wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
skradzione zycia.

wszedzie wiadomosc o austrii. o mezczyznie, ktory ukradl zycie wielu ludziom, regularnie gwalcil swoja uwieziona corke w piwnicy. bardzo medialny przypadek, bo lepszy niz scenariusz kasowego trillera. o ilu takich tragediach nic nie wiadomo? nauczyciele, sasiedzi - wiedzieli albo wyczuwali cos. nie zrobili nic. a ja? czy bym cos zrobila? czy szukalabym rozwiazania dla moich watpliwosci?

zyc? czy byc konsekwentnym?

albo sie zyje albo jest sie konsekwentnym. - przeczytalam dzis. mysle, ze w sprawach podstawowych, waznych, niepodwazalnych trzeba konsekwencji. na reszte zycia wystarczy probowac zachowac zdrowy rozsadek. nie zawsze mozliwe.


wszystko ma swoj poczatek w glowie.
pamietam jak malina pierwszy raz wyprodukowala do pieluchy cos o stalej konsystencji. akurat przewijal ja tatus, ktory uradowany wpatrywal sie w to brazowawe cudo jakby malinie z pupy wypadl diament:
 - no zobacz! zobacz jaka sliczna buleczke upiekla!!! - nie mogl wyjsc z zachwytu.
odtad kupiszony nazywane sa u nas w domu buleczkami i tak to sie przyjelo, ze kolezanki w niemieckim przedszkolu robia buleczki i pani dopiero niedawno zapytala co to znaczy po polsku: buletschka machen. przez piec lat malina dzielnie i dumnie produkowala buleczki roznego koloru, wielkosci i chetnie opowiadala o swoich wyczynach: wielka taka jak dom! ojemini, mamusiu uciekajmy, bo smierdzi jak nie wiem!!! ani kolek, ani obstrukcji ani zadnych klopotow. na tematy toaletowe pozwalilismy malinie sie wypowiadac pod warunkiem, ze nie siedzimy przy stole. potem przyszla ospa i mimo bolesnych krostek, malina nie miala zadnych klopotow. potem ospa prawie przeszla ale przyjechala babcia i dwa razy dziennie wysylala maline do toalety. zmuszala ja, kazala jej siedziec na kibelku a wszelkie proby mojej interwencji konczyly sie klotniami, ktorych probuje przy malinie unikac. pomyslalam, ze babcia wyjedzie i bedzie ok. ale babcia zachorowala i byla u nas 3 tygognie. i malina przestala chodzic do toalety. nawet wspomnienie o lazience przyprawialo ja o lzy. nie musi, nie musi, nie musi. a brzuszek boli. ale nie musi.
nie musi? robi w majty. raz, drugi, trzeci a jak w toalecie to poci sie z bolu, skreca, wije i placze wnieboglosy. przebadalysmy wszytko. dziecko zdrowe jak ryba. pojechalysmy daleko do poleconej nam pani doktor-homeopatki. pani porozmawiala z malina, pomasowala jej brzuszek, opowiedziala, ze boli, bo je za duzo jabluszek i pije za duzo mleka, dala "czarodziejskie" lekarstwo. malina jak nowa. wszystko minelo jak zly sen. wszystko to bylo w glowie. wiekszosc chorob zaczyna sie w glowie, mowi pani doktor. to ta sama, ktora powiedziala, ze malinowe serduszko nie bije ale lopoce i zeby z nim ostroznie obchodzic. jestem jej wdzieczna. nawet nie umiem napisac jak bardzo.
czwartek, 24 kwietnia 2008
pojde. pojde.
w poczekalni u lekarza wpadl mi do rak psychologiczny tekst. ponizej 13 punktow powinno sie zglosic do lekarza, poprosic o skierowanie na terapie lub od razu isc do psychologa. ponizej 13 punktow ma sie depresje. zebralam 5 punktow.
wtorek, 22 kwietnia 2008
musze sie troche ugotowac.
jestem surowa jak surowka z zielonej kapusty. jak na cos pozwalam mojemu dziecku, to malina najpierw patrzy na mnie zszokowana jakby mi rogi wyrosly albo antena na czubku glowy a potem tuli sie i wola: - jestes najkochansza mamusia jaka mam!
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
jasno okreslone malinowe cele.
malina umie calego aniola stroza z polskiego przedszkola. ostatnio ma w zwyczaju odmawiac go przed jedzeniem zamiast roznych innych modlitw jedzeniowo-dziekczynnych. wersja malinowa konczy sie:
- ... strzez, bron ciala mego, duszy mojej i zaprowadz mnie do wielkiego. amen.



