wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
niedziela, 31 marca 2013
wesolego i smacznego!

 

zrobilam pierwszy w zyciu mazurek. i zaraz za jednym zamachem drugi w zyciu mazurek. sa dwa. malina pofarbowala marcepan na zielono i rozowo i ulepila sliczne roze, do tego bazie z migdalow i juz. co sie poparzylam przy gotowaniu masy kajmakowej to moje, ale potem maz wylizujacy garnuszek to najpiekniejszy widok tych swiat. teraz siedze sobie przy piwku (bezalkoholowym), jajka podskakuja w cebuli, rodzina spi i jest pieknie.

wesolych swiat wszystkim zagladajacym. kochane, przez to, ze te swieta takie biale, jakby repetycja bozego narodzenia i sylwestra, to jakos jest luzniej niz zwykle i jakos wesolo. wiec alleluja wam wszystkim i dosiego jajka!!! znaczy... smacznego oczywiscie! jajka!!!

 



 

zamiast zoltych kurczaczkow, malina ulepila zolte swinki. taka wielkanocna improwizacja na temat sylwestra.

 

wtorek, 26 marca 2013
abstynecja lekiem na cale zlo?

 

zrobilismy sobie dni milosci dla wlasnej watroby. podobno watroba dla calkowitej odnowy potrzebuje 4 tygodni. niestety juz w drugim tygodniu okazalo sie, ze wcale nie jest nam latwo zrezygnowac z alkoholu. wieczorami gadajac, czytajac, siedzac w ogrodku albo w kuchni albo na tarasie trzymamy kieliszek wina i nagle brakuje tego rekwizytu jak pewnie palaczom papierosa. i wlasnie to, ze nie nie bylo latwo troche mnie zaniepokoilo i tak trwam bezalkoholowo juz trzeci miesiac. bez problemu. i maz tez. ale ku mojemu zdziwieniu nikt nie jest z nas zadowolony. tesc zrobil nam wyklad o zdrowym czerwonym winie, tesciowa przy kazdym telefonie ironicznie pyta czy my zwariowalismy i traktuje to jakby to byl jakis absurdalny eksperyment, dziwactwo. znajomi zartuja od razu i kpia. dziwne, bo przeciez niepicie alkoholu jest jednoznacznie pozytywne i zdrowe. tylko moj szef, ktory jak co roku celebrowal luty miesiacem abstynenta (przed laty wybral sobie luty, bo jest krotki!!!) pyta wciaz z podziwiem, czy jak tak wciaz... ale reszcie wyraznie sie nie podobamy.

piątek, 22 marca 2013
ja mijam, ty mijasz, on mija. mijamy...

 

w kwietniu mija 19 lat od naszego slubu. rozne rzeczy moge opowiedziec o moim mezu, jedno jest pewne: moj maz nie lubi deko. nie i juz.

na boze narodzenie lubi snieg, na wielkanoc cieszy sie przebisniegami w ogrodzie. ale bombki na choince i bazie w dzbanku "polubil" dla mnie i dla maliny, bo lubi jak my cos lubimy. tak wiec sms, ktory wlasnie dostalam przeczytalam dwa razy, bo nie wierzylam wlasnym oczom: pomalujmy w weeknd jajka!

mysle, ze jemu tez dziwnie sie robi jak malina zgrabnie tlumaczy jak funkcjonuje barometr. trzeba lapac te ostatnie momenty.

czwartek, 21 marca 2013
salve mater malinus

 

punktualnie o 16:00 w grupie rodzicow czekamy na dzieci, ktore maja za soba probny dzien w gimnazjum. jest ich duzo, podzielone zostaly na trzy grupy. razem z innymi rodzicami nie mozemy doczekac sie wyrazu twarzy. bylo fajnie? bylo kiepsko? jak bylo?

o! wybiegaja jakies dzieci. razem ze swiezo poznanym tata krecimy glowami:

 - nie. to nie nasze. za duze. to pewnie jakas 5 czy 6 klasa.

ale oto w tej grupce widze znana czapencje: malina. no taka duza, ze opada mi szczeka.

