wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
jak mama i tata.
w swoim trzyletnim zyciu malina dostala tyle slonecznych okularow, ze pewnie juz przescignela mnie mimo, ze zyje 10 razy dluzej niz ona. dzieciece okulary maja to do siebie, ze zaraz po zakupie - niewazne czy tanie czy drogie - lamia sie, pekaja, gubia szkielko (plastikowe) albo zwyczajnie gina. jesienia dalam sobie spokoj. przestalam je kupowac. jesli wrzuce te kilka euro do swinki za kazdym razem, kiedy chce kupic malinie okulary przeciwsloneczne, to do osiemnastki zbierze sie na ladne autko! - pomyslalam. udalo mi sie wytrwac pol roku. dzis kupilam okularki, bo malina ma chore oczka. dumna wlozyla je na nos - kiedys nie bardzo wiedziala o co chodzi - i szczesliwa zawolala:
- nareszcie tez mam okulary! JAK WY OBA!!!
niedziela, 29 kwietnia 2007
Mścisław Rostropowicz
moje pierwsze trzy CD to byly:

Barbra Streisand
Kathleen Battle
Mścisław Rostropowicz

smutno mi. ide spac.
dziwnie. i dobrze i zle.
bylismy w jednym z najbadziej kiczowatych i pieknych miejsc na ziemi jakie znam. najpierw mielismy genialne humory. potem maz mial kiepski humor, bo on nie lubi kiczu i turystow. potem malina miala kiepski humor, bo chciala hustac sie na oponie od traktoru a nie chodzic po gorach. na koniec ja pozwolilam sobie miec zly humor, jako komentarz do ich zlych humorow. ostentacyjnie polozylam sie na lawce, wystawila twarz do slonca i odcielam sie od reszty rodziny. potem zaczelo sie takie obopolne marudzenie, ze postanowilismy odwolac nocleg i normalnie wrocic do domu. w milczeniu udalismy sie do samochodu. malina:
- teraz jedziemy do restauracji?
nie, nie, nie. po takim "nie" na wszystko nie ma zadnych restauracji, tylko do domu, kolacja, prysznic i do lozka, moja kochaneczko. malina glosno i ze lzami wyrazala swoje niezadowolenie przez 10 minut. i nagle... nagle poprosila o wytarcie nosa i oznajmila:
- to byla najpiekniejsza wycieczka w moim zyciu. bardzo dziekuje, ze moglam jechac ta kolejka. bylo pieknie, mamusiu.
poczulismy sie jak swinie, ale nie moglismy stracic twarzy, wiec nie zawrocilismy z drogi a malina w siodmym niebie spiewala cala droge niemieckie i polskie piosenki. w przerwach opowiadala, ze jest glodna jak nie wiem. w domu oznajmila, ze nie moze nic jesc, bo ja boli brzuszek. brzuszek potwierdzil to rozwolnieniem i malina zasnela ledwie znalazla sie w lozku. zakroplilam jej jeszcze oczko, ktore lzawi, jest przekrwione i sie lepi. jutro skoro swit do okulisty. taki dziwny, dziwny dzien. raz piekny, raz nerwowy. ciesze, sie , ze mamy jeszcze dwa dni dla siebie.
sobota, 28 kwietnia 2007
pieniony.
malina siedzi w piaskownicy i piecze ciastka. przysiadam sie na trampolinie. malina uprzejmie:
 - co tam prosze pani? chce pani kawusi? zeby sie obudzic?
no pewnie, ze chce. jest piata popoludniu, czas sie obudzic. malina sypie piasek do niebieskiego kubeczka, dolewa wody, pyta:
 - chce pani z mleckiem? ze smietana?
 - poprosze z mlekiem spienionym.
malina dolewa jeszcze wody:
 - to jest kawa z mlekiem. - wrzuca kawalek rozowej kredy - a to jest ten pieniony.
niemiecki cyrk.
na namiocie prowincjonalnego cyrku za rogiem wisi niemiecka flaga. malina, ktora od czasu pilkarskich mistrzostw swiata dokladnie wie jak wyglada flaga niemiecka  dumnie popisuje sie swoja wiedza. co rano musimy przejechac kolo tego namiotu w drodze do przedszkola, w drodze do sklepu, no kilka razy dziennie. i niezmiennie cos malinie wpada do glowy:
 - mamusiu, zobacz cyrk! o! flaga. ten cyrk przyjechal z niemiec!!!!
a dzis:
 - mamusiu, zobaaaaaaacz! niemiecka flaga! czyli wygrali i sie ciesza!!!! ten cyrk wygral!!!!! - wola malina, bo w tamtym roku co niemcy wygrali co jezdzili po ulicy z flagami.
a dzis malina wrocila z cyrku i mowi przejeta:
 - es war sehr langweilig!!! (nudno!!!) - bo jej sie langweilig z lang pomylilo:-)
pytam czy byly wielblady, bo w tamtym roku byly. na to malina tonem znawczyni swiatowych cyrkow:
 - nie. nie bylo. tylko kozy, bo to byl niemiecki cyrk!
 - a lama? miala byc tez lama?
 - nie nie bylo. jedna koza za to byla wieeeeelka!
 - moze to byla lama?
 - nie. koza. bo to byl niemiecki cyrk. widzialam flage.
poczatek dlugiego weekendu.
sa takie dni, kiedy pierwsza minuta - jeszcze zaspana i leniwa - zwastuje juz dobry dzien. a potem dzien przelewa sie z dloni do dloni jak cieply, mieciutki piasek na plazy. od kilku dni obchodzimy sie z malina strasznie uwaznie, strasznie serdecznie i w zwolnionym tempie. niby jak zawsze, ale swiadomiej? rezultaty przewyzszaja nasze marzenia. mam wyrzuty sumienia. moze malina sprowokowala nas do skupienia uwagi na niej? moze ma jej za malo? nagle wszystko jest w porzadku. dzis w polskim przedszkolu pani nie mogla sie jej nachwalic. sara, ulubiona kolezanka z polskiego przedszkola przyniosla specjalnie dla maliny sernik. dowod przyjazni. dzis popludniu malina byla w cyrku (tuz za rogiem, taki malutki cyrkus raczej) razem z sasiadeczka. jak wziely sie za rece kolo furtki tak trzymaly sie przez cale przedstawienie. sielanka pur.