piątek, 18 kwietnia 2008
seksownie i higienicznie.

kiedy malina byla jeszcze klebkiem komorek pod moim sercem, zastanawialismy sie co zrobimy jesli urodzi sie mezczyzna. chcialam, zeby obrzezac chlopca zaraz na poczatku. nie ma to dla mnie zadnego zwiazku z religia ani tradycja tylko higiena i estetyka. w ameryce sa stany, w ktorych dokuje sie tego zabiegu automatycznie, chyba, ze rodzice zastrzega przed porodem, ze chca inaczej. w niemczech wielu znajomych nowo narodzonych chlopcow jest juz obrzezanych i bardzo mi sie to podoba. moja mama jak uslyszala wtedy o naszych planach malo nie dostala zawalu. potem urodzila sie malina i zapomnialam o tym az ostatnio czytalam wpis, ktory mnie na to wspomnienie naprowadzil.

czwartek, 17 kwietnia 2008
malinowe zycie towarzyskie
malina prowadzi bogate zycie towarzyskie. jest zapraszana i zaprasza. ja bylam dzieckiem podworkowym. chcialam do kolezanek, wychodzilam na podworko i kolo trzepaka zawsze jakas mialam do wyboru. zaraz wywijalysmy koziolki trzepakowe, gralysmy w krola skoczka albo ukladalysmy szklane sekrety z platkow cichcem wyrywanych kwiatkom sprzed figurki maryjnej na srodku podworka. to byl wyczyn wyrwac taki platek albo dwa, bo maryi w blekitnej szacie pilnowala przez okno dozorczyni.
malina i jej kolezanki odwiedzaja sie dzieki rodzicom - szoferom. jutro po przedszkolu wpadna blizniaki. dzieczynka jest ok, ale chlopak lobuz znany w przedszkolu i okolicy. ostatnio nawet udalo mi sie okielznac slynna katharine - ancymona z piekla rodem. jakiez bylo zdziwienie jej mamy, kiedy przyszla odebrac corke. przepraszajaca juz od drzwi mina ustapila minie zaskoczonej. malina i katharina bawily sie jak dwa anioly a ja musilam miec mine torreadora, ktory wyszedl zwyciesko z walki.
przed jutrem mam jednak troche stracha. blizniaki sa nielatwe. chlopak spuscil dzis we wszystkich toaletach przedszkolnych cale rolki toaletowe i zapchal kilka kibelkow. diabelek. maz obiecal byc juz o drugiej w domu. modle sie o slonce. kupilam nawet frytki. panie boze, to wszystko ze strachu.
środa, 16 kwietnia 2008
everyday
dzien jak codzien. w szkole muzycznej malina nauczyla sie rysowac klucz WIKLINOWY, a na kolacje byla PANAMA szynka.
usmiech losu o po ranku czyli majtkowe perypetie w samym srodku tygodnia.
malina siusiu, ja wykladam jej ciuszki na dzis. malina sie ubiera, ja pod prysznic. ja wycieram wlasnie wlosy, malina z wyrzutem:
- ale dzis jest sroda!
- tak! - potwierdzam z lazienki, dumna, ze moje dziecko wyczuwa juz dni tygodnia dzieki powtarzajcemu sie planowi. dzis rytmika to dzis sroda.
- no to dalas mi zle majtki. bo tu jest napisane cos innego!
mysle, ze moge jeszcze poklamczuszyc, dopoki malina nie bedzie umiala czytac:
- skad wiesz, ze nie jest napisane mittwoch?
- bo tu nie ma zadnego M!
o kurcze. stoje mokra i zamurowana w lazience. moje dziecko literuje sobie wzorki na majtach. ratuje sie jak moge, bo nie chce mi sie szukac srodowych majtek:
- bo tam jest napisane po angielsku, wiesz?
tup, tup, tup. malina krokiem tupajaco-szuranym wkracza do lazienki w matkach i rajstopkach na wysokosci kolan.
- sama zobacz co jest napisane.
no dobra, przegralam. ale coz to! los sie do mnie usmiecha i ratuje moj autorytet matczyny! na trawiasto zielonych majtkach ze sniezka, kopciuszkiem czy innym czerwonym kapturkiem stoi jak wol: wednesday.
- no mowilam ci, ze to po angielsku! lensdej to sroda! - triumfuje.
malina zadowolona ubiera sie do konca i zjezdza na srodowo zamajtkowanej pupie po schodach na sniadanie.


