wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 31 marca 2008
nie wiem co to jest.
czekam na pogotowie. moja mama lezy bez sil w lozku, ma goraczke i spuchla jak chomik. cale cialo obolale, jeczy z bolu. a swinke przechodzila w dziecinstwie. 
zamykamy.
koniec kwartalu. chcialybym, zeby nadeszly zdrowsze czasy. od grudnia placze nam sie po domu jakas choroba. nie byle jaka tylko angina, zapalenie pluc, ucha wewnetrznego, ospa. wykapalam maline w krochmalu (dziekuje ebelin) i mam nadzieje, ze ten rytual zamknal ten smutny okres. amen.
lawina
problem kuchni polega na tym, ze jesli kuchnia to podloga w kuchni i sufit, jak sufit to sciany, jak podloga w kuchni to podloga w kortarzu i w lazience, ma byc bowiem taka sama. a kominek przed podloga a jak kominek to drzwi: kuchenne, piwniczne i lazienkowe. a jak podloga w kuchni to dechy w pokoju, bo jedno przechodzi w drugie a podloga w pokoju to najpierw drzwi tarasowe. a jak juz drzwi to i trzy nowe okna, wtedy jest taniej. i tak wymiana kuchni oznacza generalny remont calego dolu, bardzo generalny. czy ja mam na to sile?
piątek, 28 marca 2008
szary odcien bieli.
kiedy zdecydowalismy sie na byle jaka chatke zamiast design klocka postanowilismy, ze wyremontujemy ja bez oszczedzania. zdecydowalismy sie sie na kuchniowego mercedesa i ruszylismy na poszukiwanie najlepszej oferty. albo genialna kuchnia i dobre sprzety, albo ladna kuchnia i genialne sprzety - a tu dzis sie okazalo, ze jesli nie bedziemy planowac kuchni w sercu monachium pod ratuszem tylko wyjedziemy 60 kilometrow w strone alp to... mozemy sie przesiasc z mercedesa w aston martin. czyli i genialna kuchnia i genialne sprzety. jestem w szoku. mysle, ze jak te kuchnie wstawimy w lipcu to potem bede sie stolowala tylko w restauracjach. nigdy w zyciu nie pozwole sobie na pobrudzenie tego kuchennego gucci, tej prady w bielach i szarosciach z cudownymi galkami, szufladami czytajacymi w moich myslach, parowym sercem bijacym w rytm mojego, indukcji madrzejszej niz wszystkie moje ksiazki, lodowka, ktora lepiej sie zna na salacie niz ja. bede sobie te kuchenke ogladala co rano ale kawe parzyla potem w biurze, zeby jakies brazowe plamy nie skazily tej golebicy szlachetnej, zeby jakiej okruszki bulkowe nie naruszyly perfekcyjnej harmonii. amen.
czwartek, 27 marca 2008
kraina czarow
w zeszlym tygodniu ze stanow przyleciala modelka, z ktora krecimy nowy spot bielizniany. szok. na tej dziewczynie mozna uczyc sie anatomii. kosciotrupek. dzieki dlugim wlosom mozna sie zorientowac, ze to kobieta. nie wolno za blisko podchodzic, zeby sie przez przypadek nie nadziac na wystajace obojczyki lub nabic sobie guza o lokiec. to bedzie reklama biustonosza? ostatnia chudzina zostala skrytykowana przez japonskiego klienta,(bo jej wisial tluszcz po bokach a ta dzoewczyna byla troche szersza niz piecioletnia malina) wiec teraz agencja dmucha na zimne. niechby jej tylko chrupotaly te kostki, ale jej biust to dwa piegi a jej cale cialo to... tysiac pieprzykow. rezyser zalamuje rece i grozi zerwaniem kontraktu. dlaczego nigdzie na kartach castingowych nie bylo widac, ze ta kobieta pokryta jest pieprzykami jakby ja ktos wlasnie zarazil ospa?!!! stres, stres, stres! co robic? make up - profi, stylistka - profi, operator swiatla - czarodziej, operator zdjec - cudotworca.
wlasnie widzialam pierwsza wersje filmu. jeszcze nie bardzo cgi obrobiona. w cieniach i polcieniach wygina sie elf. chlodna namietnosc, aksamit skory, miekkie rysy talii, wypuklosci slicznych piersi przywodza na mysl chrupkie jablka, jedwabista skora ramion, zielone, rozmarzone oczy. miekki, zwinny, rozleniwiony kot. pieknosc. prawdziwa pieknosc.


