wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
nie chcemy zadnego konca!
 - to jest bardzo specjalny dzien.
 - a dlaczego?
 - bo ostatni tego roku.
 - ostatni???!
 - tak 365-ty.
 - i koniec?!!!
 - koniec.
 - ??? - malinie zbiera sie na placz.
 - tak. koniec. byla wiosna, lato, jesien i zima. i tak skonczyl sie rok.
 malina w placz:
  - nie moze byc koniec!!! ja mialam miec w zimie urodziny!!!
niedziela, 30 grudnia 2007
lyzwy. malinowa premiera.
zapakowalismy sie na sportowo i pojechalismy na lyzwy. malinowe lyzwy czekaly rok na premiere. malina na widok lodowiska dostala takiego ataku radosci, ze zaczelam szukac w plecaku czegos co mogloby w razie czego sluzyc za knebelek. malina gada przed siebie nie zwazajac czy jej sluchamy czy nie. po pierwsze to w zadnym wypadku nie bedzie jezdzila z tymi pingwinami, to dla malych dzieci a ona jest juz duza, umie swietnie jezdzic na lyzwach i nie potrzebuje! na moja skromna uwage, ze moze na poczatku sprobowac, malinie splywaja z oczu grube lzy i nawet przestaje mowic, wiec zaraz zapewniam, ze kazdy jezdzi jak chce. bez pingwinow, z pingwinami, do wyboru do koloru. tatus od razu dostal skurczu i pojechal po glühwein. ja maline za lapke i sama niepewna czy jeszcze umiem wsunelam sie na lod, probujac zapomniec o bolu kolan. malina pada na twarz przy trzecim kroku i ze lzami w oczach oznajmia, ze wolaby zebym ja wozila na rekach. na wszelki wypadek wspominam o pingwinie.
- o tak! z pingwin! - cieszy sie malina ku mojemu zaskoczeniu.
najwiekszy rozrabiaka i akrobata na lodowisku podjezdza:
- wy z polski? czekaj mala (to do maliny!) zaraz zalatwie ci pingwina.
i za chwile malina popycha przed soba figurke swojej wielkosci, ktora jednak okazuje sie byc krasnalem. po dwoch godzinach dreptania, wywrotek, lez, smiechu, calusow, slizgow jedziemy do domu. malina peka z dumy wyspiewuje polskie i niemieckie koledy i co i raz przypomina, ze swietnie jezdzi na lyzwach a mamusia troche za wolno jezdzi, ale tez umie. jutro powtorka z rozrywki.
środa, 26 grudnia 2007
male czule antenki
 - babcia ci ciagle robi na zlosc, prawda? - szepce malina w kuchni.
 - tak. czasami tak. - jak nie wiadomo co powiedzic dziecku, to lepiej powiedziec prawde.
kon.
malina rozdziela prezenty. swoje rozpakowuje w tempie tak zawrotnym, ze kreci nam sie w glowach. czy to od wina czy od fruwajacych opakowan? w koncu otwiera prezent, ktory niewaptliwie moze wygrac kazdy konkurs na najglupszy i najbrzydszy prezent roku. okropny ale wymarzony. zapieralam sie rekami i nogami, ale tatus, widzac, ze to ostatni egzemplarz na polce, wlozyl do kosza i powiedzial, ze jesli nie chce to nie, ale gdybym zmienila zdanie to na wszelki wypadek trzyma to cudo, zeby nikt inny nie kupil. mowie, ze nikt nie kupi takiego brzydactwa, ale tatus trzyma i mnie przekonuje. pod choinka laduje obrzydliwy plastikowy kon, ktorzy po nacisnieciu na tylne nogi rzy i szykuje sie do skoku. bleeee. malina wyciaga go z opakowania, natychmiast zapomina o wszystkich innych naprawde pieknych prezentach i rzuca mi sie w ramiona:
 - mamusiu!!!!! patrz! mikolaj mi przyniosl. widzisz jak dobrze? to nie musimy juz kupowac!!!
potem zaklada jeszcze korale i wianek od krakowskiego stroju i tak umajona idzie spac razem z kanciastym koniem, ktory jest strzala w serce kazdego, kto ma troche poczucia smaku i piekna.

