wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 30 maja 2008
miedzy nami kobietami czyli dialogi w lazience.
malina przebiera sie sie w pizamke, ja zmywam makijaz. zabki umyte. malina robi sie rozmowna.
- co robisz? myjesz makijazu?
- makijaz. tak.
- to dobrze. wiesz czemu codziennie trzeba umyc makijazu?
- makijaz. czemu?
- zeby rano zrobic sobie nowy makijAz.
- racja! - usmiecham sie.
- a wlosow nie mozna codziennie farbowac, wiesz dlaczego?
- no?
- ailika mowi, ze jak sie czesto farbuje wlosy to sie bedzie mialo raka.
- tak?
- tak, ale to nieprawda, bo raka dostaje sie od choroby a nie od malowania wlosow. raka sie dostaje jak sie na przyklad lize plot!
- plot?
- tak, bo na plotu sa bakterie.
- na plocie.

....

- mamusiu a gdzie ty idziesz?
- nigdzie. a gdzie mam isc?
- myslalam, ze gdzies idziesz, bo masz taka piekna sukienke.
- to jest koszula nocna.
- tak? ja tez taka chce!
- jak bedziesz duza, to tez bedziesz taka miala.
- dobrze, ale bede w niej chodzila do przedszkola a nie spala, dobrze?
od clio skopiowane. bardzo ladne.

Brukom ulic się dziwić przez okna,
liczyć wrony i łykać dzisiejszość,
wszystkie myśli odrzucać od siebie
i zostawić jedynie najmniejszą,
nie nazywać niczego słowami,
nie wyplatać ze wzruszeń określeń,
nie wpisywać w zeszyty spostrzeżeń,
definicji nie sączyć z uniesień.-
Nie ozdabiać się rzewnowzdychliwie
w beznadziejność twarzowo przezłotą,
rozczochranych, cygańskich tęsknotek nie
nazywać liliową tęsknotą,
nie przyjmować odwiedzin wspomnienia,
które łzawi się zwykle półpłacząc,
nie hodować w doniczce miłości
i nie skrapiać snów wonną rozpaczą. -
Łapać muchy i ziewać szeroko;
nie odnawiać skończonych rozdziałów, -
i nie zbierać kolekcji ze spleenów,
autografów i zgasłych zapałów-
łykać ranki hałaśną radością i na dłoniach
podawać im serce, a wieczorem zasypiać
w prostocie, jak w dziecinnej mięciutkiej kołderce.
/Zuzanna Ginczanka/

środa, 28 maja 2008
malinowe gusta muzyczne.
tatus laduje skrzynki z butelkami do bagaznika. jedzie po napoje, bez ktorych nie da sie tej sauny przezyc. 35 stopni. skwar. po drodze zawiezie maline do szkoly muzycznej. ladowanie troche trwa, wiec malina wykorzystuje te kilka minut na atak na samochodowe radio. wpada w siedzenie kierowcy, skacze po stacjach radiowych i szuka ulubionych piosenek. dobrze zeby spiewala pani a najlepiej shakira. wtedy malina rozkreca radio do oporu i spiewa do wtoru. po czym najczesciej traci glos. dzis te przyjemnosc musi dzielic z nia cala okolica, bo jest skwar i tata opuscil wszystkie okna. cos slysze z ogrodu.
 - co ona tam spiewa? - pytam meza.
 - nie wiem jakies zawodzenie.
ide sprawdzic. carmina burana. no. no.


byc albo nie byc.


- jestem luca toni!!!! - wola malina i biega po ogrodzie.
- a wiesz kto to jest? - jestem pod wrazeniem.
- nie wiem. ale jestem!

