wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 31 maja 2006
kilka godzin w warszawie.

babcia ma w lazience piecyk gazowy. kazdemu odkreceniu wody towrzyszy delikatne "bum" i zapala sie ognik. a zaraz potem ogien. malina zauwazyla to dopiero dzis. najpierw byla zafascynowana, ale w koncu, za piatym czy szostym razem oznajmila, ze sie boi.
 - a czego ty sie boisz? - rozesmialam sie.
 - tego. tego... co to jest?
 - ogien - tlumacze - ogien, ktory grzeje wode. malina na to, ze woli zimna wode. odrecamy kurek - o! znowu! - malina jest wyrzanie zneicierpliwiona i odmawia mycia rak.
 - co to jest?
 - to jest smok wawelski i zionie ogniem! - smieje sie i zaraz zaluje glupiego zartu, bo malina ma w oczach strach i powtarza naboznie:
 - s m o k?
postanawiam robic dobra mine do zlej gry i smieje sie dalej:
 - tak. malutki smok. smoczek wlasciwie.
czujac moja beztroske, malina opanowuje zmysly i wlacza rozum:
 - smoki jedza owieczki.
jestem dumna, zaraz jednak zastanawia mnie szyk w jej krotkiej litanii:
 - taki smok nie zje ciebie, tatusia, psa, samochodu, babci ani johany.
nie wiem kim jest johana i troche dziwi mnie samochod.
wymienienie babci PO samochodzie ma byc moze zwiazek, z faktem, ze babcia  - niechcacy! - wsadzila w samolocie malinie palec w oko. z godziny na godzine oko stawalo sie coraz pardziej spuchniete, przekrwione i zaczelo troszke ropiec. o 5 zdecydowalysmy sie na lekarza. Poszlysmy do przyczodni, do fantastycznej pani doktor. Jej slawa czyni wizyte u niej niemozliwa: kolejka znuzonych pacjentow. jeden zartuje, ze zaluje, ze nie przyniosl spiwora. ustawiamy sie w kolejce. malina spiewa repertuar mieszany: niemiecko - polski i mimo tego podbija serca cierpliwych kolejkowiczow. zostajemy wpuszczone bez kolejki, po pol godzinie czekania. oko jest zdrowe, ale zbite i byc moze sa bakterie jakies glupie. pani doktor wkraplala, swiecila, zagladala, wywracala oko maliny, ze az mi bylo slabo, ale chyba jest wszytko ok. zapytala czy mam wiecej dzieci, bo nasz tandem to absolutny ewenement i ona jest zachwycona. malina ma zaklejone pol twarzy, sciska reke staruszce i obiecuje, ze jutro przyjdzie na nowy opatrunek. w nagrode idziemy kupic nowe kredeki i ksiazeczki do kolorowania. przed snem zmiana opatrunku. zel i kropelki szczypia. malina placze jakbym jej wrzatek z cytryna wkraplala i zasypia w cierpieniu. jestem zmeczona i nie potrafie sie cieszyc. ale jutro bedze pewnie inaczej. 
FRETA 33 o 17.00
BEDA SAME MILE OSOBY. STRASZNIE MILE. I KTOKOLWOEK MILY MA W WARSZAWIE CZAS I OCHOTE W PIATEK o 17 TEN JEST JEST MILE WIDZIANY.

ja tam juz sie ciesze. samolot wyladowal 2 godziny pozniej niz to bylo w planie. turbulencje byly okropne, ale malina rozladowywala sytuacje okrzykami "uhuuu", "heeeejjjj!" jakby byla w wesolym miasteczku. po wyladowaniu zazyczyla sobie gumowe gummibärchen i zaczela sie zachwycac, ze "warsawa taka slicna".
jestesmy.
wtorek, 30 maja 2006
w pospiechu.
jutro skoro swit lecimy. spakowalam wczoraj walizke, bo dzis wroce dopiero w nocy i juz nie zdaze. same cieple rzeczy, bo zimno i leje. w warszawie chyba tez. cala waliza swetrow i rajstop. mam nadzieje, ze pogoda zmieni sie radykalnie i bedziemy musialy zrobic letnie zakupy w smyku i reserved. sandalkow malina nie ma na ten sezon zadnych. a dzis poszla do przedszkola w butkach do kostek. zima normalnie. jeszcze dzis pozajmuje sie jednym znanym panem z paryza a jutro fruuuuuu!