poniedziałek, 24 grudnia 2007
wigilia. jak zawsze.
przedwczoraj malina przestala prawie slyszec. zapalenie ucha srodkowego. siedzi smutna i usmiecha sie smutno i pyta kiedy bedzie mogla pojsc na lyzwy. w ostatniej chwili pojechalismy po choinke. straszne drapaki po 50 euro. juz mielismy chwycic taka miotle, ale tchnieta kobietca intuicja powiedzialam zebysmy jeszcze poszukali. jedziemy lasem a tam szyld, ze 800m w prawo szkolka z choinkami. jedziemy. troche ludzi, wesole dzieci, glühwein i kolorowe pily do wyboru do koloru. wybralam choinke jak z ilustracji szancera. pekata, wysoka i pelna. maz niczym doswiadczony drwal pomachal pila i choinka byla nasza. wypilismy goracego wina i pojechalismy do domu. malinie az sie oczy swiecily i nie mogla uwierzyc, ze tatus sam choinke dla niej wycial. zajela pol pokoju prawie i caly dom osnula cudownym zapachem. dzis skoro swit pojechalismy na viktualienmarkt kupic ryby. stalismy w dlugiej kolejce, wlasciciel podawal szampana albo glühwein i wszyscy ze wszystkimi gadali. taki wigilijny spokoj i pokoj. amen. kupilismy kilka rarytasow. rachunek jest dowodem, ze albo jestesmy bardzo bogatymi ludzmi albo idiotami. potem jeszcze kilka drobiazgow, klotnia z mama, malinowy spadek goraczki i bierzemy sie za choinke. jak co roku: troche fajnie i troche niefajnie. tak chyba juz jest na swieta.


********

USMIECHU, KIEDY ZABLYSNIE PIERWSZA GWIAZDKA WSZYSTKIM, KTORZY TU DZIS WPADNA I TYM KTORZY NIE WPADNA. WESOLYCH SWIAT MALINOWYCH!!!

********
czwartek, 20 grudnia 2007
wywrotki narciarskie.
zapisalam maline na kurs narciarski w styczniu.
 - ale ja juz umiem!
 - nie umiesz kochaneczko, bo jeszcze nigdy nie mialas nart na nogach. jak sie nauczysz to sobie bedziemy razem jezdzily. juz sie na to ciesze.
 - ale jak ja nie umiem to sie bede przewracala...
 - no kazdy sie przewraca na nartach czasami. tak to juz jest. ja tez sie czasem przewracam.
malina kiwa glowka:
 - tak. ja sie przewracam, bo jestem mala. ty sie przewracasz, bo jestes najsredniejsza. tylko tatus sie nie przewraca, bo jest silny. jest silny, wiec nigdy nie spada!
środa, 19 grudnia 2007
malinowe wystepy.
pierwszy malinowy wystep w szkole muzycznej. raz jest kaczka, raz sniezynka. raz jedzie trojka (pani naczycielka jest rosjanka), raz skacze jako dzwoneczek. dzieci sa tak przejete, ze prawie wcale sie spiewaja. wypatruja rodzicow i strasznie sa zajete wiszacymi na szyjach dzwoneczkami. najlepiej z calego przedstawienia wychodzi klanianie. po koncowej pioesence malina skacze mi na kolana.
 - mamusiu! nie podobalo ci sie?!!!
 - podobalo!!! bardzo!!!
 - ale plakalas...



no i teraz wiem, ze to co malina od czasu do czasu spiewa to nie zadne modly sekty, tylko afrykanska piosenka powitalna.

malinowe jaselka.
demokracja przedszkola waldorff dotyczy roznych dziedzin zycia. takze jaselek, ktore odgrywane sa codziennie, w strojach i dzieci to uwiebiaja. do bozego narodzenia kazde dziecko zagra kazda z mozliwych rol.
- kim dzis bylas, malinko?
- owieczka. ale stojaca. nie lezaca.
- fajna rola! i musialas cos mowic?
- tak!
- co?
- mee. meee.

przedwczoraj:
- kim dzis bylas malinko?
- aniolem. najsredniejszym.
- o co mowilas?
- nic. tylko patrzylam oczami.

wczoraj:
- kim bylas dzis?
- aniolem najwiekszym!
- archaniolem?
- tak!
- i co mowilas?
- nic. tylko musialam dac maryji jezusa.
- o? i skad wzielas jezusa?
- lezal na stole!



