wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 24 grudnia 2009
no to juz.
wszystko spakowane, lodowka wyczyszczona, smieci wyrzucone, testament napisany. tak mnie naszlo i napisalam.
ciesze sie, ze ten rok sie konczy. zaczal sie zle i tak mu juz zostalo. jutro o tej porze bede jadla pierogi, popijala barszczem a moj swiat stanie sie kameralnie przyjemny. malutki i cichy.

mam nadzieje, ze kazdy bedzie mial takie swieta, jakie sobie wymarzyl. tego wam wszystkim zycze.
i w droge!


wtorek, 22 grudnia 2009
dobry dzien.
malina miala dzis wystep fortepianowy szkoly muzycznej. moje dziecko w granatowej aksamitnej spodnicy i bialym sweterku obszytym perelkami wygladalo jak z jakiejs XIX-wiecznej ryciny. maz znudzony i zmeczony krecil sie niecierpliwie na krzesle i martwil sie, ze jakos nie czuje atmosfery. dreczyly go wyrzuty sumienia, ze jako ojciec powinien cos czuc. wzruszenie jakies. malina wystapila na zakonczenie. nie dziwie sie nauczycielce, bo rzeczywiscie jako jedyna zaglala bezblednie, wesolo przedstawila swoj utwor: "alle jahre wieder" a grajac kiwala glowka i machala nozka do rytmu. normalnie jak maly zenski ivo pogorelich (ale nie zula gumy!!!). jestem zaskoczona a tatus nie wiedzial co robic z mokrymi oczami. na uczczenie wystepu pojechalismy na weihnachtsmarkt. atmosfera cudowna, malo ludzi. dumny tatus zaprosil maline na dluga kielbase, ktorej malina normalnie nie dostaje, bo niezdrowo. potem poszlismy na placki ziemniaczane i na migdaly w karamelu i gofry z bita smietana. na zakonczenie byla fanta i prosecco w malej kawiarence i prezent dla mojej mamy. kupilam jej torbe o ktorej sama marzylam od dwoch miesiecy. czuje, ze pod choinka beda lezaly dwie takie same torby:-) zobaczymy. to byl dobry dzien. jutro jeszcze mala wlka i koniec. w nocy jedziemy samochodem do warszawy. alleluja.



