wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 21 grudnia 2011
dwa dni przed wigilia.


poza pieknym puzzlem dla maliny i poza glowa pelna pomyslow na prezenty nie mam jeszcze zadnego prezentu. skad we mnie ten blogi spokoj? moze zglupialam na starosc? zaraz ide zrealizowac prezent z... tamtegorocznej choinki: masaz tajski. a potem sie zobaczy!


malinowa tabliczka


dlugi wiersz, opowiadanie, piosenka - malinie nie potrzeba duzo czasu na nauke na pamiec. wszystko wchodzi do glowki bez problemu. ale juz od drugiej klasy za nic nie moze zapamietac tabliczki mnozenia. meczy sie dziecko a ja nie moge pomoc, sama sie meczylam i do tej pory sa biale (czarne?)dziury, ktorych moj maly mozdzek za nic nie moze zapelnic (np: 8x9). zupelnie nie wiem jak jej pomoc. cale zycie meczylam sie z matematyka, wlasnie dlatego ze nie pamietalam tych podstawowych regul, formul bez ktorych w wyzszych klasach matematyka staje sie gajem nie do przebycia.
natomiast reszta... znow jest referat do przygotowania. malina ma mowic o siebenschläfer (taki pociotek myszy). przeczytala dwa razy i gada jak prezeterka wieczornych wiadomosci, raz zaglada tacie a raz mi w oczy, kiwa paluszkiem przypominajac, ze ta mysza jest gatunkiem ginacym, smieje sie, ze mieszkajac na pustym strychu moze niezle przestraszyc domownikow buszujac nocami jak zly duch. ani sie nie zajaknie a na koniec dziekuje sluchaczom za uwage. na koniec drugiej klasy, pani napisala w uwagach specjalnych na swiadectwie, ze malina ma talent do wstapien publicznych, jest pewna siebie, skupiona (to chyba jedyny w ogole moment kiedy jest skupiona!) i logicznie formuluje mysli.

jakby troche jej sie zapamietalo tabliczki, to w ogole mialaby by latwo. za wszystkie rady i pomysly jak dziecku pomoc wtloczyc tabliczke do mozgu bede wdzieczna nieslychanie!


wtorek, 20 grudnia 2011
malinowy kolega.

wlasnie przeczytalam poranny dialog u znajomego rezysera z jego malym synkiem. ubieraja sie do przedszkola:
 - tata, musze szal?
 - jak to sie mowi poprawnie?
 - tata, moge szal?

jaki spryciarz.

poniedziałek, 19 grudnia 2011
malina w sniegu.
snieg. wczoraj padal bajkowo. wielkimi, grubymi platkami. dzis troszke zmarzl i swiat wyglada jak nowy. malina miala mnostwo zadan domowych a odrabianie zajelo podwojna ilosc czasu, bo odrabiane z porzyjaciolka. a. poszla a malina skonczyla dopiero kiedy zrobilo sie ciemno. poleciala do piwnicy, wrocila w stroju narciarskim i nawet sama posmarowala buzie znienawidzonym kremem na mroz:
 - blagam cie! pozwol mi wyjsc, chociaz juz ciemno. tylko na piec minutek!!!
pozwolilam. zapalilam w ogrodzie swiatlo, zeby nie bylo tak zupelnie czarno. malina wybiegla, z rozbiegu rzucila sie na kolana i na kolanach przejechala pol ogrodu. potem zaczela sie turlac, zbierac snieg na balwana, rzucac kulki sniegowe na szope. normalnie reklama zimy. teraz lezy na tarasie i sie cieszy. ide nalac wody do wanny i napalic w kominku.
strasznie mnie to moje dziecko wprawilo w super humor. uwielbiam zime. a juz taka porcja spontanicznej radosci to jedyne co tydzien przed swietami moze utrzymac mnie przy zyciu.

malinowe kolezanki...
...nie maja lekko. dzis odebralam ze szkoly maline i jej przyjaciolke a. leza teraz pod choinka i... czytaja swierszczyk. malina czyta i tlumaczy na niemiecki, ogladaja obrazki, labirynt i... rebus.
a. nie mowi nawet slowa po polsku, ale jako najblizsza malinowa przyjaciolka musi uczyc sie lulajze jezuniu i wymawiania "ś".




piątek, 16 grudnia 2011
malinowy patron

na jutro do polskiej szkoly malina ma wymienic trzy osoby, ktore ceni szczegolnie, chcialaby zaproponowac na patrona szkoly, ktora to propozycje ma uzasadnic pisemnie. niemiecka szkola maliny nie ma patrona tylko zwykla nazwe, wiec wytlumaczylam jej na przykladzie mojej podstawowki. malina nie musiala sie dlugo zastanawiac.
 - helena majdaniec.
po przedyskutowaniu sprawy stanelo na tuwimie, brzechwie i astrid lindgren.