http://de.youtube.com/watch?v=scfCemHFQ2Y



poniedziałek, 26 maja 2008
to ona!
wpadam do przedszkola. dzieci siedza jeszcze przy stole, maliny nie ma. pewnie w toalecie. siadam w korytarzyku i czekam. ale od stolu zrywa sie pewna slicznotka z okrzykiem:
- maaaaamusiaaaaa!!! - i sie na mnie rzuca.
ano tak. malina ma krotkie wlosy. to ona!
dobra rada na dzien matki. dla matek z ogrodem.
jak macie ogrod, to pewnie macie piaskownice. warto od czasu do czasu zmienic piasek na nowy. ze wzgledow higienicznych tez. ale przede wszytkim ze wzgledu na odkrycia archeologiczne. ja co wiosne zmieniam i w tym roku znalazlam:
- srebrna lyzeczke, ktora tesciowa karmila w dziecinstwie mojego meza.
- pierscionek o wartosci niemalej, ktory uwielbiam, ale juz w zasadzie odzalowalam.
- malutki dzbanuszek pamiatke po wakacjach na sardynii.
- kilka czesci playmobil, bez ktorych nie funkjonuje zestaw: basen.
- drewnianego aniola z choinki.
malina wniebowzieta: tyle skarbow!
- a skad one sie tam wziely? - pytam.
- nie wiem. a ty?
środa, 21 maja 2008
nowa malina.
dlugie warkoczyki. nie ma. opadajaca zlota fala wlosow. nie ma. malina, ktora przez cale swoje piecioletnie zycie chce byc krolewna z lokami zamarzyla nagle o krotkich wlosach. zabralam ja wczoraj do fryzjera. do pierwszego machniecia nozyczkami pani fryzjerka pytala czy malina jest pewna. a malina jest pewna, zdecydowana i zadowolona z zycia. ciach! na podloge spadla dluga kitka zlocistych wlosow. wloski sa obciete na krocej niz broda na pazia bez grzywki. nagle sie okazalo, ze malina ma wlosy jak zloto, geste i cudowne. wstala z fotela w zachwycie. rano zalozyla dzinsy, granatowa bluze i ruszyla do przedszkola z lapkami w kieszeni. to ma byc rozowa krolewna? moje dziecko?
poradzilam jej zeby nie chodzila z raczkami w spodniach, bo jak sie potknie to padnie na nos. wyglada slicznie.



niedziela, 18 maja 2008
déjà-vu.
kilka lat temu mielismy odtwarzacz vhs, ktory fantastycznie odtwarzal filmy. nie byl to najnowszy model, wiec po nacisnieciu guziczka "eject" kaseta byla wypluwana przez pol pokoju i lukiem ladowala gdzie chciala. nie zawsze udawalo nam sie ja zlapac, ale nie bylo problemu tylko mnostwo smiechu. po pewnym czasie sprawa sie skomplikowala, bo odtwarzacz nie chcial juz pluc tylko zatrzymywal kasete w swoich wnetrznosciach, maz lecial po srubokret, rozkrecal lobuza na czesci i wydlubywal kasete. to sa czasy bardzo ostroznego wybierania filmow, zeby cala operacja przynajmniej sie opacala.
i dzis wieczorem przezylismy wesole déjà-vu ale z dvd. obejrzelismy film, zbyt zmeczeni na dodatkowe sceny i wywiad z rezyserem naciskamy "open", szufladka sie poslusznie otwiera ale... pusta. zamykamy, otwieramy... pusta. zamykamy, puszczamy film, leci. otwieramy... puste. czary normalnie. pasuje do filmu o afryce. szamani. film leci, plyty nie ma. jeszcze raz. nic. maz leci po srubokret. nie pasuje. maz leci do piwnicy i przynosi komplet srubokretow w slicznym opakowaniu, za ktore go niedawno wysmialam, ze takie specjalne i zupelnie bezuzyteczne. alez owszem uzyteczne. mozna nimi otworzyc dvd i wydlubac zagubiona plyte. maz peka z dumy. a teraz numer wieczoru: wszystko skrecone, od nowa podlaczone, plyta w pudeleczku. a moj maz - niczym pan hilary - poszukuje okularow.
 - pewnie zostawiles je w tym dvd. - smieje sie. maz podnosi odtwarzacz, potrzasa nim. cos tam gruchocze. leci do piwnicy, rozkreca diabla i... znajduje okulary. a kto jest winien?
 - jakbys mnie tak nie zagadywala i nie smiala sie z moich swietnych srubokretow, to by mi sie cos takiego nie zdarzylo!
w nagrode za zagadywanie dostaje szklaneczke wina i wieczor jest uratowany. niedziela wieczorem to najgorsza czesc tygodnia. kiedys, przed malina, chodzilismy do kina albo do ulubionej restauracji. teraz maz postanowil chowac  okulary do odtwarzacza dvd, bo juz dawno nie slyszal zebym sie tak smiala.
piątek, 16 maja 2008
brzydkie kaczatko.

