wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 29 marca 2011
nasze rownouprawnienie (nie)codzienne


moje malzenstwo jest od 18 lat perfekcyjnym przykladem rownouprawnienia i partnerstwa. wszystko robimy wspolnie lub na wyrywki czyli jak kto ma czas. jestesmy rowni przy stole, w lozku, w kuchni, w ogrodzie, rownouprawnieni wobec pralki, deski do prasowania,  sprawiedliwie dzielimy sie odkurzaczem.

jednak sa dwie sfery gdzie juz dawno zauwazylismy wyrazna, jednoznaczna przewage penisa i bezwstydnie to wykorzystujemy dla wlasnej korzysci: wywiadowki oraz kupowanie dzieciecych bucikow na poczatku sezonu.

juz w przedszkolu stwierdzilam, ze na wieczorach rodzicielskich siedza same mamy. ide na takie spotkanie i wychodze z niczym wiecej niz garstka ogolnych informacji, ktore i tak moge sobie przeczytac na tablicy ogloszen. idzie moj maz i wraca z mnostwem poufnych informacji jak wycieczka w gory za pol roku, dokumenty jakies przynosi, ulotki, recepty a jak raz zapomnial szalika to jedna mila mama zadzwonila stroskana czy to nasz, bo meski. jak ja zgubilam rekawiczki na zebraniu rodzicow to ktos je zwyczajnie rzucil na parapet, w widoczne miejsce i nikt do mnie nie zadzwonil pocieszyc, ze o prosze: rekawiczki sie znalazly!

nie inaczej jest w szkole. moge dzwonic do pani nauczycielki kiedy chce,  ale jakos nigdy nie moge znalezc terminu, ktory ba nam obu pasowal, dzwoni moj maz: kazdy termin jest dobry. jak na zebraniu maz kreci przeczaco glowa, ze nie moze byc w radzie rodzicielskiej, wszyscy pokiwali glowa ze zrozumieniem i wspolczuciem. wiadomo, facet pracuje. jak ja odmowilam tej fukcji, zalegla cisza: co to za matka...

 

a buciki. niech no tylko latem zzolknie pierwszy przydrozny listek klonowy a juz wszystkie mamy leca do najblizszego obuwniczego po zimowe kamasze. a maja byc te zimowki: cieple, modne, wygodne, latwo sie zapinac, nieprzemakac a przede wszystkim pasowac na stopke, ktora urosla od ostatniej zimy i musi byc od nowa specjalnym miernikiem (pomierzaczem? miarka?) wymierzona, wypieszczona i wsunieta delikatnie na noge zmeczonego i znudzonego dziecka. ta sama historia powtarza sie pod koniec zimy wraz z pierwszym niesmialym krokusem: wszystkie mamy biegna szybko kupic sandalki, tenisowki i inne letnie klapki, bo potem nie bedzie. mam traume, bo jak wchodze do sklepu to wszystkie panie ekspedientki za juz dawno zajete, biegaja na wyscigi na zaplecze po mniejszy albo wiekszy numery a z boku czekaja kolejne mamy a ja jak zwykle nie mam czasu. zupelnie inaczej kiedy buty malina kupuje z tatusiem. juz niemal w drzwiach uprzejma pani ekspedientka wyciaga do tatusia pomocna dlon a chwile potem stopy maliny sa wymierzone, wyglaskane, piec par butow przymierzona, jedna wybrana. pani nigdy nie moze powstrzymac sie od pozornie niewinnego, wspolczujacego pytania: 

- a gdzie mamusia?

ostatnio zmeczona malina odsapnela melancholijnie:

- mamusi nie ma. - takim tonem, ze pani nie przeszlo przez gardlo nastepne pytanie.

 

 

tak wiec uprawnienia nie da sie rozciagnac na wszystkie sfery zycia rodzinnego, ale pozorne niedogodnosci mozna przy odrobinie dobrej woli wykoczystac na wlasny pozytek.

wrzatek


praca domowa: eksperyment. letnia woda raz jest ciepla raz zimna. mozliwe? malina wklada lapke do lodowatej wody a potem do letniej: o jaka ciepla! potem wklada do goracej i znow do letniej. ta sama letnia woda wydaje sie teraz bardzo zimna. gdyby kazdy ocenial temperture na oko, ludzie nie mogliby sie dogadac co jest cieple a co zimne, wiec jestesmy wdzieczni panu celcjuszowi, ze wynalazl termometr.
dzis raniutko malina przy jajecznicy walczy ze snem skroconym brutalnie o godzine...
 - malina, pamietasz jeszcze co wczoraj sie nauczylas o temperaturze?
 - tak.
 - co sie staje z woda jak ma 0 stopni?
 - lod. - mruczy zmeczone dziecko
 - a jak ma 100 stopni?
 - to mozna sie utopic.




poniedziałek, 28 marca 2011
praca domowa po polsku

... z kischonoł kapustoł.


piątek, 25 marca 2011
biedroneczko, lec do nieba...


w monachium w biedronce (käfer) kupuja ludzie, ktorzy juz nie wiedza co robic z pieniedzmi.

w polsce biedni albo skapi.