++++++++
przedyskutowalysmy sprawe jeszcze raz. skoro malina uwaza, ze helena majdaniec to helena majdaniec. amen.


dzien nastepny
nadal jest fajnie. nawet nie bardzo sie wkurzam na wigilie. moze maz dolewa mi czegos do porannej kawy?
czwartek, 15 grudnia 2011
ze srody na czwartek.
ostatnie trzy dni w hamburgu. boze narodzenie firmowe. swietne. kolacja z klientami. swietna. w srode ostatnie kartki podpisane, rozliczenia, telefony a wszystko w jakims cudownym nastroju, ze od czwartku do swiat juz tylko home office, a po swietach urlop do polowy stycznia. wesolo pojechalam na lotnisko, bo to ostatni lot tego roku i nawet chcialam sobie w nagrode pobuszowac w perfumach zamiast szybko wysylac jakies niecierpiace zwloki maile. i nagle na lotnisku zlapalo mnie cos co pewnie jest migrena. nie wiem dobrze, bo nigdy nie mialam porzadnej migreny. przysiadlam przed wejsciem do samolotu i musialam sie dobrze trzymac, zeby nie spasc z fotela. wsiadam. natychmiast zasypiam, budza mnie dopiero turbulecje przed monachium. zanim sie porzadnie wystraszylam, wyladowalismy. zabralam walizke i do domu.
w domu kominek, wanna i kolacja a mnie tak lupnelo w glowe, ze ani kolacji ani kominka a z wanny wyciagal mnie maz, bo od goracej wody skoczylo mi cisnienie, ktore malo mi glowy nie rozwalilo. maz sie z lekka przerazil i chcial wzywac pogotowie. cala prawa strone mialam obolala. moze to serce? nie no prawa strona, moze zab? nie wiadomo nawet gdzie dokladnie boli. sama bylam z lekka w panice. schlodzilam sie przy oknie. nasmarowalam skronie mieta, wypilam dwie wielkie piguly przeciwbolowe i delikatnie polozylam sie do lozka. zasnelam natychmiast. obudzilam sie dzis z pierwsza wkurzona mysla, ze wlasnie zaczyna sie przeswiateczny spokoj, ze juz nie musze nigdzie leciec w tym roku, ze tak sie cieszylam na te dni i prosze: pewnie jestem strasznie chora. taka wkurzona dowloklam sie pod prysznic i dopiero prysznic uwswiadomil mi, ze jestem zdrowiutka, w swietnam humorze, wyspana i gotowa na czwartek.
odprowadzilismy maline do szkoly oboje. z wielkich zadan dnia zdecydowalismy z moim jednym szefem co kupimy na prezent slubny drugiemu szefowi, ktory w piatek sie zeni i to byl wlasciwie caly dzisiejszy stres. teraz ide z malina na malutkie prezentowe polowanko ale pewnie skonczy sie na buszowaniu po ksiegarni i piciu kawy. normalnie caly dzien sie usmiecham.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
od rana.

jak po takim cudownym weekendzie poniedzialek, zaraz raniutko, moze byc tak beznadziejny?
otoz moze.
czwartek, 08 grudnia 2011
moj maz.

sercowo zajmowalam sie w zyciu: psychologiem, kompozytorem, prezenterem telewizyjnym, architektem, tancerzem. wyszlam za inzyniera. pracuje w branzy, gdzie polowa moich znajomych nawet w nazwie swojego zawodu ma "kreatywny". dlatego uwazam, ze mam prawo autorytatywnie sie w tej sprawie wypowiedziec: artysci sa kreatywni w swojej pracy, trudni i nudni prywatnie. mozna wyjsc za inzyniera, matematyka albo fizyka, ktorzy sa artystami w zyciu prywatnym. i to jest lepszy sposob na zycie. amen.