poniedziałek, 21 grudnia 2009
zlota suknia.
tyle mialam lat co malina. boze narodzenie i sylwestra spedzalismy tradycyjnie w zakopanem. dom wczasowy rzemieslnik. w moich wspomnieniach jedno z najpiekniejszych miejs na wakacje. betonowy, socrealistyczny kloc z dlugimy korytarzami do zabawy w chowanego, schodami z genialna porecza do zjezdzania, wielkim mosieznym gongiem nawolujacym na posilki, swietlica z telewizorem, kawiarnia na gorze z kominkiem i soczkiem porzeczkowym, ktory mimo mlodego wieku moznabylo sobie samemu kupic i saczyc w towarzystwie znajomych i nasladowac doroslych. a to sie dostalo pierscioneczek z drewniana biedronka a to kapcie goralskie z futerkiem a to serdaczek.
w sylwestrowa noc mama z ojczymem wyczarowali moja wymarzona lalke, karty do gry, ksiazke z obrazkami, mama wystroila sie w zlota suknie, zlote buty i poszla na gore troche potanczyc. powiedziala, ze zanim przeczytam ksiazeczke to wroci, ze tylko chce zobaczyc jak tam na gorze jest. wzielam sie wiec grzecznei za ksiazeczke. nie umialam czytac, wiec szybko mi jakos zeszlo. troche poprzytulalam lalke, troche pogralam w karty, ale to byl czarny piotrus, wiec kiepawy do gry w pojedynke. chcialam byc grzeczna coreczka wiec jeszcze raz przeczytalam ksiazeczke i na tym moja cierpliwosc sie skonczyla, bo ile mozna tam na gorze ogladac "jak to jest" jak ja tu czekam i czekam. zapielam pizame pod szyjke, drzwi od pokoju zatrzasnelam i zaczelam sie wspinac po schodach. na gore.  jeju!!! a tam! serpentyny jakies, konfetti, glosna muzyka, ludzie jacys weseli tancza. stanelam sobie w kaciku i zaczelam wygladac mamy. ani widu ani slychu. juz mialam sie przedzierac przez tanczacy tlum, kiedy do glowy przyszedl mi fantastyczny pomysl. poszlam na scene. na scenie skaldowie (albo jacy inni trubadurzy?) a ja w pizamie przerywam muzyke w misji poszukiwania mamusi. no to pan pyta przez mikrofon:
 - a gdzie jest twoja mamusia?
 - tu. gdzies.
 - a jak wyglada?
 - ma zlota sukienke i jest najladniejsza.
moja mama byla tak zawstydzona, ze nie wiedziala jak mnie zabrac. jak weszla na scene to publicznosc nagrodzila ja brawami. potem zostala zreszta krolowa balu. jak sobie dzis pomysle, ze miala wtedy 27 lat to mi sie smiac chce, ze byla prawdziwa gowniara. dla mnie byla krolowa. to chyba jedyny raz w moim zyciu, ze zrobilam cos zupelnie zakazanego, niegrzecznego a mimo to mama przytulila mnie i uglaskala do snu. moze dlatego jest to jedno z moich najwazniejszych wspomnien z dziecinstwa?
jedno co wiem, to to ze potem spalam do rana jak susel i ze ta zlota suknia przetrwala moje wszelkie przeprowadzki.

wczoraj poszlam do piwnicy, znalazlam ja w kilka sekund, zalozylam. maz i malina oniemieli. nie wiedzieli o istnieniu tego cacka. to nie jest sukienka tylko suknia. do ziemii. zloty braz wyszywany zlota nitka we wzory jakby egipskie ale jakies takie kwiatowe. z przodu kolnierz biegnie do gory, z tylu gole plecy. to bedzie moja sylwestrowa kreacja. jutro biegne do krawcowej na zwezenie w biuscie.

tyle roznych wariacji przezylismy razem ale ten sylwester jest nasza premiera. prawdziwy bal.



piątek, 18 grudnia 2009
miara zmeczenia
wczoraj zasnelam u dentysty. w czasie borowania. on sie zorientowal dopiero jak zaczelam pochrapywac. dzis rano zaparkowalam, poszlam do automatu, zeby zaplacic. marzne, marzne, wkurzam sie, ze automat nie dziala, monety nie wchodza az nagle rozumiem, ze wpycham do automatu klucze od mieszkania a monety sciskam kurczowo w drugiej rece.
jestem tak zmeczona, ze ze zmeczenia nie moge spac.


