wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 30 maja 2012
bullerby

czy chce czy nie mam juz telefon do pani od gry na pianinie, pani od angielskiego, dentysty i lekarza od plecow. idziemy do restauracji:
 - ooo! panstwo to z bialego domu, tak?
jutro lece na wieczor galowy a maz ma spotkanie. kiedys z powodu 4 godzin musiabym prosic o pomoc dziadkow i jechac z malina kawal drogi albo oplacic pania a. do opieki. teraz nie ma problemu: prosze maline podrzucic do l. babcia jest w domu, ugotuje dziewczynkom obiadek. ale niech tatus nie zabiera maliny zaraz o 4, bo to za krotko!
 - oj wpadnijcie do nas na winko. rowerem macie 7 minut! tylko zabierzcie cos na komary bo my pod samym lasem na tym malym jeziorkiem po lewej o tam! komarow mnostwo!
 - pamietacie, ze jutro o 4 kawa u nas?
 - jezu, ile wy macie plotu do scinania, pomoc wam?
 - w poniedzialki sa super zajecia sportowe, jak chcecie to zabiore maline, moze jej sie spodoba?
 - w wakacje jest super kurs zeglarski dla dzieci, dziewczyny moglyby razem chodzic i plywac przez tydzien!
 - l. obiecala malinie, ze w lato beda nocowaly w domku na drzewie, nie mozecie sie nie zgodzic.
 
 ...
a ja myslalam, ze znam niemcow.


nowa era malinowa?
dziwne to wszystko. w poprzedniej szkole malina miala mnostwo zadan domowych. siedziala, liczyla, pisala. tu prawie nie maja prac domowych, duzo robia w szkole. dawniej malina jak zamykala zeszyt to za nic nie moznabylo jej namowic na cos dodatkowego zwiazanego z czytaniem czy liczeniem. teraz czyta co jej wpadnie w rece, codziennie sama z siebie (bo jeszcze nie znalazlam nauczycielki) cwiczy na pianinie, powtarza slowka z angielskiego i namawia mnie na kupienie jakiegos sluchowiska z nauka francuskiego dla dzieci.

jakos tak ja to wszystko tu zmotywowalo pozytywnie...

moje dziecko z ksiazka i jablkiem w reku zamiast pedzace na rowerze, zamiast spadajace z drzewa, zamiast bujajace sie na plocie to zupelnie nowa bajka.




wtorek, 29 maja 2012
inaczej.
zle radze sobie z niepowodzeniami sluzbowymi, ze stresem. moj szef wzrusza ramionami:
 - business as usual.
a ja nie spie po nocach, jestem zla, wkurzona, obrazona, mysle, ze pracuje w glupiej branzy i raz na tydzien rzucam prace.
moj maz za to ma znacznie wieksze spektrum dzialania, wiec i wieksza odpowiedzialnosci, na wieksza skale i tez wsrusza ramionami:
 - ale mialem meeting. wszystko sie wali, super stress, ale kurcze jakby wszystko samo toczylo sie jak po masle, to by mnie nikt nie potrzebowal. po to jestesmy i za to nam placa.
i zadowolony bierze sie za nowa ksiazke, podczas gdy ja nerwowo rzucam sie po domu i dotaje nowych zmarszczek.

dzis przyszly mi do glowy dwie sytuacje i skojarzyly mi sie z wytlumaczenie roznicy w naszych charakterach. mialam jakies 7 lat i zeby zrobic mamie przyjemnosc, wzielam sie za zmywanie naczyn (czasy kiedy nie bylo zmywarki) i zaraz na poczatku wymsknela mi sie z rak salaterka (taka ktore na setki moznabylo wtedy kupic w sklepie chinka za grosze), pekla na pol. moja mama dostala prawdziwego szalu. sklejona salaterka istnieje wprawdzie do dzis, ale afera byla taka jakbym zlamala matczyne serce, zniszczyla dorobek zycia, byla ostatnie zyciowa niedorajda, utrapieniem i sluchalam o tej salaterce chyba ze dwa tygodnie codziennie a potem jeszcze okazjonalnie, bo w miedzyczasie udalo mi sie zniszczyc maminy swiat jakas plama atramentowa na obrusie, czy zabloconymi butami w przedpokoju.
a moj maz mial jakies 8 lat, kiedy z siostra postanowili zrpbic rodzicom przyjemnosc i umyc ich nowy samochod. nie powodzilo im sie wtedy zbyt dostatnio i chcieli rodzicom zoszczedzic koszta myjni. wstali raniutko i wyczyscili czerwony samochod gabka do kapieli a miejsca szczegolnie brudne taka szorstka myjka do szorowania przypalonych garnkow. moi tesciowie malo nie dostali zawalu widzac nowy samochod w niektorych miejscach wyszprpwany do blachy, ale... na dumne miny swoich dzieci nie umieli zareagowac naczej niz najpierw podziekowac za niespodzianke i starania a potem tlumaczeniem, ze troche zniszczyli lakier. do dzis jest to historia bez konca powtarzana na wszelkich rodzinnych uroczystosciach, bo tesc jezdzil kilka lat ze "latami" i samochod polakierowal dopiero do sprzedarzy.