pracuje w krainie czarow.



czwartek, 20 marca 2008
http://www.filmstarts.de/produkt/77644,Abbitte.html

ksiazka lepsza, ale zawsze tak jest. genialne zdjecia. atmosfera, uczucia, swiatlo, zapach, woda... w die zeit napisali, ze to szlachetna nuda, ale nie wierze, ze te historie mozna bylo opowiedziec inaczej. bo opowiadania staraczy na kilka stron a uczuc na cale zycie.


wtorek, 18 marca 2008
glupia choroba
malinowa dusza cierpi. maluje jej buzie w biale kropki i staram sie rozsmieszyc, ze jest indianinem, biedronka, muchomorkiem. przy sniadaniu malinie turlaja sie po buzi wielkie okragle lzy:
 - mamusiu, jaka ja jestem brzydka...
 - eee tam. sliczna jestes. a jak uroslas przez te chorobe! do soboty bedzie po wszystkim i wykapiemy cie w krochmalu jak babcia przywiezie make.
 - o! dobrze! windpocken ist blöd! - wyrzuca z siebie malina i patrzy mi gleboko w oczy. nie pozwalam na nadaremne uzywanie slowa "blöd".
 - BLÖD! - kiwam glowa - windpocken sind fruchtbar blöd!!!
 - blööööööööd!!! - smieje sie malina przez lzy. - blöd!!!!
poniedziałek, 17 marca 2008
moja piecioletnia, piekna nieznajoma.
malina chce sie modlic na dobranoc.
odmawia aniola bozego. w calosci.
piątek, 14 marca 2008
prawdziwa twarz.
wychodzilam za maz za faceta o - bardzo ogolnie rzecz ujmujac - dwoch wcieleniach. raz miotalam sie z nim po europie na motorze, bez pewnosci, ze znajdziemy nocleg a skoro go znajdziemy to czy bedzie ciepla woda. zycie w kurzu, cieple, mruku motoru, o wodzie, winie, serze i czeresniach.
a w domu pilam co rano kawe z eleganckim mezczyzna w dobrym garniturze, jedwabnym krawacie, sekunde zanim rzuci sie w wir spraw waznych, swiatowych, o blysku drogiego lakieru, pokrywajacego kilka silnych koni mechanicznych, bez skazy.
od dwoch miesiecy moj maz siedzi w domu. mimo choroby troche pracuje, ale w porownaniu z normalnym rytmem ma wrazenie, ze ma wakacje. przedwczoraj jedlismy wolowine w chrzanowym sosie, wczoraj lasagne a dzis? wchodze do domu a tu? dwiescie kopytek (gnocci?) wlasnej roboty czeka na skok we wrzatek. malina dumnie wywija widelcem i ozdabia kopytka dziurkami. maz w fartuszku w koziolki, pozyczonym od swojej piecioletniej corki. strasznie z siebie zadowoleni.
kobiety, nie dajcie sie oszukac. nawet facet, ktorego znacie 15 lat moze nagle pokazac nowa, nieznana twarz. prawdziwa?