 

jak bylam mala to biedroneczka kojarzyla sie z malenkim cudem, ktory ma leciec do nieba i przyniesc kawalek chleba. a dzis? prosze: miara statusu finansowego.


biedronke zupelnie obdarto z uroku, ktory miala jak bylam malym dzieckiem. ze juz o biedronce azjatyckiej nie wspomne. rok temu mialam prawdziwy nalot i poczulam sie jak w filmie ROJ. moje dziecko do dzis strasznie boi sie biedronek azjatyckich (ktore niestety zdominowaly prawdziwe, delikatne biedronki) i ucieka od tej pory ze strachem...



czwartek, 24 marca 2011
jaki milutki, jaki czysciutki.

malina ma sciane ksiazek. mnostwo bajek do sluchania.
ale nic. no nic a nic nie przebije wierszykow danuty wawilow, ktore czytaja tata i syn stuhr i pani jungowska. te wierszyki sa genialne, sa genialne czytane i podparte genialna muzyka. jestem zakochana. malina zna prawie wszytkie na pamiec. bo pani wawilow tak tak je sprytnie zrymowala, ze mimo (np. daktyle) czasem kilku dlugich zwrotek dziecko latwo sie ich uczy na pamiec.
no posluchajcie tylko:

http://www.kulturalnyplaczabaw.pl/swinka__Danuta_Wawilow,200.html


i w realu i w virtualu.

dziewczyna
chodzi z chlopakiem, ktory okazuje sie skurwielem.
wychodzi za niego za maz i odkrywa, ze jest wiekszym skurwielem niz przypuszczala.
ma z nim pierwsze dziecko i z rozpacza widzi, ze jest coraz gorzej.
szybko zachodzi w druga ciaze.
placze, ze ma dwoje dzieci z totalnym skurwielem.
wszyscy glaszcza ja po glowie i przeklinaja skurwiela.



czwartek, 17 marca 2011
malina w szkole

dostala uwage w dzienniczku.
byloby to dziecko bardzo specjalne, jezykowe, malujace, chetnie liczace, tanczace, ale nie moze usiedziec na tylku. no nie moze i juz.


bo jak moze to woli stac na glowie.







moze powinnam byl jednak poslac ja do waldorf.






malina wieczorem.


od 8 lat i dwoch miesiecy malina co wieczor dostaje swoja dawke glaskow, calusow, kiedys kolysanke i bajeczke, potem bajeczke raz po polsku raz po niemiecku, czasem masaz stop, czasem pleckow.
w czasie narciarskich ferii malina lezala nade mna i do snu czytala sobie sama. w tydzien rozprawila sie z cala ksiazka o hexe lili.
wrocilysmy do domu. przewczoraj dziecko przygotowalo tornister na nastepny dzien i oznajmilo:
 - to ja ide myc zabki i sobie jeszcze poczytam przed snem.
 - no lec juz na gore - kiwam glowa - i myj zabki. ja zaraz przylece.
 - ale nie musisz. ja sobie sama poczytam.
 - ale przynajmniej wsadze cie pod prysznic - zawalczylam o swoje matczyne prawo do wachania czystego dziecka przed snem, utulenia, poglaskania i ucalowania.
ale juz wczoraj po kolacji malina zrobila szybki unik:
 - to ja juz dziekuje. ide sie myc i sobie SAMA poczytam na dobranoc. - malina ucalowala tate, ucalowala mnie i rzucila jeszcze:
 - no to pa!


a my.
zostalismy.
sami.
przy stole.
i zrozumielismy.
cos sie skonczylo.






 .
środa, 16 marca 2011
malinowe ferie.

9 dni mieszkalysmy na wysokosci 2000, po sniadaniu o 9:15 zjezdzalysmy pierwszy raz i tak do 16:20. narty, narty, narty. codziennie.
biore dzis do reki wypracowanie maliny na temat: "moje ferie" i czytam:
moje ferie byly piekne. mieszkalam w chacie w gorach. w chacie byl pies. pies byl bialy w czarne laty. nazywal sie rolf, ale mozna do niego mowic rolly albo rolfi i tez rozumie. chetnie sie z nim bawilam. rolly mial czerwona pilke na sznurku do rzucania i czesto probowalam zajac go czyms innym zeby mu te pilke zabrac i rzucic. wychodzilam z rolly na dlugie spacery. to byly bardzo fajne ferie.

dziecko - pytam - a czy ty w te ferie jezdzilas na nartach?
 - mmm... ano tak!