 - salve mater! salve pater! - wola a w drodze do domu recytuje lacinskie nazwy czesci domu, ciala, rodziny. o 7 wieczorem pada do lozka i zasypia w 5 minut. szkola podoba jej sie bardzo. mezowi tez. a ja jak zawsze sceptyczna.

 

wtorek, 19 marca 2013
malinowe pojecie na temat sasiadow.

 

pokaslujaca od dwoch tygodni malina idzie z tatusiem do lekarza. wraca. pytam o wrazenia, bo to nowy lekarz.

 - bardzo mily, dokladnie mnie zbadal. mysle, ze jest cudzoziemcem, bo mowi z akcentem.

 - a jakim akcentem?

 - nie wiem.

 - no jak to nie wiesz? z polskim, z angielskim, francuskim?...

 - no nie wiem, ale mysle, ze on jest czechem, bo wyglada jak czech.

aha?

  - czyli jak wyglada?

  - no jak czech. jest maly. blondyn. ma male uszy tak dziwnie odstajace. w sumie nie odstajace, tylko u gory zawiniete troche do przodu. tak. mysle, ze jest czechem.

 

 

poniedziałek, 18 marca 2013
znow:

 

wchodze dzis do ksiegarni. dzial ksiazek dla dzieci podzielony jest bardzo szczegolowo. stoje przed ksiazkami dla 10 latkow. podchodzi mila pani, chce pomoc. moja corka w 4 klasie ma po feriach wielkanocnych zajecia o zyciu seksualnym i chcialabym zeby sobie poczytala w czasie ferii a ja cos tam dopowiem albo wytlumacze. pani podaje mi ksiazke. dokladne rysunki lechtaczki, ktora nazywana jest guziczkiem szczescia, bo przyjemnie ja lachotac, ksiazka roi sie od opisow, ze na przyklad koboeta pobudzoina seksulanie robi sie wilgotna i to jest znak, ze ma ochote na seks, kondomy na bananach, potem na dokladnie wymalowanym praciu... pani tlumaczy, ze wprawdzie ksiazka lezy wsrod tych ktore poleca sie 10-latkom (obok: jezdziec smokow, hanni i nanni), ale skoro moja corka jest w 4 klasie to moze przejsc lepiej do dzialu dla 11-12latkow. ok. przechodze. i tu mam wiekszy wybor: jak sie dobrze bawic seksem, jak wesolo przezywac seks, seks homoseksualny jest fajny, bo nie mozna zajsc w ciaze, tabletki, smakowe kondomy, lachotanie guziczka jako sposob na rozladowanie stresu, niechciana ciaza. odkladam kolejne ksiazki.

nie kupuje nic. jestem wsciekla, ze kolejny raz odczuwam bardzo wyraznie, ze panstwo bawi sie mna jak zabawka i ze jestem bezsilna. przypomina mi sie, ze lata temu przed matura na wychowaniu obywatelskim uczylam sie, ze panstwo jest narzedziem nacisku. wtedy mialo to dla wszystkich zupelnie inne znaczenie. panstwo mi mowi, kiedy moje dziecko ma isc do szkoly, ile lat potrzebuje do matury, panstwo zabiera mi 50%mojej pensji i jednoczesnie decyduje od kiedy moja corka ma wiedziec, ze kobieta musi byc wilgotna, zeby z przyjemnoscia uprawiac seks. dlaczego sfera intymna nie moze pozostac sfera intymna? dlaczego rodzicom zabiera sie prawo do decydowania, kiedy moje dziecko jest gotowe na ogolne wiadomosci a kiedy na szczegoly?

 

malina znow troche starsza.