bardzo uwaznie przeczytalam komentarze do mojego poprzedniego wpisu i jestem bardzo wdzieczna za tyle zyczliwych slow i rad. bardzo dziekuje.
czwartek, 26 kwietnia 2007
chodzi o corke nie o matke.
dwie rozmowy z moja mama. jedna gorsza od drugiej. staram sie zebrac wszystkie informacje o zyciu maliny, bo wybieramy sie do pani psycholog. pani jest podobno jedyna, genialna, zaangazowana i jest polka. spisujemy swoje grzechy wobec maliny. pytam mame co sie dzialo jak bylismy w spa? piec dni, po ktorych malina jest nie do poznania. czy to mozliwe, ze musical "pan kleks" zrobil na niej takie wrazenie? ze sni jej sie po nocach? ze sie boi? ze przypominaja sie sie sceny? ze z calej historii malina pamieta tylko jeden motyw jak czarownik chcial zabic pana kleksa, ktory lecial balonem? strzelal do niego i malina tak sie bala, ze schowala sie pod sweter babci? czy moze opowiesci, ze piesek linda zylaa dlugo i byl fajna ale teraz jest w niebie? i ze babcia pojdzie do nieba i co wtedy? niestety. moja mama czuje sie zaatakowana i nie ma zadnej mozliwosci dyskusji. uwaza, ze od 40 lat nie umiem nic poza krytykowaniem jej. prosze zeby skupila sie na malinie. tym razem nie chodzi ani o nia, ani o mnie tylko o maline. bez skutku. opowiadam jej, ze lekarz wczoraj powiedzial, ze agresywnego dziecka nie wolno karac. bo agresja pochodzi ze strachu a kara ten stan jeszcze pogarsza i dziecko staje sie samotne i zranione i staje sie jeszcze bardziej agresywne. trzeba dowiedziec sie czego to dziecko sie boi i to jest trudne, wiec szukam. moja mama powiedziala, ze rozmawiam z jakims glupkiem, bo przeciez maliny nikt nie karze. nie wytrzymalam, bo mnie szlag trafia. ja ja karze regularnie. ciagle jej czegos nie wolno. ciagle ma jakis szlaban. mama prycha drwiaco, wiec odpowiadam. nie krzycze nawet, bo juz jestem na to za stara:
 - nie. nie tne jej skory biczem ze skakanki, zabraniam jej noszenia spodniczki. uwierz mi, ze dla malej dziewczynki to moze byc bardzo bolesna kara.
niestety nie mozemy rozmawiac dalej. moja mama wulgarnie obraza mnie tymi samymi slowami co 30 lat temu, 20 lat temu, 30 lat temu i rzuca sluchawke. pewnie nie porozmawiamy z miesiac albo dwa a potem znow bedzie normalnie.

