wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 23 marca 2012
ptaszki, igraszki.
w tamtym roku powiesilismy na lipie domek dla ptaszkow. maz wymalowal go na bialo - bordowo. prawdziwa willa, ale nikt sie nie skusil, bo pewnie pachniala farba i czlowiekiem. a dzis? na maciupkim drazku porzed wejsciowa dziurka usiadla sikoreczka. siedzi, siedzi, wierci sie. wklada glowe do dziurki i wyjmuje i w koncu rozumiem blad w kosntrukcji: dziurka jest za mala! kupilismy domek w sklepie ogrodniczym i myslalam, ze tam wiedza jakie dziurki wiercic.
sikorka pokrecila sie, pokrecila a w koncu z impetem wcisnela w dziurke i wyladowala w domku. ale sie zestresowalam, bylam pewna, ze nie wyjdzie, bo ciagle wystawiala glowke ale nie wylazila. przylecial drugi ptaszek, usiadl na drazku i chyba cos uzgadniali, bo zaraz odlecial a sikorka ze srodka za nim. ufff, nie musze jej wyciagac sila przez dach!
i tak pol godziny wlatywali i wylatywali na przemian i juz myslalam, ze podjeli decyzje, kiedy na galezi obok domku przysiadla olbrzymia, dystyngowana, cala na czarno-bialo sroka. sikorki pokrecily sie jeszcze troche wokol drzewa i zwialy.

mam nadzieje ze wroca.

az mi sie nie chce wyprowadzac, tak tu nagle ladnie.

czwartek, 22 marca 2012
malinowe trudne pytania

malina przy kolacji:
 - a. zapytala dlaczego hitler zburzyl te blizniacze wieze w usa dziewiatego wrzesnia. ale ja nie wiem...


malinowy pasterz

malina ma napisac zdanie o pewnym serze, ktory jest przysmakiem pasterzy. jestem akurat w trakcie plodzenia waznego maila po angielsku. slowo pasterz przychodzi mi do glowy po angielsku, ale za nic nie moge sbie przypomniec po niemiecku. mysle, wiec, ze jak powiem polsku to malina zna niemieckie tlumaczenie, ale... za nic nie chce mi wpasc slowo "pasterz" po polsku:
 - no wiesz... taki czlowiek ktory sie opiekuje owcami, kozami...
 - koziorozec!!!


środa, 21 marca 2012
moje zycie zawodowe. aktualnie. i mam nadzieje: przejsciowo.





malinowy falstart.
malina dzis byla na mszy i wszystkie dzieci z jej grupy przyjmowaly komunie, bo tydzien temu byly u spowiedzi.
w ogole nie bylam na to przygotowana na taka ewentualnosc
bo my to moglismy isc do komuniii dopiero po PIERWSZEJ komunii.
malina jest jeszcze nie ochrzczona, wiec sie nie spowiadala ze wszystkimi i ma sie wyspowiadac po chrzcie, wiec w sumie nie powinna isc do komunii. nie mowilam jej o tym, bo nie sadzilam ze dzieci pojda do komunii.
poszla.
i co teraz?
wtorek, 20 marca 2012
subtelna roznica.
malina siedziala na plocie i kiwala nozka. nowa sasiadka, matka trzech chlopakow kiwala z kolei glowa:
 - nudzi ci sie co?
 - nie. - malina kreci glowa.
sasiadka nie daje za wygrana:
 - u nas same chlopaki niestety.
 - wiem - odpowiada malina, a ja sie nie wtracam, bo obcinam roze wokol nowego domu - chodze z ch. do klasy.
ch. jest najmlodszym synem zza plotu i malina poznala go na probnym dniu w nowej szkole..
 - a!!!! no wlansie. wy jestescie w jednej klasie! to przeciez pewnie poznalas tez c.?!
 - tak.
sasiadka lapie za telefon i dzwoni do rodzicow c. maja przyjechac to dostana ciasto i kawe. wlasnei jest potrzebna jakas dziewczynka do zabawy. tu siedzi malina (ta nowa z klasy) i sie nudzi.
po 15 minutach na rowerach przyjedza rodzina. c. w wieku maliny, jej straszy brat i rodzice. rzucamy sekatory i idziemy na ciasto do nowych sasiadow. uradkiem podgladam maline. sasiedzi maja piekny dom na drzewie. chlopaki namawiaja ja zeby weszla i natychmiast odsuwaja drabine. juz mam sie rzucic na pomoc, ale malina smieje sie i zlazi z drzewa jak wiewiorka. kupila towarzystwo. jest "swoja". trzy godziny latania od ogrodu do ogrodu, po drzewach, po krzakach, po linie, grania w kometke, bujania sie na hamaku z przekretem i chowania po katach. serce mi rosnie i widze szczesliwego meza. niby zajada sie ciastem, gada o kafelkach do piwnicy a tez zezuje na maline jak nam sie pojawi na horyzoncie.
tu malina tez ma fajne kolezanki, tez sa mili rodzice i piekne ogrody, ale jest cos czego nie umiem nazwac a jednak jest inne. jedyne slowo, ktore przychodzi mi do glowy jest: "uprzejmosc".
niby nic a jednak wielka roznica.