 

 

zakupy wiosenne: majty, koszulki, rajstopy, jeansy, niebieski szal, dwie pary spodni obcietych do dlugosci szortow i do noszenia z rajstopami. w torbie mamy: czarn, szarosci, khaki, kilka cekinow, kilka krysztalkow i obwodek w kolorach neonowych i biel. tylko jedne lylowe rajstopy - i to by bylo na tyle. rozowo-lylowa era dobiegla konca. wszystkie ciuchy na 152.

tydzien temu zalozylam malinowe konto mailowe i malina koresponduje z kim sie da.

taki smieszny czas. z jednej strony widzi, ze wydano nowa czesc peterssona i findusa i koniecznie chce ja miec a z drugiej strony oglada wszystkie mozliwe harlem shakes.

w ksiegarni wzielam do reki ksiazke o wychowaniu seksualnym i odlozylam ja na polke. bardzo bym chciala tez dorosnac, zeby dotrzymywac kroku wlasnemu dziecku. ale jakos nie moge.

 

czwartek, 07 marca 2013
malina zaklamrowana

 

od dzis malina ma klamre na swoje wiewiorcze zabki. nie wiem jak to sie dentystom udalo, ale sprawili, ze klamra jest cool. pamietam, ze jak bylam mala to sie kazdy klamry wstydzil, byla droga, niepopularna i brzydka. teraz tez jest brzydka, ale kazdy chce ja miec. malina zaznaczyla sobie 7 marca w kalendarzu i tak sie nie mogla doczekac, ze tatus zadzwonil i zapytal czy moga wczesniej przyjechac. przez rok malina bezdie ja nosic noca i na przyklad w czasie odrabiania lekscji,potem przez rok bedzie nosci stala klamre i potem zabki maja byc rowniutkie jak perelki na sznureczku. klamra . jak na maline przystalo - jest malinowo blekitna. w slicznym zielonym pudeleczku. malina zalozyla ja od razu i teraz nie moge sie skupic na pracy, bo siedzi obok, odrabia lekcje i mlaszcze bez przerwy. plask, plask, plask...

 

malina zmanipulowana

 

niewatpliwie moje dziecko jest wynikiem jakiejs genetycznej manipulacji. ja i maz nie lubilismy szkoly nigdy. maz skonczyl studia bo go koledzy ciagneli za uszy a ja dzieki osobistemu urokowi. natomiast malina chce sie uczyc. normalnie ciagnie ja do nauki i mnie to cieszy oczywiscie, ale nie rozumiem przyczyny.

przy sniadaniu opowiadamy o szkole w ktorej bylismy wczoraj wieczorem. piekna szkola polozona nad samym jeziorem, od poczatku duzo angielskiego, teatr, wymiana ze szkola w australii (oczywiscie nigdy w zyciu nie zgodze sie na wyjazd do australii na trzy tygodnie!:-) niedaleko mamy austrie i tez jest ladnie!), dojazd kolejka 9 min.

tak porownujemy przy sniadaniu obie szkoly. na przyklad w klasztornej szkole ma od poczatku lacine (50 slowek na tydzien) i tylko 3 godziny angielskiego a francuski dopiero w za dwa lata a w tej moze od poczatku 5 godzin angielskiego i francuski tez od poczatku i bez laciny (jezu, co ja sie nameczylam z lacina na studiach), ale malina nie jest zadowolona. francuski moze sobie sama cwiczyc nawet od teraz (cwicz, dziecko, cwicz!) a z laciny nie chce zrezygnowac, bo od zawsze (sic!) chciala sie uczyc laciny. no dobrze.

jakas jestem spokojniejsza. szkola wczorajsza podoba mi sie bardzo, szkola klasztorna jest swietna (skoro tylko mnie sie nie podoba tak bardzo, to musi cos w tym byc, prawda?), wiec cokolwiek sie stanie, to bedzie dobry wybor.

za oknem swieci slonce jak wariat, snieg topnieje a ogrod zazolcil sie jakimis wiosennymi zoltymi kwiatkami. prawdziwy zolty dywan. jezu jak pieknie!

