wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 27 kwietnia 2010
zrzedliwa mama.
wracamy rozbawieni z kolacji po grecku. dziecko ma szybko przygotowac sie do spania. zabki. bajeczka. spanie. malina zaczyna sciagac bluzke razem z koszulka.
 - malina, znowu sciagasz wszystko na raz. nie rob tego, bo niszczysz taka ladna koszulke. zobacz jak sie rozciaga.
malina wysupluje sie z bluzy, koszulka jakims cudem zostaje. malina kreci glowka:
- najpierw prosze patrzec, potem narzekac.


i co dalej?

co sobie jakos uloze moja wizje przyszlosci to dzwoni ktos i wszystko mi burzy. ledwie sie z jakas idea tak zaprzyjaznie, ze przestaje mnie martwic, dzwoni ktos i pokazuje inna droge. a maz chodzi, smieje sie, otwiera kolejne prosecco i mowi:
 -  dobrze, ze cie sobie od razu zaklepalem.



poniedziałek, 26 kwietnia 2010
szukanie.
malinowa duma nie pozwala mojemu dziecku korzystac z matczynej pomocy w przebieralni po sporcie.
 - mamusiu, czekaj na mnie na gorze. tak jak mamusie tych z trzeciej klasy.
dobra czekam, choc to oznacza czekanie w nieskonczonosc. dziecko wychodzi za to dumne, dorosle, krzywo ubrane ale co tam. to krzywe nie szkodzi. natomiast szkoda mi pogubionych szalikow, skarpetek, gumek do wlosow. dzis malina wrocila bez zielonej opaski na wlosy. bog wie ile juz takich opasek zgubila, ale dzis jakos mnie to z lekka wkurzylo:
 - ja tu czekam a ty idz i szukaj.
malina idzie do sali sportowej. wraca. nie ma. idzie do przebieralni. nie ma. wraca. idzie przeszukac dwa dlugie korytarze. nie ma wraca i po raz trzeci powtarza:
 - wiem, ze jak sie ubieralam to mialam na glowie. wcale tego nie zdejmowalam z glowy! - kurcze zaraz mi sie dziecko poplacze. ta glupia opaska wcale nie jest warta zachodu, chodzilo mi raczej o zasade. ruszam wyobaznia, wkladam reke za koszule i na plecach znajduje zielona opaske. eh. idziemy do domu.

w domu praca domowa. malina ma napisac cala strone wyrazow z niemym "h". okropny ten niemiecki. jak i polski, w ktorym nie mozna wyslyszec roznicy miedzy "U" a "Ò".
tego ha nie slychac, to skad wiadomo, ze ono jest? trzeba sie nauczyc i juz. malina zapisala sama pol strony i teraz brakuje jej inwencji.
przeszukuje moje skromne zasoby i dorzucam: "mühe", "bahn", "bohne"
- ale bahn juz mam! - kreci glowa malina.
sprawdzam. nie ma.
 - masz? nie masz.
 - musze miec, bo wiem, ze pisalam bahn.
 - pisalas? to gdzie to teraz jest?
 - ...hmmmm moze tm gdzie byla dzis zielona opaska?
smiejemy sie do lez.
wciaz dziwie sie od nowa malinowym poczuciem humoru. spontaniczny, sytuacyjny, czarujacy. da sobie rade w zyciu.


pieprzny poranek.
prawie nie przeklinam. a juz przy malinie to w ogole. dzis rano w pospiechu nie odczekalam az porzadnie wyschnie mi lakier. zakladam buty, patrze: paznokcie ruina... taki mnie werbalny szlag trafil, ze wyrwalo mi sie:
 - no spieprzylam sobie paznokcie!
malina wielce zaaferowana:
 - POKAZ!!!
pokazuje. i na wszelki wypadek nic nie mowie, zeby to wstretne slowo jakos przeminelo z wiatrem. kilka minut pozniej malina telefonuje z tatusiem:
 - ... zum frühstück? müsli. und weisst du was? mamusia hat sich die fingernägel gepfeffert!!!



sobota, 24 kwietnia 2010
wiez z dzieckiem. telefoniczna.
jest taki aps do iphonu, ktory zmienia iphone w babyphone ale idzie o krok dalej. otoz, kladzie sie taki telefon w pokoju, gdzie spi dziecko i jak dziecko placze to iphone uspokaja je glosem mamy, ktore wczesniej nagrywa swoje typowe "uspokajanki" jak:
 - no, no nie placz, spij dziecinko, spiiij...
albo:
 - ciiiiii, ciiii, zamknij oczki spiiiij...
no teksty sa uzaleznione od inwencji i zwyczajow mamy. dziecko spi dalej, albo nie spi a mama, ktora wlasnie np. uprawia jogging, moze zdecydowac czy biec do domu czy nie.
mama moze tez "telefonowac" z placzacym niemowlakiem - telefon nastawiony jest na glosnik - i spontanicznie szukac slow pocieszenia.

zaraz pomyslalam o dyskusjach nad przytulaniem, usypianiem, nad pozwalaniem na placz. dziewczyny, ten aps sprzedaje sie jak swieze buleczki.

