wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 31 maja 2007
domuchy-leniuchy.
odpuszczam sobie. jak co roku mialam na boze cialo do warszawy a maz na motorze na poludnie gdzies. byle gdzie, byle przed siebie. tak sie relaksuje. w trzy dni przejezdza 3000km, pupa mu odpada ale mozg sie wietrzy. wraca szczesliwy jak ja postracie 10 kilo u eris. ale w tym roku sobie odpuszczam, bo nie mam sily. w poniedzialek lece i tak juz bede latala do konca lipca. zostaje wiec na swieta w domu. bede sobie w ogrodku leniuchowala z malina a jak malina do lozka to ja za ksiazke. nie za katalog roz, nie za jakies glupoty bogato ilustrowane, za prawdziwa ksiazke i przeczytam ja kurcze. przeczytam. tak mi domopoz bog.
maz jak sie dowiedzial o moich pieknych planach to zaraz mi pozazdroscil i cos przemrukuje, ze jakby mialo lac to moze tez lepiej zostanie w domu.
ale sie smieje. bedziemy sobie znow siedzeic na glowie i bic sie o hamak i sprawdzac czy mozna na nim wisiec w trojke. mozna. ale na urodziny zamarzylam sobie o wlasnym hamaku zawieszonym na lipie. nigdy nic sobie nie zycze, wiec chyba maz sie przejal i wydaje mi sie, ze byl tam gdzie takie hamaczki - lezaczki sprzedaja. ogrodowo-hamakowe z nas leniuchy domowe.
ja bym tez kafke usunela...

bo po co zajmowac sie takimi smutami? a goethe? kto to jest goethe? trzeba dwa razy przez pana tadeusza przeleciec i starczy na cale zycie. ciekawa jestem wedle jakiego klucza dzialala cenzura: wykreslic to co mnie nudzilo w szkole? albo: sam nie czytalem i zyje? no i platon musi sie chowac za arystotelesem. czy dlatego, ze byl wstretnym pederasta?
czytam ten artykul i sprawdzam czy to 1 kwietnia. prima aprilis? nie. jutro dzien dziecka...


Gombrowicz, Witkacy, Kafka i Goethe usunięci z listy lektur szkolnych! - alarmuje "Gazeta Wyborcza".


Ministerstwo Edukacji Narodowej zmieniło kanon lektur. Nowy ma obowiązywać od przyszłego roku szkolnego. Projekt rozporządzenia w tej sprawie MEN umieściło na swojej stronie internetowej.


 



Z listy lektur zostali wymazani: Witold Gombrowicz (dotąd licealiści czytali "Ferdydurke" i "Trans-Atlantyk") i Witkacy ("Szewcy" ). Zniknął też Johann Wolfgang Goethe - uczniowie nie poznają więc ani "Cierpień młodego Wertera" ani "Fausta". Nie ma "Procesu" Franza Kafki i ani jednej powieści Josepha Conrada. Skreślony został również "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego, wypadł Fiodor Dostojewski - informuje "Gazeta Wyborcza".

środa, 30 maja 2007
swiadomosc seksualna dzieci.
na plazy bawia sie dzieci. jest goraco. niektore golaski. wszystkie kolo 4 lat. synek podbiega do mamusi i skarzy ze tamta dziewczynka zabrala mu lopatke.
 - tamta? czyli ktora?
 - tamta! - pokazuje paluszkiem.
tatus zartownis wypytuje o blond dziecko:
 - dziewczynka? a skad wiesz, ze to jest dziewczynka a nie chlopiec?
 - bo dziewczynka!
 - tak? no ale skad wiesz?
 - bo ma spinke we wlosach. - synek patrzy na tatusia jakby sie z choinki urwal i spadl prosto na plaze, bo przeciez kazdy wie, ze jak ten golasek ma spinke we wlosach to jest dziewczynka.

