wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 29 marca 2007
to juz dzis.
wlasnie sie zastanawiamy czy na glowe upadlismy i czy w ostatniej chwili nie wskoczyc w samolot. malina by nam tego pewnie nigdy nie wybaczyla. pakuje swoj plecak od dwoch dni, bo jej sie ciagle wydaje ze to juz jutro. ale teraz to juz dzis! nie mamy spakowanego NIC! odprawcowuje szybko co sie da, zeby nic sie za mna nie ciagnelo, zeby mi nikt w jodze nie przeszkadzal! a po jodze na jajka i mazurki do warszawy. trzeciego kwietnia obejdziemy 13-nasta rocznice slubu. na razie leze w lozku i choruje i pracuje. o 14:00 wstane i bierzemy sie za pakowanie. jakos to bedzie. musi byc .
środa, 28 marca 2007
homeopatia stawia na nogi.
choroba rzucila sie na mnie jak tygrys. zrobilo mi sie slabo. wyszlam wczesniej z pracy, nie wiem jak dojechalam do domu a w domu maz pomogl mi wejsc na gore, bo nie mialam sily. 40 stopni goraczki powalilo mnie z nog. dzis juz lepiej. jestem zaskoczona skutecznoscia globulek homeopatycznych. maz tez. jutro do polski. pierwszy raz w zyciu samochodem. strasznie daleko, ale cieszymy sie jak dzieci na te podroz. beda kanapki, termos z piciem, muzyka i w ogole. 
poniedziałek, 26 marca 2007
kupka cukru.
o boze, jak mozna cos tak slodkiego, slicznego, mieciutkiego, pluszowego, przytulankowego nazwac KNUT?
po berlinie.
wszystko mnie boli. zakwasy mam chyba nawet w uszach, a przeciez na uszach nie tanczylam. te dwa dni zajmowalam sie glownie klientka, ktora strasznie lubie i rozumiemy sie w pol slowa. powoli przemienia sie z klientki w przyjaciolke. na wystawie gadalysmy glownie o chorobach naszych dzieci i glupim systemie szkolnym. poniewaz mieszkalismy w genialnym hotelu zaprosilam ja na sniadanie z szampanem. moj swietnie szef skomentowal to potem, ze bylo tak milo, ze nawet nie szkodzi, ze ona nam i tak nie da zadnego projektu. no ale trzeba tez zadawac sie z milymi ludzmi a nie tylko interesy i interesy, dodal. przegadalismy kilka godzin. jakiez bylo jego zdziwienie, kiedy dzis dostalismy od niej genialny projekt. wszystkim opadly szczeki. ciesze sie jak nie wiem.

ale sa takze niemile wiadomosci. przyjecie po gali opuscilam juz kolo 3 w nocy. nie mialam juz sily. nasza przemila producentka przesadzila z alkoholem i wystartowala ze szklanka wody na jednego z szefow kreatywnych waznego klienta. oblala go a potem chciala mu te szklanke roztrzaskac na glowie. oburzony wykrzykiwal, ze to jakas wariatka i ze on z nasza firma nie chce miec do czynienia, bo zatrudniamy psychicznie chorych ludzi! moj maz sie zmartwil, ze pewnie moi szefowie wywala ja z pracy. dzis mielismy narade w trojke i ku mojemu zadowoleniu, obaj bardziej martwia sie co sie dzieje z nasza kolezanka niz co sobie o tym pomysla klienci. jestem szczesliwa, ze sie na nich nie zawiodlam. mysle o niej. jest perfekcyjna, genialnie zorganizowana, spokojna i opanowana do przesady. tylko jak przesadzi z alkoholem, wstepuje w nia diabel. dopiero dzis dowiedzaialam sie, ze w czasie naszego urlopu na majorce (nie bylam wtedy z nimi) upila sie, rozbila butelke i chciala sobie podcinac zyly. siedzi w niej smutek jakis okropny, jakis zal, jakas rozpacz.