poniedziałek, 29 maja 2006
szybko, szybko.
dzis i jutro wszystko sie musi zdazyc zalatwic. starczy na 4 dni a mam jeszcze dzis wieczor i jutro. brzuch mnie boli ze stresu. maz gotuje szparagi. malina i babcia wariuja a ja sie spinam. bo jak nie to nie wsiadam do samolotu pojutrze.
niedziela, 28 maja 2006
klocek i chatka na kurzej nozce.
kawaleczek klocka juz zaplacilismy. ale zanim ostateczna klamka zapadnie postanowilismy zapytac wlasciciela domu, w ktorym mieszkamy czy przypadkiem nie chce go nam sprzedac. bo niby wiadomo, ze nie chce ale jak sie nie zapytamy to sobie tego potem nie darujemy. piszemy maila. odpowiedz przychodzi dzien pozniej:
 - ile?
krotki mail, a my juz drugi dzien lamiemy sobie glowe. nowoczesny klocek, architektoniczne cacko czy chatka puchatka, w ktorej nie domykaja sie ani jedne drzwi, schody skrzypia tak, ze sasiedza slysza, ale szopa porosnieta czerwonym winem i jablonki rodza jablka slodkie jak miod i kalina i czeresienka i bez i stoklrotki... czy my jestesmy normalni?
sobota, 27 maja 2006
benedykt
histeria z powodu wizyty papieza w polsce jest dowodem na samotnosc, na szukanie, na brak alternatywy, brak pomyslu... kosciol hucznie celebruje swoj schylek. 
krepina
maline skusily kolory. lila. pomarancz i zielen. kupilysmy trzy rolki. w domu "uszylam" dluga sukienke, wianek z welonem, bluzke pokryta listkami. malina nie mogla sie zdecydowac czy woli tanczyc na dole czy sie przegladac w lusterku na gorze. totalny zachwyt. smak mojego dziecinstwa w polskim przedszkolu na czestochowskiej. 30 lat pozniej w niemczech.
wizja
na dzien matki dostalam kwiatek z bibulki i wyklejanke. pytam maline co tam wykleila.
 - to jest ein VIZON.
natychmiast zrozumialam, ze to jest eine Vision czyli wizja i ze mam dziecko poetko - malarke. zachwycilam sie. malina pokazuje paluszkiem dalej:
 - to jest tez ein VIZON. i to tez ein VIZON.
trzy wizje wykleilo moje dziecko. boze kochany.
 - a to sa kwiatki w tym... VIZONIE...
aaaa rozumiem. a te rozowe tu?
 - to jest rozowa sukienka. - malina nie moze sie nadziwic, ze sama na to nie wpadlam.
dzieci staly w rzedzie i spiewaly piosenki. malina caly czas podskakiwala i sie klaniala. rozpalone policzki i rozbiegane, wielkie oczy zdradzaly, ze to jest dla maliny, wielki, wielki dzien. w samochodzie przetarla teatralnie reka czolo:
 - ale sie zmeczylam...
pytam czym.
 - tym wszystkim...
no to uczucie to akurat bardzo dobrze znam.
malina pilnuje kalendarza.
przez te dwa zwariowane mojito zaspalam. malina ubrala sie w sukienke niebieska i za wszelka cene chce do przedszkola. do polskiego. wiec tatus na sygnale pojechal. a ja myslalam, ze ona nie zauwazy, ze nie poszla. dzis bedzie przedstawienie z okazji dnia matki. ide sie upiekszyc, zeby malinie wstydu nie przyniesc.
piątek, 26 maja 2006
sie pieprzenie a wiara dziecieca.