wieczor czwartkowy a jakby byl piatkowy (taki dobry)
tatus odebral dzis maline z przedszkola. czekam w domu i konspiracyjnym szeptem pytam czy informowal sie jak malina dzis sie zachowywala. tatus wzruszyl ramionami i jak tylko malina poleciala na hustawke dodal:
- nie bede gadal z ta infantylna zastepczynia. jak wroci ich pani, umowimy sie na rozmowe.
i spedzilismy z malina genialne popoludnie i wieczor. wreczylam malinie list, zapakowany w sreberko i wypisany drzaca reka. dostarczyla mi go bardzo przejeta listonoszka, jeszcze pod nieobecnosc mojej corki. zabronilam im kontaktow przez tydzien, bo malina dala jej w nos w poniedzialek i malo nie wybila jej oka. malina oglada liscik, studiuje serduszka i kwiatki. czytam jej tresc:
"droga malino, kocham cie. czy chcesz mnie dowiedzic jutro?" malina natychmiast zasiadla do malowania listu. namalowala siebie i przyjaciolke zza plotu, motyle, kwiatki, serca i slonce. po czym poprosila mnie o napisanie odpowiedzi:
- mamusiu, napisz tak: droga sasiadeczko, tez ci daje te kartke i slonce i motylki i serduszka i kwiatki i tak bedzie dalej szlo!
- jak to szlo? ona cie pyta czy przyjdziesz jutro to musze napisac odpowiedz.
- aha. to napisz: ide!
potem malina wsiadla na trzepaczke i jako listonosz - czarownica poleciala wrzucic list do skrzynki. a potem nie mogla spokojnie jesc kolacji, bo sie denerwowala, ze sasiadka nie znajdzie listu. chciala zebysmy sie podkradli, list wyciagneli i dali bezposrednio. potem byl spacer wieczorny, jak kiedys kiedy maliny na swiecie nie bylo. potem podlewanie ogrodka. potem w lazience malina poprosila zebysmy sprobowaly figure z jogi: "las". miesiac temu pokazywalismy jej jak wrocilismy z naszej jogi w polsce. zawolalysmy tatusia i robilismy "las" w trojke, co jogowo nie ma zupelnie sensu, ale smielismy sie do lez i bylo genialnie. potem muminki do poduszki i opowiadanie co jutro na melodie kotkow dwoch. siedzimy przy stole i mamy jeszcze kilka maili do wyslania. ale jest jakos strasznie dobrze. potem moze uda nam sie zdecydowac czy na ten dlugi weekend pojedziemy nad wolfgangsee, kiczowata, przepiekna turystyczna dziure w autriackie alpy. czy do wenecji ze spaniem w padowie. troche sie boimy, ze na ten sam pomysl wpadlo dzis pol niemiec i ze bedziemy stac w jakichs monstrualnych korkach.

