bedzie to zbior kilku smiesznych wpisow o malinie. latam po TS i szukam i nie moge sie nadziwic ile smiesznosci w tych malinowych historyjkach. moja mama nie wie, ze robie zapiski o malinie, wiec bedzie to chyba fajna niespodzianka. wydrukowana na rozowym papierze, ozdobiona zdjeciami.
wpadlam na tekst o malinie w teatrze:

malina teatralna

Autorka: annaanna
Data wpisu: 2005-11-27 18:32

tydzien temu bylismy z malina w teatrze marionetkowym na przygodach myszy. mysz wpadla do kanalu. w kanale mieszka szczur, ktory nie lubi by mu przeszkadzano, wiec strasznie na mysze naburczal. malina oburzona wykrzyczala na caly teatr:
- a co to za zajac?!!!
poprawiam ja szeptem, ze to szczur i zeby byla cichutko. malina wytrzymuje cichutko 3 minuty, ale niestety szczur wraca.
- a co ten zajac tam robi?!!! znowu jest!!!

dzis poszlysmy na przygode bozonarodzeniowa misia. dlugo szukalam miejsca do zaparkowania. chetnych do teatru bylo wielu a do wielkanocnego jarmarku obok teatru jeszcze wiecej. malina, co zobaczyla teatr, wokol ktorego krazylam coraz bardziej sfrustriowana brakiem miejsca do parkowania, wola:
- o! teatru. mama zobacz teatru! tam jest mysz!!! mysz!!!
powinnam byla sie domyslic co mnie czeka. bajka byla o misiu (misiu!!!), ktory wykradl samolot, prezent bozonarodzeniowy. obie czesci skladaly sie w wielu aktow. za kazdym razem, kiedy kurtyna opadala, w ciemnosci rozlegal sie oburzony glos maliny:
- a gdzie jest mysz???!!!

smieje sie jak nie wiem, bo dokladnie pamietam jak to bylo. jak umieralam ze wstydu i ze smiechu jednoczesnie. jak uciszalam moje dziecko i sciskalam kolana, zeby nie wyc ze smiechu...

*****

jutro jak wstane to bede cudowna zona, mama i corka a nie taka rozhisteryzowana idiotka jak dzis.
przysiegam sobie.





piatek przed wigilia.
nie wiem czy w ogole stawiac choinke. przyszlo tyle prezentow, ze w zasadzie na choinke nie ma miejsca. pol strychu paczek. jedna to az z krakowa, roznymi skrotami przyleciala. na razie choinka stoi w ogrodzie a malina z nosem przy oknie co 15 minut pyta kiedy wstawimy ja do domu.