moze dlatego moj maz idzie przez zycie z umiechem a ja z chmura na czole? i wpatruje sie w niego codzien zeby sie czegos nauczyc, ale dla mnie to juz chyba za pozno. ciesze sie ze malina ma tatusiowy charakter. i tylko trzeba jej zyczyc zeby nie spotkala z kolei takiego uciazliwego zyciowego partnera jak jej tatus spotkal mnie.



malinowe ferie

zaczely sie ferie. nigdzie nie wyjezdzamy. w koncu teraz mieszkamy tam gdzie ludzie przyjezdzaja na ferie. no i niechze to dziecko troche pomieszka w domu. zeby dom stal sie w koncu naszym domem.
nawet skok na rowerze po chleb jest wycieczka z panorama alp a na kolacje chodzimy do rybaka nad jezioro. piwo pijemy na pomoscie czekajac na okrzyk, ze jedzenie gotooooowe!
dzis rano malina zapytala czy nie moglybysmy pojechac do ksiegarni (taka maciupka ksiegarenka z kafejka), bo chcialaby sobie kupic ksiazke o milosci. wybieralysmy dlugo, bo niewiele jest ksiazek o milosci z duzym drukiem, ale w koncu malina znalazla "die wilden hühner und die liebe", w domu padla na sofe, zapalilam nam swieczki, bo za oknem zrobilo sie czarno i lunal deszcz i dziecko mi zginelo... to sa dopiero ferie!


piątek, 25 maja 2012
berlin, berlin.
tydzien w berlinie. prezentacja za prezentacja. pewnie mi tam tak dobrze, bo czuje jakbym byla w warszawie. tylko taksowkarze jeszcze bardziej pyskaci. mysle, ze niektorzy dra sie na wszystkich zeby dac za dosc tradycji (berliner schnauze:-)
krecimy fajny fimik w jakiej pieknej willi pod berlinem, mam przerwe wiec wpadam na plan. kreca w garazu a ja widze wazny mail w komorce, wiec wpadam do domu, pierwszego napotkanego pytam o gniazdko do pradu i login do internetu. patrzy na mnie zdziwiony. jezu, czy zawsze musimy miec jakichs takich gapowatych asystentow, czy co?
podaje mi zimna cole, zgodnie z moja prosba i wskazuje lazienke, bo chce sie odswiezyc - jechalam z centrum prawie godzine. dostaje maly swiezy reczniczek, wiec wybaczam mu wszystko. rozkladam sie z bambetlami na sofie i pisze, telefonuje, biegam po pieknym ogrodzie, bo ja zawsze jak telefonuje to szybko chodze. no dobra, wszystko zalatwione. ide do garazu zobaczyc jak tam kreca. a kreca z mala dziewczynka, ktora jest niesamowita i mozna ja zjesc. kazda scene powtarza cierpliwie 100 razy jak prawdziwa aktorka. kolega producent podchodzi i pyta czy potrzebuje internet i ze w namiocie produkcyjnym sa chlodne napoje. dziwie sie szczerze i mowie, ze juz dostalam zimna cole i swiezy recznik do rak i laptop mam w salonie, bo po cholere mi namiot skoro mamy taki fajny salon? producetowi robia sie oczy jak dawne piec marek niemieckich:
 - bylas w srodku????!!!
 - no! a co?
 - no bo my wynajmujemy garaz na zdjecia i w kontakcie mamy zastrzezone, ze zeby nie wiem co nie wolno do ogrodu i do domu.
 - o jezu... jakis asystent mnie wpuscil i nic nie powiedzial.
 - ktory?
 - no ten. - pokazuje winnego.
 - ups. to jest wlasciciel domu, ktory tu wszystkiego pilnuje zeby nikt niczego nie ruszal, nie wszedl na trawnik i w ogole strasznie upierdliwy, ale w koncu podpisalismy umowe tylko na garaz...
jezuniu. rzucilam sie do "gapowatego asystenta", ktory nagle przestal mi sie wydawac taki gapowaty, bo skoro nalezy do niego historyczna willa warta ponad 2 miliony, to nie moze byc z niego taka gapa, co? przeprosilam go i obiecalam zaraz zabrac torbe i reszte.
 - trzeba bylo mi powiedziec!
 - prosze pani. ja juz dawno nie widzialem zeby ktos wszedl i dokladnie wiedzial czego chce. nie umialem pani odmowic.
czyli jednak gapa, pomyslalam. ale tez naszla mnie refleksja: ile moznaby w zyciu osiagnac, gdyby tylko sie nie bac. gdyby isc przebojem, bez leku i bez wahania. bez watpliwosci. tu zdobylam gniazdo elektyczne i dostep do internetu, ale w zyciu moznaby osiagnac "przebojem" znacznie wiecej. gdyby tylko moc sie uwolnic ze smyczy dobrego wychowania, wyuczonych zakazow, nakazow, strachu i wiecznych analiz.