dziekuje za wszelkie slowa otuchy. nie jest zle. jest inaczej niz zwykle. nie tak malinowo. ale to sa wszystko problemy, z ktorymi damy sobie rade. poki jestesmy zdrowi, jest zawsze dobrze. ktos, kogo bardzo lubie jest chory i choc wiem, ze nie ma sie czym martwic, bo bedzie dobrze, to sie troche martwie. bedzie dobrze, ale ja chyba z tych martwiacych jestem, choc wiem, ze bedzie dobrze.
sama.
czasem sobie mysle, jak to moglo byc, ze poznalam mojego meza i zaraz za niego wyszlam za maz. ani przez chwile nie watpilam i ani razu nie zwatpilam. i nie wiem jakbym sobie dala rade w zyciu, gdybym go nie spotkala. bylabym sama. kompletnie sama.
środa, 25 kwietnia 2007
strach.
bylysmy u lekarza. ze malina zmysla i kreci to nalezy do jej charakteru, ale jest na tyle inteligentna, ze szybko zrozumie na ile jej sie to oplaca a ile przynosi szkody. ale jej agresja zupelnie do niej nie pasuje i jest typowym objawem strachu. moze chodzi o niebo, ale nie moge o tym, teraz pisac, bo mi sie chce tylko plakac. ona jest wrazliwa i krucha. to co niektore dzieci biora za pewnik: tak jest i juz, ona przetrawia, obmysla, wyobraza sobie i boi sie. ale co to jest? nie wiem. mam trudne zadanie i na razie to mi sie chce glownie plakac.
bezradnosc.
wlasnie sobie potwierdzilam urlop w poniedzialek. malina zostaje w domu, nie wysle jej do przedszkola. pojedziemy nad mondsee i kolejka zebata w gory. uciekniemy naszym problemom i juz.
rano malina wstala jak skowronek. i nasz poranek byl sielanka jak kiedys. potem zostawiam ja w przedszkolu jak w przechowalni. moze jestem przewrazliwiona? moze to jest genialne przedszkole i ja tego nie doceniam? moze ta pani na zastepstwie nie lubi maliny i jak wroci ich pani to bedzie lepiej? mysle sobie i mysle i nic nie moge wymyslec. nagle martwie sie, ze mam okropne dziecko a ono nie jest okropne. plakac mi sie chce. czuje, ze do rangi problemu urasta cos, co byc moze wcale problemem nie jest. jak malina wrocila z przedszkola ze spuchnietym policzkiem podrapanym to pani nawet nie wiedziala, ze to sie stalo. jak ostatnio pociagnela za wlosy kolezanke przy stole to pani zaraz mnie poinformowala, ze malina jakas agresywna jest. jej byla opiekunka powiedziala, ze malina jest niewrazliwa na bol. ktos ja uderzy a ona ani nie placze ani nie skarzy. wiem to. w tej ikei, przy kupnie donicy przycielam jej raczki wozkiem az mi sie goraco zrobilo, a ona nic.
- boli?
- nie. - kreci glowka.
ale jak ja ktos drugi raz uderzy to ona oddaje i ten drugi ryczy. i zawsze wyglada jakby malina bila inne dzieci. zupelnie nie wiem co robic. jedna pani w przedszkolu jest tak infantylna, ze nie moge sie z nia dogadac nawet na temat zupy z avocado: smakowala czy nie. druga jest b. mloda i ciagle ma jeszcze jakies szkolenia i zastepuje ja pani, ktora chyba maliny nie lubi. ani mnie.
wtorek, 24 kwietnia 2007
donica.
zapinamy pasy, ruszamy, za pierwszym zakretem ladujemy w korku. wymykamy sie najblizszym zjazdem i osiagamy cel drozkami wsrod lasow zamiast autostrada. powoli ale piekniej! wiemy gdzie szukac, wiec nie latamy po calej ikei, tylko od razu zmierzamy do dzialu doniczek. szukamy, szukamy. poniewaz co i raz odwodze maline od pomyslu kupienia okropnych sztucznych kwiatow, szukanie przeciaga sie prawie do godziny. malina znalazla za to cynkowa, malenka doniczke, mniejsza niz kubeczek i do niczego niepotrzebna, wiec uwaza, ze mozemy sobie juz pojsc. ja wrecz przeciwnie: szukam dalej. jest! tylko jedna. jaka piekna. ale uszkodzona. pani w dziale informuje mnie, ze wiecej nie ma i dlugo nie bedzie. no nic. trudno. wsadzam maline do wozka na zakupy i kierujemy sie do wyjscia.
planuje przekupic maline hot dogiem, zeby nie musiec stac w tej wielkiej kolejce z powodu malenkieej doniczki. po drodze mijam pana w zoltej, twarzowej koszulce ikei, ktory pcha cala palete tych cudownych donic, ktorych nie ma i juz nie bedzie. fatamorgana? tak mi sie spodobala, ze juz mam halucynacje? na wszelki wypadek, mimo sprzeciwow maliny, zmieniam kierunek i podazam za panem i donicami. dojechalismy. spontanicznie wyrazam moj zachwyt nad donicami, jakby ten pan je sam wlasnie z gliny ulepil i w piecu wypiekl. pan zgadza sie, ze calkiem fajne, ale za duze. no duze sa. ponad metr wysokie i grube. jestem w afekcie, wiec rzucam sie na pierwsza z brzegu. pan ani drgnie, ale radzi zebym sobie inny wozek sprowadzila. duzy. na wszelki wypadek lapie te jedna donice, bo juz widze blond sepa z dorosla corka. stoja i podziwiaja donice, jakby w ikei nie bylo tysiaca innych produktow do podziwiania. daje malinie torbe do trzymania i po 10 minutach donica stoi kolo wozka. stoj tu i pilnuj, mowe malinie i dodaje po raz dwudziesty, ze jak bedzie lizala te cynkowa doniczke, to bedzie chora!
i swinskim truchtem udaje sie w strone glownego wejscia po ten nieszczesny wozek. nagle lapie mnie za ramie aniol stroz. taka bylam zaaferowana, ze nawet nie wiem: moj czy malinowy. potrzasa on mna. potrzasa i mowi: a dokad ty tak lecisz? zostawilas czteroletnie dziecko samo i z torba z forsa i dokumentami. o jezu! robie w tyl zwrot i gnam niczym gazela w strone stoiska z roslinami. w pospiechu lapie zdziwione spojrzenia mijanych ludzi: ukradla cos? goni czy ucieka? malina stoi gdzie stala, torbe sobie przewiesila na krzyz na piersi i ze stoickim spokojem lize cynowa doniczke. nie bardzo rozumie czemu rzucam sie na nia z radoscia, ale tez sie cieszy. postanawiam donice wladowac do tego malego wozka, co jest trudne, bo trzeba ja wysoko uniesc i caly czas opedzac sie od maliny, ktora chce do wozka dokladnie w tym samym czasie. mily pan pracownik ikei przyglada mi sie i pewnie zastanawia kiedy zlamie kregoslup. swojego nie ma zamiaru poswiecic! na zlosc nie zlamalam, pomyslalam cos o niemieckich mezczyznach z manierami, stracilam ramiona, zniszczylam paznokcie i ruszylam z malina i donica do kasy.
godnie i powoli, choc spocona i brudna jakas. przy kasie pani szybko zeskanowala cynowa doniczulke malinowa i jakby nigdy nic poprosila o przekrecenie donicy, bo skaner nie czyta do gory nogami. dobrze, przekrece donice a potem sie. prosze o zawiadomienie ojca tej sieroty malinowej, ze umarlam godnie w walce o donice. okazalo sie, ze przekrecenie o kilka stopni wystarczy i skaner skanuje jak ta lala!
malina dostaje hot doga, jedziemy do samochodu. malina na siedzonko, ja zabieram sie za donice. kilka centymetrow od samochodu donica zrezygnowana i zmeczona naszymi przygodami osuwa sie na ziemie jakby stracila wszelkie zludzenia. nie rozpryskuje sie patetycznie i histerycznie na kawalki tylko robi smutne "dong", ktore materializuje sie rysa na calej dlugosci. jestem w transie. resztka sil wrzucam ja do wozka, sadzam na nia maline zakrwawiona keczupem, co mnie nawet nie wyprowadza z rownowagi.
spokojnie zamykam samochod. dzwonie do meza i mowie wesolo: wiesz co? kupilam wielka donice i nie dam rady jej wsadzic do samochodu. przyjedziesz? przyjedzie. te zostawie i kupie nowa, mysle, ale nie chce ryzykowac i zbic nastepnej! popycham wozek, ide do zwrotow, wyznaje grzechy. na to pan, ze nie szkodzi, ze zglosi sie jako wade. oddaje mi pieniadze, z ktorymi czym predzej sie oddalam zeby sie nie rozmyslil. lepka maline wrzucam do samochodu. ruszam. dzwonie do meza: jedziesz juz? jade. ojeje to wracaj do domu. nie mam sily na te doniczke. maz nie pyta o szczegoly. zna ten ton. odbiera nas przed domem. malina wyskakuje z samochodu i dumnie prezentuje cynowa doniczke:
- popatrz jaka mi mamusia doniczke kupila! - wola i zaraz przystawia ja do buzi. ludze sie, ze w cynie sa jakies mikroelementy, bo nie mam sily jej upomniec. nie mam ramion, nie mam donicy, nie mam sily.

