wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012
to juz prawie koniec...

 

- jusz szczelają! - powiedziala malina, wiec poszlismy nad jezioro. z nienagannie gladkiej tafli jeziora wychyla sie pomaranczowy, olbrzymi ksiezyc. tego widoku nie przycmia dzis zadne fajerwerki. po raz pierwszy w zyciu oddycham z ulga, ze konczy sie rok. trudny, zmudny rok, ktory nas wszystkich zmeczyl.

zaraz zasiadmay do zloto bialego stolu. bedzie pieknie.

 

wtorek, 18 grudnia 2012
malinowe koledowanie

 

w piatek nie ma zajec, jest jedno wielkie swietowanie, choinka, slodycze, dzieci spiewaja, recytuja i robia co chca ale wszystko zwiazane z bozym narodzeniem. malina postanowila zaspiewac polska kolende. akompaniuje sobie na fortepianie a pani skopiowala sobie nuty i dogrywa na gitarze.

szkoda, ze tego nie zobacze, ale tatus i babcia maja mi wszystko nagrac a ja dzis przez telefon sprawdzilam tekst i melodie i jestem naprawde zaskoczona. malina nie jest specjalnie muzykalna, chetnie gra na pianinie, ale raczej "matematycznie", dobrze czyta nuty i tyle. jak spiewa to troche jednak falszuje. kolede wyspiewala czysciutko i slicznie. mysle, ze zajmowianie sie muzyka wyrobilo jej sluch. od zawsze przebywalam w srodowisku muzykow i znam takie fenomeny, ludzi, ktorzy wyksztalcili sluch muzyczny, bez naturalnego talentu. do pianina sie nie wtracam, do spiewu sie nie wtracam, zeby nie bylo, ze realizuje wlasne marzenia. malina ma miec swoje marzenia. jednak fakt ze slicznie spiewa a pani od fortepianu nie moze sie jej nachwalic napawa mnie duma.

i tak za sprawa maliny, polska kultura kolendowa dostanie sie pod niemieckie strzechy.

środa, 12 grudnia 2012
urodziny.

 

bylam dzis za urodzinowej kawie u siasiadki. ma 99 lat. przyjechal burmistrz i prasa. jedyne co babunie interesowalo to to czy przyjedzie najstarszy wnuczek. dopiero jak dotarl solenizantka rozesmiala sie, kazala burmistrzowi kwiaty podarowac synowej i olewajac prase udala sie na popoludniowa drzemke.

w wieku 99 lat to sie juz dobrze wie co jest naprawde wazne.

 

kazdy inaczej sie smieje,

 

dlatego tez kazdy inaczej placze.

 

poniedziałek, 10 grudnia 2012
nic.

czy świat umrze trochę

kiedy ja umrę

 

patrzę patrzę

ubrany w lisi kołnierz

idzie świat

 

nigdy nie myślałam

że jestem włosem w jego futrze

 

zawsze byłam tu

on - tam

 

a jednak

miło jest pomyśleć

że świat umrze trochę

kiedy ja umrę



 

kiedys pewien kompozytor napisal mi do tego wiersza poswiatowskiej muzyke. wciaz nuce dzis te piosenke.

wszystkie placzemy dzis nad monika. ale tak naprawde nad soba placzemy. jej smierc wyostrza swiatlo, biale, bezlitosne, obnaza groteske i realnego swiata i wirtualnego. tu ronimy lze nad opuszczonymi dziecmi nad filipem i zosia, tam juz dodajemy usmiechy do zdjecia uroczego bobasa, gdzie indziej komentujemy wesoly filmik. bo swiat nie umiera ani troche z niczyja smercia, nie zatrzymuje sie na chwile, nie dzieje sie absolutnie nic.

 

 

 

 

niedziela, 09 grudnia 2012
monika wanda

 

 

 

 

nie zyje. czytam po raz setny sms. i nie wierze.

 

 

 

czwartek, 06 grudnia 2012
malinowe mikolajki.

 

 

malina napisala ten list, zakleila koperte i oddala w polskiej szkole zeby polecial do finlandii, do mikolaja. to byla czesc pracy domowej.

w domu poradzilam jej, ze jesli zalezy jej na tej martynce, to moze niech da znac babci, zeby ta z kolei pogadala z polskim mikolajem.

na co malina:

 - nie. lepiej nie. potem bede miala kazda ksiazke podwojnie.

czyzby wierzyla wciaz?

wczoraj wieczorem wystawila kolo wejsciowych drzwi buty na prezenty. pokrecilam glowa, ze chyba do takich duzych dzieci to juz mikolaj na mikolajki nie przyjchodzi... malina jednak postanowila na wszelki wypadek przygotowac kozaczki. rano moj maz przeszedl samego siebie. wybiegl z domu robiac wyrazne slady od drzwi do bramy, kolo bramy sankami zaznaczyl slady mikolajowych san, wrocil do domu piwnica i mocno trzasnal wejsciowymi drzwiami wolajac na gore:

 - malinaaa!!! szybko, mikolaj byl i wlasnie odjezdza!!!

malina wyskoczyla z lozka jak sprezyna, pobiegla do drzwi, ale mikolaj juz odjechal. zostaly tylko slady butow i san...