no i jeszcze jedna refleksja. w berlinie jest strasznie glosno. jak w warszawie. w czasie jednej prezentacji na 6 pietrze pieknej kamiency tramwaje wyly tak glosno, ze zamknelismy okno. a mnie sie to podoba. zycie tetni, ulice zyja, lato pulsuje, wszystko bucha energia. a wracam do domu i jeden samochod wieczorem wkurza mnie jak nie wiem i psuje humor.

pierwszy raz wrocilam do nowego domu jako do domu. pieknie. szczegolnie ciemnorozowe jezioro przed zmrokiem. ciekawe kiedy to rzeczywiscie bedzie NASZ dom?





czwartek, 17 maja 2012
kury, nie znacie dnia ni godziny!

wszyscy juz spia. pracuje niestety bez wiekszego sukcesu dzis i juz z lekka padam na nos, bo kurcze nic mi sie dzis nie udaje. w ogrodzie zapala sie swiatelko reagujace na ruch. najpierw umieram ze strachu. potem, zwycieza ciekawosc. po ogrodzie przemyka kot... kot? z taka kita? taki dlugi? swiatlo go zedzorientowalo. nie wie dokad uciekac. lis. lis, o rety! idzie krasc jaja albo kury pewnie. otworzylam okno:
 - psik!
zrozumial po polsku i zwial jak kot.
wtorek, 15 maja 2012
jak tu jest.
"nowe" jest zawsze cwiczeniem dla mozgu. nowy laptop. nowa praca. nowy dom. nowa kuchnia. juz nie mozna polsennie, automatycznie wykonac 25 ruchow zeby ugotowac poranna kawe. trzeba sie jednak obudzic, pomyslec gdzie jest kawa, gdzie lyzeczka, gdzie kubek. w poplochu otwieram wszystkie szuflady po kolei i wciaz sie dziwie, ze ktos tak mogl zaplanowac kuchnie. najpierw wezmiemy sie za plot. ale zaraz potem ta kuchnia wyleci na zbity pysk. na srodku jest wyspa, absolutna pomylka kuchenna. nigdy nie chcialam miec wyspy. kuchnia ma sie ciagnac wzdluz sciany a nie stac na srodku! a na wyspie jest kuchenka a nad kuchenka wisial pochlaniacz (ludzie, jak to sie nazywa po polsku?) i zaslanial caly swiat. to wylecialo na bruk jako pierwsze i zaraz zniknelo ze sterty gruzu przed brama, bo jak sie okazalo mialo super marke. nie tesknie.
lazienka jest 4 razy wieksza niz nasza stara. taki pokoj kapielowy, ktory jest tak slicznie zaplanowany, ze zupelnie nie wiemy gdzie powiesic/postawic szafke. co by nie zrobic styl bedzie popsuty. jest miejsce na mydelniczke i tyle. reszte prosze robic w piwnicy (druga lazienka letnio/ogrodowa) i nie zaklocac harmonii. kurde no. powiesilismy niesmialo taka chudziutka szafeczke, ze tylko krem pod oczy i nitka do zebow sie miesci. suszarka lezy beszczelniena podlodze i czeka na zmilowanie. chyba ogolimy sie wszyscy na zero i nie bedzie problemu z nieforemna suszarka.
dobrze, ze w poniedzialek lece do berlina, bo caly czas cos bym przestawiala, przesuwala, poprawiala i zupelnie nie moge skupic sie na pracy. ogrod jest zupelnie zdziczaly. ale dzis odkrylam, ze jak przekwitna cudne bzy to zakwitna jasminy. olbrzymie! trawy prawie nie ma bo drzewa na wzor lesny rzucaja zbyt duzo cienia i wszystko zaroslo mchem. w amoku wyrwalam cos, co wydawalo mi sie byc chwastem a potem okazalo sie czyms jak bordowe dzwoneczki, dobrze, ze nie mialam cierpliwosci, zeby wyrwac wszystko! teraz trzymam rece w kieszeniach, a sekator w schowku zeby mnie nie kusilo.
poszlysmy z malina na spacer wokol malych jezior. i teraz sie zastanawiamy, czy w tym roku w ogole wyjezdzac na wakacje.
martwi mnie troche ulica, ktora zima byla jak wymarla a teraz budzi sie do zycia motorami, bo okolica jest turystyczno-piekna i motocyklisci zakochani w jezirno-gorskich serpentynach jezdza mi wzdluz plotu. z tego powodu chcialam juz sie wyprowadzic (po 6 dniach mieszkania!), ale sasiedzi mnie przekonuja, ze za kilka tygodnie nie bede juz tego slyszala. a ja wiem, ze bede i dlatego szukam specjalnego ogrodzenia dzwiekochlonnego.
malina w szkole nagle zupelnie zmienila styl zycia i bycia. pani nauczycielka ma taki system, ze ciagle chwali te swoej dzieci a maline tylko w taki sposob mozna zmotywowac. dzieci pisza wypracowania na cala strone A4 a malina na 3 strony! dziecko, ktore nie lubi ani czytac ani pisac.
w piatki na godzinie wychowawczej 15 minut poswiecone jest... chwaleniu. dzieci moga sie zglaszac, zeby kogos pochwalic. malina byla pochwalona prze kolezanke, ze tlumaczyla spotkanie z polska grupa, ktos inny byl pochwalony, ze przeprosil sie z kims po klotni itp. dzieci chwala dzieci a pani slucha. wczoraj sluchalam jak malina namawiala sie z kolezanka, ze pochwala w piatek dziewczynke z klasy, ktora nie bala sie os i pokazala tacie ich gniazdo. bardzo mi sie podoba ten system.
dzieci zyja tu jak w bullerby. znaja sie wszystkie. a to lataja z latawcem, a to scigaja sie na rolkach, a to ganiaja z psem po lace. helen doran - system wedle ktorego malina uczyla sie angielskiego przez ostatni rok - mamy po drugiej stronie ulicy. moge stac na tarasie i kiwac malinie reka. nauczycielka od pianina mieszka tez po drugiej stronie ulicy, jej dom widac z naszej sypialni. a u sasiadow mieszka pies, w ktorym malina sie zakochala. tak dlugo czatowala na wlascicielke az ja zlapala i zapytala, czy nie moglaby z nia pojsc na spacer, jak bedzie szla z psem. i teraz tak sobie od czasu do czasu chodza nad jezioro. i maz kaze mi sie na tym skupiac a nie na motorach, ktore zaklocaja moja cisze i wkurzaja mnie ze nie wiem.