poniedziałek, 17 grudnia 2007
skandal.
jestem w bojowym, anty - telewizyjnym nastroju. u mnie telewizja jest wlaczona, jesli wiem, ze wiadomosci sa bardziej interesujace niz zwykle albo kiedy ogladamy dvd. wczoraj obejrzelismy simpsons, kinowa wersje. jestem fanka simpsonow jako karykatury amerykanskiego spoleczenstwa. kinowa wersja jest rewelacyjna. ale na dvd przeczytalam, ze film dozwolony jest od 6 lat!!! zatkalo mnie kompletnie. czyli za rok malina moze wejsc ze mna do kina na film - tylko dlatego, ze to cartoon - w ktorym wiekszosc scen to duszenie, mordowanie, kopanie, przebijanie nozem, rzucanie bombami, rzyganie, opluwanie, strzelanie do dzieci. czyli niedlugo calkiem normalnie ten film bedzie spokojnie lecial w telewizji kolo godziny 17. i niech nikt mi nie tlumaczy, ze 6-letnie dziecko zrozumie, ze to satyra. ja nie jestem pewna, ze moja siostrzenica, ktora ma 11 lat rozumie wszystkie aluzje, dla niej wiekszosc brztalnych scen, to brutalne sceny dla zabawy.
niedziela, 16 grudnia 2007
biedna, biedna mamusia.
to jedyne porzadki, ktore uwielbiam. od dziecka. porzadkowanie biblioteki. nigdy nie ma to czasu. dzis spedzilismy caly dzien. taka sentymentalna podroz, bo co i raz cos z jakiejs ksiazki wypada. a to bilet na miss saigon w londynie, rok 1992, kiedy poznalam meza w anglii. a to zasuszone kwiatki z campingu w liberon, rok pewnie 1996. nowe ksiazki rzucone byle gdzie w pospiechu znajduja wreszcie przytulnie miejsce w rzadku swoich kolezanek z tego samego wydawnictwa. tu angielskie, tu niemieckie, tu polskie. slady moich marzen: ksiazki o teatrze, stanislawski, przewodnik teatralny zczytany do cna, szespir w skorze, przemycany tom po tomie przez mame z polskich ambasad w pradze, moskwie, berlinie. moje studia: kilka rzadkow ksiazek o muzyce. moje studia w londynie: to ja to wszystko przeczytalam po angielsku?! kurcze, kiedys to mialam czasu ze nie wiem. moja praca: historia kina, how to make it big in movies, rozmowy z polanskim. moja ciaza: joga dla ciezarnych, o rety, ona pracuje. w rece wpada koperta ze zdjeciami. malina zaglada przez ramie. o! nasze mieszkanie zanim urodzila sie malina. cudne bylo. to chyba zima. takich kilka galazek z piecioma bombkami. to i tak wiecej niz zwykle.
- mamusiu, nie mieliscie prawdziwej choinki?
- nie. wtedy mielismy malo pieniedzy. nie moglismy wszystkiego miec. - smieje sie.
maz usmiecha sie do zdjec. same kuse kiecki. wszedzie prawie widac mi majty. czy ja wtedy nie marzlam? przeciez to zima byla. fajnie tak popatrzec, ze kiedys to mialam nogi calkiem, calkiem. malina docieka:
- mialas malo pieniedzy i nie moglas sobie kupic ubranka? tylko takie za male? krotkie? taka bylas biedna?
sobota, 15 grudnia 2007
malinowa malowanka
z powodu jakichs brakow w kadrze nauczycielskiej zerowka w polskim przedszkolu dolaczyla do pierwszej klasy. malina wniebowzieta bez komunii:-) pelna nobilitacja oraz nowa pani. pani basia. odbieram szeroko rozesmiana maline. policzki jej sie rumienia po goracym dzieciecym punchu. karmi przyjaciolke resztkami oplatka.
- mamusiu - wola wesolo - pani basia powiedziala, ze jestem dobra malowanka!!!

pani basia usmiecha sie za jej plecami:
- cos musi pani zrobic. na jakies zajecia zapisac. pani corka jest prawdziwa malarka. maluje lepiej niz dzieci w pierwszej klasie. prawdziwa malarka. no!