wtorek, 15 kwietnia 2008
cieple slowo.
cztery dni w berlinie. co taksowka to opowiesc. taksowkarze w monachium maja o sobie wysokie mniemanie, w düsseldorfie sa skupieni i jakby zajeci ciezka praca, zadumani i milczacy w hamburgu. w berlinie spotykam straszne gaduly, nasluchujace moich rozmow telefonicznych, udzielajacych mi bezplatnych informacji o swoim fascynujacym miescie, wkurzajacych sie na innych kierowcow, pokrzykujacych, glosnych i przejetych akcja "wioze te pania przez miasto". kiedys pomyslalam, ze to bylby niezly zbior krotkich opowiadan: taxi. podzielonych na miasta i na narodowsci. tym razem zapadl mi w pamiec pewien pers. wlasnie skonczylam rozmowe z malina po polsku i chcialam sie zastanowic nad planem mojego 30 minutowego postoju w hoteu: siusiu, wlosy od nowa, buty inne, kiecka ta sama, sprawdzic maile, zmienic torebke i nie zapomniec przelozyc do niej waznych rzeczy...
- czy pani wlasnie rozmawiala po polsku?
- tak.
- ja tez troche umiem. chcesz jajeczko na sniadanie?
- jajeczko!
opowiesc smetna o polce, ktora go omotala a potem bezdusznie zdradzila, ze az do dzis nie moze sie ze smutku pozbierac. motywy melancholijne, brutalne oraz sentymentalne.
- ... i wie pani co? jest takie jedno slowo, ktore strasznie polubilem.
- jakie?
- ono znaczy cos zupelnie nierelatywnego, ale dla mnie brzmi jakos tak cieplo, przytulankowo (kuschelig) i miekko.
- jakie? - i domyslam sie jakichs misiow, jasiow, cycusiow i licho wie czego jeszcze.
- zelazko.
- z e l a z k o ???!!!
- zelazko.


poniedziałek, 14 kwietnia 2008
kazda rybka spi w jeziorze.
- mamusiu, co bedzoe na kolacje?
- a co bys chciala?
- rybke.
- a jaka? - pytam maline, ktora dobrze zna sie na rybach i chetnie dyskutuje ze sprzedajacym w srody i piatki niemal juz zaprzyjaznionym sprzedawca owocow morza. mysle, ze temu panu zawdzieczam malinowe zainteresowanie rybami i wieczny na nie apetyt. ten pan ma na nia sposob. nie karmi jej gumowymi misiami jak w piekarni, ani kawalkami kielbaski jak u rzeznika, ani marchewka jak na targu, ani lizakami jak w mazynie napojow. ten pan ma zawsze cos do powiedzenia na temat stroju malinowego i niezmiennie nazywa maline ksiezniczka. a ksiezniczka wdziecznie pyta czy jest jeszcze tunczyk, bo losos to troche jej sie znudzil. no wiec pytam jaka rybke by chciala, absolutnie retorycznie, bo nie mama takiej opcji na kolacje. jest poniedzialek.
- kazda.
- kazda rybke? jak to?
- no mowilas w sklepie, ze ja lubie kazda rybke a ja nie wiem ktora to jest. to sprobuje.
piątek, 11 kwietnia 2008
lubie berlin.
kolejne adc w berlinie. kolacja w genialnej restauracji. ktorej nie znalam: grill royal. szyk, ktorego nie ma w monachium. w monachium jak drogo to sztywno. a my wparowalismy roboczo, bez wieczornych strojow i szef restauracji byl zaszokowany naszymi sportowymi butami i diesel'em. pamietajac porazke w cannes, gdzie do szykownego klubu nie wpuscili nas bo klientka nie miala odpowiedniegio obuwia, zawolalam do szefa sali, ze my z filmu i od razu poprosimy rozowy möet na dobry humor i zeby sie nie nudzic czekajac na reszte. w monachium by ten numer nie przeszedl. w berlinie owszem. i dlatego uwielbiam to miasto. szalelismy jedzeniowo i trunkowo. a potem pojechalismy na party stern'a w jakims cudownym muzeum. genialne coctaile, super muzyka, zachcialo mi sie tanczyc. jesli w tej branzy jest ktos, komu udalo sie w ameryce, czyli tam gdzie powinno sie udac, zeby mowic o miedzynarodowej karierze, kto jest kultowy, znany poza branza i ma jedno oko zielone a drugie brazowe i wszystkim trzesa sie nogi jak maja szanse z nim porozmawiac, to jest ralf. a traf chcial, ze stalam obok. znamy sie od lat. i jakos mnie naszlo:
- ralf, tanczysz?
- tancze. z toba.
- o jezu naprawde? jutro bede slawna.
- albo ja!
dolaczylismy do podrygujacego tlumu, ktory jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki ... zniknal. nie zawsze mozan zobaczyc tego faceta w tancu. zostalismy we dwoje na srodku. na szczescie tanczyc akurat umiem, ze tak powiem z powodow zawodowych w przeszlosci, wiec machnelam sie z lekka i potruptalam do rytmu.
- du kannst ja tanzen. das wusste ich nicht. - rzuca ralf.
- ja. das kann ich. - kiwam glowa do rytmu.