wtorek, 15 grudnia 2009
matka czlowiekiem
jak nie ma tatusia to obiadujemy skromniej. jakims talerzem zupy, albo kanapeczkami albo zwyklym awokado do wydlubania lyzeczka czy nalesnikami. malina poprosila dzis jednak o "porzadna" kolacje. od tygodnia wolno jej zapalac zapalkami swiece. wystawilysmy rozne sery, wedline, krem z baklazanow, pokroilysmy ogorki w laseczki a pomidory na poloweczki, polozylysmy nowe serwetki z serduszkiem czerwonym, swiatecznym i zaczelysmy sie raczyc. tak sobie pojadlysmy. pojadlysmy. malina w chwili wzruszenia wyjawila mi, ze w kieszeni jej super-hiper kurtki tkwi kanapka, ktora sobie zabrala na przerwie na dwor ale potem potrzebne jej byly obie raczki, wiec kanapke wlozyla do kieszeni i tak sie zastanawia juz od dawna jak mi to powiedziec.
 - wlasnie tak. tak jak teraz. - mowie wzruszona, bo malina od dawna juz nie klamie i choc to juz nie jest nowe to wzrusza mnie wciaz od nowa - bo teraz wiadomo, ze kurtke trzeba uprac a ty na drugi raz bedziesz wiedziala, ze na wszelki wypadek zawsze trzeba wziac serwetke do kanapki.
i tak sobie sielankowo podgryzamy a to serek a to ogorka az robi sie pozno. zabieram sie za porzadkowanie stolu, ale malina kategorycznym gestem wskazuje mi moje krzeslo:
 - ty siedz! ja posprzatam.
i zaczyna sprzatac, meczyc sie z folia do sera, krecic glowa jaki nieporzadek w zmywarce, bo noze pomieszane z widelcami... nie przeszkadzam jej, podaje grzecznie talerze ze stolu. tlumacze, ze goracej pomidorowki nie mozna wstawiac do lodowki. gotowe. malina bierze sie pod boczki i pyta:
 - wiesz, ze czlowiek musi czlowiekowi pomagac?
 -... tak.
 - dzis mielismy to na religii. ludzie musza sobie pomagac, wiec ci dzis pomoglam. ty jestes czlowiekiem i ja tez. to pasuje, co?
 - pasuje.


malinowa pchla szachrajka.
malina gra na pianinie od ponad dwoch miesiecy. jak jej sie uda zagrac dwa takty bez pomylki utwor o stopniu trudnosci wlazlkotkanaplotka to juz jest gotowa i starczy tych cwiczen na dzis. i koniec. czasami siada i "gra" jak szalony kompozytor i nawet to fajnie brzmi, ale nie ma nic wspolnego z prawdziwym graniem a raczej z fizycznym wyzwoleniem poprzez dzwieki czy jakos tak chyba. no nie ma szczegolnego zapalu do gry.
w szkole, we wtorki dzieci maja zajecia w klasie z pianinem. widze dzis rano ze zdumieniem, ze malina wyciaga swoje nuty z torby i pakuje do tornistra.
 - po co ci nuty w szkole?
 - dzisiaj bede grala dla mojej klasy.
 - co???
 - tak. obiecalam im to wczoraj. pani powiedziala zebym przyniosla nuty.
 - ale... przeciez ty nie umiesz jeszcze nic zagrac!!!...
 - a to zupelnie nie szkodzi.


czwartek, 10 grudnia 2009
czyja przyjciolka jest hela?
powiedzialam dzis malinie ze jutro odwiedzi nas hela.
 - hela??? TA moja najlepsza kolezanka???
 - ta? to znaczy ktora? - sie pytam.
 - no ta ktora mi podarowala rozowego jelonka! - smieje sie malina.
rzeczywiscie, hela podarowala malinie brokatowego jelonka, ktory goscinnie nocowal juz u kilku najlepszych malinowych kolezanek, poniewaz jest nieodmiennie powodem podziwu i zazdrosci 7 letnich gosci plci zenskiej. tak. to ta hela.
 - no tak -  potwierdzam - ta. ale to jest moja kolezanka. ale ciebie oczywiscie tez lubi.
 - TWOJA kolezanka ale MI przyniosla jelonka!


poniedziałek, 07 grudnia 2009
malinowa sztuka pisana i malowana
kolo poludnia malina zasiadla z notesem pod oknem i cos tam zaczela skrobac. mialam akurat stress mailowy, wiec dalam jej spokoj, nich sobie skrobie. kiedy wyslalam w koncu wszystkie wkurzone maile, zapytalam dziecko co tam maluje.
 - pisze ksiazke.
 - aha. a o czym? - zapytalam jakby chodzilo o malowanie kolejnego domu z jablonka. (to ulubiony motyw maliny: domek, jablonka, roza i wiewiorka)
 - o syrence.
 - a moge przeczytac?
 - prosze!
czatam:

HALO. ICH WILL OIś EINPAR GESCHICHTE ZEIGEN.
EINEN SCHÖNEN SOMERLICHES TAGES DI MERJUNG FRAU

a pod tym siedzi na jakiejs kamienistej wysepce usmiechnieta syrenka


dalej malina nie mogla pisac, bo pojechalysmy do lekarza. w drodze powrotnej (jutro moze isc do szkoly, ale nie wolno jej sie przemeczac) pojechalysmy do sklepu z farbami i kupilysmy pierwsze w zyciu farby w szklanych sloiczkach - takie jak na atrament ale mniejsze. kupilysmy tylko 6 kolorow, bo drogie jak nie wiem, ale sa specjalnie do tego zamku kartonowego. w domu malina zjadla rosolek i zasiadla do malowania.
 - nie masz ochoty dalej pisac? moze dokonczysz te opowiesc o syrence?
 - nie. teraz jestem malarzem. ksiazki pisze w dzien.


advent w domu
schody obwieszone sa zlotym chrustem, na zlotych wstazeczkach wisza zlote paczuszki, czerwone reniferki lamia to zloto swiateczna czerwienia. kalendarz troche podobny do tego w tamtym roku. malina odcina kolejne paczuszki i cieszy sie na podroz do polski. w tym roku 24 to nie tylko wyczekane boze narodzenie ale tez wyczekana babcia w warszawie.

mimo szczerych checi, nie dostalam playmobilowego ogrodu, zostaly same playmobilowe resztki, wiec poszukalam czegos innego i znalazlam prawdziwa perelke: http://calafant.de/ kartonowy zamek, ktory najpierw trzeba samemu zbudowac a potem mozna pomalowac, poprzyklejac, ozdobic jak sie chce. malina bawi sie tym od wczoraj praktycznie bez przerwy. z "diamentowej" folii zrobila firanki, miedzy wiezami zamkowymi rozwiesila hamak, w ktorym wyleguja sie ksiezniczki.
od tesciow mikolaj przyniosl jeszcze jeden kalendarz, w ktorym zamiast slodyczy schowane sa kamienie. krysztal gorski, jaspis, rodonit... malina uwielbia kamienie. jak dojdziemy do gwiazdki jej kolekcja powiekszy sie o 24 slicznie szlifowane egzemplarze.

jakos lepiej z kaslaniem.




piątek, 04 grudnia 2009
malina zasnela.
a ja biore sie za... kalendarz adwentowy. wszystko mam przygotowane od 10 dni, ale przez te choroby i stres w pracy nie zdazylam nic zrobic. jutro malina sobie otworzy na raz 5 dni.  w tamtym roku zaimprowizowalam zlotymi paczuszkami na zlotych galeziach ze zlotymi cyferkami. w tm roku dolacza do tego malutkie czerwone reniferki.

a na mikolajki normalnie badziewie, ale wiem ze to jest wielkie marzenie maliny. jak sie pani doktor pyta czym ja musze przekupowac, zeby zgodzila sie inhalowac to wzruszam ramionami, bo malina ihaluje i juz. siedzi tak cierpliwie w tej masce, sama sobie wlacza motorek i sprawdza ile jeszcze zostalo plynu. tak wiec postanowilam sobie, ze nie bede patrzyla na edukacja przydatnosc, ogolna przydatnosc oraz na estetyke tylko kupimy jej playmobil - zamek ksiezniczki z wodospadem. ale sie ucieszy! jutro tatus wraca i po drodze ma pojechac z misja specjalna, zeby w niedziele rano zamek stal obok butow pelnych slodyczy i orzechow.