nie? nie. pewnie, ze nie.
malina idzie ze mna na wieczorna, pol-dorosla impreze w biurze. bedzie raclette i kilkoro dzieci. czeka na to caly tydzien. wrocimy pozno, zapowiadam i prosze o obietnice, ze jak wrocimy ciemna noca (kiedy juz i max i victoria mimo, ze w szkole, to juz dawno spia!) to malina myje szybko zabki, wskakuje do lozka i spi. bez uzadnych dyskusji. malina jest zachwycona przyjeciem. i poznym powrotem do domu, ktory wyraznie oznacza, ze jest kobieta dorosla. szczegolnie, ze niezmiernie przystojny moj kolega, ktorego podwozimy do domu wciaz zwaca sie do niej:
 - czy mloda dama zyczy sobie gume do zucia?
 - czy mloda dama ma tam z tylu wystarczajaco duzo miejsca na nozki?
 - czy mloda dama spi? bo tak cicho z tylu?
a malina nie moze odpowiedziec, bo peka ze smiechu.
przystajemy przy stacji benzynowej kupic papierosy. malina konspiracyjnie:
 - jaki mily ten micha. hi hi hi.
 - on sie nazywa basti.
 - aha! basti. pomieszal mi sie z micha.
kolega wsiada z papierosami i guma do zucia.
 - ooo dziekuje!... basti!
narzekamy sobie z bastim na wesolo na firme. on jak raz na pol roku oznajmia, ze jeszcze troche wytrzyma a potem chce do londynu. w koncu wysiada. malina smutna:
 - szkoda, ze poszedl. dlaczego on chce sie wyprowadzic z monachium?
 - do londynu?
 - tak. to tak daleko. jak ja go bede odwiedzala?
dojezdzamy do domu. na wszelki wypadek przypominam obietnice: szybko do lozka, bajeczka, buzi i oczka sie zamykaja. i rzeczywiscie: malina jak robocik myje zabki, wskakuje w pizamke, otwiera bajki na odpowiedniej stronie. klade sie kolo niej i czytam. czytam. koniec. przytulam maline.
 - a teraz zamykaj oczki i spij.
malina krotko walczy z jakims pomyslem, ktory lomoce jej sie po glowie. nie wytrzymuje. patrzy mi w oczy:
 - a moze... moze jeszcze aaa kotki dwa?... nie. prawda? nie. no nie, bo sie umowilysmy. nie! nie!
siadam, kolysze maline jak dzidziusia i spiewam kolysanke. czy ja kurcze jestem tatus, zeby mnie tak sobie dookola palca krecic?