jest dobrze, choc jeszcze nie wiem dokladnie jak.




niedziela, 13 maja 2012
kawalek weekendu.

przeprowadzilismy sie 14 dni temu ale dla mnie to dopiero 4 dzien tutaj. i to tez nie caly. zaliczylam berlin, hamburg i frankfurt i dzis wyladowalam w domu. poszlam z malina na spacer do lasu jak z bajki, w ogrodzie ukradlam (sama sobie) lylowy bez, na kolacje malina z tata urzadzili mi uczte szparagowa na dzien matki. dobry dzien. kawaleczek uratowanego weekendu przed zwariowanym tygodniem, przed ktorym juz teraz mam troche stracha.
kupilam dzis sobie prawdziwa literyture z dolnej polki i relaksuje zmeczony mozg.




czwartek, 10 maja 2012
Worried
Worried I'm getting older, and that my bangs have grown too long.
Worried I lost my car keys, or that I've said something wrong.
Worried about the mess that's in my house, that's in my heart.
Worried that I'll go crazy every time that we're apart.

Pessimistic as it seems, sleep will never come that easy, we will always have bad dreams...
Fallin in love and into credit debt much too deep too fast.
I envy the futures of all my friends and I get jealous about your past.
If it gets too close, if it gets too much, I'm scared I'll disappear.
Well babe I might step back but if I go to far, promise you'll wait for me right here.
Pessimistic as it seems, sleep will never come that easy, we will always have bad dreams...


http://vimeo.com/39420614



nowy dom

jest piekny i przestronny. ma niesamowite okna. otulony starodrzewiem i krzewami bzu i czeremchy. z furteczka i drozka nad jezioro, z szeroka brama jak sie patrzy, z piekna lazienka, z tarasem. z balkonem, z altana, z widokiem na alpy. ale pierwszego wieczora zasmucona malina powiedziala:
 - fajnie tu, ale wolalabym wrocic do naszego domu.


Archiwum