 - szkoda, ze nie zdazylam. no ale nic. i tak go spotkam dzis w szkole! pewnie juz pojechal do szkoly!

czyzby wierzyla wciaz?

 

 

środa, 05 grudnia 2012
malina samodzielna

 

poprzedni tydzien spedzialm w hh. wracam, mimo codziennych telefonow, wiele spraw toczy sie wlasnym torem. maz zdaje mi relacje i na koniec dodaje:

 - malina do polskiej szkoly zrobila sobei taka zolta czepeczke, ale nie wiem dokladnie o co chodzi.

czapeczke? natepnego dnia sprawdzam w czym rzecz. malina nauczyla sie na pamiec dlugiej, rymowanej kwestii i bezdzie krolem zygmuntem trzecim waza. z patykow brzozowych w ogrodzie zmontowala krzyz miecz jak to widziala na kolumnie na warszawskiej starowce, dluga czerwona koszula nocna jest krowlewska szata  a plaszczem/peleryna moj czerwony fartuch od dirndla (nie wiem czy niemiecki fartuch nie uwlacza polskiemu krolowi, ale daje spokoj). malina wyglada jakby zeszla prosto z kolumny zygmunta a recytuje jak sam mickiewicz. w sobote bedzie zygmunt jak ta lala i nie w czapeczce (maz juz dostal bure od nas obu) tylko w koronie. korona jest nawet uwienczona krzyzykeim!

a dzis przy usypianiu malina pyta czy jutro moze zalozyc te ozdobna spodnice czarna na halce w serduszka. moze, ale po co? jutro maja akademie mikolajkowa i malina wita mikolaja, jest jakby "prowadzaca" i recytuje powitalny wiersz dla mikolaja. bedzie burmistrz i jacys wazni goscie. oj! pierwsze slysze! czemu nic nie powiedziala?

nie powiedziala nic, bo ja mialam tyle pracy a ona i tak juz umie na pamiec wszystko i jest gotowa, wiec nie chciala mi zawracac glowy.

 

moje samodzielne dziecko.

 

wlasnie mi sie po glowie tlucze czy jednak nie zlapac jakichs ostatnich chwil z jej dziecinstwa...

 

 

malinowy adwent

 

 

no wiec jest zima, jest kalendarz i wieniec. a jak pachnie!

wtorek, 04 grudnia 2012
malinowa polszczyzna.

 

- nie od nastepnego piatka. tylko od tego nad nim.

 

malina dostala w polskiej szkolce pale z dyktanda. no w sumie nie dziwie sie i powinnam troche pozloscic, ale co mam zrobic, kiedy ja te jej polszczyzne uwielbiam!

 

tesciowe raz jeszcze, ale na wesolo.

 

w mezu tez emocje ubudzily sie jakos pozniej. tak pozno, ze dopiero nastepnego dnia. postanowil zadzwonic do swojej matki i jej uswiadomic, ze takie teksty u nas w domu sa niemile widziane.

 - e daj spokoj. bedzie afera na swieta a i tak to nic nie zmieni. - pokrecilam glowa i tak jakos zeszlo nam na rozne historie z przeszlosci. tesciowa to, tesciowa tamto. tesc to swiety czlowiek. az nagle nam sie przypomnialy 60 urodziny tescia, ktore zorganizowanlismy lacznie z urodzinami mojej szwagierki (siostra meza). bylo wielkie garden party na ponad sto osob. rodzina, znajomi, dwie generacje i male dzieci i swietna zabawa. wsrod licznych gosci znalazl sie nawet byly narzeczony mojej szwagierki, ktorego odejscia cala rodziona do dzis nie moze odzalowac, bo moj szwagier to straszne kluchy z olejem i oczywiscie wine za ich dziwne zycie i wieczne niezadowolenie zrzuca sie na niego, bo nie na nia przeciez. na tym przyjeciu moj wzruszony tesc wzniosl dziekczynny toast i wsrod wielu gosci, ktorych wymienil z imienia byl tez wlasnie niedoszly ziec, nazwany oficjalnie w tej krotkiej przemowie: "wymarzonym ale niestety niedoszlym zieciem". na szczescie gafe zauwazyla tylko garstka gosci, bo wszyscy byli juz w szampanskich humorach a prawdziwy ziec zdaje sie wlasnie w kibelku. wiec i moj "zloty" tesc to niezle ziolko. moj maz rozlozyl wczoraj rece:

 - co mam zrobic. takich mam rodzicow. tego nie da sie zmienic.