poniedziałek, 14 marca 2011
malina anglistka
malina jako dwujezyczny czlowiek ma swietna intuicje lingwistyczna. we wloszech lapie wloskie frazy, przyplatuja jej sie jakies francuskie slowka ale najbardziej korci ja angielski. wsluchuje sie w teksty piosenek, dopytuje co wlasnie powiedzialam przez telefon, wiele rozumie sama a czego nie zrozumie to sobie jakos kombinuje i najczesciej strzela w dziesiatke - ale ostatnio nie trafila. z glosnikow na gorskim tarasie faluje lagodne: "somewhere over the rainbow".
 - uwielbiam te piosenke  - egzaltuje sie malina
 - tak? a wiesz co to znaczy?
 - samuuułer ołweeer de rejnboooooł.. - nuci malina - oczywiscie, ze wiem!
 - no?
 - samuraj na tęczy.


czwartek, 03 marca 2011
teraźniejszość przechodzi koło nosa.


- Żeby być szczęśliwym, trzeba kurczowo trzymać się teraźniejszości. Wielu ludzi tylko pozornie żyje tu i teraz, w rzeczywistości są mieszkańcami odległych czasów. Jedni żyją pięć lat temu, inni dwadzieścia albo nawet pięćdziesiąt. Rozpamiętują: "Szkoda, że nie wyjechałem do Ameryki... Chociaż może jednak lepiej, że zostałem... Ale z drugiej strony, gdybym wyjechał, byłbym bogaty". Albo: "Szkoda, że ożeniłem się z Zosią, a nie z Marysią". Albo: "Taki byłem wtedy piękny i młody, nie to co teraz". I tak w kółko. Człowiek jest wtedy tak zajęty rozpamiętywaniem, że teraźniejszość przechodzi mu koło nosa.

irena kwiatkowska.


kartka
LIFE IS SHORT

EAT DESSERT FIRST.

postawilam sobie na biurku.
środa, 02 marca 2011
czy jestesmy juz starymi drzewami?

odkad tu mieszkamy czyli 8 lat ciagle tylko mysle, ze lazienka za mala, ze pokoj za maly, ze korytarz za maly.
znalazlam piekny dom. dokladnie dwa razy wiekszy niz nasz. i nad jeziorem. siedzimy i sie zastanawiamy jak to by bylo. malina mialaby wlasna lazienke, pokoj wielkosci terazniejszego salonu, wlasny balkonik. my salon kapielowy, saune, kuchnie wielkosci salonu. i nagle jakos nam sie tego domu odechcialo? bo jest nas tylko troje i musimy sie trzymac razem a nie szukac po katach. nagle zal mi sie zrobilo porankow kiedy stoje pod prysznicem a malina robi poranne siku i boi sie ze ja poleje woda. i tak przeciez ciagle siedzimy ciagle przy wielkim stole. tu sie odrabia lekcje, je kolacje w trojke albo nawet w osiem osob, tu pracuje, tu gramy w monopoly... dziwne. dziwne. nagle zrobilo mi sie tego wszystkiego zal. tej ciasnoty?
bylam dzis na sniadaniu z przyjaciolka. przechodza z mezem dokladnie taka sama sytuacje: latami szukali wiekszego, pieknego domu i kiedy w koncu znalezli zrobilo im sie smutno na mysl, ze beda musieli sie wyprowadzic ze swojego malego, lylowego domku obrosnietego starymi rozami...
pilysmy kawe siedzac na kamiennej podgrzewanej lawie. starzejemy sie? troszke. kupilysmy malinie gumowe stworki. male okropienstwa. i nawet jesli sie starzejemy to jakos pogodnie. przynajmniej dzis.




juz za pare dni, za dni pare...

tak bym chciala zeby malina czytala dzieci z bullerby, jima knopfa i kubusia puchatka. niestety hexe lili i detektyw sventon to jej ulubione postacie. a niech czyta co chce byleby czytala. kupilam wiec nowa hexe lili ze zdjeciami z filmu i obiecalam, ze jak przeczyta to pojdziemy do kina. blok i kredki i kolorowe gumki w ksztalcie zwierzatek - to wszystko co malina zabiera na 10 dni do chaty. w sobote wyruszamy raniutko. bagaz minimalny, bo pokoiki tycie i na gore trzeba wjechac juz w nartach. zabieram szydelko i wloczke na spodnice dla maliny i ksiazke. juz sie ciesze na to zminimalizowane zycie i zredukowana ilosc zadan: wstac, umyc sie, sniadanie, narty do 16:00, gorace co nie co, prysznic, kilka stron ksiazki, kolacja, krotki spacer i liczenie gwiazd, nierowna walka ze snem, sen.

jeszcze tylko trzy dni pelne turbulencji.


Archiwum