rozumiec sztuke
ja pracuje. malina tez. w foliowym fartuchu, na stojaco niby van gogh jakis maluje farbami i... peka ze smiechu. nie wolno mi podchodzic, bo to niespodzianka. umieram z ciekawosci, bo malina coraz bardziej zatacza sie z chichotu, ataku spazmow i serdecznego smiechu. w koncu wolno mi obejrzec dzielo.
 - und? was myslisz sobie na to? - pyta malina. koncentruje sie zeby zalapac dowcip i sie nie zblamowac przed wlasnym dzieckiem. ale nie widze nic smiesznego. hmmmm...
 - mamusiu! to jest biedronka! niebieska biedronka!!!! a kropki sa zielone!!!!! hahaha!!!!!!!
malina nie moze przestac sie smiac. pytam dodatkowo:
 - a to? co to jest? - i wskazuje na zamazane rozowe tlo.
 - no to jest doch käfer co sie spacerowal na wiese!!!!
no teraz wszystko rozumiem: niebieska biedronka w zielone kropki spaceruje po rozowej lace. przypomniala mi sie zaraz piosenka o czarnej krowie w kropki bordo, co jadla trawe krecac morda... jakie mleeeekoooo, jakie mleko daje czarna krowa?!
wtorek, 29 maja 2007
zmija.
jestem zmija. no jestem. prawie wszystkich kolegow meza lubie. a dwoch nie lubie. nie znosze. i pewnie nic juz tego nie zmieni. i maz tez ich znielubil, choc nieczuly jest jest na kolegow prywatnie. prywatnie to ma swoich przyjaciol mowi, a w pracy to ma wszystko dobrze funkcjonowac i wystarczy. ten kolega o ktorym dzis z satysfakcja mysle mial zone i dwoch synkow. dwoch slicznych, madrych i zdrowych chlopczykow. dwa lata roznicy. blondaski takie. wszystko bylo genialnie poki jeden nie zachorowal na raka mozgu. 5-latek z rakiem mozgu, kilkoma operacjami plus siedmiolatek, ktory raz rozumie te tragedie, raz jest zazdrosny o milosc do chorego brata. sytuacja trudna do ogarniecia umyslowo, logistycznie, emocjonalnie, finansowo - we wszystkich plaszczyznach. a ten palant te zone zostawil. ciesze sie kazdym jego niepowodzeniem. tymbardziej, ze szybko znalazl przyjaciolke. a dzisiejsza historia jest wprawdzie kompletnie banalna i nieadekwatna do problemu a jednak sprawila mi przyjemnosc. facet kupil sobie wymarzony motor. wywalil na niego kupe forsy. kupe. naprawde. dwa dni stalo to cudo w garazu, trzeciego dnia (dzien sprawiedliwosci) chcial te maszyne wystawic, zeby cos tam zmienic w garazu i postawil motor na niewielkim wzniesieniu. jakims niesamowitym trafem motor stracil rownowage, fiknal koziolka, zsunal sie po podjezdzie wylozonym kostka kilka metrow, nabral rozpedu i kiedy porysowal sie i pogial malowniczo z jednej strony, przekrecil sie na druga strone i rozpedzony zsunal po boku drogi, po kamieniach. jest podrapany, zniszczony gdzie sie da. a ma trzy dni. a ja zmija - choc wiem, ze to nic nikomu nie pomoze - sie ciesze. 
kleszcz mnie dziabnal.
malina ma ferie. mnie ugryzl kleszcz. leje jak nie wiem. nie poszlam do pracy a malina od rana chodzi po domu jak ministrant w czasie mszy i wciaz sie dopytuje czy jutro tez nie ma przedszkola. nie ma. jej radosci tez nie ma konca.
z mama sie poklocilam i pewnie juz dzis nie dam rady do niej zadzwonic, bo nie mam ochoty sie zloscic. mama chce zabrac maline na polowe czerwca i lipca nad morze. a potem jak beda letnie wakacje to znow na miesiac. ja moge maline jej na dwa tygodnie dac. bo nie moge wziac urlopu na cale jej wakacje. i mama sie obrazila. amen.