+++++++
ps: jesli ktos chce znac moja opinie, to dodam tylko, ze prawdziwego baby phonu nie mialam, bo tego nie znosze.

dziwne.

taki mam jakis odlot hormonalny, ze nawet podoba mi sie nasza chatka. dobrego humoru nie moge od siebie odpedzic. zdziwione dziecko biega za mna jak cien. jutro wraca tata i swiat wroci do przyjemnej rownowagi. nasadzilam kwiatkow, kupilam pyszny sernik, szparagi, chlodze prosecco. jutro jest dzien leniwy, ogrodowo-hamakowy.

piątek, 23 kwietnia 2010
odmłodzone, odbarwione całkiem z wieku odsączone...
są kobiety pistolety
pielęgnacji wciąż oddane
z samych siebie odessane.



poszlam na zakupy do itunes, kupilam kilka ulubionych piosenek i marieawarie. rozpalilam ogien, chlodze sie piwem, tesknie za moim chinskim mezem i smieje sie z tekstow. kocham pania peszek, tak jak 20 lat temu jezdzilam do krakowa z milosci do jej ojca.



środa, 21 kwietnia 2010
za duzo na raz.
dzis w nocy snilo mi sie, ze umarlam w biurze na zawal serca ale nikt tego nie zauwazyl. ubudzilam sie zlana potem i strasznie bolalo mnie serce. zleklam sie, ze moze cos sie ze mna stalo i co to bedzie jak malina znajdzie mnie martwa w lozku. lezalam tak z pol godziny, poszlam pod prysznic i zmylam wszytkie glupie norne mary.

dzis mialam kolejne spotkanie. wysylam chyba jakies fluidy, czy co? kontaktuja sie ze mna ludzie z ktorymi od dawna nie mialam do czynienia. opowiadaja o swoich planach, zachecaja do wspolpracy. zakladam nowy cudny plaszcz, buty wysokie do nieba, mam nowa fryzure, gadam, smieje sie, jestem silna, wesola, pewna siebie, pelna energii i pomyslow. wsiadam do samochodu, wracam do domu i nie mam sily zrobic kolacje. w biurze mialam zostac do konca lipca, ale dogadalsimy sie, ze zostane tylko do konca czerwca a za to pojade na wszelkie festiwale, prezentacje i do konca utrzymamy sprawe w tajemnicy. smieje sie do wszystkich i nikt nie widzi, ze strach mi dupe sciska. mam kilka niedokonczonych propozycji i nie wiem w ktora strone isc. wszystko kusi i wszystko jest troche ryzykowne. dzis polozylam maline i peklam. plakalam jak bobr. maz w chinach, malina spi a ja w jakims amoku: co wybrac? co robic? jak sie przygotowac? telepatycznie sprowadzilam myslami przyjaciolke (ewentualna chrzestna maliny jelsi ja kiedys ochrzcimy), ktora sama zawalona wielkim projektem nie ma czasu na siku. wyplakalam sie jej w sluchawke. opowiedzialam wszystkie ewentualnosci i to ze troche zaluje, ze rzucilam taka pewna posade. i pani producent oschle przywolala mnie do porzadku: te posade to juz powinnas byla rzucic dwa lata temu, nie rycz bo ci spuchna oczy, powiedz im wszystkim zeby sie odczepili, jak czekali tyle lat to moga troche poczekac, wez przynajmniej trzy miesiace wolnego, gadaj ze swoja przyszla partnerka, idz w gory a przede wszystkim jedz ze mna i moja siostra do japonii na wakacje. wyslalam mezowi sms, ze moze bym do japonii pojechala a maz odpowiedzial smsem: " no nareszcie jakis fajny pomysl:-)".

chyba musze zwolnic, bo dostalam jakiegos amoku i z jednej strony nie moge sie doczekac tych wszystkich mozliwych mozliwosci a z drugiej strony boje sie, ze rzucenie stalej pracy jest nie na czasie.




niedziela, 18 kwietnia 2010
tak juz od 42 lat.


potrafimy poklocic sie o wszystko. nawet o pogrzeb kaczynskiego.