czytam sobie od czasu do czasu wpisy pewnej kochanki i bardzo interesujacej dziwki. z jakiejs pipidowki. sama ma dziecko i romansuje z ojcem i mezem kogos innego. i tak sobie mysle, ze ona to zamienia w milosc. uskrzydla i upieksza. opisuje jak romans dla kucharek. nie chce wiedziec. albo nie wie. nie wie, ze ten facet, ktory zaspokaja wesole zadze w jej ciele, przychodzi do domu i caluje swoje dziecko, ktore wierzy, ze tatus kocha mamusie. ze swiat jest domkiem, drzewkiem z jabluszkami, kwiatkiem w doniczce, pocalunkiem na dobranoc i podciagnieciem kolderki przed snem. zeby nie zawialo pleckow. to obce dziecko nie wie, ze tatus chodzi w krzaki. ze usmiecha sie do obcej pani jak do mamusi. pieprzy sie z obca pania, ktora tez jest mamusia. bo bycie mamusia nie czyni swieta. nie. niestety.
czwartek, 25 maja 2006
zwrot?
lot z berlina do monachium. godzina dziesiec minut. moze pietnascie. rozmowa i odkrycie. lubimy sie, rozumiemy sie. jestesmy dla siebie wazni. to moze jednak dam sobie czas w tej firmie do konca roku. wszystko sie zmieni. diametralnie. narzeczona jednego z moich dwoch szefow jest moja asystentka i ma 23 lata ale zona drugiego jest w moim wieku i my rozumiemy sie bez slow. ona ma tyle do powiedzenia w domu co i ja. czyli duzo. powiedziala chyba. wyznalam mojemu szefowi, ze jestem pod wrazeniem jego zyciowej madrosci, ale tez pod wrazeniem, ze slucha zony. na to on, ze spodziewal sie po mnie wiele jak mnie zatrudnial pol roku temu, ale nie tego, ze rozumiem tak wiele, ze rozumiem wszystko. na to ja, ze to jest normalne w moim wieku. i ze oczywiscie nie rozumiem wszystkiego tylko tak udaje... ale wlasnie dlatego zatrudnia sie nie tylko slicznotki, ktore wlasnie przestaly byc nastolatkami ale tez powazne, madre kobiety, ktore farbuja siwe wlosy. inaczej byloby okropnie, prawda?
chcial mnie zawiezc do domu. podziekowalam, bo odbieral mnie najprzystojniejszy szofer w monachium. potem gadalam z tym szoferem przez pol nocy przy dobrym winie. potem spalam do poludnia, dzieki babci zakochanej w malinie.
jestem na skraju nowej ery - takie mam wrazenie - i ciesze sie. ciesze sie beztrosko. moze to stan tylko na kilka dni, ale bardzo, bardzo przyjemny...
parowka.
z pol godziny szukalysmy z malina parowki. szukalam zachodzac w glowe czego szukam. w koncu udalo sie - malina triumfalnie potrzasala zoltym przedmiotem w raczce:
 - jeeeest! moja parowka!
po czym wzielysmy sie za temperowanie TEMPEROWKA.
dzis wolne.
przy sniadaniu tatus rozlewa troszke kawy. kawalek ciasta wpada do filizanki i kilka kropel rozpryskuje sie po obrusie. malina kreci glowka. i surowo:
 - tatus... jak mala dziewcynka.

mielismy sobie zrobic wycieczke nad wolfgangsee, ale leje i zimno...
środa, 24 maja 2006
berlin
berlin przypomina mi warszawe. strasznie mi tu dobrze. wczoraj maraton: prosto z lotniska na prezentacje, z prezentacji na obiad z prezentacja, potem prezentacja bez obiadu, potem mila prezentacja a na koniec kolacja w mojej ulubionej restauracji. kolo 22 dotarl do nas moj szef i gadalismy w wesolym kolku do 2 w nocy. tak wiec dzis wygladam jak ostatnie nieszczescie. mam za soba kolejna prezentacje i ide zaraz na obiad. malam spotkac psotke, ale zgubilam jej e-mail...