poniedziałek, 19 marca 2012
dzieci bawia sie w strzelanine.

kiedy tylko moge jezdze pociagiem. ostatnio siedzialam w przedziale ze stolikiem. 4 miejsca. ja i tata z dwoma synkami. w ciagu 15 minut wyczerpal sie repertuar pt: "jemy", potem pt: "czytamy" i pt: gramy w karty. chlopcy wyciagneli dwa woreczki z playmobil. same figurki z gwiezdnych wojen i tak przez dobra godzine strzelali do siebie, walczyli mini-mieczami, podjezdzali mini czolgami i strzelali do zolnierzykow, do siebie nawzajem, do taty, do koni, ktore mijalismy pociagiem...
tatus rozesmial sie do mnie porozumiewawczo. nie od-usmiechnelam sie. za to wsrod innych sasiadow tata zebral wyrazy sympatii: kiwniecia glowami, usmiechy, rozczulone spojrzenie siedzacej niedaleko babci. jakie slodkie chlopaki.
i tak sobie pomyslalam... a gdyby tak wyciagneli lego z figurkami na przyklad letnich turystow na plazy. pamietam ze jest taki playmobil z basenem na przyklad. i zamiast strzelaniny bawili sie w wodne igraszki przechodzace w seks, gdyby zamiast odglosow strzelaniny, nasladowali szczytowanie?

pewnie by ich wyrzucono z przedzialu.

przyzwolenie na zabijanie. juz dla 4 latkow.

swiat nie ma szans.

malina naukowiec.
akurat dzis w malinowej szkole zaczyna sie tydzien - projekt: jestesmy przeciwko rasizmowi. kazde dziecko mialo przyniesc ksiazke w jezyku niemieckim ale z innego kraju. malina zabrala janosza czesc o tygrysku jak byl chory, po polsku i po niemiecku. janosz urodzil sie na slasku a studiowal w monachium i stoi na granicy obu kultur. odbieram dzis bardzo z siebie zadowolona maline.
pol dnia malina miala cos do opowiedzenia. opowiadala o:
 - berlinie, gdzie urodzil sie jej tata (on tam tylko kilka lat mieszkal, ale malinie sie pomieszalo) i mieszkal po... polnocnej stronie muru. ateraz tam sa resztki muru na pamiatke tego okropnego podzialu

 - meksyku, gdzie sie je pyszne nalesniki z miesem i awokado, nosi wielkie okragle kapelusze i ktory lezy w poludniowej ameryce, pani poprawila, ze chodzi o polnocna ameryke i malina z uprzejmosci sie nie klocila, ale zapyta tatusia, bo tatus tam byl to wie najlepiej.