bielszy odcien bieli.
w niemieckim przedszkolu przewazaja kolory ciemne. a juz teraz w zimie to w ogole: granatowe ocieplane spodnie, ciemna czerwien, braz, czern. takiez kurtki. dzieci chodza do lasu, lataja po polnych sciezkach. w polskim przedszkolu wrecz przeciwnie. dziewczynki nosza puszyste biale czapeczki, bladorozowe kombinezony sniegowe, blekitno-biale kurtki z bialym obszyciem. sara, malinowa przyjaciolka, przyszla ostanio wrecz w przeslicznych ocieplanych spodniach... bialych z pistacjowymi obszyciami wokol suwaczkow. wygladala jak sniegowa sniezynka. pozazdroscilam. mama sary zabrala mnie do specjalnego sklepu, gdzie ma znizke na cuda na patyku z bardzo drogimi metkami a dzieki jej zaczarowanej karcie wszytko kosztuje polowe. i normalnie, bedac glupia, pusta i bezmyslna matka, kupilam malinie takowez snieznobiale spodnie. i tak ja wyslalam w poniedzialek do przedszkola. wrocila prawie czysta, ale dzis nie chciala zalozyc tych spodni, zeby sie nie pobrudzic. poranna slodka malina wprawia mnie w taki maslany humor, wiec rzucam beztrosko:
 - chodzi o to ze spodnie sa cieple. a jak sie pobrudza to upierzemy. nie martw sie.
popoludniu odbieram maline. szukam bialych spodni. nie ma. pod malinowym znaczkiem gwiazdki wisza zolto-brazowe spodnie. jakis wojskowy model. i wygladaja jak po cwiczeniach na poligonie. czy to mozliwe, ze gdzies pod ta glina kryja sie pistacjowe wypustki?
 - mamusiu, nie martw sie. wypierzemy.
 - hmmmm - mam sredni humor ogolnie a te spodnie uswiadamiaja mi, ze jestem glupia. to jak mam miec dobry humor?
malina sie ubiera. ja sie burmusze. wsiadamy w milczeniu do samochodu.
 - mamusiu, jestes zla?
wrrrr. pewnie, ze jestem. glownie na siebie.
 - nie. nie jestem. - odpowiadam smutno.
 - jestes. widze, ze jestes.
 - nie jestem zla, malineczko.
 - jestes. widze. juz ja cie znam!
czwartek, 13 grudnia 2007
niedlugo swieta.
kazdemu, kto powie, ze po urodzeniu dziecka nie mozna zrobic kariery bede sie smiala w nos. mozna pracowac i byc matka i na obu frontach dawac sobie rade. wierze w to, pod warunkiem, ze nie zaszlo sie w ciaze po studiach tylko najpierw cos tam sie osiagnelo i mozna troche oprzec sie na doswiadczeniu, podeprzec rutyna.
ale w mojej branzy trudno jest miec rodzine. wiekszosc moich klientow i kolegow to single. zyja w panicznym strachu przed samotnymi weekndami i swietami, mimo, ze ciagle narzekaja na brak czasu i marza o wakacjach. caly tydzien popijaja kawe i do pracy zbieraja sie kolo 16, zeby potem marudzic, ze taki maja stres i siedza do polnocy w biurze. najwazniejsze sprawy zwalaja na piatek. smieje sie zawsze, ze w piatek kolo 17 dostane pilny telefon albo mail z jakims alarmem. sprawdza sie prawie zawsze! ostatni piatek przyniosl mi wazny projekt punktualnie o 20.00 wieczorem. i mozna sobie mowic: wylacz komorke, zamknij komputer. to sa wielkie projekty, wielkie pieniadze i walczy o nie pol niemiec. i jakos sie z tym pogodzilam, bo opracuje czesto jak malina spi i moge jej poswiecic duzo czasu w dzien.
ale czasem trafia mnie totalny szlag. jak teraz. tydzien prze wigilia. projekty leja sie strumieniem mailowym. nie wiem za co sie zabrac. w branzy meza, gdzie chodzi o duzo , duzo wiecej, wszyscy robia podsumowania, porzadki, spotkania swiateczne a tu? jakby nigdy nic mowi mi dzis klient, ze da mi feedback we wtorek za dwa tygodnie. to ja mu sie smieje, ze to drugi dzien swiat. na to on, ze w takim razie przysle mi feedback mailem. prosze bardzo. od kilku dni zarywam noce. i nastepny tydzien nie bedzie lepszy. mozna byc matka. ale nie czlonkiem rodziny, ktory cieszy sie na weekendy i na swieta. to jest absolutnie chore.
najlepsze nie jest dla nas wystarczajaco dobre.
zaczyna sie tydzien sluzbowych prezentow. sterta kalendarzy adwentowych pelnych czekoladek, dziadki do orzechow alu - design, trunkow szlachetnych, slodyczy wymyslnych, gadzety biurowe, kosze smakolykow fikusnie zapakowane, cieple skarpety z odpowiednim logo i inne mniej lub bardziej fajne wyrazy wdziecznosci za dobry rok i mila wspolprace. wczoraj maz wrzucil do lodowki bardzo wyszukanego szampana. o! - ucieszylam sie - bedzie jak znalazl na sylwestra, jesli trafia nam sie jacys szczegolni goscie.
wieczorem siedzimy po dwoch stronach stolu, malina spi, my pracujemy. slychac tylko stukot laptopowych klawiatur. a tu nagle maz otwiera lodowke. no co ty! - oburzam sie - mialo byc na specjalna okazje!
 - jest przytulnie, niedlugo swieta, jestemy mlodzi, szczesliwi, na gorze spi krolewna. to nie jest specjalna okazja? najdrozszy szampan swiata nie jest dostatecznie dobry dla takich specjalnych gosci jak my. a ten jest tylko drogi. otwieram. nie krzycz, bo dziecko obudzisz.