poniedziałek, 22 maja 2006
malpa

5 lutego 1908 - 3 lutego 1909
5 lutego 1920 - 3 lutego 1921
5 lutego 1932 - 3 lutego 1933
5 lutego 1944 - 3 lutego 1945
5 lutego 1956 - 3 lutego 1957
5 lutego 1968 - 3 lutego 1969
5 lutego 1980 - 3 lutego 1981
4 lutego 1992 - 3 lutego 1993
4 lutego 2004 - 4 lutego 2005


Małpa jest dziewiątym znakiem w zodiaku chińskim. Według astrologii chińskiej Małpa uchodzi za największą indywidualistkę i najlepszego doradcę. Ludzie urodzeni w roku Małpy są wrażliwi na krzywdę innych, często stają w ich obronie. Pomocni, pełni humoru , często stają się duszą towarzystwa. Łatwo pozyskują sympatię innych , mając wielu wielbicieli i przyjaciół. Mają tendencję do zmiennych nastrojów: od poczucia szczęścia do całkowitego przygnębienia. Potrzebują silnych doznań i pobudzenia emocjonalnego, dlatego też nie należą do najwierniejszych i stałych partnerów. W związku potrzebują niezależności. Jako rodzice są bardzo odpowiedzialni. Lubią ciągłe nowości i zmiany, życie niebanalne i pełne fantazji. Zawsze potrzebują celu, do którego będą dążyć. Są sympatyczne, dowcipne, pełne werwy, emanują urokiem osobistym. Czasami patrzą na świat przez "różowe okulary". Wygląd zewnętrzny jest dla nich bardzo ważny, lubią się przebierać i stroić, często wybierają styl młodzieżowy.

Mają świetną pamięć i wybitne zdolności negocjatorskie i dyplomatyczne. Mogą być świetnymi terapeutami i doradcami. Realizują się też świetnie w zawodach związanych z handlem. Wielostronnie uzdolnieni, także manualnie, sprawdzają się w rzemiośle i rękodzielnictwie.

Najlepiej porozumiewają się z ludźmi urodzonymi w latach Szczura i Smoka. Szczęśliwe lata to te poświęcone Szczurom , Smokom i Małpom, niezbyt dobrze im się wiedzie w latach Tygrysa, Węża i Świni. Szczęśliwym kolorem dla Małp jest biel która jest ich kolorem ochronnym. Szczęśliwym kamieniem jest rubin, który przyniesie powodzenie w interesach, a bursztyn zapewni zdrowie i doda sił witalnych. Szczęśliwym metalem jest złoto.



SKOPIOWALAM SOBIE, ZEBY ZAWSZE MOC ZAJRZEC I PRZECZYTAC JAKA JESTEM FAJNA. (I JAKA KROPKA JEST FAJNA)
jeszcze sie los odmieni.
moja sliczna, mloda asystentka (ulubienica dziennikow:-)) wlasnie do mnie zadzwonila i mialysmy dluga rozmowe. postanowila zdawac na studia. pyta co ja na to. chyba znow biore sie za pilowanie galezi, na ktorej sama siedze. jak w koncu spadne to bede sie turlala ze smiechu i fikala koziolki ze szczescia.
oczekiwanie.
od dwoch dni malina maluje babcie w samolocie. jak sie na przyklad oczy nie zmieszcza, bo samolot ma malutkie okienka, to malina maluje babcine, blekitne oczy obok samolotu, jak jakis picasso. w malutkiej torebeczce przygotowala swoje dwa ulubione cukierki, na przywitanie babci. wszedzie je ze soba nosi, zeby nie zgubily. troszke sa juz possane, zeby sprawdzic czy rzeczywiscie dobre. w koncu nie mozna babci dac jakichs nieprzetestowanyh produktow! zaraz wyruszamy po babcie.
niedziela, 21 maja 2006
ostra krytyka
rano malina zobaczyla tate w lazience jak go pan bog stworzyl. nie pierwszy raz, ale ten raz byl szczegolny. malina sciagnela brewki, zmarszczyla nosek i oskarzajacym paluszkiem wskazala na te znana roznice miedza tatusiem a mamusia:
 - a to... to mi sie nie podoba.
tatusia tak zatkalo, ze uratowal sie poranna formulka:
 - eh... idziemy robic kawe?
co natychmiast malinie poprawilo humor.