a juz mylslalam, ze ta zima bezdie inna.
to byl chyba kwiecien. po dwoch zapaleniach pluc i pieciu miesiacach niemal bez przerwy spedzonych w domu u lekarza malina zostala poddana testowi na mukowiscydoze. pamietam jak dzis jak stalam pod drzewem i rozmawialam z lekarka ze szpitala, ktora pytala czy chce znac wynik natychmiast. niektorzy rodzice nie chca. chca rozmawiac z wlasnym, zaufanym lekarzem, ktory otrzymuje wyniki dwa dni pozniej. oczywiscie, ze chcialam. natychmiast. test byl genialny, pewny, malina nie ma zadnej tam glupiej choroby i choc to nie rozwiazywalo problemu, nadal chorowala, stalam tam pod drzewem i plakalam jak bobr. a potem maz plakal jak bobr. i cos sie wtedy stalo dziwnego. z dnia na dzien malina wyzdrowiala i zaczela byc zwyczajnie zdrowa. ani kataru ani kaszelku nawet najmniejszego. w baltyku siedziala w zimnej wodzie, biegala po gorach, lykala zimny wiatr i nic. nic a nic. moze to smieszne, ale ani razu nie powiedzielismy, ze malina jest zdrowa. to byla jakas magiczna zmowa. nie wolno zapeszyc. odpukac. nie wspominac. nie wywolywac wilka z lasu. jest jak jest. wspaniale. i koniec. ale na fali strachu przed grypa, strachu przed zima postanowilam pojechac z malina do naszej pani doktor antropozof (cudowna polka zreszta), niechby ona tak maline obejrzala i powiedziala jak tu przez te zime przebrnac a przy okazja jaka rade dala co robic zeby malina jedna rzecz robila a nie tysiac na raz. moze znow heileurytmie? do pani doktor mamy daleko. ponad godzine. wpadamy w korek, tomtom pokazuje, ze spoznimy sie ponad pol godziny. dzwonie i pytam czy jest jeszcze sens zeby przyjechac.
 - ale malina bardzo chora?
 - nie. zdrowiutka jak rydz! - wolam i gryze sie  jezyk. nie wolno!  nie wolno tego mowic. zapesze jak nic.
pani doktor mowi zeby zawrocic do domu, bo u niej duzo chorych dzieci, umowimy sie w przyszlym tygodniu w srode jak nie ma terminow, pogadamy wypijemy kawe, obejrzymy maline. ok. zawracam do domu z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu, ze zrobilam cos bardzo glupiego. tego wieczora malina goraczkuje. kiedy przy niej siadam, patrzy mi rozpalona w oczy i mruczy:
 - zaraz przyjdzie moja mamusia.
nastepnego ranka kaszle tak jak tamtej zimy. tak, ze caly dom dudni. suchy, bolesny kaszel. inhalacje, krople, lekarstwa. i tak juz od tygodnia.
malina umie chorwac jak nikt. nie placze, nie marudzi, lyka wszelkie obrzydlistwa. chudziutka i bladziutka usmiecha sie jak sie ja glaszcze, przed zasnieciem nie ma sily nawet na slowo, bo kaszel zabiera jej dech. oszaleje chyba.



czwartek, 03 grudnia 2009
na fejsbuku
tak sie przygladam konwersacji dwoch znajomych z branzy jak sie od dwoch godzin umawiaja na drinka. nie na jakiegos zwyklego drinka tylko na drinka stolicy aniolow. w berlinie nigdy nie maja dla siebie czasu. ich frimy sa od siebie oddalone o 10 min piechota. ale prosze, jak strasznie za soba zatesknili pod wplywem kalifornijskiego slonca. obaj panowie mieszkaja w tych specjalnych hotelach, ktorych nazwy sa oczywiscie precyjnie wymienione. juz zaraz mieli sie spotkac. ale wola rozmawiac sobie na oczach fejsbukowych frendsow, zeby tym frendsom szczeka z zazdrosci opadala. i kazdy z nich jest strasznie zajety, bo ma na glowie wielki, swiatowy projekt, ale tak wisza omawiajac dupe maryni i wyprzedarze u barneys. w berlinie znow nie beda mieli sobie nic do powiedzenia. fejsbukowy swiatek proznosci.



Archiwum