 - ukrainie o ktorej malina moze zaspiewac piosenke. piosenke? jaka?! malina wyskakuje na srodek klasy:
 - wina, wina, wina dajcie
a jak umre pochowajcie
na zielonej UKRAINIE
przy kochanej mej dziewczynie...
a ze klasa zachwycona znajomoscia jezykow obcych u maliny (nikt nie zauwaza, ze to po polsku) zaczyn klaskac do taktu, malina wyspiewuje wszystkie zapamietane zwrotki.

 - warszawie

  - irlandii

 i ogolnie wychodzi na kosmopolitke. zachwycona dodaje, ze pani pokazala obrazek artysty, ktorego natchmiast malina zidentyfikowala jako leonarda da vinci, bo tez mial czerwony kaftan, ale pani poprawila ja ze to lew tolstoj. i nie malarz a pisarz.
 - ojjj... to bylo dzis ciekawie... mowilismy o tylu roznych krajach i to takie rzeczy, ze to byla prawdziwa biologia!
 - biologia??? - dziwie sie.
 - tak! no wlasnie! taki przedmiot ktorego jeszcze nie ma w trzeciej klasie, ale mowilismy nawet o potrawach, rzekach, stolicach i szukalismy tego na mapie, wiec ja wiem, ze to jest biologia!



piskleta.
co te ptaki wyprawiaja. no szaleja! w dlugim na na 30 m zywoplocie buduja gniazda. znowsza tam jakies torby foliowe, jakies skrawki materialu, mech, suche kwiaty, liscie. kolo plotu sterczy jeszcze zeszloroczna trawa o wysokosci 1.5 metra. dzis rano jeden z kosow wpadl na pomysl, ze taka trawa to swietny material na gniazdo. boze co on sie nameczyl z ta trawa. ciagnal, tarmosil, w prawo, w lewo. odlatywal, wracal, znow tarmosil. usiadlysmy z malina przy sniadaniu tak, zeby miec widok przez okno i pekalysmy ze smiechu. malo sie do szkoly nie spoznila! co roku obserwujemy te ptaki, te gniazda, wsluchujemy sie w piski pisklakow.
nie wiem jak jej powiedziec, ze akurat jak w tych gniazdach wylegna sie ptaszki, zywoplot bedzie zrownany z ziemia. 4-6 gniazd z pisklaczkami.
ale jak tu zalowac ptakow, jak trzeba zalowac dzieci ktore poszly dzis rano do szkoly a na dziedzincu ktos je zastrzelil. ot tak. i uciekl.