sobota, 20 maja 2006
sprawiedliwosc.
zajecia zostaly rozlozone bardzo sprawiedliwie. ja lezalam godzine w wannie z glupawa babska gazeta a potem z maseczka na nosie w lozku. maz i malina piekli ciasto marmurek. wszyscy zadowoleni. 
czy malina wczoraj byla chora?
prawie cala noc nie spalysmy. malina goraczkowala. o czwartej takie miala zwidy, ze az si sama balam, bo sledzila kogos oczyma po swoim pokoju i sie panicznie bala. w nocy wszystko jest jakis straszne i nawet duchy staja sie rzeczywiste. czuwalysmy do rana, az zasnelysmy. do 10. a o dziesiatej? malina jak zajaczek wyskoczyla z lozka. akurat zadzwonila babcia - namowily sie wesolo na szparagi i placuszki w poniedzialek i malina poleciala czym predzej sie ubierac, oburzona jeszcze, ze powiedzialam przez telefon, ze boli ja ucho.
- nic nie boli! ucho nie! nic nie!
zwloklam sie za na nia i pojechalysmy na wies po warzywa i jajeczka. ja z duzym koszem, malina z malym. potem po przepiekne kwiatki do ogrodu i do domu. wybieralysmy z godzine. znalazlysmy nawet malenka rozowa doniczke i malutka rozyczke (rozowa rzecz jasna) i malutka koneweczke. potem stalysmy w dlugiej kolejce do kasy a przy kasie sie okazalo, ze nic nie mozemy kupic, bo to hurtownia. musialysmy oddac wszystkie kwiatki, koneweczke i doniczke. malina z zalu nie mogla wydusic z siebie slowa. dopiero w samochodzie wyglosila mowe jaka jest zla i niezadowolona, smutna, niegrzeczna i obrzydliwa, niesamowita i okropna. chciala w ten sposob wyrazic swoj bol i przypomnialy jej sie wszystkie slowa o pejoratywnym zanczeniu (albo ktore jej sie takie wydaja) jakie zna. musialam zachowac powage, zeby jej nie urazic. a potem? potem przyjechal tatus i od razu polecial kosic trawe, bo sie zbieralo na deszcz. malina nie wierzyla wlasnym oczom. tata barbarzynca wycinal bezlitosnie jej wyszystkie stokrotki. laka zmieniala sie w zielony trawnik jak zaczarowana. metr po metrze. najpierw malina skakala jak maly konik wokol taty probujac go przekonac, zeby zaprzestal swojego niszczycielstawa bezsensownego a potem zabrala sie za ratowanie czego sie da. przybylam jej na pomoc i zebralysmy trzy narecza stokrotek i "zapominajek". stoja teraz w trzech dzbankach herbacianych i sa przepiekne. jak malowane. z reszty uplotlysmy wianek. chcialam nim ustroic maline ale ona zaprowadzila mnie do swojego pokoju i kazala mi to powiesic na jej zyradolu. gdzies to pewnie widziala i tak sobie tez zaplanowala. pieknie.
w tym antybiotyku, ktory chetnie bierze, czyba jest jakis srodek pobudzajacy i poprawiajacy nastroj. malina jest w doskonalym humorze jakby nigdy nic. spiewa i podskakuje. rydz po prostu!
wlasnie wziela sie za malowanie jajek na... przyszla wielkanoc.
popatrzenie na dobranoc
malina poszla spac dopiero po 22:00. cale popoludnie podsypiala, wiec potem nie miala sily spac. w koncu niose ja na gore. kolo lozeczka lezy ksiazeczka o wrozce. malina chce ja zamiast koled. mowie, ze to niemiecka ksiazeczka, to musi ja tatus czytac. ja nie umiem tak dobrze jak tatus.
 - ale ja umiem. przeczytam ci.
tyle juz zasad dzis polamanych, wiec rezygnuje tez z tej ostatniej, zgadzam sie na niemiecka ksiazeczke da dobranoc, jesli malina mi ja przeczyta.