ten dzien taki dziwny, wpospiechu. i dobre wiadomosci i bardzo smutne. pomieszane uczucia. projekty, ktore zwalaja mi sie na glowe w ostatniej chwili. pracuje w branzy singli, ktorzy trzesa majtkami przed kazdymi swietami, bo one uswiadamiaja im ich samotnosc. na sile szukaja jakiegos zajecia, zeby moc naookola oredowac, ze tacy sa zajeci, ze o swietach nawet nie maja kiedy pomyslec. ciagle to samo. takie chore. na szczescie malina klei lancuch na choinke i patrzac na nia nie moge sie zloscic. moze jutro bedzie odswietniej.
czwartek, 21 grudnia 2006
malina jako calosc.
obrze, ze malina ma tez ojca, ktory upomni sie o jej prawa do sztuki. kazda piosenka, wierszyk sa przeze mnie detalicznie dokumentowane zdjeciem lub filmem. malina tanczy skomplikowane uklady choreograficzne, ktorych uczy sie w przedszkolu i urozmaica wlasnymi, improwizowanymi wygibasami i fikolkami. wszystko to lapie w kamere, bo to mnie wzrusza, porusza i zachwyca.
wczoraj w ramach swiatecznych porzadkow jak zawsze wyrzucilam cala sterte malinowych bazgrolow, wycinanek, wyklejanek. maz zamyslil sie nad kartonem pelnym papieru...
 - dlaczego nie wybierzesz kilku prac i nie zrobimy takiej teczki na pamiatke?
 - bo musialabym przeznaczyc na te zbiory pol piwnicy. malina produkuje malunki i rysunki z predkoscia nowoczesnej drukarki.
 - ale po latach bedziesz to ogladala ze lzami w oczach, mowie ci. a ty tak wszystko wywalasz, zupelnie bez serca.
boze, az mnie w tym sercu bezdusznym uklulo i zamiast dalej sprzatac, wyciagnelam sterte dziel sztuki, by wybrac jakies reprezentatywne, zrobilam teczke, przewiazalam wstazka i z czystym sumieniem moglam pojsc spac.
uswiadomilam sobie, ze projektuje na maline moj system wartosci: muzyka mnie wzrusza, ciesze sie, ze moje dziecko jest muzykalne, ma swietna pamiec i poczucie rytmu. sama mam dwie lewe rece do rysunkow, wiec ignoruje te umiejetnosc u mojego dziecka, wydaje mi sie to bez znaczenia. blad! Ona ma prawo do wlasnych zdolnosci i talentu. dobrze, ze tatus cudnie rysuje, to zawalczyl o te sfere zycia naszego dziecka i bardzo sie z tego ciesze. rownowaga w naturze zostanie zachowana. 
wtorek, 19 grudnia 2006
wredni rodzice.
co wieczor to samo. malina zasypia przy uchylonych drzwiach. kolo 22 wkradamy sie razem, lub kazde z osobna do jej pokoju, okrywamy od nowa kolderka i... no wlasnie zabieramy cos i zmykamy chylkiem zamykajac cichutko za soba drzwi. wczoraj moj maz powiedzial, ze nie moze kontynuowac tego zlodziejskiego procederu i co wieczor czuje sie jak swinia. postanowilismy wiec, ze malina dostanie to po choinke a my bedziemy mogli zasypiac bez wyrzutow sumienia.
niebawem nadejszie godzina prawdy.
swiezutka, prosto z wanny, pachnaca i rozowa malina lezy w lozku. swiatlo zgaszone, kotki dwa zaspiewane, bajka przeczytana.
 - mikolaj jak przyjdzie to sie zapyta: jak sie nazywasz dziewczynko?
 - malina.
 - a czy bylas grzeczna caly rok?
 - tak.
 - aha...  a potem mikolaj mnie zapyta: czy ty jestes mamusia tej dziewczynki?
 -  tak.
 - a czy ta twoja coreczka byla rzeczywiscie grzeczna caly rok?
 - ...tak.
 - taaak?... ale ja nie moge klamac mikolajowi.
 - i co powiesz?
 - no bede musiala mu powiedziec, ze czasami jestes bardzo niegrzeczna.
panika i przerazenie w oczach maliny:
 - nie mow mu tego. po co ma wiedziec? po co?


dzis rano malina wstala z usmiechem, toaleta, sniadanie, do picia lekarstwa ustawila sie kolo okna, zeby mikolaj widzial jak grzecznie pije gorzka miksture. nawet smarowanie buzi kremem odbylo sie bez sprzeciwu. czyli ten klasyczny mikolajowy szantaz zadzialal. idealnie.
poniedziałek, 18 grudnia 2006
true.

Happiness is when what you think, what you say, and what you do are in harmony.  

- Mahatma Gandhi 

sobota, 16 grudnia 2006
malina pocieszycielka.
ostatnie polskie przedszkole w tym roku. nowy chlopczyk placze, zaklada kurtke i chce isc do mamy. ma 3 latka. chyba jeszcze za maly do przedszkola.
 - nie placzyj juz - mowi mu malina - mamusia kupi ci precla.
stoje niezdecydowana czy malina ma na mysli mnie, ze niby mam leciec do piekarni czy tez mowi o jego mamie i tak stara sie go pocieszyc. chlopiec jest jednak niepocieszony zeby nie wiem co. malina zdegustowana, kreci glowka i szuka u mnie zrozumienia:
 - mamusiu, no on placzy i placzy. co za dziadostwo!
piątek, 15 grudnia 2006
malineczka - kochaneczka.
klade maline do lozeczka. jakos ckliwie jest i milo. czytamy calineczke. spiewamy kotki dwa. lyk wody. malina ociera moja twarz noskiem:
 - mamusiu, ty jestes moja kochanka.
malina, czekolada i hela.