to bylo wczoraj. okropnie, ale przynajmniej wesolo. dzis jest tylko okropnie.
:(
za ten tydzien to ja juz dziekuje i poprosze o nastepny.
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
roze w moim ogrodzie, ktore nie sa moje.
moj rozany przyjaciel zamowil 35 roz, ktore mial wsadzic, w lato uszlachetnic a potem krzyzowac w nowe odmiany. rozgoryczony opowiadal, ze z pomyslu nici, bo nie bedzie mogl byc wspolwlascicielem szkolki ogordniczej, jak to sobie wymyslil kilka miesiecy temu. tak sobie narzekalismy a potem zartowalismy.
 - gdyby twoj maz nie byl takim zazdrosnikiem jak tamten to bym te roze wsadzil u ciebie!
 - moj maz nie jest zazdrosnikiem! no i ja mam te nieskonczone polacie! - smialismy i dowcipkowalismy. do tematu nie wracalam na wszelki wypadek i wszelkie aluzje co do sadzenia roz w moim ogrodzie zbywalam unikiem i liczylam na wrazliwosc kolegi. dzis zadzwonil do pracy, bezposrednio na moj aparat. moj bezposredni numer znaja nieliczni i jakos mam stracha przed takimi telefonami, bo mi sie wydaje, ze cos sie stalo. gadamy, gadamy, w koncu kolega powiada:
 - ale glownie to dzwonie zeby ci powiedziec, ze dzis wieczorem sadze u ciebie roze. - i juz wiedzialam, ze mnie to kwasne jablko nie ominie. musze je ugryzc.
powiedzialam, ze roze moge odkupic. nie chce zeby w moim ogrodzie rosly jego roze. tu lataja dzieci, wyjezdzam - jak sie cos zmarnuje a jest moje to szkoda a jak jego to stres. jeszcze troche tlumaczyl az w koncu wpadl w szal. nakrzyczal na mnie, ze ma dosyc tego, ze nie bedzie sie prosil i wywali te roze zaraz do smieci. to ja z kolei zazcelam tlumaczyc.
 - nie! nie! to ja juz nie chce. - obrazil sie. a mnie jest okropnie i przykro, ze postawil mnie w takiej sytuacji. pozegnalismy sie sucho i troche sie ciesze, ze ma sabbatical i nie bedzie go przez jakis czas w biurze.


bardzo zajeta malina.
malina odkad umie chodzic tanczy. dlatego zapisalam probnie na taniec. i... malina przestala tanczyc. w czasie ostatnich zajec a to bolal ja brzuszek a to musiala siusiu, a to znow siusiu. dzis wiec konczymy te przygode. lato jest od biegania po ogrodzie a nie od kiwania nozka w sali z lustrami. moze wroci jej naturalna wola tanca to znajdziemy nowy kurs i jakas fajniejsza pania. kamien spadl mi z serca, bo juz malina zaczyna byc popoludniami bardziej zajeta niz ja: taniec, sport, sztuka. czyli skoki na boki, zabawa w berka, malowanie i lepienie z gliny - kiedys to normalnie bylo w przedszkolu, teraz trzeba dziecko wozic z zajec na zajecia. jesienia idzie do szkoly muzyczne i tyle ja bede widziala. juz teraz tesknie.
niedziela, 22 kwietnia 2007
w dzikie wino zaplatana.
caly dziec mrucze pod nosem:

W przydomowym ogrodzie życie prawie nad stan
mogłabyś mieć moja pani
lecz cóż radzić na to mam nakrył ogród dziki łan
i myśmy tacy zaplątani

Bo w ogrodzie rośnie pnącze 2x
w dzikim winie świat się plącze
bo w ogrodzie dzikie wino
kto je tutaj siał dziewczyno/
kto je tutaj siał

Powiedz kto mógł zasiać to
dzikie wino
może to zrobiłaś ty
ej, dziewczyno
po co tu zasiałaś to
dzikie wino
po co je tu dałaś

dwie godziny stalam na drabinie i rozplatywalam dzikie wino z dzikiej rozy lub dzika roze z dzikiego wina. plataly sie ze soba z 15 lat. jestem podrapana jakby mnie napadly wszystkie koty florki. spalona sloncem, bo z lenistwa sie nie pokremowalam. dziecko wymoczylam w wannie a teraz stoje przed saganem z wywarem (z kostki) i gotuje zupe dla 25 dzieci, czatujac z rzeczona florka, bo ona te zupe juz zrobila. maz siedzi przy tym samym stole i pracuje i ciagle cos mu sie nie zgadza, wiec z lekka przeklina ale potem sie smieje, ze to nic wobec tego widoku: ja w kuchni podrapana i spalona i gotuje wielka chochla. mowie, zeby pamietal, ze mam dyplom, wladam trzema jezykami i zaraz po obu szefach jestem najwazniejsza w firmie. a on na to: i tak jestes sexy. no i jestesmy u zrodel.


florka sie smieje, ze jak sie zupa nie uda to dzieci beda pluly. no mnie przy tym nie bedzie (w przedszkolu), najwyzej malina bedzie sie za mnie wstydzic. na deser bedzie krem cytrynowy z truskawkami, ktory moze uratuje nasz honor.
sobota, 21 kwietnia 2007
london.
In a crooked little town, they were lost and never found
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground

I hitched a ride, until the coast
To leave behind, all of my ghosts
Searching for something, I couldn’t find at home

Can’t get no job, can you spare a dime?
Just one more hit, and I’ll be fine
I swear to God, this’ll be my one last time!

In a crooked little town, they were lost and never found
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground
Run away before you drown, or the streets will beat you down
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground

When it gets dark, in Pigeon Park
Voice in my head, will soon be fed
By the vultures, that circle round the dead!

In a crooked little town, they were lost and never found
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground
Run away before you drown, or the streets will beat you down
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground

I never once thought, I’d ever be caught!
Staring at sidewalks, hiding my track marks!
I left my best friends, or did they just leave me?

In a crooked little town, they were lost and never found
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground
In a crooked little town, they were lost and never found
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground
Run away before you drown, or the streets will beat you down
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground
Run away before you drown, or the streets will beat you down
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground

Run away before you drown!
Fallen leaves, fallen leaves, fallen leaves… on the ground



kiedys przez te piosenke spowoduje wypadek. ciagle lata w radio i niezmiennie ja uwielbiam. kojarzy mi  sie z lodynem, jak juz nie moglam tam wytrzymac. jak czulam, ze to moje marzenie nie ma nic wspolnego z rzeczywistoscia. run away before you drown! potem na weekend przyjezdzal maz, wloczylismy sie po bibliotekach albo po portobello street i zbieralam sily na dalsze pisanie dyplomu i znow londyn byl genialny. i tak zylam w euforii mieszanej z zalamaniem. i choc londyn jest oczywiscie crooked ale na pewno nie little, to ta piosenka przywoluje obrazy wlasnie stamtad. i z filmu transpotting. i uwielbiam ja.
smutna wiadomosc i brak szacunku dla niej.
dzis na stronie wp z wiadomosciami wzduz calej informacji o smierci jana tadeusza stanislawskiego mruga reklama portalu erotyka.wp.pl. z paniami w jednoznacznych pozycjach scickajacych sobie piersi . ja wiem, ze one sobie silikon sciskaja, ale i tak zestawienie jest zenujace. wstyd.

wlasnie pokazalam to mezowi. siedzimy przy tym samym stole. on pracuje. ja sie bawie. jego komentarz: widzisz, to jest bezdusznosc internetu. wybiera automatycznie, nie ma refleksji, jest format.