malina - kocham ja z urzedu jako matka, ale poza tym strasznie lubie i podziwiam.
wieczor u przyjaciol. 50 urodziny. towarzystwo miedzynarowe, ale glownie wlosko-bawarskie. nawalila nam baby sitter, ale dostalismy pozwolenie na zabranie maliny ze soba:-) 60 gosci, wszyscy, bez znaczenia czy wlosi czy niemcy, w bawarskich tradycyjnych strojach. wielkie dekolty i skorzane spodnie. i malina ciagle gdzies w tlumie obcych ludzi... gada po angielsku. czego nie wie to sztukuje niemieckim, macha rekami, przewraca oczami. zupe jadla przy jedny stole z dziecmi, ale juz na drugie danie byla zaproszona do stolu z wlochami i tam juz zostala. spotkalysmy sie przy bufecie. przerazona zobaczylam, ze w brytwannie z grilowanym prosiaczkiem lezy... glowa tegoz prosiczka, chcialam odwrocic malinowa uwage, ale bylo za pozno. malina otworzyla szeroko oczy:
 - mamusiu, moge sobie wziac te glowe?
a mnie skrecilo i jadlam tylko warzywa. kiedy kolo 1 w nocy lady gaga stala sie niemal ogluszajaca, postanowilismy sie zebrac do domu. obie wloszki - przylecialy z karteczkami dla maliny, bo umowily sie na pisanie listow. w samochodzie malina skomentowala tylko:
 - najbardziej podobala mi sie ta pani emanuela (jak sie dzis dowiedzialam, slawna pani chirurg z rzymu, pani niewatpliwie strasza o dobre 10 lat ode mnie ale gdybym byla facetem zajmowalabym sie tego wieczoru tylko nia!),
 - tak? a czemu?
 - bo jest taka piekna i ciagle sie smieje. prawie taka ladna jak ty. - dodala malina i zasnela tak, ze nawet nie czula jak ja zanieslismy do lozka, przebralismy  pizamke a nawet posadzilismy na siusiu.
nauczeni doswiadczeniem, przygotowalismy sie na ciezki dzien. zmeczone dziecko - trudne dziecko, ale malina zaraz przy sniadaniu oznajmila:
 - bardzo wam dziekuje, ze moglam wczoraj tak pozno tanczyc. swietnie sie bawilam. dziekuje.
nie bardzo wiedzielismy co zrobic z takim oficjalnym oswiadczeniem, wiec tylko pokiwalismy glowami. a dziecko caly dzien z wdziecznosci chodzilo jak zegareczek.

wieczorem zobaczylam, ze za dolna jedynka rosnie nowa jedynka a stara nawet sie nie rusza. malina zaczela nia ruszac. powiedzialam, zeby ja jakos wypchnela, bo bedziemy musialy isc do dentysty. malina poprosila o zgaszenie swiatla i zostawienie jej w spokoju. po chwili wrocila z zebem w chusteczce. dumna i blada.

nie radze sobie z emocjami. raz jestem w euforii raz w rozpaczy. moj maz  - ostoja cierpliwosci - oznajmil w koncu przy kolacji:
 - czy musimy 10 razy na godzine zmartwiac sie, ze jednak podjelas zla decyzje?
ja w emocjach:
 - tak. 10 razy na godzine. i 10 dziesiec razy przez nastepna godzine.
maz rzuca mi podirytowane spojrzenie. malina siedzi przy stole miedzy nami:
 - najpierw 10 razy, potem 10 razy. to musicie 20 razy sie pozamartwiac.






sobota, 17 kwietnia 2010
alea iacta est.
od dwoch tygodni dostaje rozne propozycje pracy. moge przejsc na strone klienta. moge zostac agentem. moge isc do konkurencji. tak sie tym zdenerwowalam, ze rzucilm dzis moja prace. wymowienie nosilam juz od kilku dni w torebce i dzis pomyslam, ze tak warto zakonczyc ten tydzien. moi szefowei byli tak zaskoczeni, smutni i tak mili, ze mialam ochote powiedziec: eee zartuje tylko! ale nie zartowalam. przemilo nam sie na koniec rozmawialo a jak poszlam pakowac kompa zeby pojsc na kawe z przyjaciolka i opic sprawe, znalazlam w komputerze nowy, wielki projekt i teraz siedze i czekam az sie ludzie obudza w australii, zeby moc z nimi potelefonowac. potem poszlam na kawe z przyjaciolka, ktora powiedziala: dobra. nareszcie. a teraz sluchaj... i dostalam nowa propozycje pracy. i teraz to boli mnie brzuch, glowa, serce, najadlam sie slodyczy, ze mi niedobrze, i zimno mi i goraco jednoczesnie. moze to menopauza?




czwartek, 08 kwietnia 2010
szczescie maliny.
malina jest u dziadkow i wcale jej sie do domu nie spieszy. my trzeci wieczor spedzamy w miescie. jemy, pijemy, spotykamy sie.

pomyslalam dzis, ze dla maliny (jak i kazdego dziecka) rodzice musza byc tez bardzo szczesliwi we dwoje. dziecko nie moze czuc, ze szczescie rodzicow jest od niego zalezne. jest. jest. ale to powinnismy czuc tylko my-rodzice.



Archiwum