niedziela, 25 marca 2007
dwa dni w berlinie.
dwa dni spedzilam na szczudlach i glownie stojac. tam gdzie normalnie mam stopy jest teraz tylko cos zdretwialego, czego niemal nie czuje a jednak boli. to uczucie znaja chyba tylko kobiety. tam gdzie kiedys mialam glos mam tylko chrzest, szept i skrzypienie. im pozniejsze party tym glosniejsza muzyka, tym glosniejsze wydzieranie i zdzieranie. tam gdzie mialam oczy mam dwie zapuchniete dziurki, czerwone i szczypiace. tam gdzie mialam zoladek, mam wirujaca betoniarke, ktora nie wie jak trawic te dziwna mieszanine wymyslnych smakolykow i trunkow mniej lub bardziej alkoholowych. tam gdzie mialam kregoslup mam tylko jakis obolaly kijm i sama juz nie wiem czy wole siedziec czy lezec. za trzy godziny musze wstac, wiec nie wiem czy zasne. wzielam wczesny samolot zeby szybko byc w domu. ale jaki oni beda miec jutro ze mnie pozytek? wracam w postaci zlomu, gruzow i innych siedmiu bolesci.
piątek, 23 marca 2007
bum.
strzez mnie panie boze przed odwolanymi spotkaniami, przez co siedze, sie nudze, pije kawe za kawa, zjadam olbrzymie tiramisu i robie wpisy w dziennikach. na glowe chyba upadlam. bum.
szary swit.
staram sie jak moge zeby miedzy mna a malina bylo inaczej niz bylo miedzy mna a moja mama. czasem chodzi o cala filozofie a czasem o malenkie sytuacje, momenciki.
dzis o 5 rano stoje w lazience i susze wlosy. nagle staje kolo mnie malina w pizamie. zjawila sie tak znikad, nagle. ja straszny straszak jestem, wiec umarlam na stojaco ze strachu i wrzasnelam jak oparzona. to z kolei strasznie przestraszylo maline, ktora niczego zlego sie nie spodziewala. chciala tylko siusiu.
- ale sie przestraszylam!!! - prycham ze smiechu.
- no!!! ja tez sie zastraszylam!!! - smieje sie malina.
smiejemy sie jak wariatki. i to jest wlasnie taka roznica w stosunku do mojego dziecinstwa. moja mama byla tak naladowana zla energia, ze nawet niewinne ale niespodziewane sytuacje wyzwalaly w niej atak wscieklosci. malina zrobila siusiu i oznajmila, ze pada snieg, wiec ona dzis do przedszkola nie idzie. a ja na to, ze idzie a ja lece do berlina. a jakby tatus nie zdazyl jej dzis odebrac, to pojedzie po przedszkolu do mirabell razem z jej mamusia i siostra. to oczywiscie natychmiast poprawilo malinowy humor. nawet nie musialysmy dyskutowac o wyzszosci spodni nad spodnica. domykam walizke, malina wciaga kombinezon, dzwoni tatus. malina dumnie oznajmia, ze sie ubiera sama, bo jest duza. i ze dzis ja odbiera mama mirabell. na co tatus, ze bedzie jechal tak szybko jak sie da, zeby zdazyc. malinie drzy broda:
- bedziesz jechal szybko? i zdazysz?
- tak! oczywiscie!!!
malina wybucha serdecznym placzem:
- nieeeee!!!! jedz powoli. ja chce do mirabell.
to taki krok w doroslosc, byc odebranym przez kogos innego a tu tata chce jej popsuc wszystko.
caluje ja na pozegnanie w przedszkolu.