*****
teletubisie uwazam za debilne i bardzo brzydkie. dostosowane do poziomu maluchow? raczej do poziomu ich rodzicow, ktorzy sadzaja dwulatki przed telewizorem. burza wywolana wokol tinky-winky jest zenujaca. myslalam, ze to sa stworzenia bezplciowe a jesli tak to chyba czerwona torebka moze byc torebka damska u kobiety a nie torebka damska u geja. jako absolutna fanka oraz posiadaczka czerwonych torebek pragne sie tu sprzeciwic tej propagandzie jak tylko moge. wiec w marny sposob. wpis na blogu. na wiecej mnie nie stac. nie moge uwierzyc, ze powazni ludzie dyskutuja na ten temat juz dwa dni. moze dlatego, ze inne temanty nie maja nic do powiedzenia? a czemu wszyscy machaja ogonem obojetnosci na przyklad na shreka III? wczoraj bylam z malina w kinie. film - po doswiadczeniach z akademia pana kleksa - zbadalam dokladnie w internecie. (podwojna löttchen - sliczna kreskowka) coz z tego, kiedy przed filmem leci trailer o zielonym stworze. efekty specjalne, wybuchy, kazdy zostaje trzasniety w pysk co najmniej 5 razy, rzucony w sciane, wybuchniety, trzepniety, przyduszony i kopniety. wszystko wspiera sound design jak w james bondzie. to ja wole, zeby malina dowiedziala sie, ze sa na swiecie homoseksualisci i od heteroseksualistow rozni ich tylko orientacja seksualna. to mnie jakos mniej szokuje.

poniedziałek, 28 maja 2007
automatyczna sekretarka
dzwonie do mamy, ktora zaproponowala wziecie maliny na hel w czasie ferii. w tamtym roku bylo cudownie i malina wspomina hel do dzis. wielkie statki, fokarium, rybki z budki. mamy nie ma, nagrywam sie wiec na sekretarke:
 - juz wiem kiedy dokladnie sa letnie ferie w przedszkolu, wiec jak wrocisz to zadzwon, prosze. - i odkladam sluchawke.
malina podbiega niezadowolona:
 - a ja? ja tez chcialam z babcia porozmiawiac!!!!
 - ale babci nie ma. tylko automatyczna sekretarka.
 - aaa! to ja tez chce cos powiedziec! - malina uwielbia ten automat. szezcgolnie, kiedy sama jest u babci i moze sobie odsluchiwac wiadomosci wielokrotnie. slychac je w calym mieszkaniu. no dobrze. wykrecam numer jeszcze raz. kucam, zeby pomoc malinie trafic we wlasciwy moment i podpowiadam.
 - zacznij mowic, jak uslyszysz sygnal piiiiip.
malina poklepuje mnie po plecach z pocieszajacym wyrazem twarzy i smieje sie:
 - dobrze, dobrze. juz nie kwacz tyle ty kaczko dziwaczko! - i smieje sie z walasnego poczucia humoru. jestem zbyt zaskoczona by cos odpowiedziec, tymbardziej, ze juz nastapilo piiiip i malina zaczyna nadawac:
 - babciu! to ja! babciu. wiesz coooo? taka sie zrobila sytuacja, ze juz wiem kiedy mam wakacje. wiec przyjezdzam. wiec sie szykuj. jedziemy na hel!
malina oddaje mi sluchawke i dodaje:
 - juz nie musisz dzwonic. babcia wszystko wie.