poczatek?
cztery lata omijamy sie wielkim lukiem. nasi sasiedzi od zachodniej strony i my. raz im przeszkadzaly nasze spadajace jablka, potem ogien w koszu ogniowym i jakos tak czulo sie, ze nigdy sie nie polubimy. dziewczynki czuly niechec w generacji rodzicow i tylko tesknie na siebie spogladaly. w koncu zaczely mowic i od czasu do czasu wolaly do siebie przez plot, ale bardzo niesmialo i zaraz uciekaly. tydzien temu tama puscila. najpierw darly sie przez przez plot na cala okolice. potem sie zaprosily, wiec zaprowadzilam maline. jej mama przyjela maline z wdziecznoscia i wesolo skomentowala, ze to taka szkoda, ze dwie male dziewczynki sa sasiadkami a kazda bawi sie samotnie w swoim ogrodzie. dzis bawily sie u nas. wiosenny, buchajacy kwiatami ogrod, krzyki rozmilowanych w sobie ptakow i niesamowity smiech dwoch dziewczynek, ktore wlasnie sie odnalazly nie szukajac daleko. bawily sie z pol dnia jakby sie znaly od miesiecy. na pozegnanie przed kolacja poprosily jeszcze o minute bez swiadkow, bo maja sobie cos waznego do powiedzenia. cos tam poszeptaly, wysciskaly sie i pozegnaly. dopiero w lozku udalo mi sie wyciagnac z maliny co tam wyspiskowaly. ano nastepnym razem beda sie bawic w chowanego w garazu. aha.
piątek, 20 kwietnia 2007
elgancka malina.
podniecona malina zbiera stokrotki w ogrodzie dla tatusia na lotnisko. zostawiam ja wiec w ogorodku i gotuje szparagowy obiad. gotowe. wolam dziecko. przybiega zdyszane:
 - tyle tych kwiatkow przesadzilam, ze juz nie mam sily! - teatralnie przeciera spocona twarz.
 - przesadzilas? - niepokoje sie - a gdzie?
 - kolo mojego domku.
 - pokaz!
malina z duma prowadzi mnie do swojej rabatki kolo drewnianego domku. w ostatni weekend wsadzilysmy tam kilka cebulek zasialysmy pnacy groszek. tam gdzie nic jeszcze nie rosnie bylo widac dla maliny za lyso. teraz stoje i oczom nie wierze. rozowo-fioletowo. wszystkie tulipany z rabaty przy domu malina urwala w polowie lodygi i wsadzila w ziemie kolo domku. i jeszcze peka z dumy:
 - pieknie przesadzilam i duzo!
tlumacze, ze kwiatki bez korzonkow umra za godzine i bedzie jej smutno. o dziwo malina rozumie, wiec zbieramy kwiaty i wsadzamy do wazonu.
zjadamy obiad i malina biegnie sie ubrac. za kilka minut prezentuje mi kreacje na powitanie taty. nic do niczego nie pasuje ale wszystko w kwiatki i kropki. jakos udaje mi sie przekonac ja do gladkich rajstop i zdjecia chyba dziesieciu spinek. bransoletka zostaje. na pocieszenie malina wyciaga korale, ktore sobie sama zrobila. i dopomina sie kolczykow.
 - no nie! juz teraz wygladasz jak choinka!!! - smieje sie.
malina bierze to za komplement:
 - choinka? to pieknie!
 - ale chcialas wygladac elegancko. - probuje tlumaczyc.
 - tak. elegancko. - kiwa malina glowka - jak elegancka choinka.
tatus kladzie ja teraz spac. a ja rozkoszuje sie  winem i mysla, ze od dwoch dni malina jest najgrzeczniejsza na swiecie. nagle uzywa mnostwa nowych slow. a w samochodzie przespiewala caly alfabet po angielsku. czyli moze to byl kryzys przed skokiem (czips:-))