dawno juz nie czytalysmy brzydkiego kaczatka. malina wyraznie nie lubi tej bajki. zbyt dlugo trwa niedola kaczatka, smutki, odtracenie i samotnosc. ale dzis malina postanowila znow zmierzyc sie z ta andersenowa tragedia. czytam, czytam, powoli zmierzamy do konca. malina nie wytrzymuje napiecia i wola do kaczatka:
 - nie martw sie, juz niedlugo bedziesz bocianem!!!


dobry dzien.

ile to trwa? sekunde? pol sekundy? mgnienie chwili? mrugniecie oka? krotko a wiecznosc? ile potrzeba zeby uswiadomic sobie, ze to dziecko, ktore wlasnie sekunde temu smialo sie na drabince i wolalo: mamusiu, zobacz! teraz lezy i przerazliwie krzyczy zakrwawione i w zasadzie nie wiadomo gdzie ma nos a gdzie usta, bo wszytko zatakane jest czarna ziemia i splywa swieza krwia to moje dziecko. malina. nie placze, nie krzyczy. wyje z bolu i przerazenia. grom z nieba: to dotyczy mnie. to malina. pedze i nie wiem czy ja podniesc czy nie. czy cos zlamane? czy moge ja dotknac? caly swiat nieruchomieje na chwile a kreci sie przeciez tak, ze ledwie trzymam sie na nogach. musze dobiec na czas. malina wije sie z bolu i placze wnieboglosy. spadla z drabinki na twarz, nie zdazyla wyprostowac raczek, wiec cala sila skupila sie na twarzy.
 - mozesz wstac? - pytam i cala soba staram sie wyrazic spokoj. przerazona malina w sekunde staje wyprostowana jak sprezyna. jej twarz jest czarna a krzyczace usta pelne ziemi i krwi. biore ja na rece i biegne do lazienki, na drodze stoi starsza kobieta z rowerem i przyglada sie w zaciekawieniu tarasujac droge. wrzeszcze na na zeby zrobila przejscie. znajduje lazienke. puszczam zimna wode i wydlubuje malinie z buzi garsc ziemii. kaze jej dmuchac nos. malina na widok krwi pomieszanej z ziemia dostaje szalonej histerii. trzesie sie, wyje, wola o pomoc. probuje ja naklonic do plukania ust a nie wiem czy nie wypluje zebow. wszystko jest takie czarne i zalepione ziemia, ze nie moge rozpoznac co sie stalo z ustami, widze tylko ze nos jest jak sina bania. ale malina stoi na dwoch nogach, rusza raczkami i stad czerpie sile na moj pozorny spokoj, ktory udziela sie dziecku. lka juz tylko. do lazienki zaglada kucharz i pyta czy cos moze pomoc. prosze o lod i naciskam numer lekarza. brudne i zakrwawione przeciskamy sie wsrod krzeselek w strone samochodu. placzace dziecko nie wzbudza wspolczucia. jakas beksa, pewnie chce gumowego misia - slysze, ale ignoruje, choc moglabym zabic wlasnie. lekarz czysci malinie nos i usta. stwierdza, ze miala szczescie: obie jedynki sa tylko nadlamane, nos obity, gorna warga spuchnieta, ze prawie zatyka nos, dziasla opuchniete, ale wszystko jest na swoim miejscu i poza zebami w calosci. prosto od lekarza jedziemy do dentysty, zeby opilowac zlamane zabki.
 - ile masz lat?
 - piec.
 - no to za rok i tak beda nowe zabki. - pociesza dentysta.
malina skacze po schodkach: pokazemy tatusiowi! teraz mam takie na okragle zabki! jak sloneczka! potem jedziemy na lody zalecone przez lekarza. na kolacje znow lody, bo malina nie moze zuc. na dobranoc brzydkie kaczatko.
 - mamusiu, to byl dobry dzien?
 - dobry. oczywiscie, ze dobry.