piątek, 25 maja 2007
oby tylko zasnac:-)
o jezu, jestem bardziej niemiecka niz kazda niemka. normalnie... zrobilismy plan. na tablicy spisalismy 10 punktow. po slimakowym wezu trzeba bedzie isc do namiotu i znalezc swoje skrzydelka a rozdzke przyciagnac na patyczku i sznurku. bedzie dmuchanie waty i baniek mydlanych, oraz robienie bukietu stokrotek dla mamusi. kazdy elf dla swojej. i tor z przeszkodami na wesolo i jedzenie bezy z jednoczesnym wymowieniem slowa pszczolka. bo solenizantka polka jest, tak? solenizantka kazala sobie papiloty zrobic, wiec nawet troszke pianki wtarlam  w swiezo umyte wloski, zeby sie lepiej skrecilo. po kotkach, wierci sie malina i wierci, ale duma nie pozawala jej na szczerosc. jednak nie wytrzymuje:
 - mamusiu, te papiloty mnie bola.
 - jak chcesz miec loki to tak musi byc i boli. - cytuje najstarsza z madrosci.
 - nie chce lokow.
siada na lozku a ja wyplatuje jej zmudnie skrecone papiloty. zostawiam dwa z przodu. malina na to:
 - dobrze. dwa loki wystarcza, prawda?
prawda. caluje ja i caluje, bo taka jest przejeta, najgrzeczniejsza na swiecie na konto tej zabawy i jestem pewna, ze w nocy obudzi sie z wrazenia. zreszta ja pewnie tez. przypatruje sie sobie i nie moge sie nadziwic. 10 lat temu peklabym ze smiechu z siebie. z kogos takiego jak ja dzis. a to ja. zupelnie na powaznie.
garden party - bal elfow
jutro bedzie mi po ogrodzie latalo kilka dziewczynek ze skrzydelkami. ogolny plan dzialania nakreslony. ale czy mozna cos dokladnego planowac z takimi malymi muszkami - elfami? a jak mi zaczna latac po rozach to wyrzuce na beton! bedzie tort rozowy, gry i namiot z rozowej krepiny. gry i zabawy i malowanie czarodziejskich kamieni wymyslilam. pomalowane kamienie posypie diamentowym pylem, zeby byly naprawde zaczarowane. juz sie boje.
czwartek, 24 maja 2007
kapielowki.
jeszcze nigdy nie zarezerwowalismy wczasow tak wczesnie. dwa miesiace przed. stajemy sie rozwaznymi, planujacymi rodzicami jak nic!. na sardyniii bylismy dwa lata temu i przez dwa lata malina wzrusza sie na wspomnienie promu, basenu, piasku, lodow, jaszczurek, muszelek i fal. dzis rano - sama rozradowana ta wizja - opowiadam jej, ze niedlugo znow pojedziemy na sardynie, bedziemy spac na promie (moglibysmy wziac szybki prom bez noclegu, ale nie mozemy tego zrobic dziecku, ktore raz w tygodniu przez dwa lata opowiada o spaniu na statku) i latac po plazy i na lody. malina strasznie sie ucieszyla i pojechala z tatusiem do przedszkola. myslalam, ze w ciagu dnia wiadomosc poszla w niepamiec. gdzie tam. gramy w pilke w ogrodzie przed kolacja. nagle malina triumfalnie zadziera sukienke:
- zobacz!
widze. na rajstopki malina wciagnela kapielowki w rozowe kwiatki i z falbanka.
- to na sardynie! - tlumaczy dumnie.
- ale to dopiero za dwa miesiace! - smieje sie.
malina niezbita z tropu:
- ale nie bede zdejmowac, zebysmy nie zapomnieli zabrac, bo potrzebuje do plywania.
madrymi argumentami przekonuje dziecko do zdjecia kapielowek do spania. przyrzekam nie ruszac ich z miejsca wybranego przez maline. maja tam lezec i czekac do wyjazdu. zeby nie zapomniec. to miejsce to srodek lazienki.
francuski&rosyjski
malina zaczyna rozpoznawac, ze jej dwujezycznosc to jest cos specjalnego. jak brakuje mi czasem niemieckiego slowa, pomaga calkiem spontanicznie. taki maly podreczny slowniczek na nozkach. telefonuje wlasnie ze szwagierka i chce sie pochwalic, ze pieke placuszki (czego nikt sie w rodzinie po mnie nie spodziewa) i potykam sie na placuszkach, ktore mi za nic nie chca wpasc do glowy. malina spontanicznie wtraca:
 - pfannkuchen!
teraz fascynuje sie angielskim. musze jej tlumaczyc wszystkie piosenki w radio, niektore srednio odpowiednie dla czterolatki i ciagle mowic jak to jest po angielsku. niektore slowa zostaja jej w glowie. popisuje sie nimi przed swoimi dwujezycznymi (angielsko-niemieckimi) kolegami w przedszkolu. ostatnio dowiedziala sie, ze babcia umie po rosyjsku i ze jest jeszcze francuski (tatus umie troche). jedziemy samochodem:
 - mamusiu jak jest po angielsku samochod?
 - a car. wiesz przeciez.
 - a jak jest po francyrsku samochod?
 - nie wiem!
środa, 23 maja 2007
zelazo dziala.
mialo lac a jest skwar i zaraz lece podlewac trawe, maline i roze. malina placze sie zawsze tak sprytnie, ze zawsze jest mokra i szczesliwa. zelazo chyba dziala, bo mialam dzis energie na trzy, pokrzepiona malinowym komplementem:
 - ale jestes piekna.
to co mi sie zlego moglo stac? bylismy w cudnych nastrojach, prezentacja wyszla cudownie i naqwet ciesze sie na jutro. to chyba znak, ze z anemia zawalczylam, ale nie mowie hop. maz z malina pojechali po pizze, weic bedzie na kolacje niezdrowo ale wesolo i winem i w ogrodzie.