ps: gdybym miala mojemu mezowi cos radzic, to poelcilabym mu jakas fajna wesola kobitke, nie mnie. ale te porady zachowam dla siebie.




malina azjatycka

jemy pizze w miescie. do wielkiego stolu dosiada sie para studentow. cos tam kartkuja, podkreslaja. on niemiec chyba, ona azjatka. ale jaka. przesliczna! piekne oczy ma podkreslone idealna czarna kreska. malina z wrazenia przestala jesc.
 - mamusiu, jaka ona piekna... - szepce konspiracyjnie po polsku.
przed wyjsciem mowie, ze jak ma ochote to moze tej dziewczynie powiedziec, ze jest ladna. malina sie wstydzi i wysyla mnie. wkladajac plaszcz usmiecham sie:
 - moja corka troszke sie wstydzi, ale chcialaby pani powiedziec, ze jest pani piekna.
dziewczyna usmiechnela sie, zrobila sie jeszcze ladniejsza, serdecznie pomachala malinie reka i zwyczajnie, bez falszywego skrepowania powiedziala:
 - dziekuje.
i jakos sie zrobilo na sekunde bardzo milo. te atmosfere zabralysmy ze soba na ulice. ni to do siebie - jako upomnienie - ni to do maliny mowie:
 - jak sie ma cos milego komus do powiedzenia, to zawsze trzeba to powiedziec. niemile rzeczy mowi sie prawie zawsze a o milych zapomina.
malina milczy, milczy a potem zamyslona w samochodzie:
 - ehhh jak ja bym chciala byc takim pieknym chinkiem.


środa, 07 grudnia 2011
malina u lekarza towarzyszaca.


malina poszla mnie trzymac za raczke przy trasfuzji zelaza. dzis mialam tez cotrzymiesieczne badanie guzkow na tarczycy. czy malina moze ze mna wejsc? a prosze bardzo - zgadza sie mila pani doktor. wchodzimy. typowy pokoik do badan ultrasonografem. pani siada przed czarnobialym ekranem i tulmaczy maliniei, ze moze razem z nia kontrolowac obraz na ekranie. malina najpierw kiwa glowka, niepewnie robi krok w strone ekranu i nagle! wszystko jasne!
 - bede miala siostrzyczke???!!! - podskakuje.

przez dluzsza chwile pani doktor nie mogla mnie zbadac bo niemal turlala sie po podlodze ze smiechu, potem wytlumaczyla malinie, ze bada tylko szyje a w szyi nie ma dzieci a potem mnie przbadala i sie okazalo, ze guzki sa maciupkie jak byly, ale i tak przebada mi krew na raka.



wtorek, 06 grudnia 2011
malinowa pensja

u nas nie ma kieszonkowego, bo uwazam je za glupote. moja tesciowa dostaje szalu na ten temat. i to juz od kilku miesiecy. a ja nie moge sie nadziwic dlaczego ja to tak wkurza i dlaczego zawraca malinie glowe. powiedzialam dzis w koncu, ze nie uwazam za stosowne wydzielac dziecku pensjii jesli ma potrzebe o tym porozmawiac to prosze ze mna a nie z malina. amen.


poniedziałek, 05 grudnia 2011
malinowy but.
malina idzie spac.
 -  a buty?
 -  co buty?
 - no wiesz, jakby mikolaj dzis przelatywal tu gdzies niedaleko, to moze ma dla ciebie prezent?
 - eee pewnie nie. wczoraj sie przeciez z nim widzialam.
wczoraj w malenkim miasteczku bawarskim, w pieknych swiatalach  starowki i weihnachtsmaktu malina rzeczywiscie spotkala mikolaja, musiala sie przedstawic i dostala czekoladowa podobizne swietego. z calego wydarzenia najbardziej zafascynowaly ja konie, ktore... hmmm no szczerze mowiac mialy rozwolnienie, ktore zupelnie nie pasowalo do cudownego, swiatecznego kiczu, zlota, srebra wcale niebrzydkich aniolow towarzyszacych mikolajowi.
malina zastanawia sie jeszcze chwilke:
 - a! postawie buty na wszelki wypadek.
i stawia jeden but. i dobranoc. no i teraz jak ja mam tam zmiescic:
slicznego eskimoska z bialej czekolady? i trzech malych mikolajkow? i madarynki? i olejek do malinowego pokoju z bambusowymi paleczkami o ktorym malina marzy od dawna? i orzeczki laskowe?
no jak?