 - ale ja umiem czytac tylko oczkami. buzia nie. popatrze ja dla ciebie, chcesz?
w ostatniej chwili malina decyduje sie jednak na wariant tradycyjny. koledy. pierwsza spiewamy razem, przy drugiej malina dospiewuje ostatnie sylaby slow, przy trzeciej zaczyna rytmicznie sapac i spi jak suselek. chory suselek.
piątek, 19 maja 2006
babcia
moja mama chciala wsiadac w pierwszy samolot i przyleciec na ratunek. musze szczerze powiedziec, ze za te milosc do maliny, w jednej sekundzie zapominam o wszystkim co jej sie bardzo nie udalo w naszym wspolnym zyciu. kocha maline, jest spontaniczna. to jej druga szansa w zyciu na taka milosc. nasza troche zmarnowala, ale przeciez teraz, w ten sposob nadrabia wlasnie. bedzie tu w poniedzialek rano. malina bedzie ciut podleczona i mimo wszystko nie bedzie musiala isc do przedszkola. juz we wtorek moglaby - wedle pani doktor. ja musze do berlina we wtorek, wiec malina nacieszy sie babcia cale dwa dni - tylko we dwie. juz czeka.
ucho chore.
malina przelewa sie przez rece. czerwona buzia, zaszklone oczy. prosto z przedszkola jedziemy do lekarza. caly czas pytam co ja boli. lewe ucho. placze cichutko. i powtarza, ze to dlatego, ze ja ja w to ucho uderzylam. dlatego pytam i pytam od nowa. a ona ciagle to samo, ze ja ja uderzylam. strasznie mi przykro. skad ma taki pomysl? cichutko dodaje, ze w przedszkolu powiedziala, ze mama ja uderzyla w ucho. dzwonie do jej pani i pytam czy cos sie dzis stalo, czy ktos maline uderzyl, bo ona mi mowi, ze to ja. pani na to ze malina spala i pewnie cos jej sie przysnilo i zeby sie nie przejmowala tylko jechala do lekarza. wlasnie bylam w drodze. pani doktor ja obejrzala. szkarlatyna i zapalenie ucha wewnetrznego. plakac mi sie chce. antybiotyk.
rozne oblicza, rozna percepcja.
niedlugo lecimy do warszawy. czy ja znam jakichs innych ludzi? czy moze mam szczescie? moze tesknie za polska i jestem bezkrytyczna. w warszawie biegam do teatru, opery, filharmonii nie wydajac na to majatku jak w niemczech. marze znalezc takiego genialnego dentyste jak pani w warszawie. jak malina zachorowala, o polnocy przyjechal lekarz, ktory ogladal ja z pol godziny a potem radzil, pisal, notowal, pytal i jeszcze potem trzy razy przyjechal. ostatni raz dla kontroli za darmo. musialam maline dwie noce na rekach nosic, bo lezac nie mogla oddychac, ale wyzdrowiala. wszystko mozna w warszawie kupic. w wielkich centrach handlowych, supermaketach, w smyku ciuszki i butki za grosiki (w porownaniu z niemcami). polskie przeciery owocowe z owocow dzikiej rozy i winogron, mleko probiotyczne malina uwielbia i nie chce potem super drogiego, ekologicznego niemieckiego HIPPa. ale kiedy zajrze do TSdziennikow, to tylko wziac brzytwe i sie zabic w tej polsce. nie zgadzaja mi sie te obrazy... nie mozna bez przerwy wolac, ze to ciemnogrod, bo... to nie jest ciemnogrod. jeden czy drugi glupi polityk nie przesadza o dobrej literaturze, dobrym wychowaniu w domu, kulturze, wyjatkowych lekarzach, pieknych krajobrazach, pysznych wyrobach cukierniczych i wedlinach, swietnych uniwersytetach, muzykach i normalnych ludziach na codzien.
czwartek, 18 maja 2006
pozno...
tatus pojechal na jakis workshop i zajecia integracyjne. tym razem zabral troche sportowych rzeczy. rok temu skakal po jakichs wawozach, krzakach, rzucal sie w przepascie w swoich nowych butach. po powrocie wygladaly jakby trzy lata w nich wedrowal do gorach. kurtka tez.
zimno jakos i smutno. malina cos mowi przez sen. slysze bo zostawilam uchylone drzwi. ciekawe co. ide spac to moze mi sie przysni...
 
1 , 2 , 3
Archiwum