czwartek, 15 maja 2008
lis.
widzialysmy na lace lisa. albo on widzial nas. przygladalismy sie sobie w trojke przez chwile, po czym lis dal noge. malina rozmarza sie w samochodzie:
 - lis. opowiem tatusiowi, ze widzialysmy lisa. troche byl jak kot.
 - to prawda. - przytakuje - jak wielki kot.
 - ale tez troche jak pies.
 - prawda. troche jak pies.
jedziemy. malina milczy a nagle dodaje:
 - ale tez troche lis jest podobny do konia.
 - tak?
 - tak. ma taki ogon jak kon. konski ogon ma, prawda?
 jestem zachwycona. sama bym na to nie wpadla.
 - malina, masz racje. lis ma konski ogon.
 - tak. i dlatego lis jest troche jak kobieta.
 - jak kobieta???!!! - no tu nie starcza mi juz fantazji. chyba, ze malina ma na mysli charakter.
 - tak, bo kobieta tez moze miec konski ogon, wiec jest troche jak lis.
wtorek, 13 maja 2008
malinowe dni.
wzielam wolne do piatku. rozstajemy sie z malina tylko na spanie. mialysmy pojechac do jakiegos bauernhof, ale wszystko juz zajete. caly dzien spedzilysmy w skansenie w gorach. 40 minut jazdy i juz jestesmy w gorach, nad jeziorem i dech nam zapeira z wrazenia jak tu pieknie. oba kolana sa na krzyz poklejone plastrami, buty mokre od wpadniecia do wody, na lokciu siniak jak sliwka.
 - a jutro tez?
 - tez. - odeszepnelam w malinowe ucho, ale nie wiem czy jeszcze cos slyszala. spala.
poniedziałek, 12 maja 2008
malinowy szeroki zasob slow.
 - no i zona rybaka wyslala go do zlotej rybki, zeby ta dala im nowe koryto. malina... czy ty w ogole wiesz co to jest koryto?
 - tak.
 - co?
 - korytarz. bo ona chciala nowy korytarz.
sobota, 10 maja 2008
malinowa utopia.

susanne spedzila u nas caly dzien. bylo starsznie fajnie. gralismy w pilke, grylowalismy pyszne ryby, popijalysmy prosecco w cieniu kwitnacych jabloni, gadalysmy bez przerwy. o osmej malina poszla spac. susanne nie mogla sie od niej odkleic. na pozegnanie powiedziala:
 - wiesz, ze cie lubie. ale kurcze nigdy bym nie pomyslala, ze potrafisz tak super wychowac dziecko. to jest utopia. takich dzieci nie ma, wiesz?
 - wiem.


piątek, 09 maja 2008
klapki.

- mamusiu, duze maja lepsze zycie niz male.
- tak? dlaczego?
- bo duze moga robic co chca. moga miec kolczyki. albo nawet nie dziureczkowac uszu tylko nosic takie kolczyki klapki.
- klipsy?
- tak. takie klipsy czyli klapki.


jestem dorosla.
jesli nie zadzwonie do mojej mamy, ona tego nie zrobi. to taki jej prywatny sposob na dawanie do zrozumienia: jestem szczesliwa, a wy wszystcy nie jestescie mi do niczego potrzebni. czasami sie wkurzam i nie dzwonie - jak tym razem - ponad miesiac. i wiem, ze gdybym nie wykrecila warszawskiegio numeru, moze nie rozmawialybysmy rok, moze dwa. wczoraj znow postanowilam byc madrzejsza. dzwonie i jak zwykle rozmowa zaczyna od sie od tekstu, ktory znam na pamiec:
 - to nie do pomyslenia, zeby nie zadzwonic do wlasnej matki przez miesiac.
 - wiesz, ze za dwa miesiace skoncze 40 lat? czy mozesz z okazji moich urodzin zmienic ten tekst? i rozmawiac ze mna jak z doroslym czlowiekiem?
potem jak zawsze wysluchalam nowinek: kto umarl, kto choruje i ktora z moich kolezanek ma wlasnie genialna sesje zdjeciowa (slicznie wyglada, prawdziwa gwiazda, wiesz?) w poczytnym magazynie a ktory z bylych narzeczonych zeni sie z pompa i cala polska o tym gada. ostatnio uslyszalam, ze poza fizyczna istnieje przemoc psychiczna. takie psychiczne wyzywanie sie na kims za wlasne niepowodzenia i frustracje. przez pol godziny mruczalam w sluchawke: mhm, tak, mhm, tak. po czym wypilam piwo i poszlam spac.
środa, 07 maja 2008
szczera odpowiedz.