 

środa, 06 marca 2013
dlaczego nie?

najpierw czekalismy troche, bo przyjechalismy za wczesnie. na przestronnych korytarzach mijaly nas dzieci (nastolatki) w roznym wieku. jakies takie spokojne, zadowolone z zycia i kazdy (to nas niesamowicie zdumialo) pozdrawial nas i maline. wszyscy ubrani normalnie, z nonszalancja charakterystyczna nastolatkom (cienkie rajstopy i krotkie spodenki, kolorowe pasemka we wlosach, tatuaz, nic z klasztornej surowosci)

spotkanie bylo dosyc dlugie. pan rektor rozmawial glownie z malina. o matematyce, o niemieckim, o tym co lubi robic, jakie ma kolezanki, czy potrafi sobie wyobrazic siedzenie w szkole do 16:40, albo wkuwanie 50 nowych lacinskich slowek co tydzien. malina nas zupelnie oszolomila. raczki zlozyla na stole a dla podkreslenia tego czy innego zdania rozkladala i skladala je w skupieniu, patrzac panu rektorowi glebiej w oczy. na pytanie czy podoba jej sie w szkole podstawowej energicznie pokiwala glowka.

 - to moze wolalabys tam zostac dluzej?

 - tak. oczywiscie. wolalbym. ale nie ma co sie nad tym zastanawiac, bo nie ma takiej mozliwosci. - odpowiada powaznie.

na pytanie jakie ma zajecia dodatkowe wymienila pianino, angielski i sport a za tydzien zaczyna zajecia plastyczne. malina zapisala sie na te zajecia jako jedna z dwoch osob z jej klasy, bo klasa nienawidzi pani prowadzacej zajecia. klasa jest glosna i pani na nich krzyczy, strofuje, stawia zle oceny. prez spotkaniem z rektorem dalam jej tylko jedna rade: staraj sie nie mowic o nikim zle. a malina wchodzi wlasnie na temat tych zajec:

 - od przyszlego czwartku bede miala zajecia plastyczne i bardzo sie na nie ciesze. bedziemy pracowac tylko z naturalnymi materialami, zeby zobaczyc, co sie da stworzyc bez papieru i plasteliny. od nas zapislo sie malo osob i ja tego nie rozumiem!...

no niestety, znam burzliwa nature malinowa, wiec teraz nastapi wyklad o niegrzecznych chlopakach w malinowej klasie, przez ktorych zajecia sa nieprzyjemna, bo pani krzyczy... ale malina konczy wesolo:

 - ..i ja tego nie rozumiem! bo... mnie sie te zajecia bardzo podobaja.

no prosze jak dyplomatycznie.

ten wpis powstaje, zeby wyluszczyc tu moj punkt widzenia i moje: nigdy w zyciu. niestety wszystko, co moge napisac o tej szkole jest pozytywne, wazne, sluszne. i tylko moja natura sie jakos burzy przeciwko grubym murom, cmentarzykowi zmarlych mnichow, wszychobecnemu krzyzowi z jezusem cierpiacym, lekko wilgotnemu klasztornemu zapachowi. moj sprzeciw jest czysto intuicyjny, wszelkie rzeczowe argumenty sa za.

dzis wieczorem jestemy na spotkaniu w trzeciej, ostatniej szkole i bedziemy miec pelen obraz.

wtorek, 05 marca 2013
po spotkaniu z rektorem

malinowa reakcja: cudownie. zadnej innej szkoly nie chce.

 

meza spontaniczna reakcja: swietnie.

 

moja spotaniczna reakcja: nigdy w zyciu.

 

 

co robic?

 

poniedziałek, 04 marca 2013
osiolkowi w zloby dano.

jak mieszkalismy w chatce, to niedaleko mielismy swietne gimnazjum na piechote. teraz mamy trzy szkoly do wyboru, kazda dobra, ale z dojazdem. polowa nasze wsi jezdzi do jednej szoly, druga do drugiej. mala garstka jezdzi do trzeciej, prywatnej, podobno genialnej, ale calodzioennej szkoly. wlasnie z powodu tej calodziennosci, w ogole nie bralismy tej szkoly pod uwage, ale wczoraj pojechalismy ja sobie obejrzec. gimnazjum znajduje sie w benedyktynskim klasztorze i malina wpadla w zachwyt. i teraz to juz w ogole nie wiadomo co robic.

Archiwum