- mamusiu, zadzwon do tatusia, zeby jechal powoli.
czwartek, 22 marca 2007
nie mam czasu na jakis wiekszy remont.
dzwonie do mojej bylej asystentki, dzis konkurentki, przyjaciolki. bedziemy w tym samym hotelu, wiec razem pojedziemy na wystawe. jutro kilka party. postanowilysmy sie trzymac razem w czasie rozbijania sie po berlinie. kazde party godzina i dalej w droge. pojutrze rozdanie nagrod. gala. moze nawet nam sie cos trafi? no kto wie. kiecke mam genialna. jedwabna. odmladza mnie o sto lat, wiec jest super. pytam ja czy dzis ma jeszcze stres. nie, nie ma. siedzi u fryzjera. kiedys tez przed galami siedzialam u fryzjera i robilam maseczki, paznokcie i inne wariacje. a dzis? mowie jej, ze sadze roze. smieje sie, nie wierzy. a ja rzeczywiscie sadze roze. peka mi kregoslup. ale wlasnie dzis przyszly poczta. cztery. wykopalam dol, wielki jak wanna. posadzilam wszystkie. zasypalam czterema worami rozanej ziemi. dwie godziny pracy. obok zostawilam kopiec. rozprawie sie z nim w niedziele jak wroce. potem poszlam kapac maline, wiec czarne rece znow zrobily sie rozowe. teraz niwecze zmarszczki pewnym specyfikiem dla wtajemniczonych. zaraz ide sie pakowac i spac. skoro swit maline do przedszkola a sama do samolotu. patrze w lusterko. jakos mi to kopanie dodalo rumiencow i jest calkiem niezle. jakos tam bedzie.
zeby.
dzwoni tatus. malina chce rozmawiac a jeszcze nie przelknela tego co wlasnie przezuwa. troche mlaszcze w sluchawke i pyta z ciekawosci:
 - czy slyszysz moje zeby?
zniemczylam sie
no chyba sie strasznie zgermanizowalam. czytam polskie wiadomosci i juz nic nie rozumiem. za moich czasow to mlodzi entuzjasci wiali z domow, zeby moc wziac udzial w "Przystanku Woodstock".

Giertych ściga Owsiaka

Ministerstwo Edukacji Narodowej nakazało kuratorom, żeby sprawdzili, czy uczniowie, nauczyciele i rodzice są zmuszani do udziału w akcjach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - pisze "Gazeta Wyborcza".

środa, 21 marca 2007
jaja.
malina maluje jajko za jajkiem. dla kazdego jedno. wycina, malo jej jezyk z przejecia nie odpadnie, bo wisi caly czas na zewnatrz i pomaga w misternej pracy.
- a ten jajek jest dla aleksandry. bo ona jest moja kuzyna kochana.
filantropia
trudna sztuka dawania. slowo o znaczeniu pozytywnym stalo sie okresleniem pejoratywnym. dac naprawde to dac i zapomniec. i nie chciec niczego w zamian. bardzo trudne. udaje tylko nielicznym.
poranna zlosc.
malina stoi przy oknie i patrzy na ogrodek. patrzy. patrzy. jej zonkile zwieszaja smutno glowki. hiacyntow nie widac spod sniegu. marszczy sie malutkie czolko:
 - jestem bardzo na ten snieg zdenerwowanY!
wtorek, 20 marca 2007
misiowe zajecie.
w ktorejs z szuflad malina znalazla gumowe misie. schowane na czarna godzine, ktora chyba wybila, bo malina przeklada je do miseczki, siada przy swoim stoliku i bierze sie za spozywanie. cztery misie. niestety zrobily sie twarde i trzeba je dlugo zuc zanim zmiekna i dadza sie polknac. malina siedzi skupiona i zuje wytrwale. malo jej szczeka nie odpadnie.