czwartek, 15 marca 2012
malinowy probny dzien.
malina musiala wczoraj wstac o bladym swicie. do szkoly godzina drogi autostrada. za poltora miesiaca beda to trzy-cztery minutki spacerem wzdluz jeziora, ale teraz mamy daleko, dzieci zaczynaja o 7:45 a maz obawiajac sie jakichs korkow i innych przeciwnosci losu celowal na 7:30. wstalam wczesniej i jak prawdziwa matka polka zalozylam dziecku (9-cioletniemu!) rajstopki, zapielam bluzeczke, splotlam warkoczyki. uczennica jak malowana. malina zadowolona z takiego porannego serwisu, ochoczo wskoczyla do samochodu, podobno po drodze spiewala francuskie piosenki (w malinowym francuskim jezyku tylko troche podobnym do prawdziwego:-), zjadla sniadanie i dopiero przed szkola troche zamilkla, bo jednak udzielilo sie jej przejete milczenie taty.
popoludniu odebralam maline ja. nie od razu udalo mi sie ja "przejac", bo malina wylewnie zegnala sie z kilkoma dziewczynkami i dopiero potem rozesmiana od ucha do ucha doslownie przyskakala do mnie. wyjezdzamy z parkingu, chcemy podjechac jeszcze do nowego domu i zobaczyc czy wciaz stoi:-) po drodze zatrzymuje sie jeszcze dwa razy, bo albo malina macha albo nowa kolezanka na rowerze macha, ze malo z roweru nie spadnie. mieszka od naszego nowego domu jakies 500 metrow, czyli juz pierwsza znajoma sasiadka! wkradamy sie do naszego ogrodu. kolo bramy przebiega nasz maly sasiad zza plotu. malina leci go obejrzec. okazuje sie, ze chodza do tej samej klasy.
w szkole malinie pododbala sie sliczna klasa, fajne kolezanki, pani ktora strasznie serdecznie obchodzi sie ze swoimi uczniami a jak zaczelo byc w klasie glosno to nie krzyczala tylko jak nie gwizdne na palcach! az w uszach swidrowalo! malina wniebowzieta, bo gwizdanie na palcach bardzo jej imponuje no i pani ma fale blond lokow, jest drobna i szczupla jak prawdziwa ksiezniczka. klasa wiedziala juz od dwoch dni, ze malina "ta nowa" przyjedzie na probny dzien w srode i od rana wszyscy sie nia zajmowali, zaprowadzili ja do szatni, do lazienki, pokazali malutka aule, oprowadzili po dziedzincu. wszyscy sie przedstawili a malina opowiedziala o sobie. miasteczko (wies?) w ktorym bedziemy mieszkac ma partnera miasteczko we francji i w ... polsce! co roku przyjezdza wiec mala delegacja dzieci z polski i dzieci z francji. pani zapytala czy malina umie po polsku i czy wspomoze 4to klasistow w tych dniach (bedzie to w maju) chociaz sama jest jeszcze w 3ciej klasie. pani od angielskiego zachwycona byla maliny slownictwem i w ogole wszyscy starali sie dac jej do zrozumienia, ze szkola jest fajna i ze jest tam chetnie widziana. a juz najbardziej zaskoczylo maline, ze takze chlopcy wypytywali sie o rozne rzeczy i... milo sie z nia pozegnali. to bylo pierwsze co malina opowiedziala i bardzo mnie to ucieszylo. brak uprzejmosci wsrod dzieci w naszej okolicy i fakt, ze w integracyjnej szkole wiele dzieci pochodzi ze srodowisk w ktorych juz malym dziewczynkom daje sie do zrozumienia, ze nie sa tak wartosciowe jak chlopcy martwil mnie w terazniejszej szkole i ciesze sie, ze stad odchodzimy.
znow godzina w samochodzie do domu, piosenki tym razem ze szkolnego repertuaru a w domu z maliny zeszly emocje i przy pierwszym zadaniu z gramatyki... poplakala sie. pani z naszej szkoly przeslala mi mailem zadanie domowe dodajac, ze malina ma za soba pewnie emocjonalny dzien i jesli nie ma sily nie musi odrabiac pracy domowej, ale malina chciala. okazalo sie jednak, ze to nie na jej nerwy. poszlysmy na spacer i dopiero potem w spokoju wszystko zrobila jak nalezy. o 8 spala juz snem glebokim.


wtorek, 13 marca 2012
malinowa polszczyzna

krotko przed wyprowadzka malina znalazla przyjaciolke na smierc i zycie. nawet wazniejsza niz a. odwiedzaja sie, dzwonia, spiewaja wspolne piosenki, wspolnie wychodza ze szkoly smiejac sie wnieboglosy. dzis malina szybko odrobila lekcje i poleciala odwiedzic ch. mialam ja odebrac za dwie godziny ale wlasnie do mnie zadzwonila i pyta po polsku:
 - mamusiu, chcę się zapytać czy mogę u nich pojeść kolację, bo oni wlasnie ją i mnie zaprosili.
pomyslalam, ze jak
ją, to niech malina tez troche ję i ze odbiore ja pozniej i pozwolilam.