w messe riem bylysmy przed hela. do maliny zagadal wielki promocyjny zajac, chociaz to przeciez boze narodzenie a nie wielkanoc. krotka konwersacja zakonczyla sie przyjeciem przez maline malej tabliczki czekolady.
 - wloz ja do kieszonki, to poczestujesz hele, jak sie z nia spotkamy.
chodzimy sobie wsrod gwiazd, aniolow, straganow a malina regulanie podjada te czekolade, kawalek po kawaleczku skubie ja ukradkiem. kiedy spotykamy sie wzrokiem zapewnia mnie goraco:
 - a dla heli mam jeszcze duzo!
o! jest hela. malina nie daje jej mozliwosci odmowy, na przywitanie wciska jej niemal do ust kawalek czekoladki. po niedlugim czasie drugi, by juz z czystym sumieniem wpakowac sobie do buzi reszte i jeszcze wyludzic ciasteczko podane do helinej kawy. w drodze powrotnej do domu malina wzdycha:
 - to pieknie, ze ja spotkalysmy. te hele.
 - no tak - przyznaje - pieknie.
 - tak. ale mi smutno, ze hela zjadla mi cala czekolade... nie mam juz nic!


malina na lyzwach
na stole lezy bilet na majorke. wszyscy polecieli dzis. ja mam doleciec jutro. integracja, podziekowanie za dobry rok, cudowny hotel i zabawa przez trzy dni. nie polece. nie chce podrzucac komus maliny, zeby tatus przejal ja jutro popoludniu. spedzilysmy piekny dzien razem. wyskoczylysmy na zakupy razem z hela. takie leniwe buszowanie sklepowe, kawa, z tematu na temat skakanie, kilka drobiazgow na swieta... jutro tez bedzie piekny dzien. idziemy szukac lyzew, zeby potem mikolajowi dokladnie napisac, gdzie ma je kupic. w warszawie, w jednym z gigantycznych domow handlowych malina stanela przed sztucznym lodowiskiem jak zamurowana:
- mamusiu, ja tez tak chce!!! - pokazala paluszkiem dzieci na lyzwach. wypozyczylam dla nas lyzwy. malina wymknela mi sie zaraz po przekroczeniu barierki. w jakims dziwacznym pomieszaniu podskokow, slizgow, biegu, wygibasow i machania wszystkimi konczynami jak w amoku przeciela lodowisko wzrdluz i zatrzymala sie po przeciwnej stronie wesolo wykrzykujac:
- eee! ale sliska ta zabawka!!!! eeee!!!
moja mama stala jak zaczarowana i tylko zawolala:
- no nie mowilas, ze ona umie jezdzic na lyzwach!
- no bo... nie umie albo... umie... ale ja nie wiem skad???
malina uporczywie walczyla z prawem grawitacji, troche sie slizgala, troche truchtala, ale generalnie fantastycznie utrzymywala rownowage. kazde niepowodzenie ignorowala, podnosila sie i "jechala" dalej. postanowilismy uzgodnic z mikolajem, ze lyzwami ma byc obdarowana cala rodzina i zaraz po gwiazdce idziemy na lodowisko. juz nie moge sie doczekac.



czwartek, 14 grudnia 2006
malina niecierpliwa
malina spedzila w warszawie bardzo kulturalne 10 dni: kopciuszek, cyrk na lodzie, pchla szachrajka, szopka krakowska (mamusiu, ten herod byl zly i ja sie go boilam). wyjezdzila sie tramwajem za wszystkie czasy. babcia czasem nie wiedziala czy sie cieszyc czy wstydzic, bo malina spiewala koledy na cale gardlo i zainteresowanie pasazerow bardzo ja mobilizowalo do pelnego zaangazowania pamieci i pluc: duzo i glosno. publicznosc zegnala ja czasem machaniem rak, czasem dobrym, slowem: szkoda, ze juz wysiadasz. telefonowalysmy co kilka godzin.
 - gdzie jestes mamusiu?
 - jestem w spa.
 - a tatus gdzie?
 - w domku, w monachium.
 - a gdzie jest der snieg?
 - hm.... no nie ma.
malina czeka na der snieg, bo der snieg przyniesie jej urodziny i skonczy sie wstydliwe wyciaganie marnych trzech paluszkow w odpowiedzi na pytanie: - ile masz lat? w styczniu malina w koncu osiagnie dumny etap czterech paluszkow. na wizyte do dentysty biegla w podskokach, radosnie wskoczyla na fotel i... zeszla rozczarowana. wszystkie zeby zdrowe, jeden tylko trzeba jeszcze sprawdzic. malina liczyla na wyrwanie przynajmniej kilku zabkow, zeby miec szczerby jak wieksze dzieci, ktore ida do szkoly. no pech. czas nie biegnie szybciej niz biegnie.

znow jestesmy w domu. ja chudsza, malina grubsza. ale obie w dobrych humorach. i szczesliwy tatus, ktory albo z tesknoty albo solidarnie tez schudl.

Archiwum