dyskusja przy smietniczce. maz stoi z garscia skorek od gruszki i juz ma je wrzucic do smietniczki. ale w smietniczce nie ma torby. nie ma, bo dzis w ostatniej chwili wrzucilam ja do bio-smieci, bo akurat byli smieciarze. jak w co druga srode.
 - wrrrrrr. - mowi maz - nigdy nie wkladasz torby do smietniczki.
 - nie mialalm czasu, bieglam z malina do przedszkola i bylysmy spoznione.
 - nigdy nie wkladasz!
 - wiem. a ty nigdy nie pamietasz, ze przyjezdzaja smieciarze w srode.- triumfuje radosnie, ze znalazlam kontr-argument.
 - no to sie swietnie uzupelniamy.
 - no!
 - no!
 - no!

dwa dni.
dzis i jutro prezentacje. jestem w cala czarno biala i rozpuszczone wlosy. troche lata 60-te. rezyserowi kazalam zalozyc czarne spodnie i biala koszule. prezentujemy przed kobiecym gronem. facet jest wysokim, sniadym brunetem a do tego piekielnie inteligentny i czarujacy w sposob meski a nie jak przystojny tancerz. mam nadzieje, ze jest to mieszanka wybuchowa i zaowocuje cudnymi projektami. do boju!
wtorek, 22 maja 2007
ale smiesznie.
znalazlam internetowego tlumacza i testuje go zdaniem:

zaraz bede musiala leciec bo malina juz w lozku.

dostaje:

right away bede musiala leciec because malina juz in lozku.

a potem dostaje:

ataku smiechu.
spisek
z milym kolega waznym gryziemy sie od samego poczatku, odkad jestem w firmie. dla dobra sprawy i zeby sobie udowodnic, ze jestesmy profesjonalistami podejmowalismy juz rozne proby wspolpracy. bez sukcesu. potem schodzilismy sobie z drogi, ale o to trudno w malej firmie, gdzie kazdy projekt przechodzi najpierw przez moje rece. dwa razy skoczylismy sobie tak do oczu, ze nas szefowie rozdzielali. i nagle od pewnej rozmowy zaczelo byc lepiej, lepiej i lepiej. dzis siedzielismy w kacie tarasu i spiskowalismy wesolo. akurat obaj szefowie chcieli we dwoch cos omowic w samotnosci i sie na nas natkneli. staneli wyraznie zaskoczeni.
 - juz dawno mnie tak nic nie ucieszylo jak ten obrazek.
szeroko rozesmial sie jeden i rozlozyl ramiona jakbysmy byli jego dziecmi. strasznie fajnie sie zrobilo.
a ja wyspiskowalam z kolega zeby przeprowadzil sie do berlina i zeby namowic szefow na filie berlinska. bierzemy sie za urabianie gruntu.
o chamstwie
emokracja i dobre maniery
Chamstwo! Chamstwo! Chamstwo!


Forum 11:37




Być może to i prawda, że dobre wychowanie jest iluzją, pod którą ludzie zwykli skrywać animozje. Kłopot w tym, że jeśli tę iluzję odrzucimy, pozostajemy sam na sam z otwartą wrogością, niechęcią do innych, złośliwością. Chamstwo znakomicie się pomnaża – pisze znany niemiecki socjolog Wolfgang Sofsky.

Można się spierać co do tego, czy ludzie z takim charakterem już przychodzą na świat, czy też kształtuje się on dopiero później. Spróbujmy jednak pominąć cechy indywidualne i skoncentrować się na tym, co stanowi o istocie chamstwa. Jak przedstawia się więc modelowy typ chama? Odpowiedź brzmi: jako przeciwieństwo wszystkich cnót społecznych.