malinowe pozegnania

telefon z hortu. w piatek chca wyprawic malinie pozegnaniei co ja na to. a ja spontanicznie, ze to przeciez jeszcze tyle czasu.
 - no jeszcze dwa tygodnie a potem ferie...
 - o boze, rzeczywiscie...
prawie mnie zmrozilo. to juz. tuz. tuz. na piatek zamowilam trzy torty. bezdie pozegnalana balanga. pan dyrektor jeszcze raz wyrazil zal, ze malina sie przeprowadza, ale dodal, ze ani przez chwile nie martwi sie jak malina da sobie rade w nowym miejscu:
 - ona ma tak pozytywne nastawienie do swiata, ze wszedzie sie szybko zaklimatyzuje i zintegruje.

wlasnie sobie uswiadomilam jak malo czasu zostalo. troche mna tapnelo. mysle, ze malina tez jeszcze tego nie czuje. jutro ma probny dzien w nowej szkole.




poniedziałek, 12 marca 2012
malinowa babcia.
po roku i trzech miesiacach przyjechala do nas z wizyta moja mama. przez ten caly czas nie odzywala sie do nas i gdybym - jak przez 44 lata ciaglych klotni - nie wyciagala co miesiac reki na zgode, pewnie by juz do nas nigdy nie zadzwonila i nie przyjechala. taki charakter, mentalnosc, wscieklosc na caly swiat. mimo mojej - tradycyjnej juz - prosby zeby nie prala niczego i nie prasowala, natychmiast udala sie do piwnicy, uprala wszystko jak tylko wyszlam z domu i uprasowala. dzieki temu jak zwykle kilka jedwabnych koszulek zmniejszylo sie o dobre dwa-trzy numery, kilka aplikacji rozmazalo na zelazku a biale ozdoby w majtkach sa rozowe. chyba jestem juz bardzo dorosla, bo udalo mi sie to zignorowac a maz wsparl mnie jak zwykle:
 - daj spokoj. nie bedziesz sie przeciez klocic o majtki.
no nie bede. jakos przetrawilam. przez caly czas moja mama chodzila jak na tranzystorkach i uzywala wszelkich znanych sztuczek, zeby mnie sporowokowac, ale ja mam akurat stres w pracy, wiec ja ignorowalam az doszlo do maliny i tu moja cierpliwosc osiagnela zenit, czara sie przepelnila, szala przewazyla i odwazylam sie zwrocic delikatnie uwage ze juz dwa razy ja prosilam, zeby nie mowila malinie, ze matematyka jest trudna.
 - ale czemu mam nie mowic prawdy? trudna jest! za trudna na trzecia klase! - wybuchla moja mama.
 - jaka by nie byla, malina swietnie daje sobie rade, a ze nie jest to jej ulubiony przedmiot to raczej trzeba ja wspierac zamiast wmawiac, ze zadania sa "nie do rozwiazania!!
klade maline do lozka a ona ze lzami w oczach po raz pierwszy w zyciu prosi:
 - mamusiu, moze nie pojde jutro do szkoly?
 - a czemu?
 - bo jutro moze byc test z matematyki a ja nic nie rozumiem, te zadania sa za trudne i babcia powiedziala, ze jestem za glupia na to... mysle, ze dostane zla ocene, wiec lepiej nie pojde.
zebralam sie w sobie, zaglaskalam dziecko do snu, tlumaczac, ze przeciez wszystkie prace domowe swietnie rozwiazala i ze nie ma sie czego bac.
babcia nie odzywala sie do mnie caly weekend, wykrzyczala tylko, ze flaki sobie dla mnie cale zycie wypruwa, pierze, prasuje i gdyby nie ona to ten dom tu wygladalby jak chlew!!! (jak przyjechala to do prania bylo tylko pol kosza rzeczy specjalnie zebranych do delikatnego prania) i wyjechala. i tym razem malina - dotad zapatrzona w babcie jak swietosc - powiedziala, ze jak pojedziemy na chrzest do polski, to chce mieszkac z nami w hotelu. wiecej nic. ale to jest bardzo, bardzo wiele. to ja juz nic nie musze mowic. ona to juz sama wie.