o darowanym koniu
sto lat temu kiedy poznawalam zycie tubylcow zrozumialam, ze ich stosunek do prezentow dokladnie charakteryzuje ich umilowanie do precyzji i planowania. nie fantastyczne samochody, nie szalona ilosc planerow i kalendarzy, nie najlepsze szklo schott i nie mercedes ani marcepanowy kartofel.
slubne stoly, urodzinowe koszyki, listy prezentow - wiem, wiem sa tez wszedzie indziej, ale chyba tylko tu 60% prezentow bozonarodzeniowych (czytalam w jakichs badaniach) zostaje zwrocona lub zamieniona.
a to dlatego, ze kazdy strasznie sie boi dostac cos czego nie potrzebuje, czegos w kolorze ktorego nie lubi, o smaku, ktorego nie znosi albo cos co juz ma! dostanie nieodpowiedniego prezentu jest absolutna katastrofa.
ostatnio kolezanka maliny poszla przed urodzinami do papiernika wybrala do wielkiego kosza co jej sie podobalo i wszystkie zaproszone dzieci kupowaly prezenty takie wlasnie zaplanowane. ani jubilatka nie miala szansy na cos co znajduje sie poza jej wlasna wyobraznia, wiec miala malo inspirujace urodziny, ani goscie nie zastanawiali sie dlugo nad tym co mogloby sprawic jej przyjemnosc, poszperali w koszu i wedle kieszeni wybrali cokolwiek. malina najpierw powiedziala, ze to jest cool ale potem sie zreflektowala: ale ch. nie bedzie miala zadnej niespodzianki! ano wlasnie nie bedzie.

listopad jest dla mnie smiesznym miesiacem, kiedy moja tesciowa histerycznie wydzwania czy juz wiem co by malina chciala na: mikolajki, pod choinke i na urodziny. a ja na to, ze nie wiem, bo sama jeszcze nie mam planu i w ogole to fajnie by bylo, zeby babcia sama cos wymyslila, bo maline jest latwo uszczesliwic. tesciowa jest zwykle poddenerwowana, kupuje jakies byle co, bo boi sie wydac pieniedze na cos co maliny nie zadowoli a moja jedyna prosba jest zeby nie wreczali dziecku pieniedzy ani gutschein. w ten weekend malina nocowala u dziadkow. moja sprytna tesciowa zachecila maline do napisania listy dla mikolaja: "czego sobie zycze" i myslala, ze w tym roku ma sprawe zalatwiona! malina podeszla do sprawy powaznie. liste postarala sie zrymowac, wszystkie punkty uzupelnila pieknymi rysunkami. otoz czego zyczy sobie moje dziecko:
1. niespodzianka
2. kon
3. zebys mi sie mikolaju  koncu pokazal
4. tez mam prezent dla ciebie (ale pod warunkiem, ze sie pokazesz)
tesciowa wreczyla mi te liste teatralnym gestem. ja zachwycona, ona zrozpaczona a malina niepewnie: no z tym rymowaniem troche mi nie wyszlo.

kochane, ja wiem, ze chodzi o te 5 zelazek na slub, czerwona apaszke jak sie nienawidzi czerwieni, konwaliowe perfumy dla milosniczek pizma a jednak niestety jakos nie umiem pozegnac sie z urokiem niespodzianki, szacunkiem do gustu darowujacego i zastanawianiem sie nad stylem zycia obdarowywanego. mysle, ze to jest tez kultura zycia i wspolzycia i zaakceptowaniem, ze nie wszystko w zyciu jest przewidywalne.