- jak wyszlam z twojego brzuszka?
- normalnie. - na trudne pytania mozna czasem odpowiedziec trywialnie i czesto tak sie ze sprawy wywinac. nie zawsze dziala:
- normalnie? przez buzie czy tam gdzie wychodzi buleczka?
- niedaleko tam gdzie buleczka.


poniedziałek, 05 maja 2008
mlodsza przyjaciolka.
wszystkie ulubione malinowe przyjaciolki sa przynajmniej o rok starsze. malina jak sosna wysoka jest i gibka, wiec fizycznie nie widac roznicy. takze rozumek bystrej, dwujezcznej, piecioletniej dziewczynki niezle nadaza za umyslem kolezanek, ktore juz chodza do szkoly. tylko z uczuciami nie daje sobie malina rady, z zazdroscia, presja konkurencji, szerokimi horyzontami i wiedza tajemna (jak na przyklad fakt, ze jak kogos zamknac w jaskini pod ziemia to z ciemnosci, zimna i z glodu zblakany w koncu umrze i nikt go nie znajdzie. na to malina nie wie co odpowiedziec, bo tak daleko jej mysli jeszcze nie docieraja). dlatego taka przyjaciolka jak marlene jest balsamem dla malinowej duszy. odpoczynkiem. radoscia sama. marlene jest mlodsza o rok, nature ma wesola i pogodna a wszystko co ma do powiedzenia o zyciu, malina juz wie i to wprawia maline w swietna humor. dziewczynki potrafia sie bawic trzy godziny w zgodnej harmonii jak akord do-mi-sol. malina husta marlene w ogrodzie i macha do mnie raczka:
- mamusiu, popatrz! teraz jestesmy prawdziwa rodzina: ja hustam moja mlodsza siostre a ty robisz sobie kawke!!!
bardzo przyjemne rozdanie rol. pol godziny pozniej marlene z panika w oczach leci do toalety. prozny pospiech - kawalek kupki laduje na podlodze, troche w majtkach reszta niezdarnie wycelowana pluska do kibelka. malina kwitnie! jest wniebowzieta i zachwcona:
- mamusiu! marlene zrobila buleczke!!! ja sie nia zajme! - trzaska mi przed nosem drzwiami od talety i slysze jak pociesza zalamana marlene:
- marlenchen, nie martw sie. kazdemu moze sie zdazyc. jak moja mamusia byla mala to nawet zrobila kupke w lozku! - kiedys przytoczylam malinie te historie na pocieszenie, ale czy musi rodzinne tajemnice z poprzedniego wieku tak publicznie obnazac? wkraczam do lazienki i myje, czyszcze i dezynfekuje co sie da: podloge, toalete, dziecko. malina przynosi swoje najladniejsze majty:
- o zobacz co tu dla ciebie znalazlam. sliczny dziewczecy roz. i kropeczki!!! - jakby marlene wiedziala co to znaczy: "kropeczki". potem wymyte, odswiezone i usmiechniete ida piec nastepne babki piaskowe. i ten dzien jest piekny.
czwartek, 01 maja 2008
tylko spokoj moze mnie uratowac.
lekarz powiedzial, ze jestem bomba streptokokowa, wiec od trzech dni leze w lozku i staram sie nie wybuchnac. malina przyniosla sobie do mojej izolatki krzeselko i od czasu do czasu przynosi wiesci ze swiata. siada i opowiada. tryska humorem, bo zycie w pojedynke z tatusiem to jest nieustanna jazda karuzela i wolnosc bez granic. tatus nie wyplatuje jej noca z czerwonej sukienki w biale kropki, ktora malina cichcem wciaga na pizame jak juz wszyscy spia, tatus nie krzywi sie na rastopki zalozone na lewa strone, pozwala oblizac palce po dzemie truskawkowym i zalozyc ulubiony plaszczyk do niepasujacach spodni, wpiac 8 roznych spinek we wlosy i tak isc po bulki. leze, nic nie mowie i staram sie zarazic jej radoscia a nie zarazic jej bakteriami, ktore we mnie grasuja, a ja grasuje po roznych dziennikach i sie wymadrzam zamiast przeczytac porzadna ksiazke.
Archiwum