środa, 12 grudnia 2007
pospiech.
zaczyna bys stresujaco. we wtorek przylatuje babcia. rozmowa z opiekunka podsumowujaca polrocze w przedszkolu. adwentowe spiewy z dziecmi. przedstawienie sniezynek w szkole muzycznej. jaselka w przedszkolu. a malina (matka boska) wlasnie sie upiera, ze chce obciac wlosy. raclette w biurze z dziecmi. tombola w biurze bez dzieci. jak w koncu siadziemy przy stole wigilijnym to moze zastanowie sie nad prezentami pod choinke.
wtorek, 11 grudnia 2007
malinowe intrukcje dla mamy
malina staje oscia w gardle, zapiera sie jak osiolek, buntuje, boczy i marudzi. a moglaby szybciutko umyc zabki, prysznic, pizamka, krol macius, kotki dwa. trace w koncu cierpliwosc i oznajmiam, ze ide na dol a ona sobie moze robic co chce, zeby tylko rano wstala do przedszkola. to maline oburzylo i zaczela na mnie krzyczec placzac wnieboglosy. probowalam cos powiedziec, ale nie dalam rady. malina wyrzucila na mnie jakas calodniowa frustracje i wscieklosc. zostawilam ja wiec i bez slowa poszlam do kuchni. przybiega za mna. nie moze zlapac powietrza od placzu. chwytam sie tez szansy i tlumacze, ze u nas w domu nikt na nikogo nie krzyczy i ze ja nawet nie rozumiem co ona mowi jak sie tak drze. i ze jest mi bardzo smutno. malina lapie oddech i tlumaczy przez lzy:
 - ale ty nie mozesz sobie tak sobie pojsc jak twoje dziecko placze!!!
 - nie moge? moge. bo nie zycze sobie zeby moje dziecko na mnie krzyczalo.
 - ale dzieci placza jak czegos nie chca. tak juz jest... a ty wtedy najlepiej zebys nic nie mowila tylko mnie rozumiala...
 

poniedziałek, 10 grudnia 2007
najpiekniejszy dzien
 - to byl moj najpiekniejszy dzien na cale zycie, mamusiu! - zawolala malina na moj widok w przedszkolu. wsiadamy do samochodu.
 - opowiadaj!
 - bylam maria!
 - tak? i co robilas?
 - chodzilam dookola stolu, bo bylam troche w ciazy. powinnam jechac na osiolku, ale osiolkiem byla fenia i ona jest za mala, zebym na niej jechala.
 - i co? sama tak chodzilas?
 - nie. z jozefem za raczke. i musialam mowic: jozef, jestem zmeczona. potem w trzecim domu dali na stajnie i tam mi aniol, a to byla annika!!!, co miala byc maria, ale byla niegrzeczna, wiec ja bylam maria. annika byla srednim aniolem i dala mi dzidziusia. to byl jezus.
 - plakal ten dzidzius?
 - nie. to byla lalka. to ja ululalam i polozylam w zlobku.
 - no to pieknie.
 - tak. najpiekniejszy byl welon. niebieski. a pastrze przyniesli swieze mleczko i welne. mamusiu, ja chce taki welon tez. nie tylko jak jestem maria.
moja ulubiona ksiazeczka
malina odnalazla karolcie czytana przez marysie seweryn. trzy plyty cd. slucha i maluje. slucha i wycina. w koncu bierze sobie poduche i kocyk, kladzie sie na sofie, przykrywa kocykiem i  slucha. nic poza tym. slucha i juz. o niebieskim koraliku, o karolci, o zlej filomenie. moja ulubiona ksiazka z dziecinstwa. moze bedzie tez ulubiona dla maliny?
sobota, 08 grudnia 2007
logiczne.
rano. rozczesuje splatane, dlugie, zlote wlosy maliny.
 - jak wyzdrowiejesz to w koncu pojdziemy do fryzjera.
 - tak!
 - ale nie bedzie ci szkoda dlugich wloskow?
 - nie!
 - ok. to ja tez troche obetne. bedziemy obie mialy krotsze wlosy.
 - ty nie.
 - nie? dlaczego?
 - ty musisz miec dlugie wlosy bo jestes moja mamusia. przeciez nie jestes moim tatusiem.
piątek, 07 grudnia 2007
ja tez nie lubie jak mnie mama traktuje jak dziecko.
wybudowalysmy malinie wielki dom z kolder, obrusow, krzesel i foteli. jestem zaproszona na cukiereczka. ding dong!
 - a to pani! prosze wejsc.
 - o! jak u pani ladnie w tym pani domu.
 - tak!
 - ale wolalabym zeby pani usiadla na jakiejs poduszcze bo od podlogi zmarznie pani pupa.
 - ale dlaczego pani tak do mnie mowi? czy ja moze jestem coreczka od pani??? ja sama mam pelno coreczek. widzi pani?
 - aha.
 - ...
 - hmmm to ja to pani radze jako przyjaciel.
 - aha. no dobrze.
czwartek, 06 grudnia 2007
co za babsko.
mojej tesciowej nigdy sie nie nudzi taka jest zajeta odpoczywaniem. mieli przyjechac dzis, zebysmy mogli pojechac z mezem na 2 dniowe przyjecie swiateczne w cudownym miejscu, genialnym hotelu w zamku. ja mialam nieimprezowac tylko sie w spokoju wylezec i wyspac, a tesciowie zajac malina. wczoraj tesciowa zadzwonila, ze jednak nie przyjada zeby sie nie zarazic. akurat napadla mnie goraczka ponad 39 stopni a tesciowa wszczela dyskusje o swietach. wysapalam, ze nie mam sily o swietach gadac. a co robi malina skoro ja mam taka straszna goraczke? - pyta baba. odpowiadam, ze wlaczylam jej bajke, bo nie mam sily wstac z sofy i czekam na meza. aaaa to dobrze! telewizja to taka dobra babysitter! ja tak nie sadze.
 - eee nie przejmuj sie. nie zaszkodzi jej! - smieje sie tesciowa, ktora dobrze wie jaki jest moj poglad na telewizje.
 - ja sie nie przejmuje, tylko uwazam, ze to bardzo smutne. do widzenia. 
mikolajki.
ciekawy jaki wplyw na mikolaja mial fakt, ze maz wczoraj lecial z lwowa przez warszawe. w wystawionych butach znalazlysmy dzis prince polo, sezamki i krowki. i praktycznie odzywiamy sie tym od rana.
środa, 05 grudnia 2007
lylowy nos
przeczytalam wszystko o kokluszu i martwie sie, ze to to. tydzien temu lekarz wysmial meza, bo malina jest szczepiona, wiec nie moze byc chora. poszlam dzis do innego lekarza. zadna szczepionka nie daje 100% pewnosci i zawsze jest mozliwosc zachorowania. ale malinie nie trzeba robic proby, bo... jest zaszczepiona, wiec nie moze byc chora. na to ja pani doktor, ze wlasnie powiedziala cos takiego, ze zaczynam watpic czy umiem po niemiecku.