 - eeee nie martw sie! - stuknelam do meza kieliszkiem wina -  moja mama zdecydowala sie u nas spedzic swieta. jeszcze trzy tygodnie i dostanie ci sie z nawiazka! bedzie po rowno a moze nawet gorzej!!!

 

 

poniedziałek, 03 grudnia 2012
adwentowy wpis o tesciowej.

adwent chcialam miec w tym roku bordowy. wypatrzylam sobie obrus lniany bordowy przetykany pomarancza i rozem. do tego wieniec caly w bieli, biala gruba swieca w srodku, zamiast czterech na kazda niedziele. niestety obrus sie wyprzedal i moglam sobie kupic taki sam tylko grafitowy przetykany bezem. jeju jaki piekny.do tego kupilam gruba grafitowa swiece a w domu wieniec przybralam tylko czerwonymi jabluszkami i a malina ciasteczkami wlasnego wyrobu. na parawanie udrapowane choinkowe galazki i bluszcz i 24 woreczki pelne maciupkich niespodzianek. popoludniu zaprosilismy tesciow na adwentowy obiad. kaczka, czerwona kapusta z kasztanami, ziemniaczane puree z truflami a na przystawke kilka lykow kartoflowej zupy ozdobionej cieniutka skwarka z boczku. malina wystrojona, w domu pachnie i jest przez chwile tak pieknie, ze dech zapiera. maz wyciaga z zakatkow piwnicznych ciezkie wino, tesciowe przynosza pyszny riesling z bombelkami i adwent rozpoczynamy jak sie patrzy! i juz mogloby sie zdawac, ze przebrnelismy przez te wizyte bez zgrzytow i calkiem milo, kiedy w trakcie angdotek o naszych pierwszych wspolnych samochodach, ktore trzeba bylo popychac, ciagnac a ogrzewanie najlepiej funkcjonowalo latem, tesciowa zwaraca sie do maliny:

 - a wiesz, zanim tata poznal mame to mial narzeczona. i kiedys przyjechali...

i tu nastepuje historyjka w wykonaiu tesciowej, ktora nie czuje, albo nie chce czuc, ze nikomu przy stole akurat taka historia zupelnie nie pasuje. tesciowa dociera do pointy i oczekuje rozesmianej maliny, zamaist tego zalega cisza, ktora przerywa malina z oczyma jak spodki w strone taty:

 - to ty miales jakas narzeczona?...

malinowy idealny swiat potknal sie w swoim codziennym ruchu jakby stala sie jakas wielka rzecz. malina zna tysiace romantycznych historii z naszego zycia, ktore moze sluchac na okraglo i nigdy jej do glowy nie przyszlo, ze poza nami ktos tam jeszcze mogl byc. urodzila sie, jak bylismy ze soba juz 10 lat i poprzednie znajomosci niemal zupelnie zniknely z naszej orbity, a teraz po 20 latach to juz w ogole... tatus pokrecil glowa:

 - ach to bylo tak dawno, ze juz nawet nie wiadomo o kogo chodzi.

 - mamusiu a ty tez mailas jakiegos narzeczonego?

 - ahhh - smieje sie - mowialam ci juz kiedys rozne osoby mi sie podobaly, ale juz nawet dobrze nie wiem kto! - czy ja musze o takich rzeczych gadac przy tesciach?

ciezka atmosfere przy stole i zdezorientowana maline tesciowa skomentowala jeszcze: no co? takie jest zycie!

i tak z sielsko, cudownie nieralnie kiczowatej niedzieli adwentowej zrobilo sie zwyczajnie i jak zwykle zmuszalam sie konca wizyty na letni usmieszek, unikalam wzroku tesciowej i powtarzalam sobie w duchu, ze przeciez jest matka tego genialnego faceta i tylko to sie liczy.

 

dopiero poznym wieczorem w wannie wkurzylam sie na babsko, bo mi sie wszystko przypomnialo. przerobilam 10 wersji cudnie zlosliwych odpowiedzi, ktore oczywiscie nie przyszly mi do glowy przy stole i tak wkurzona poszlam spac.

Archiwum