ps: obiad - pycha. mniam. mniam.
środa, 12 marca 2008
wszystko w kropki.
maliny wlasciwie nie widac zza ospowej wysypki. strasznei ja zaatakowalo. podobno niektore dzieci przechodza to w postaci 10 krostek. mysle, ze malina ma ich kolo 300. naprawde. plakac mi sie chce jak ja widze. maz malowal ja dwa dni na bialo, teraz ja przejelam paleczke. niektore miejsca nie tylko ja swedza ale tez bola.
lekarze kaza nam sie trzymac od niej z daleka, bo oboje nie przechodzilismy ospy i nie jestesmy zaszczepieni. od cierpiacego dzecka nie mozna trzymac sie z daleka, wiec liczymy na szczescie. dzis w nocy malina obudzila sie z krzykiem, przyciskala raczki do klatki pirsiowej i panicznie plakal, ze boli ja serce. myslalam, ze oszaleje ze strachu. masowalam jej serduszko, potem tatus nosil ja po mieszkaniu az zasnela. dzis kupilam puder wysuszajacy jako czrodziejski pyl i malina jest biala po szyje. podarowlam jej tez czerwona sukienke w biale serduszka, bluzeczke w kropeczki i powiedzialam, ze teraz wszytsko ma w kropeczki. tak na poprawienie humoru. ale malina ma dzis swietny humorek i maluje jajka na wielkanoc.
wtorek, 11 marca 2008
pomieszanie.
z genialnym sushi, szampanem i wielkanocnymi zajacami jade do mojej klientki. mialysmy isc na kolacje w miescie, ale z braku opiekunki do dziecka zdecydowalysmy sie na kolacje u niej w domu. wieczor mily, ale czy bylybysmy takimi przyjaciolkami, gdyby nie byla moja klientka?
hamburg nie bawi mnie tym razem. jest meczacy. malina chora a ja gadam o jakichs idiotyzmach. licze godziny. jeszcze troche i lece do domu.
poniedziałek, 10 marca 2008
ma powod.
malina ma ospe. troche goraczkuje. mowie o tym mojej mamie. mama sie na mnie obraza. 
sobota, 08 marca 2008
parami. parami.
pofarbowalysmy 4 jaja. nie mailam octu wiec wyszlo bardzo blado, pastelowo ale za to moznabylo je pokryc malunkami. malina ozdobila je glownie choinkami, mikolajami i niezapominajkami. to jej ulubione motywy. potem zdaje telefoniczna relacje babci:
 - ... tak. cztery jajka. do pary: dwa kobiety i dwa meze.
piątek, 07 marca 2008
kolory.
gama kolorow. zachod slonca. co piatek dzieci maluja akwarelami. wszystkie w czerwonych fartuchach na wielkich kartonach z czerpanego papieru w wymiarze a3. waldorff uwaza, ze dzieci maluja calym cialem. to jest ciezka praca zamalowac taka duza powierzchnie. rusza sie cale ramie, wyciaga kregoslup, a nawet jezyczek i stopki wspinajace sie na paluszki. starsze dzieci jak malina nie wysilaja sie juz tak strasznie fizycznie ale uwielbiaja to malowanie z rozmachem. maluja swoj nastroj, zadnych podanych tematow. potem te malunki, dobor kolorow, ich nastroj przedszkolanki omawiaja z rodzicami. ogladam zachod slonca w wykonaniu maliny. u gory cudowne odcienie pomaranczy, zolci, czerwieni, fioletu, na dole braze, ciemny fiolet, zielen w wszystkich odmianach. feeria barw. a dziecko ma do dyspozycji zawsze tylko trzy farbki: czerwien, zolc i niebieski. odkrywaja kolory. czuja je, ciesza sie nimi, opowiadaja w domu jak powstaje zielen a jak braz. taki wlasnie jest waldorff: racjonalny, ulozony, schematyczny, ale zanim cos sie ulozy w calosc musi przejsc przez brzuch, przez zmysly. nigdy pozniej ludzie nie sa tak otwarci na wrazenia, zapachy, kolory, smaki, muzyke. to jest dar dziecinstwa.
przedszkolne opowiesci
 - co tam dzis bylo w przedszkolu.
 - szukalismy oka luisa.
 - oka?
 - no! luis znowu zgubil oko. szukalismy i szukalismy. i nie moglismy znalezc. ale annika znalazla w domku dla lalek.
 - no i...?
 - pani umyla oko i probowala je wsadzic, ale jej sie nie udalo, wiec poszlismy do drugiej grupy i tamta pani wsadzila mu oko na miejsce.
luis ma szklane oko i zadne z dzieci nie widzi w tym nic nadzwyczajnego.

starzeje sie, staje sie nietolerancyjna, skostniala i zgorzkniala. niestety, kiedy czytam o smierci holoubka a zanim dobrne do konca pierwszego zdania ekran pokrywa mi sie mozaika ust, a kiedy jakos udaje mi sie z tej okropnej mozaiki wyplatac, to zdjecie zmarlego aktora zaslania mi panna w dziwnej pozie, ktora chyba reklamuje majtki i slusznie, bo twarza nie ma co raklamowac, to trafia mnie szlag. niestety. jakas sie zrobilam nerwowa na starosc.