pobranie probki na koklusz okazuje sie wielce nieprzyjemnym zabiegiem. lekarka wklada malinie drut z wacikiem do noska i pcha go tak gleboko, ze boje sie, ze jej mozg przekluje, ale nie staram sie nie pokazac strachu a malina tylko czerwienieje na twarzy. czyli boli. ale w nagrode moze wybrac pierscionek. wybiera zloty z lylowym oczkiem i to jest chyba zaczarowany pierscionek mowy, bo malina zaczyna nadawac jak radyjko. co to za pierscien. to jest teraz moj ulubiony pierscien. najulubienszy. piekny jest. lubie go najbardziej na swiecie. ale co teraz bedzie z lessie? bo przedtem najbardziej na swiecie lubilam lessie. tlumacze malinie, ze nie mozna porownywac psa z filmu z pierscionkiem.
- dlaczego nie? mozna! zobacz on ma tez nos! lylowy. ten kamyk w srodku to jego nos! nie widzi nic, ale za to moze wachac. jak pies.
niestety nie znajduje argumentow, wiec mowie tylko, ze z miloscia to tak jest ze mozna wiele kochac jednoczesnie. i rodzicow i kolezanki i psa i pierscionek. aha. wiec reszte drogi wypelnia nam lista kogo malina jeszcze kocha.
wtorek, 04 grudnia 2007
moj kochany VIPek.
maz we lwowie od rana. obsluga VIP. absolutna przesada i szalenstwo. bal sie ze jak pojdzie na siusiu to ktos przyleci mu ptaszka potrzymac zeby mu sie wygodnie sikalo. kolacja zastawiona tak, ze sie przestraszyl, ze cos mu sie pokrecilo i przyjdzie jakas chmara ludzi, ale nie, tak jak zaplanowali byly cztery osoby. powiedzial, ze zadzwoni przed snem. no mysle, bo jak mu kogos przysla do spiewania kolysanek to wsiadam do pierwszego samolotu i jeszcze mnie tam popamietaja.
 
1 , 2
Archiwum