ile milosci potrzeba.
wydaje mi sie, ze daje malinie duzo czulosci. przytulamy sie, calujemy opowiadamy jak sie kochamy. dzis w nocy rozmawialam o tym z mezem. a moze to za malo? moze to nam sie wydaje, ze to duzo a ona potrzebuje wiecej?
dzis rano pyta mnie czy wiem jak wyglada dzidzius w brzuszku. no wiem. i czy wiem, ze embrion zawsze ssie paluszek? mowie, ze wiem i ze ona tez tak ssala. pokazuje jak sie glaskalam po brzuszku jak byla w srodku. malina zachwycona:
- glaskalas mnie?
- tak. i laskotalam. i tatus tez.
strasznie ja to ucieszylo. na pozegnanie w przedszkolu powiedziala:
- zycze ci milego dnia w pracy.
zabieram ja dzis wczesniej i idziemy na koniki. a potem po tatusia. jak bym mogla to bym ja caly czas kolysala, przytulala i glaskala.
czwartek, 19 kwietnia 2007
malinowe tempo.
malina byla dzis w przedszkolu bez zarzutu. potem siedzialam z mama mirabell i jej dwiema coreczkami na placu zabaw. z daleka widzialysmy, ze dziewczynki sie poklocily. malina gestykuluje zdenerwowana i teatralnie odchodzi w sina dal. mirabell ja goni. znow gestykuluja. serce mi zamiera, bo wczoraj malina wziela zwyczajnie kamien i trzasnela nim mirabell w nos. cud, ze skutkiem byly tylko lzy i zdrzytanie zebow. ale dziewczynki biora sie za raczki i podskokach biegna do mnie i mamy mirabell. malina szczerzy zeby juz z daleka:
- mamusiu, mamusiu!!! pogniewalam sie z mirabell. i nie bylysmy juz kolezanki. ale porozmawialysmy i sie znow zaprzyjaznilysmy!!! - wykrzykuje dumnie. a my z mamusia mirabell malo nie spadamy do piaskownicy ze smiechu (powstrzymywanego). malina zarejestrowala cos z moich trzydniowych przemowien: niegdy nikomu nie wolno sprawic bolu, nie wolno uderzyc, a jak ktos uderzy to ryczec w nieboglosy, zeby pani zauwazyla. i rozmawiac.
mimo takiego dobrego dnia postanowilam wprowadzic w plan to co wymyslilam rano. spedzilysmy wieczor bez pospiechu. ani razu nie powiedzialam: szybko, szybciej. ani razu nie rozmawialam przez komorke (procz rozmowy z tata), wszystko w tempie malinowym. odwiedzilysmy mojego kolege rozanego a potem poszlysmy na kolacje do nowego wlocha za rogiem. siedzimy sobie przy stole. tlumacze co to znaczy, ze kelner ciagle mowi: bella.
- przeciez ja jestem malina! - dziwi sie malina.
malina podpiera raczkami brodke i zabawia mnie niewymuszona rozmowa:
- mamusiu co jest szybciej: ICE czy TGV?
tez musialam sobie brodke podtrzymac, zeby mi na stol nie opadla i spokojnie tlumacze:
- tak samo szybkie. ale najszybszy jest samolot.
w drodze do domu malina nuci: "you don't even know the meaning of the words I'm sorry..." a ja sobie mysle, ze nic bardziej fascynujacego niz rozwoj dziecka.
w lozku malina - jako ze trzymalysmy sie jej tempa i na przyklad mycie zebow trwalo 15 minut! - wyladowala po 21. troche byla za bardzo podniecona zeby zasnac. muminki. kotki dwa. i opowiesc co bedzie jutro.
- o... to musze szybko zasnac. - malina przewrocila sie na boczek i zasnela. w ciagu 5 sekund.
matki gwiazd.
u dziecka od razu widac czy bedzie aktorem czy nie. sa dzieci, dla ktorych casting jest genialna zabawa. kamera startuje i one rozkwitaja. kamera stop a one chca dalej tanczyc, spiewac, recytowac, udawac, robic miny. trzeba je niemal przepedzac do domu. i wtedy jest fajnie. ale sa dzieci, ktore sie wstydza, staraja sie usmiechac, choc sie boja, probuja zatanczyc wyprobowany krok, skok, tekst do powtorzenia. z boku stoi ambitna mama i najchetniej sama wskoczylaby na scene zeby w odpowiednim momencie polaskotac swoje dziecie zeby sie smialo i jestem pewna, ze takze walnelaby w glowke zeby bylo smutne, jak wymaga tego rola. i ja bym taka mame chetnie stuknela w nos.
środa, 18 kwietnia 2007
modly i swieczki.
wielki projekt. wielkie pieniadze, wielki splendor. wyslalam wazna, powazna prezentacje i opatrzylam ja krotkim mailem: "oto wszystko co moglam zrobic droga profesjonalna. teraz ide trzymac kciuki, modlic sie, medytowac i palic swiece w intencji. mam nadzieje, ze to pomoze." nie minelo 10 minut jak przyszla odpowiedz od jednego z najwiekszych ignorantow, bufonow, macho w mojej branzy: "ta prezentacja mnie nie interesuje, chce z wami pracowac i juz. jestes jakas straszna wariatka, ale wiesz o co chodzi w tym wszystkim." trzymam sobie tego maila dla swojej przyjemnosci a jutro pokaze szefom. wyslalam mezowi. smieje sie i gratuluje. ide sie upic piwem. wiem, wiem. kalorie. w pierdu kalorie dzis.
kosmos sie zaciesnia.
kiedys marzyl mi sie swiat, byc  daleko stad, a potem daleko stamtad. przemieszczac sie, realizowac zwariowane marzenia. moj koswmos ustabilizowal sie zupelnie nieporownywalnie do tych planow i marzen. media pozwalaja codziennie krazyc dookola swiata, byc naocznym swiadkiem wszelkich okropnosci, krwawych brutalnych, bestialskich aktow, wojen, walk. zagladac politykom w dokumenty i w majtki. i odechciewa mi sie tego swiata i zaczynam sie dziwic moim mlodzienczym marzeniom. dzis marzy mi sie zeby bez zakwitl, bo przesadzilam go w sloneczne miejsce, zeby malina miala dobry humor, zeby zdazyc po nia do przedszkola, zeby byl czas na wieczorne wino. zeby malina poszla do szkoly gdzies niedaleko i nie musiala jezdzic metrem. zeby znalazla jakis madry zawod, gdzies tu niedaleko.  i zeby wszystko co wazne bylo w zasiegu reki. a ciazy chcialam zakladac ksiazeczke zeby zbierac na studia w usa. albo madrzeje albo sie starzeje. 
 
1 , 2
Archiwum