Można spotkać go wszędzie: na ulicy, na stadionie, w szkole, w studiach telewizyjnych, piwiarniach, salach konferencyjnych i na scenie teatru. Wszędzie, gdzie się znajdzie, cham jest wulgaryzacją wolności. Każdemu swemu odczuciu po prostu musi natychmiast głośno dać wyraz. Zanim jeszcze zda sobie sprawę, co właściwie czuje, obwieszcza światu swą odrazę, zdumienie albo zadowolenie. Taka wulgarność jest skrajną formą niestosowności. Cham lekceważy zasady etykiety nie wskutek niewiedzy, bezmyślności czy dla wyrażenia protestu, ale dlatego, że jest niewolnikiem własnych, zmiennych nastrojów. Gdyby dostrzegł, jak niepokoi, zniesmacza, obraża innych, przepraszać musiałby nieustannie.

Wulgarne są bynajmniej nie tylko funkcje cielesne – wszystkie te ziewania i wrzaski, mlaskanie i siorbanie, bekanie i pierdzenie, publiczne stękanie, prezentowanie nieapetycznej golizny lub eksponowanie spraw intymnych. Wulgarne jest nie tylko upodobanie do plastikowych obrusów, białych skarpetek, tatuaży i chlania do upadłego. Tu przykład dają wprawdzie niższe klasy społeczne. Chamski jest motłoch, który z religii zna tylko zabobon, z kultury tylko arenę, z mowy tylko wyzwiska, ze społeczeństwa tylko masy, a z państwa – tylko darmowe zupy. Jednak moralna i estetyczna znieczulica nie zna granic środowiskowych. Równie impertynenccy są ci półinteligenci, którzy natychmiast podchwytują wszystko, co wulgarne i niesmaczne. Kierują swoje przesłanie do najgłupszych, celowo apelują do uprzedzeń i resentymentów, bo pomaga im to zyskać większe poparcie w sondażach, pieniądze, rozgłos lub głosy wyborców.