- trzeba sie tymi misiami duzo zajmowac w buzi. twarde sa. - tlumaczy.
jak naoliwiony zegarek.
wczoraj dzialalismy jak zgrana szajka gangsterow. wszystko wyliczone co do minuty. spotkalismy sie w szkole tanca maliny. malina zachwycona, tancowala z wyszczerzonymi w usmiechu zebami, ze ma nas oboje za widownie. wymienilismy sie samochodami i dalej. wieczorem ululalam maline do snu, poprawilam makijaz i wymknelam przez taras, zeby nie slyszala. maz podjechal pod same drzwi, nawet nie wylaczyl silnika. wskakuje do samochodu. jade po mojego rezysera. podjezdzam pod hotel, dzwoni homeopata maliny. do homeopaty po niemiecku, do rezysera po angielsku plus machanie rekami i miny do portiera, ze "nie nie", nie chce mu oddawac kluczykow zeby mi parkowal, odbieram tylko tego tu... sushi i gadanie. wrocilam po polnocy. rano maz z malina przygotowali kawe i aspiryne. za oknem bialo jak w styczniu. a maz mruczy:
- czy ty wiesz?... - i mruga porozumiewawczo.
nic nie rozumiem. nie wiem. nie moge sie dobudzic.
- no wiesz!
no nie wiem kurcze. moze jak dopije kawe to mi sie przypomni.
- jedziemy na wakacje. tak. tak. - smieje sie maz. w tym wczorajczym pospiechu zapomnialam! zupelnie zapomnialam.
kilka dni rozwazalismy rozne opcje krotkich wielkanocnych wakacji. kilka telefonow i nic. wszystko juz zajete. za pozno. a tu? wczoraj przyszedl mail, ze prosze bardzo. sa dwa miejsca na pieciodniowa joge w krynicy. "boze jak sie ciesze z krociutkich wskrzeszen!..."
niedziela, 18 marca 2007
z ludzmi.
guilai znaczy po turecku ksiezycowy kwiat. cala sobote goscilismy przyjaciol. takich u ktorych nie trzeba meldowac sie co tydzien i gadac o pogodzie. muhammet jest przyjacielem, ktorych ciagnal mojego meza za uszy przez cale studia tak dobrze, ze na koncu mieli dwa najlepsze dyplomy. widujemy sie raz na kilka miesiecy, zaraz po przywitaniu cos wskakuje na znany tor "klik" i rozmowa toczy sie jakbysmy sie ostatnio przed tygodniem spotkali. chlopcy pogadali o samochodach (zyciu), my o przedszkolach i niemieckich szkolach (o zyciu), dzieci strzelaly z luku do piwnicznych drzwi i budowaly miasta. caly dzien siedzielismy przy stole i jedlismy. jak kiedys.
a dzis udzielalismy sie w polskim kosciele. na deser malina siedzi w wannie i sie odmacza. razem z zaprzyjaznionym mackiem wytarla wszystkie podlogi parafialne bialymi rajstopkami, rozowa spodnica i brazowa bluzeczka. na koncu wszystko bylo szare, spocone i tylko bylo widac male biale zabki, ktore malina szczerzyla od ucha do ucha. wieczorem idziemy na sushi i udajemy, ze jutro nie poniedzialek i ze ten tydzien nie bedzie taki okropny jak sie zapowiada.
piątek, 16 marca 2007
wrrrrrrr...
dobieglam do mety. piatek wieczor. malina zla. maz zly. ja zla. jacys wszyscy zmeczeni jestesmy. ja obolala. maz obolaly. malina bez humoru.
 - bardzo mi smutno, ze mama wyrzucila wszystkie moje gumki i spinki.
 - mnie tez smutno, bo byly takie ladne - odpowiadam.
trzy tygodnie temu caly zbior kwiatkow, biedronek, srebrzonych tancereczek i innych fiu-bzdziu do wlosow wyladowalo w smieciach. potem, jak juz malina spala, zostaly ostroznie wyjete i schowane. malina obslugiwana jest teraz jedna zolta gumka i dwiema niebieskimi spinkami. dzis w tym naszym ogolnym niezadowoleniu nagle jej sie to przypomnialo.
 - jestem na ciebie bardzo zla! - mruczy malina i splata raczki na brzuszku. mina chmurna.
 - powinnas byc zla na siebie sama. to byla kara.