ostatnie miesiace maliny diabelka?
tak zawziecie planowlaismy malinowe chrzciny i z roznych powodow przekladalismy na potem, ze malina dotad lata z rozkami.
w piatek zadzwonila pani od religii co robimy z komunia, bo malina taka religijna, najbardziej zaangazopwana w calej klasie; psalmy na pamiec, modlitwy sama wymysla a zaczynaja sie spotkania komunijne, ale wiadomo: nie ma chrztu nie ma komunii. pani poradzila mi gdzie zadzwonic. dzis dzwonie. hmmm noooo hmmm eeee chcialabym ochrzcic coreczke.
 - o! to pieknie! bardzo sie cieszymy! - po drugiej stronie sluchawki czulo sie, ze pani wpromiennie sie usmiecha.
 - moja coreczka skonczy w styczniu 9 lat...
 - aha. - na usmiech splynela chmura.
wytlumaczylam jak umialam, dlaczego tak zwlekalismy, mocno walnelam sie w piersi, zeby zadudnilo w telefonie, bo to tylko mea cupla, moje dziecko przeciez niewinne. zaczelysmy wypelniac telefonicznie formularz:
 - maz katolik?
 - nie. protestant.
 - praktykujacy?
 - nie.
 - NIE-PRAK-TY-KU-JA-CY... pani katoliczka?
 - tak. - uff przynajmniej jedna dobra odpowiedz!
 - praktykujaca?
 - nie.
 - NIE. slub koscielny?
 - tak! tak! tak! w kosciele katolickim!!! - no prosze, nie jest przeciez tak zle.
pan ksiadz naszej gminy przemysli sprawe i oddzwoni jutro, ale chyba bedzie pozytywnie, bo przeciez nawet tacy okropni rodzice nie moga stac na drodze do szczescia dziecka.
dzwonie do meza zeby opowiedziec o w sumie pozytywnym poczatku naszego kontaktu z niemieckim kosciolem. a maz:
 - ale co powiedzialas, ze najlepsi przyjaciele, ktorzy ewentualnie nadaja sie na chrzestnych to muzulmanin i ateistka?
 - nie powiedzialam!  w dodatku s. jest PRAWDZIWA katoliczka!
 - powaznie?
 - powaznie.

czwartek, 01 grudnia 2011
to jutro juz piatek?
jeszcze nigdy w zyciu nie polecialam tak daleko bez noclegu. prosto z lotniska na gale, z gali skoro swit na lotnisko a o 15 juz odebralam maline z hortu. taki zastrzyk adrenaliny pomogl mi przezyc te dwa dni bez wiekszych oznak zmeczenia ale na mysl, ze jutro nastepny wystep na weekendzie wigilijnym u meza zakrecilo mi sie w glowie. co roku ten sam cyrk. zlatuja sie chlopaki z calych niemiec i ze swiata a kazdy z zona. 28 par. no i te zony. pewnie od tygodnia siedza u kosmetyczek a jutro zajada do palacyku prosto od fryzjera. jedna, ktora lubie lata do bankoku na zakupy przed takimi imprezami. rok temu wystapila we wrzosowo-liliowych jedwabiach i fioletowych szpilach, ze mnie z zachwytu zamurowalo. na szczescie posadzono nas przy tym samym stole, bo wiadomo ze sie lubimy:
 - no to wreszcie sobie pogadamy, bo tak to nie ma kiedy.
 - no ja z toba nie pogadam.
 - ha? czemu?
 - niestety wygladasz tak, ze mnie zatyka sama nie wiem czy z podziwu czy z zadrosci.
potem maz powiedzial, ze najsmieszniej wygladala wlasnie moja ulubiona znajoma, bo przypominala jego dzieciece wybrazenie o duchach. no ale moj maz jest zaslepiony i sie nie zna.
w tym roku jestem cala na czarno do ziemi, torebeczka groszkowo zielona ze skory jakiejs takiej z sierscia i malutka kokardka z boku.
malina spedza weekend u dziadkow. cieszy sie jak nie wiem, choc tez troche jest obrazona, ze z nami nie jedzie. no ale impreza jest bezdzietna tym razem. kiedys bylo z dziecmi i uwazam, ze bylo duzo fajniej. pamietam maline 2 letnia w brazowej, aksamitnej sukience, przewiazanej atlasowa szarfa i z koronkowym kolnierzykiem. wygladala jak spod pedzla jakiego holenderskiego artysty. jak przezyje ten weekend to jeszcze dwie imprezy, zamkniecie projektu i jakos resztka sil dotrzemy do swiat. jezuniu jak ja juz czekam na te swieta. na milczaca komorke, na pusta skrzynke mailowa. uwielbiam ten czas, kiedy nawet najokropniejsze tytany pracy - weekendowi szalency - 23:00 waznych projektow wysylacze - zasiadaja na kilka dni do stolu, odlatuja do cieplych krajow albo na narty i zostawiaja mnie w swietym spokoju. w kacie lezy liliowa sukienka maliny, ktora zaczelam dziergac na wakacjach... hmmmm....



Archiwum