jaki bedzie ten dzien rozpoczety klotnia z przedszkolanka maliny? ze zlosci boli mnie brzuch. zawsze trzymam zeby za zebami, ale dzis nie dalam rady i teraz sie martwie, ze ta idiotka jakos odreaguje to na malinie. ludzie z kompleksami nie nadaja sie do rozmowy, ja do niej o malinie a ona robi mine jakbym jej wlasnie powiedziala, ze jest glupia.
czwartek, 06 marca 2008
show
z powodow zawodowych, bo jestem w to troche zamieszana ogladam wlasnie znany, bardzo popularny show w niemieckiej telewizji. u nas nie oglada sie telewizji prawie wcale a talk showow, showow i mydlanych oper wcale. i wlasnie wiem dokladnie dlaczego. zalosc, zalosc, czysta zalosc. jak zgrzytanie piasku miedzy zebami. brrrrr...
malinowa tworczosc lazienkowa.
malina najchetniej rymuje w wannie. lazienkowe echo pozwala na natychmiastowe testowanie brzmienia gornolotnych wierszy:

 - jak mieszkalam w pacanowie
to jezdzilam na krowie
kochalam mamem i tate
i jadlam salate!
podbili mi kopyta
taka to jest kita!

oczywiscie jest to tworczosc inspirowana koziolkiem matolkiem. tak mi sie przynajmniej wydaje.
środa, 05 marca 2008
tup, tup.
na zajecia famenco przyszla malina i jej kolezanka. monachium choruje. radio podaje, ze za dwa tygodnie co drugi monachijczyk bedzie chory. monserat stwierdzila, ze nie ma atmosfery, wyciagnela buty do flamenco, kiecke i zaprosila mnie do tanca. nie musiala mnie namawiac. stanelam kolo troche zdziwionej maliny, tupalam, krecilam swoimi tlustymi kiebaskami zapatrzona w wiotkie dlonie monserat, machalam spodnica a potem lylowym wachlarzem. wyciagalam szyje jak ges i dumnie krecilam glowa. smialysmy sie z malina do lustra od ucha do ucha. na koniec monserat pogrozila mi palcem: czemu nie mowilas, ze juz cwiczylas flamenco? bo nigdy nie cwiczylam. ale tanczylam troche. w innym zyciu, w innym miejscu, sto lat temu. umowilysmy sie na indywidualne zajecia. dla rozruszania ciala i duszy.
wtorek, 04 marca 2008
polamaniec
odbieram maline z zajec sportowych. poslizgnela sie i zlamala kawaleczek jedynki.
 - plakala?
 - nie.
badam dziecko ze wszystkich stron i przegladam jame ustna, ale nic nie widac a malina strasznie zadowolona:
 - szkoda, ze caly sie nie ulamal. jak mi w koncu wszytkie sie polamia to bede mogla pojsc do szkoly.
poniedziałek, 03 marca 2008
malinowe jajka
starym, poganskim zwyczajem malina obwiesila ogrodowe krzaki jajkami i szklanymi kurami, pisklakami, kogutkami. zaraz potem przyleciala emma i potrzasnela ogrodem sila, dzieki ktorej niektore stacje uznaly, ze byla orkanem. malina przez dwa dni przeprowadzala remanent przez okno i opisywala mi straty:
- oj to jajeczko w owieczki spadlo. mamusiu, zolte jajko odfrunelo! lezy pod plotem! oooooooo to niebieskie w paseczki sie potluklo.
wczoraj malina pozbierala kolorowe wydmuszki, ktore mimo upadku nie pekly, stwierdzila, ze takie jest zycie: szklane kury jako ptaki zostaly na krzakach, ale miejsce jajek jest w gniazdach a nie na sznurkach. uwila kilka gniazdek z mchu i galazek, ulozyla jajeczka a przy kolacji marzyla jakie ptaszki sie z nich wykluja. w nocy gniazda sie rozsypaly a kolorowe jajeczka znow potoczyly w rozne ogrodowe zakamarki. malina wraca z przedszkola, zbiera jajka i wykopuje dla nich rzad dziurek. do kazdej dziurki wklada jedno jajo i marzy o kolorowych dzieciach jak u barbapapy i barbamamy. ich dzieci wykluly sie wlasnie z takich kolorowych jaj (fasolek?) zakopanych w ogrodku jak cebulki. a jak sie nie wykluja to juz pewnie malina cos wymysli.
niedziela, 02 marca 2008
zlota kaczka. bajka.
bajka o zlotej kaczce czytana na dobranoc trwa jakies 10 minut. wczoraj sie okazalo, ze malina zna ja na pamiec. czasem musze jej podrzucic jakie slowo. dzis zaprezetowalysmy to tatusiowi. oboje jestesmy w szoku.
Archiwum