 - nie. wole byc zla na was! - i malina robi swoja najgrozniejsza mine corek macochy. (tych od kopciuszka)
chyb damy sobie wzajemnie spokoj i wczesniej pojdziemy spac. jutro bedzie lepiej.
czwartek, 15 marca 2007
trojkaciki.
rozbieram maline do wieczornej toalety.
 - ale jestes golasek. - smieje sie z malinowego golaska.
malina karze mi zgadnac gdzie ma serce: tu czy tu.
 - nie wiem - mowie - daj, poslucham.
slucham, slucham. zgaduje. mam racje. malina mnie chwali. a potem pokazuje kropeczke, ktora kiedys sie rozwinie w paczki a potem rozyczki i pyta:
 - a tu? co tu mam?
 - malutki cycuszek.
 - cycusek?!!! - malina smieje sie glosno - to jest trojkacik, bo jestem mala. ale kiedys bede duza i wtedy bede miala duze trojkaciki!!! - i malina wyciaga ramiona, zeby pokazac wielkosc swoich marzen. wzdycham. tez bym chciala takie duze trojkaciki. malina czyta w moich myslach, bo dodaje (jakby na pocieszenie):
 - bede miala takie duze trojkaciki jak ty!
sehr komisch.
nie znamy wszystkich sasiadow na naszej ulicy, choc jest krotka. mieszkamy tu 4 lata. kilka osob znamy z widzenia. klaniamy sie, pozdrawiamy. malina macha raczka. na przyklad tych panstwa, co mieszkaja po skosie wlasciwie tez nie znamy. zadbany domek. on staruszek, lewe ramie sparalizowane, ale specjalnym odkurzaczem sam odsnieza swoja droge. zawsze maja najpiekniej osniezone. prowadzi samochod. i zawsze z zona. zadbana staruszka. jaskies trzy tygodnie temu opani dala malinie paczuszke gumowych misiow. pokiwala do mnie czy moze a ja odkiwalam, ze tak. malina tego porozumienia nie widziala, wiec potem rozmawialismy o braniu czegos od obcego. minely trzy tygodnie. a moze cztery. przesadzalam dzis roze w ogrodzie, kiedy przez furtke zamachal sasiad z koperta. zbiera pieniadze na wieniec. pan doktor umarl w poniedzialek. jutro pogrzeb. kiedys byl znanym ordynatorem szpitala, na starosc sparalizowalo mu ramie, mial 96 lat. odbieram maline z przedszkola. koncze ogrodowe roboty. malina pomaga jak umie. do domu po skosie podjezdza samochod. mezczyzna rozmawia ze staruszka, ktora stoi w drzwiach. domyslam sie tylko, ze to ona, bo zza krzakow dobrze nie widac. malina tez wpatruje sie w krzaki.
 - mamusiu to ta pani co midala misie. nie jest obca. to jest sasiadka. no to nie obca, co? i dala mi misie. moze ja odwiedzimy? albo moze ja zaprosimy do domu? bo ona teraz taka sama i smutna jest.
 - dobrze. - wydusilam z siebie i zadrzalam. sama nie wiedzialam, ze maz tej pani umarl dwa dni temu. malina nie moze tego wiedziec.
 - dobrze? - cieszy sie  i wola w krzaki: - haaalooo!
ale pani nie slyszy, za daleko. drzwi sie zamykaja. lzy mi wszystko zamazuja. wczoraj homeopata powiedzial, ze malina taka jeszcze nie calkiem tu. jeszcze troszke tam.
środa, 14 marca 2007
telefon
przejmuje sluchawke od maliny. tesciowa. stara sie byc mila, wiec ja tez robie co moge. nawet nam niezle wychodzi. a teraz by chciala zamienic pare slow ze swoim synem.
 - oj poczekaj, to lece do piwnicy z telefonem.
 - w piwnicy? a co on robi w piwnicy?
 - prasuje sobie koszule.