Wolfgang Sofsky

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Forum".
pozdrowienia do warszawy na bielany.
dla kogos, kto czyta ten blog na swojej komorce. kto przeczytal juz wszystkie ksiazki i pobija wlasnie rekord cierpliwosci. czeka i czeka. ja tez czekam i pozdrawiam. czekam na dobre wiadomosci:-)
poniedziałek, 21 maja 2007
rower
dwa dni malina rozgladala sie po domu, chciala do piwnicy, zagladala do szopy. w koncu trzeciego dnia nie wytrzymala:
 - nie ma niespodzianki...
 - jakiej niespodzianki??? - zdziwilam sie szczerze.
 - no... mial bym ogniscie czerowny rower z misiami. a nie ma. moze mikolaj go przyniesie?
wytlumaczylam, ze zaden mikolaj tylko my. na imieniny.
 - aha. ale nie ma.
wybralismy sie wiec do wielkiego magazynu rowerow. prawdziwe rowerowe panstwo. kazda kategoria ma swoj gumowany okrag do wyprobowania roweru. dzieciece tez. malin a dosiada pomaranczowego rumaka i jedzie jakby nigdy w zyciu nic innego nie robila. raz wpada na sciane i peka ze smiechu. kupujemy piekny czerwony rower. i od dwoch dni malina nie robi nic tylko jezdzi. albo oprzez dziure w plocie zaczepia oprzechodniow i im opowiada, ze ma nowy knallrot rower. dobrze, ze to taka nieruchliwa ulica i malo przechodniow.
środa, 16 maja 2007
4 dni wakacji.
jutro jest w niemczech wolne. zaczatowalam do szefa, ze wezme sobie urlop na piatek. dostalam blogoslawienstwo i kapiela w pianie zaczelam wakacje 4 - dniowe. przeczytalam, ze roza roku zostala roza eden85 i zobaczylam jej cudowne zdjecia w rozkwicie. moje 4 zasadzone wczesna zima maja z 15 grubych pakow, ktore lada moment pekna. i tylko o tym mam zamiar myslec przez te 4 dni. amen.
rower.
pojechalismy wyprobowac rower. przygotowania trwaly od miesiaca, bo malinie podobaja sie tylko rowery lylowe i rozowe czyli obciach. kupilam ksiazeczke z jej ulubionej serii o connie i connie wymarzyla sobie rower czerwony. przeprowadzilismy ostentacyjna rozmowe z maxem, autorytetem i idolem maliny, ktory zlozyl oficjalne oswiadczenie, ze jego pierwszy rower byl niebieski z czerwonym siodelkiem i ze czerwone rowery sa cool. po drodze marwtwilam sie na pokaz, ze pewnie czerwonych rowerow wcale nie ma, bo sa takie piekne, ze wszyscy chca je miec i juz wykupione. przy okazji sie wzruszylam, bo czy ja -komunistyczne dziecko w ogole moglam sobie wyobrazic, ze rower moze byc czerwony? nie starczylo mi na to fantazji. rowery byly pomaranczowe. pewnie lakierowane resztkami lakieru z maluchow, bo wtedy maluchy tez byly tylko pomaranczowe. wchodzimy do wielkiego sklepu z rowerami. na szczescie same czerwone, niebieskie i zolte, pewnie gdyby stal lylowy to malina by jednak zmienila zdanie. bierzemy drugi rozmiar i dodatkowymi koleczkami i malina wskakuje jak na rumaka. dotad jezdzila na rowerze bez pedalow, wiec pedaly jej wyraznie przeszkadzaja. meczy sie strasznie. chce krecic do tylu a do tylu rumak hamuje. wysiada. przekreca pedaly reka. znow hamuje. znow reka przekreca. cos tam rozumie ale nie bardzo. jedzie kilka metrow. hamuje. jest w stresie. w koncu patrzy na nas zmeczona jakby proszac zeby juz jej nie meczyc tym rowerem:
- juz? juz! to teraz go kupmy, dobrze? - jakby chodzilo o wizyte u dentysty. nadzieja, ze juz sie to ma za soba. dajemy jej spokoj i zapraszamy na imieninowa kolacje w greckiej restauracji.
imieniny.
wielka paczka pieknie zapakowana w papier w rozyczki i kropeczki. malutki torcik z truskawkami, maly metalowy konik polny do ogrodka, mala czekoladowa biedronka, malenki cukrowy motylek i herbata malinowa i rozowa swieczka i stokrotki w filizance. zaspiewalismy malinie sto lat. nie byla tak przejeta jak na dzien matki, ale wyraznie zadowolona. naprawde ucieszyla sie dopiero jak zasiadla do stolu i z innej perspektywy zauwazyla co na nim lezy.
 - o! jaka gruba biedronka!
torcik nie bardzo w jej guscie, ale cukrowy motylek zaraz stracil oczka, skrzydelka i zostala tylko podstawka wielkosci zlotowki, ktora malina kazala sobie zapakowac w serwetke, zeby pokazac w przedszkolu. wypila herbatke, smiala sie z konika polnego, ze tak kiwa glowa. pytala:
 - idzie malina do przedszkola? - i ciagnela go za glowe - o! mowi, ze tak! mamusiu, jakie on ma dwa wrozki na glowie!
 - rozki?
 - tak! dwie wrozki! smieszne!
dyplomatycznie zwracamy malinie uwage, ze wlasciwego prezentu wcale nie rozpakowala.
 - aaaaa... rozpakuje jak wroce z przedszkola.
malina zbyt przejeta jest gruba biedronka i tym kawalkiem cukru w kieszeni zeby przejmowac sie jakas wielka paczka. i poszla. a ja lece na spotkanie teraz i juz ciesze sie na popoludnie.

wtorek, 15 maja 2007
wieczorne glupotki
uwielbiam te malinowe momenty, kiedy malina swiezo z wanny, mieciutka, pachnaca i rozowa zaklada swiezutka pizamke. jest jak paczuszek i rozyczka i jabluszko na raz. troche sie laskoczemy, szepczemy w uszy smiesznotki, drapiemy w plecki, masujemy stopki miedziana mascia. a tu moja malinaka wystawia pupe i wesolo wola:
 - rabnij mnie w dupe.
i nie zauwaza nawet, ze wlasnie mnie zamurowalo i nie wiem czy to przezyje.
koniugacje, deklinacje
- wygladasz jak maly marynarzyk!
- nieeeee. marynarze nie nosza spodniow.

