wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011
po co?

po co pojechalam z dzieckiem do sklepu z drewnem?
po co wybieralam pol godziny domeczek dla ptaszkow?
po co wybieralam farbe w obi, zeby domek byl bordowy?
po co maz malowal ten domek pol dnia?
po co kiwal sie na drabinie by go zawiesic na lipie?
no po co?
jak te glupole bija sie o mokre serwetki (malina bawila sie w piknik pod krzakiem i rozmoklo tam kilka serwetek) i mech i znow buduja gniazda w plocie.
a jeden jak co roku buduje nad wejsciem do szopy. chodze tam co pol godziny i trzaskam drzwiami. siedzi taki wtedy skulony i udaje, ze go nie ma. a ja wiem, ze jest i ze znow zlozy tam jajeczka (malutkie, turkusowe:-) i jak co roku je opusci, bo mu te trzaskajace drzwi przeszkadzaje je wysiadac.
no co ja z nimi mam.


środa, 27 kwietnia 2011
bye, bye.

maz wstawil nasz motor do internetu na sprzedaz. zawyzyl cene i teraz nie moze spac, bo modli sie zeby ... nikt nie kupil.
wtorek, 26 kwietnia 2011
dlaczego.
ja rozumiem - niestety - ze jak ma sie domu zaniedbana, zlosliwa, glupawa zone to mozna sie zapomiec, zwariowac i rzucic w odmety nowego malzenstwa z mlodsza, sliczna, wysportowana i inteligentna istota, wlascicielka biustu c78 patrzacego w niebo bez push up-u, ktora co rano muska skronie przyproszone siwizna jakby glaskala pluszowego misia.

ale dlaczego jak sie fajnie zyje, z fajna babeczka, madra, zgrabna i kobieca, z ktora ma sie fajne dzieci, to sie ja rzuca dla krzywonogiej, glupawej, humorzastej wlascicielki twarzy pelnej krost?

i ciagle pokazuje sie ja na fejsbuku jakby chcialo sie wziac udzial w konkursie na najbrzydsza partnerke zyciowa.

no nie rozumiem i juz.


poniedziałek, 18 kwietnia 2011
nieborak...

wygladam okropnie i w najblizszym czasie nikomu sie nie pokaze. i smiac mi sie chce i plakac. i szczesliwa jestem i przerazona. od trzech tygodni martwilam sie swoja twarza. lekarz obejrzal, wycial, oznajmil, ze to byla ostatnia faza przed rakiem zlosliwym, ale ze reagujemy w pore, ze wysle do badania, ale to tylko proforma. ze jest ok.
gdyby to nie byla twarz nawet by mi do glowy nie przyszlo zeby pojsc do lekarza.



środa, 13 kwietnia 2011
ju spikink inglisz?

od roku malina chodzi na zajecia helen doron co srode. nie zebym specjalnie szukala szkoly z ta metoda, tylko zwyczajnie ona jest 4 min. piechota od nas. z braku innych ofert zapisalam tam dziecko i jakze sie zdziwilam ze reszta dzieci dojezdza z odleglych krancow miasta. podobno metoda jest genialna, sprawdzona na starszym rodzenstwie, wiec nie zalowalam inwestycji, szczegolnie, ze nauczyciele fajni a sale sliczne. po dwoch miesiacach zaczelam troche watpic, bo co srode malina malina na pytanie:
 - no jak tam bylo?
 odpowiadala:
 - fajnie.
 - nauczylas sie czegos nowego?
 - nie. wszystko to juz dawno wiem. dzis sie tylko bawilismy.
moja mama byla oburzona. wydajemy tyle forsy na kurs na ktorym dzieci nic tylko sie bawia. na kursie narciarskim malina zaprzyjaznila sie ze sliczna azjatka, z ktora mogla sie porozumiewac tylko po angielsku. uwierzylam w ten kurs. malina gada. wali bledy jak nie wiem, ale ma bogaty zasob slow i zadnych hamulcow.
w tym roku wiec zrezygnowalam z tygodniowego kursu (kurs pingwinow, campus) w czasie wielkanocnych ferii. niech sie dziecko wyspi, poleniuchuje, zaprosi kolezanki...
odbieram ja dzis z zajec.
 - mamusiu, zapisz mnie tu na kurs w czasie ferii. proooooosze.
 - no moge cie zapisac, ale bedziesz musiala rano wstawac jak do szkoly.
 - bede wstawala. proooooooosze.
 - ale mialas zapraszac kolezanki.
 - bede zapraszala wieczorem. prooooooosze.
zapisalam. beda bawic sie w musical. ani slowa po niemiecku. od 9 do 15.
 - i nie szkoda ci, ze bedziesz musiala sie uczyc w ferie?
 - my sie tam i tak wcale nie uczymy. - wzrusza ramionami malina.

ano chyba ze tak. drugi tydzien ferii malina spedza u dziadkow. to sie wyspi i wyleniuchuje.


