wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 31 grudnia 2015
2016 - niech nie bedzie gorszy, to wystarczy.

przez prawie miesiac grzecznie chodzilam codziennie na zmiane opatrunku. nie zmieniala mi go pielegniarka tylko pani lekarka nasza wiejska - jeden z 5 lekarzy przyjmujacch tu na wsi, wiec czulam sie dobrze zaopiekowana. raz zastapil ja lekarz i tez zmieniajac opatrunek pochwalil, ze dobrze sie goi, wiec mimo, ze pieklo jak przedtem i bolalo jak nie wiem, mialam pewnosc, ze jestem na dobrej drodze do wyleczenia. wczoraj moja pania zastapila inna pani doktor. wchodze do gabinetu - a! znamy sie - byla przeciez u mnie tamtej nocy jako pogotowie jak mnie cos tak ugryzlo, ze nie moglam wytrzymac z bolu.

 - witam, witam, w czym moge pani pomoc? - pyta milo a ja na to, ze przyszlam na zmiane opatrunku.

 - a jakiego opatrunku?

 - a na na nodze, no wie pani...

 - co to bylam u pani w dom? w nocy?

 - tak.

 - to to sie jeszcze nie zagoilo???!!!

 - nie.

pani zdziwiona rozplatala opatrunek, jeszcze bardziej zdziwiona wykrzyknela: "o matko! a co to jest?" sama na te rane nigdy nie patrze jak mi opatruja, bo brzydka jest jak nie wiem co. pani wziela lupe, swiatelko, pensete i lekko zezloszczona zaczela mi na brzegach tej rany grzebac, myslalam, ze odjade z bolu. dostalam lekki opieprz, ze nie przychodze dopiero teraz. na to ja, ze przeciez jestem tu codziennie. pani zrobila wymaz rany, zadzwonila do szpitala w sasiednim miasteczku czy moga przyjac mnie w sekcji pogotowia. dostalam skierowanie, maz mnie natychmiast zawiozl. tu pani doktor zdjela opatrunk i oznajmila, ze musze zostac na noc zeby mi przeprowdzono wszystkie badania: krew, rentgen, bo rana jest taka, ze zakazenie moglo naruszyc kosc. lzy mi sie potoczyly po twarzy i to chyba pania jakos poruszylo, bo razem z pielegniarka cos poszeptaly, dostalam rurke w zyle i dwa piekne zdjecia rentgenowskie. siedzielismy tam z mezem 4 godziny, co raz telefoniecznie uspokajajac maline w domu, ze jest wszystko jest ok.

i bylo ok. kosc nienaruszona, krew bez zakazenia, specjalny opatrunek zmiekczajacy rane - jutro bedzie rozcinana (?), ale to i tak lepsze niz noccowanie w szpitalu. dzis piecze mnie jak przez ostatni miesiac niezmiennie, humor mam taki sobie, zaraz wybieramy sie do teatru, potem raclette w domu i fajerwerki nad jeziorem.

jakos stracilam nadzieje na lepszy rok 2016, ale niech chociaz nie bedzie gorszy.

 

 

 

 

 

wtorek, 29 grudnia 2015
lepszy rok.

 

nasze swieta: melancholia, patrzenie w niebo pelne gwiazd, zachwyt ksiezycem bialym jak snieg i wlasnym cieniem rzucanym na podloge w srodku nocy. a jakie niby mialy byc te swieta po takim trudnym roku? pamietam jak moja przyjaciolke porzucil maz. zaraz po tym jak stwierdzono u niego nieuleczaknego raka. umarl zanim zdazyli sie rozwiesc. stres, strach i bol wyciagaja z nas prawdziwych nas, nasze prawdziwe "ja". nagle nie da sie wiecej udawac, naciagac, zaklinac rzeczywistosc. tak samo u nas. nasze smutki zblizyly nas do siebie jeszcze bardziej choc zdawaloby sie, ze bardziej juz nie mozna, pomogly oddzielic rzeczy wazne od niewaznych. po ponad 20 wsponych latach od nowa odkrywamy, ze jestesmy dla siebie stworzeni.

zawodowo ten rok - pelen zakretow, porazek, spraw nie do zalatwienia, projektow nie do wygrania - byl ciagiem sukcesow. na bozonarodzeniowej kolacji moj szef dziekujac nam wszystkim powiedzial: "... i dzieki bogu,... i dzieki... lylowej" czym sprawil mi ogromna przyjemnosc, ale wieksza przyjemnosc nawet sprawili mi koledzy, ktorzy spontanicznie mu przytakneli bijax brawo - zawodowo bardzo mily moment. u meza tak samo. w wigiljnej przemowie maz dostal specjalne podziekowania, dzieki jego projektowi firma przechodzi transformacje, skok rozwojowy, ktorego pelnych konsekwencji juz pewnie aktywnie (zawodowo) nie bedziemy juz przezywac, bo to bedzie za 20 lat. malina przed swietami dala w szkole gazu. poprzynosila same jedynki i jakies specjalne pochwaly. pod choinke sprawila nam kilka naprawde pieknych prezentow - kupionych drobiazgow i cudow wlasnej roboty. boze, jacy jestesmy z niej dumni.

moja rana na nodze sie nie goi, moja tesciowa poszla dzis do szpitala i zostanie tam do nowego roku i przejdzie skomplikowana operacje - jak to niestety pasuje do tego okropnego 2015 roku. w azjatyckim sklepie kupowalismy dzis soje i dostalismy w prezencie trzy ciasteczka z wrozba. wszystkie trzy obiecuja dobry rok. niech wiec szybko mina te trzy dni. czekam na ten lepszy rok.