poniedziałek, 07 kwietnia 2008
nigdy wiecej!!!
w sobote tak zabalowalismy u sasiadow, ze wczoraj maz caly dzien ratowal mnie rumiankowa herbata, czarna herbata, a wieczorem chudziutkim rosolem. przyrzekam, ze dlugo nie tkne zadnego alkoholu. ani kropelki. caly dzien lezalam w lozku, czujac potrzebe pojscia do lazienki i oddania swiatu co wchlonelam na przyjeciu ale kazda proba wstania konczyla sie bezsilnym padnieciem na lozko. wieczorem dostalam skretu kiszek chyba, co przypominalo bole porodowe az maz chcial wzywac pogotowie. juz dawno sie tak nie nacierpialam. ale nie ma wspolczucia dla pijakow. amen.
czwartek, 03 kwietnia 2008
rocznica.
bukiet roz wyzszych niz malina. malina zauroczona:
 - a po co te roze? czy to dla mnie?
 - dla ciebie tez. dla nas wszytkich. policz ile ich jest.
maly paluszek przeskakuje po karminowych platkach:
 - ...trzynascie, czternascie... czternascie!!!
 - tak. bo czternascie lat temu wzielismy slub i juz tyle lat jestesmy razem.
malina kiwa glowka:
 - nooooo! a potem ja z brzuszka!
tak.
wtorek, 01 kwietnia 2008
teatr domowy.
wezwalam lekarza, bo moja mama nie mogla sie z bolu ruszac. nie mogla sie podniesc, przewrocic na drugi bok, miala trudnosci z mowieniem. spuchla jej twarz i bylam lekko zestrachana, ze to cos powaznego a nie zwykla hipochondryczna napasc. mama orzekla, ze ma miesaka, czyli raka, na ktorego umiera sie szybko i w takich wlasnie bolach. alarmujaca lampka zapalila mi sie na chwile, jak rzeczowym, nieznoszacym sprzeciwu tonem spytala czy przynioslam swiezy recznik dla lekarza. zaraz potem padla niemal zemdlona na poduszki a kilka minut potem lezala bez ruchu tak, ze serce mi stanelo kolkiem z przerazenia. lekarz orzekl bronchitis i na wszelki wypadek podal trzydniowy antybiotyk, gdyby w opuchnietym gardle zebraly sie bakterie. nakazal spokoj i zabronil podrozy do polski, zeby zapalenie oskrzeli nie przerodzilo sie w zapalenie pluc. rano pomagalam mamie pojsc do lazienki. nie mowi, tylko steka, dyszy i sapie. pod nasza dzienna nieobecnosc umyla wlosy, uprala i uprasowala dwie pralki, ale jak wrocilam znow byla na skraju przepasci. na prosbe mamy dzwonie do sasiadki, ktora opiekuje sie jej mieszkaniem, zeby sie nie martwila pozniejszym powrotem, mama ma bronchit i lekarz zabronil podrozy z powodu grozby zapalenia pluc. jeszcze nie skonczylam telefonowac, kiedy kolo mnie stala mama wsciekla jak burza gradowa:
- bronchitis? b r o n c h i t i s?!!! to jest w polsce katar, rozumiesz???!!! a ja mam ciezka grype! cos ty jej powiedziala! na grype umiera wiecej ludzi niz w wypadkach samochodowych!!!
probowalam wytlumaczyc, ze kazdy na swiecie, wie czym jest bronchitis, ze jest to choroba ciezka i sasiadka byla szczerze przerazona i zmartwiona. niestety mama wyglosila monolog na temat mojej glupoty, ktora mozna bylo u mnie rozpoznac juz w dziecinstwie i niestety nic sie nie zmienilo po tylu latach. obiecalam, ze jutro zadzwonie do sasiadki i powiem, ze mama umiera na miesaka. to bedzie brzmialo wystarczajaco groznie. i zeszlam na dol. mialam gotowac rosolek na wzmocnienie, ale odechciewa mi sie wlasnie zyc.
Archiwum