wtorek, 12 kwietnia 2011
malina

po dwoch tygodniach walk, slownych przepychanek, dyskusji bez sensu i bez konca malina obrala calkiem inna taktyke. przytula sie ciagle, znow pieknie je, chetnie myje zeby i rozne inne czesci ciala, codziennie gra na pianinie, odrabia prace domowa i polska i niemiecka, znow mowi o mnie mamusia a nie matka, jak mowie: zaloz spodnie, zaklada spodnie bez obrazania sie, bez placzu, bez szukania argumentow i wygladania przez okno i udowadniania, ze jest cieplo...
a ja caly czas sie zastanawiam o co chodzi?

o rower?


poniedziałek, 11 kwietnia 2011
smutne
co my zlego myslimy o niemcach to wiemy. co niemcy zlego mysla o nas tez wiemy. nasza historia to nie jest niestety opowiesc o wesolych sasiadach. wojny, pretensje, nieufnosc, pogarda. po obu stronach.
kto tego dobrze nie wie, moze sobie wziac do reki ostatnie wydanie focus (niemiecki odpowiednik wprost) i przeczytac jacy jestesmy nieporadni, jaki mamy glupi rzad, ze politycznie nikt sie z nami nie liczy a rosjanie nami gardza i pociagaja za sznureczki polskich marionetek. a opowiada o tym corka zmarlego prezydenta, ktora kilka dni pozniej maszeruje krakowskim przedmiesciem wsrod plonacych pochodni.

pokrecona.
sroda, czwartek, piatek szalalam po hamburgu. a to prezentacja a to kolacja a to kolejne rozdanie nagrod na ferstiwalu. i dwa wielkie projekty i plany  i ciekawe rozmowy i tak sie zakrecilam, ze zupelnie zglupialam. siedze w piatek w taksowce w drodze na lotnisko i gadam z malina. obiecuje, ze jak dotre do domu to zaraz sie do niej na troszke poloze i ja ucaluje mimo, ze juz bedzie spala i ze jutro sniadanko razem i polska szkola i czy wszystko odrobila do polskiej szkoly.
 - wszystko - odpowiada dumnie malina.
 - a fragment dr. dolittle przeczytalas? - niedowierzam.
 - ale mamusiu, to dopiero na maj.
 - na maj? no to co? przeciez juz jest maj.
pani a taksowce rzuca mi zdziwione spojrzenie przez ramie a malina poprawia:
 - kwiecien. teraz jest kwiecien.
 - kwiecien?
pani taksowkarka energicznie kiwa glowa, wiec daje za wygrana. niech im bedzie: kwiecien.
lece do monachium w strachu, bo wichura okropna a wieczorny samolot jakis malutki i rzuca nim po chmurach jak zabawka.
czekam na moj bagaz zadowolona, ze moja nowa walizka w kolorze bordo widoczna jest z daleka. kiedys mialam czarna a potem granatowa i musialam dobrze sie przypatrywac, ktora moja. od miesiaca moje bordowe cudenko kiwa do mnie skorzany uszkiem z daleka w tlumie czarnych waliz i tobolkow. lapie ja za to uszko z wigorem i mkne do wyjscia. zatrzymuje mnie jakas mila pani:
 - przepraszam, ale chyba wziela pani moj bagaz.
przygladam sie walizce. nie moja. oczywiscie, ze nie moja. wcale nie bordowa tylko ceglana i zupelnie inny model. zawstydzona oddaje ja wlascicielce.
w domu maz wita mnie wanna pachnaca lawenda i czerwonym winem na przywitanie weekendu. cichutko przytulam sie do maliny a na stoliczku nocnym podrzucam mala niespodzianke.

zeby powrocic do zycia, scinamy z mezem zywoplot. dwa dni. bola mnie dzis nawet miesnie szyi, ale znow stoje na ziemi.



wtorek, 05 kwietnia 2011
perspektywa

zrobilismy dzis przelew na rezerwacje wakacji. maz powiesil sobie kopie przelewu nad kompem:
 - to mnie trzyma przy zyciu.
i rzucil sie w wir telefonicznych konferecji.


bez

na rocznice postanowilismy sobie sobie kupic pachnace krzewy do ogrodu. nie jakies tam trzy listki na krzyz tylko juz gotowe rozrosniete krzewa i drzewka, zeby nie trzeba bylo dlugo czekac na kwiaty. naogladalismy sie tego zielska z godzine. wybralismy bzowy krzew, bzowe drzewo, bez-krzew do plotu i bzowy krzaczek. wszystko lylowe. na inne krzaki zabraklo na miejsca w samochodzie.
wracamy z ta polowa lasu do domu. sadzimy caly dzien, bo to dziury trzeba wykopac wielkie jak nie wiem! wieczorem maz pyta rozanielony:
 - no to gdzie posadzilismy jasmin?
 - nigdzie.
 - jak to? a to to co?
 - bez.
 - a to?
 - bez.
 - a tamto?
 - no tez bez.
 - to mamy duzo bzu.
 - i razem go wybralismy!
maz sie smieje: 
- jak zawsze r a z e m wybralismy. jak zawsze od 17 lat.



malinowa praca domowa po polsku

uśmiechany czerwony kapturek idzie do babci.



poniedziałek, 04 kwietnia 2011
17 pasowych roz

na 17 wspolnych lat.
Archiwum