 

 

czwartek, 24 grudnia 2015
wesolych swiat moje kochane!

 

piątek, 18 grudnia 2015
dziura.

 

jak dobrze pojdzie od poniedzialku mam urlop. jak zle to jednak w poniedzialek wlacze sie jeszcze na troche w zwariowany wir projektow.

ten grudzien absolutnie pobil moje dotychczasowe grudnie. co drugi dzien siedzialam w samolocie i nawet wyskoczylam na kilka godzin do londynu. ten lot zapamietam chyba na zawsze. nie, nie bylo turbulencji ani zadnego bombowego alarmu ani nawet nie zginal mi bagaz, bo mialam tylko podreczna torbe z komputerem. do domu wrocilam pozno, malina zaraz poszla spac, maz mial wrocic nastepnego dnia. do spania wzielam sobie termoforek i zasnelam juz o 9 jak susel.

w nocy, spiac jeszcze, ale juz jakby na jawie zaczelam sie z tym termoforkiem meczyc. zaczal mnie parzyc. leniwie, w polsnie przesunelam go na najdalszy skraj lozka i spalam dalej. niedlugo jednak, bo magiczne cieplo termofora docieralo do mnie nawet z daleka, wyciagnelam sie jak moglam i wywalilam go na podloge. coz z tego skoro parzyl mnie nadal w lydke. juz, juz prawie znow zasnelam, kiedy parzenie stalo sie naprawde bolesne. obudzilam sie. zla sama na siebie zapalilam swiatlo: kurcze poparzylam sie termoforem czy co? patrze na lydke i oczom nie wierze. mam wielka czerowna plame i kilka babli i nie wiem czy wciaz snie czy nie, ale te bable rosna i widze jak lacza sie w jeden wielki babel, ktory parzy i boli tak, ze nie moge wytrzymac. jest 2 w nocy, wpadam w panike. co to moze byc? wyglada jak poparzenie, ale przeciez nie mozna poparzyc sie tak termoforem. dzwonie na pogotowie. pan pyta spokojnie czy moze wlasnie wrocilam z jakiejs egzotycznej podrozy. no nie, tylko z londynu. aha - mowi pan i wysyla lekarza. zanim przyjechal lekarz probowalam jakos schlodzic rozogniona noge lodem, ale na nic sie to nie zdalo. czekajac na ratunek wygooglowalam sobie o co chodzi: waglik. i wpadlam w panike. londyn, obylo sie bez bombowego alarmu ale przywiozlam waglika?! o boze.

przyjechal lekarz, obejrzal, wypytal o podroze egzotyczne, wykluczyl zarazenie waglikiem ale nie postawil zadnej diagnozy. przeklul babel wielkosci kurzego jajka, zrobil opatrunek, dal silny srodek przeciwbolowy i odjechal. zgodnie z jego zaleceniem poszlam nastepnego dnia do lekarza, zaintrygowana pani doktor poprosila o konsulatcje kolezanke z pokoju obok. obie panie przygladaly sie dlugo mojej krwawej ranie, wielokrotnie wzruszaly ramionami i krecily glowami. dostalam tabletki przeciwbolowe i opatrunek. bardzo mozliwe, ze w samolocie ugryzla mnie mrowka. podobno w samolotach zyja mrowki, ktore zywia sie resztkami tego co lezy w samolocie i chcac nie chca pochlania srodki dezynfekujace, ktorymi co i raz traktowany jest samolot. ukaszenie takiej mrowki moze spowodowac taka wlasnie silna reakcje alergiczna. od tygodnia zmieniam sobie ten opatrunek, w nodze mam normalnie dziure.

odpedzam od siebie moje 2015 zwatpienie w umiejetnosci niemieckich lekarzy, bo z taki zwatpieniem jest smutno.

 

 

wtorek, 01 grudnia 2015
1 grudnia 2015

wieczorem malina na dobranoc usciskala mnie mowiac:

 - idz lepiej wczesniej spac. wiem, ze masz tyle pracy i nie masz glowy do kaledarza adwentowego.

o polnocy podwiazalam wszystkie paczuszki do choinki, ktora zmajstrowalam rok temu. do kosza obok wlozylam lancuch czerwonych swiatelek.

skoro swit malina przydreptala z adwentowym prezentem "zamiast kalendarza"- ulepila je z papieru, zebysmy mialy dwa swiatelka do sniadania. dwa biale lampiony. sliczne!

byla lekko zaspana i przeszla obok kalendarza zupelnie go nie zauwazajac!

to byl fajny poranek. tatusiowi wyslalysmy zdjecia.

 



Archiwum