-----
- a co bylo na deser?
- serek waniliowy z sosem z mioda

-----
 - co malujesz? syrenke?
 - tak. ale nie mam kredkow niebieskich i zielonych.






kult.
u naszego homeopaty jestesmy raz na dwa tygodnie i nie oszukujmy sie: juz dawno malina nie byla tak dlugo bez przerwy zdrowa.
lubie go, bo ciagle co madrego mowi na temat maliny a maz sie smieje, ze moja sympatia stad, ze on jest wyraznie malina zafascynowany. no jest i ja go rozumiem!
co jakis czas malina moze sobie u niego wybrac kamien ze specjalnej miseczki. pierwszy raz wybrala rozany kwarc. jak moja bransoletka z czasow, kiedy wszyscy, niezaleznie od plci, nosilismy koralikowe bransoletki. potem znow rozowy kamyk, potem lylowy. trzyma te kamyki pod poduszka, nosi w kieszonkach, w szkatulce na skarby z krakowa. niedawno malina wybrala kamien brazowy. pan homeopata byl entuzjastycznie nastawiony do malinowego wyboru: malina schodzi na ziemie. to dobrze, uznal. byl bardzo zadowolony, wiec tez sie ucieszylam. chodzi o to zeby malina przestala bujac w oblokach. ma jesc korzenne warzywa (marchewke na przyklad) i stapac po ziemi a nie skakac po chmurkach. jedziemy do domu. malina wyciaga kamyk z kieszonki. podziwia. mysli. podziwia. wtracam sie do jej milczacego podziwu:
- ladny ten kamyk sobie wybralas.
malina kiwa glowka:
- tak. jest jak coca cola.

bo malina jest na etapie: jedyne, co sie w zyciu liczy to wysokie obcasy i picie coca-coli, ale wie, ze musi jeszcze poczekac...
poniedziałek, 14 maja 2007
jestem mama. dzien matki (niemiecki)
zostalam obudzona calusami. otwieram oczy i zaraz udziela mi sie entuzjazm strasznie przejetej maliny. podobno wstala juz o 5:30, ale tatus jej wytlumaczyl, ze to tez piekny prezent jak mamusia sie wyspi. wsadzil ja w samochod i pojechali po buleczki niemal pod austriacka granice. kiedys maz jezdzil skoro swit na motorze, bo to piekna droga a ja sie wysypialam. teraz pokazuje swoje ulubione zakrety dziecku. na dole czekalo na mnie ciasto, ktore malina sama upiekla, donica z kwiatem lylowym. ale najwyzniejszy byl rysunek. szesc serc i slowo mama w roznych wariacjach malinowych.
- tych sercow tyle, ze cie kocham - tlumaczy - a kwiat kupil tatus, zebys nie byla smutna. - malina przeplata niemiecki z polskim. znak, ze jest przejeta. tatus porywa maline w ramiona, smieje sie, ze miala powiedziec cos innego. namawiaja sie sekretnie i malina rozpromieniona tlumaczy jeszcze raz:
- a ten kwiat to zebysmy go razem wsadzily, bo ja jestem smutna, ze ja ci umarlam tyle kwiatow wczoraj.
pijemy kawe i jemy ciasto. malina co i raz recytuje ten wiersz: "mamo, mamo, co ci dam..." i jest tak, ze ten poranek niech sobie trwa do zmierzchu. dzien ciagnie sie pieknie i leniwie, goraco i ogrodowo. malina w piaskownicy spiewa do sobie tylko znanej melodii "maaaaamooooo, maaaamoooo, co ci daaaaaaaam..." i tylko pojeniem i karmieniem udaje nam sie odwiesc ja od tego zawodzenia. jestem mama. to dopiero 4 lata a juz nie potrafie sobie wyobrazic jak to jest nie byc mama. w kuchni wisi serce namalowane farbami akrylowymi i wydaje mi sie, ze to jest dzielo sztuki. jest piekne. calkiem obiektywnie i szczerze: piekne jest.

w sobote polski dzien matki w polskim przedszkolu. juz nie moge sie doczekac.
 
1 , 2 , 3
Archiwum