 -...
az mi sie zimno zrobilo. brrrrr. zima. mroz. brak slow. immer wieder.
jezus.
po polrocznej przerwie do polskiego przedszkola wrocila pani agnieszka. pania agnieszke kochaja dzieci za wszystko: za dobro, za usmiech, za dlugie zlote wlosy opadajace falami. dzieci tesknily za nia strasznie, choc zastepujace ja przedszkolanki sa tez strasznie mile. malina zdaje dzis relacje przez telefon:
 - ...no i pani agniszka wrocila. juz urodzila malego jezusa i wrocila.
wiem.
jak przyjemnie zyje sie ludziom, ktorzy wszystko wiedza. wyglaszaja poglady z pewnoscia siebie godna proroka. dlaczego wiec ich wlasnie zycie jest takie nieudane? bo nic glupszego nad: wiem, ze wszystko wiem.
fokus pokus.
niech mowia co chca. niech mnie kropka zabije, wysmieje, nawyzywa od zasciankowych bab, co wierza w zabobony i lecza dziecko cukrem. malina jest coraz silniejsza. tak zdrowa nie byla juz dawno. i to akurat po konskich antybiotykach na zapalenie pluc. wszyscy mi wrozyli natychmiastowy powrot choroby, bo organizm zmeczony antybiotykami nie bedzie mial sil bronic sie nawet przed najmniejszym wirusem. ale bez antybiotykow nie moglo sie obejsc, doradzil mi to nawet homeopata, ktorego znalazlam z polecenia. ryczalam mu w telefon, ze malina ma zapalenie pluc i ze to 7 antybiotyk w ciagu roku. a on na to, ze kiedys dzieci umieraly na zapalenie pluc. teraz trzeba szybko dzialac a potem bedziemy maline wzmacniac. co dwa tygodnie chodzimy do niego na polgodzinne zabiegi. pod czerwona lampa malina dostaje masaz pleckow, brzuszka, stop. zasypia natychmiast. cala terapia odbywa sie we snie. to juz dwa miesiace bez zapalenia ucha, bez kaszlu. katar co i raz ale malina zwalcza go sama. spi lepiej. jest strasznie zadowolona z zycia. zaczela wspolczuc i okazywac bol. i moze to jest fokus pokus, ale bardzo mi sie podoba. grzecznie odliczam globulki. dzis lekarz powiedzial, ze malina jest jeszcze czescia duszy tam, skad przyszla. dlatego jest taka lekka, zwiewna, eteryczna. unosi sie nad ziemia. taka osobowosc. nic w tym zlego ani dobrego. taki stan. lubie z nim rozmawiac. na katar maliny i moja panike mowi, ze czesto katar jest reakcja na zmeczenie, rozdraznienie. czlowiek ma czegos po dziurki w nosie (po niemiecku: die nase voll haben) i dostaje doslownie kataru. zaczelam obserwowac maline i cos w tym jest, ale najbardziej sprawdza sie na mezu. dzis opowiedzialam homeopacie o moich kolanach. bol powracajacy fazami, utrzymujacy sie tygodniami i znikajacy bez sladu. ortopedzi kiwaja glowami: rachunek za grzechy mlodosci, jak sie nie poprawie to na wozku wyladuje na starosc. wlasnie przechodze faze bolow. moge kucnac, ale wstac juz nie. za tydzien mam wizyte u ortopedy, ktory leczy gwiazdy sportu. homeopata usmiechnal sie. umowilismy sie na wizyte w sprawie kolan. strasznie jestem ciekawa. strasznie. (kropka, nie smiej sie!)
paski.
malina maluje i maluje. w koncu dostaje kartke pomalowana w kolorowe paski.
- a co to jest? - pytam mloda artystke.
- sweter w paski. swetra nie umialam. tylko paski.
pora na...
... telesfora! wolal telesfor i zjadal sylaby swojego imienia:  - mniam...mniammm...mniaammmm.

zmarl zygmunt kestowicz.
 
1 , 2 , 3
Archiwum