niedziela, 11 marca 2012
bialo i rozowo.
kiecka do chrztu jest. bladorozowa. kiecka do komunii jest. biala. pani w salonie sukni slubnych biegala dookola maliny jak wesola pszczolka i nie mogla wyjsc z zachwytu, ze ktos sie tak moze cieszyc z sukienki. a malina cala w pąsach skladala tylko raczki w zachwycie na swoj widok w lustrze. potem dostala lizaka czekoladowego a ja poszlam placic. suknie zostaly zapakowane w jedwabiste, olbrzymie, biale torby-futeraly a malina ubierala sie znow w spodnie i kurtke. patrzy na mnie jak niose te olbrzymie torbiszcza i kierujemy sie do wyjscia. malinie robia sie oczy jak spodki:
 - czy ty te sukienki k u p i l a s???!!!
 - oczywiscie. myslisz, ze po co tu przyjechalysmy?
 - myslalm, ze tak sobie ogladamy. ja nie wierze, ze je kupilas!!!! n a p r a w d e kupilas?
 - tak.
 - o boze...!
i malinie splywaja lzy po policzkach wielkie jak groch.
 - jeszcze nigdy nie mialam czegos tak pieknego...
prowadze oszolomione dziecko do samochodu. dzwonimy do tatusia:
 - mama kupila mi takie piekne sukienki, ze nawet ladniejsze niz mamusi slubna suknia!!!! - krzyczy malina w eter. a prosze nie zapominac, ze przez ostatnie 9 lat (cale swoje zycie) malina uwazala, ze najpiekniejsza sukienka na swiecie jest moja slubna kiecka. wlasnie to sie zmienilo...
jedziemy. cisza. cisza. cisza. i skruszone:
 - mamusiu... nie martw sie. twoja suknie slubna jest piekna. tylko ze moja do komunii troszeczke ladniejsza... dobrze?
 - dobrze.




piątek, 02 marca 2012
reklamacja

z tymi kciukami, kochane, to niestety lipa. wlasnie wszystko runelo w gruzach. mam obity tylek i zakrwawiony nos a wymarzony projekt - jesli nagle mnie nie olsni jakas genialna idea - odplynie jak zdechla rybka w spluczce.


czwartek, 01 marca 2012
jestem silna, jestem silna, jestem...


od trzech dni nie jem slodyczy. niestety moja zgoda na taka jaka jestem, zbawienny spokoj, ktory splywa na kobiete po 40-stce sprawily, ze jem slodycze, popijane kawa w zasadzie bez zastnowienia i bez limitow. taki styl zycia natychmiast daje o sobie znac niedopinajacymi sie spodniami narciarskimi, grubawymi kolanami, ktorych nagle juz nie mozna pokazywac i ramionami, ktorych nie odkrywam tak jak kiedys. ale no bez przesady. przeciez jak troche dam sobie spokoj ze slodkim, to wszystko jest jeszcze do uratowania!
taka silna wkroczylam do biura, rozlozylam manatki, dostaje pyszna kawe i... nasza sekretarka w podskokach dumnie oznajmia:
 - kochana, zamowilam specjalna porcje hanuty dla ciebie, bo tak lubisz na sniadanie!!! cala szuflada pelna!!! hm?
 - kochana - odpowiadam z grobowa mina - ja wlasnie od wczoraj postanowilam, ze hanuta smierdzi, nie smakuje i w ogole jest obrzydliwa.

a  teraz zamiast w spokoju pracowac walcze ze soba, zeby nie wstac i nie spalaszowac calego pudelka razem z papierkiem!


Archiwum