wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 23 maja 2013
malinowy zeglarz

 

dziecko wyszlo dzis z domu malina a wrocilo marynarzem. zmarznietego zeglarza wyslalam do goracej wanny. mialysmy opijac karte zeglarza malinowa lemoniada i zagryzac ja kielbaskami z rusztu. zeglarz wyszedl z wanny i w szlafroku polozyl sie na chwile na lozko. spi jak suselek. wszystkie kielbaski moje!

 

nic nie chce przyjsc za darmo.

gorszej pogody na zeglarski tydzien nie mozna sobie wymyslec: leje, wieje, zimno. na jutro przewidywany jest... snieg. a malina wstaje co rano pelna energii, gotowa i ze spakowanym plecakiem. wstaje wczesniej niz ja, bo boi sie, ze zaspie. tatus jest w meksyku a mojej wrazliwosci na budzik malina wyraznie nie ufa.

o osmej wita sie ze swoimi wspolzeglarzami a ja wracam do domu i najchetniej wskoczylabym do cieplego jeszcze lozka. ale co to? w ogrodzie scena jak z filmu: wielkie bezowe ptaszysko laduje na trawie z malutkim ptaszkiem w szponach (sikorka? zaczarowana krolewna?). ptaszek wyrywa sie jak moze, ale oprawca zaczyna go mordowac uderzeniami wielkiego dzioba jak sztyletem. nie zwazajac na groze sytuacji, bo moze to jest jakich zly czarownik i rzuci na mnie czar! - wybiegam z krzykiem na taras. zaskoczone ptaszysko puszcza ofiare i dostojnie odlatuje. dopiero kiedy rozklada skrzydla widac jaki jest wielki. brrr. porzucona sikorka turla sie w krzaki a ja stoje i zastanawiam sie co robic. pewnie brzydze sie pokaleczonego ptaka, ale moze to jest ptaszek o zlotym sercu i jak zlota rybka chce sie odwdzieczyc za uratowanie zycia? szybko wymyslam 3 zyczenia i ide w krzaki. ptaszek jest w pelni sil i przestraszony odfruwa ile sil w skrzydelkach. z marzen wiec nici, ide pracowac.

 

środa, 22 maja 2013
wpis natchniony rozmowa w klubie zeglarskim.

w malinowej klasie jest dziewczynka, ktora trzy razy w tygodniu cwiczy akrobatyke. chcialaby obciac wlosy, ale jej nie wolno. jak w balecie, na konkursach musi miec je ciasno splecione przy skorze. dwa razy w tygodniu gra na skrzypcach. wolalaby na pianinie, ale na pianinie graja wszyscy a ona jest wyjatkowa. dwa razy w tygodniu gra w tenisa. to taki elegancki sport. krotkie spodniczki, dobre towarzystwo. w szkole super stopnie. prawie tak dobre jak malinowe. ale teraz w ferie kolezanka codziennie uczy sie godzine matematyki i mama wyznaczyla jej lektury do czytania. malina ma ZABRONIONA nauke w ferie i moze sobie czytac kaczory donaldy, ktore osobiscie uwazam za ostatnie badziejstwo.

w rozmowie z ta dziewczynka wciaz przewija sie: mama sobie zyczy, mama chce, mama mi kaze, mam woli, mamie sie podoba.

w rozmowie z jej mama: m. uwielbia skrzypce, m. jest zafascynowana tenisem, m. kocha akrobatyke.

malina skomentowala ostatnio: m. ma w domu bardzo ciezko, bo jej mama ma ostry program.

 

my  rodzice mamy stac obok i obserwowac, bo nic piekniejszego na swiecie niz naturalny talent dziecka. jak ktos ma zostac pianista to nim zostanie mimo rozklekotanego, rozstrojonego grata po babci. jak ma zostac aktorem to na nic cwiczenia z fizyki czy chemii. nawet fryzjer moze byc artysta. dziecko nie jest cyrkowym konikiem. dziecko niesie w sobie cos, co jest dla nas tajemnica i warto sie temu w spokoju przyjrzec. odkryc tajemnice. 

wtorek, 21 maja 2013
niby zwykly wtorek.

niemcy nic nie umieja zorganizowac normalnie tylko zaraz musza do tego dolozyc jakiegos grilla latem albo picie grzanca zima. w klubie maliny byl dzis grill. kazdy mial przyniesc jakas salatke a klub zatroszczyl sie o rozne miesa i kielbasy, piwo i napoje. a ja dzis naprawde nie mialam na to czasu! a maz w meksyku. walnelam salatke z awokado a ze za malo wyszlo posypalam zielonymi szparagami, ktore szybko ugotowalam i zamarynowalam. ze te dzieci po calym dniu zeglowania w deszczu jeszcze maja sile na grilla. no maja. rodzice zadowoleni. malina jest z zaprzyjaznionego klubu. takiego dla normalnych ludzi. a ten w ktorym gosci jest lekko ekskluzywny. wystraczy przeleciec sie po ciuchach, ktore im drozsze tym bardziej wygladaja na zdarte, wypolowiale i niechlujne. spod obstrzepionych rekawow wystaja jednak zegarki, ktore jesli ciuchy zmylily niewprawne oko, wyjawia prawdziwa tozsamosc wlasciciela.

dobra. jemy, pijemy i jest naprawde milo. dzieci zjadaja wszystko szybko i leca bawic sie nad jeziorem w strugach deszczu i coraz wiekszych ciemnosciach. robi sie pozno, wiec na wszelki wyoadek dzieci straja sie nie wpasc w oko rodzicom, ktorzy pewnie zabraliby je zaraz do domu. niektore dzieci spedza noc w lodce (brrrrr!!!!) w ciemnosciach towarzyszy im olbrzymi, czarny labrador: lili. co drugi pies teraz nazywa sie lili. no dobra. nagle obok mnie stoi mokra malina, dolna warga jej lekko drga a z przerazenia nie moze dokladnie wykrztusic o co jej chodzi.

 - lili nam uciekla. - przy naszym stole robi sie cicho i malina jest jeszcze bardziej przestraszina. to miala byc wiadomosc dla mnie a teraz wszyscy sluchaja.

 - spokojnie, dawno uciekla?

 - nie wiem. balismy sie wam powiedziec, ale ja powiedzialam, ze tobie mozemy powiedziec.

idziemy do panstwa, do ktorych nalezy pies. pani usmiecha sie, zaklada kurtke i uspokaja maline: - lili zaraz sie znajdzie, dobrze ze od razu daliscie znac.

maz pani wciska malinie w dlon kawal kielbasy:

 - zawolaj tylko: lili! kilebasa! i lili natychmiast sie znajdzie!

pies zaraz sie znalazl. malina przezywa te historie jeszcze w lozku:

 - jakby ciebie nie bylo, to pewnie by sie lili zgubila, bo nikomu bysmy tego nie powiedzieli. k. powiedziala, ze jej mama ja zabije jak sie dowie. myslisz, ze to mozliwe?

 - niemozliwe. - smieje sie i dziekuje bogu, ze udalo mi sie nauczyc maline, ze lepiej od razu powiedziec co sie stalo, to zawsze mozna jeszcze cos uratowac i nawet jesli dostanie sie potem bure to i tak lepiej to niz mialoby sie cos strasznego zdarzyc. mam nadzieje, ze tak jej zostanie.

 

 

to byl bardzo dziwny dzien. gory i doliny, sinusoida uczuc i emocji, no i dostalam propozycje pracy. odmowilam juz wprawdzie miesiac temu, ale teraz podniesiono stawke.

 

 

ps: pochwale sie wam, ze moja salatka skonczyla sie jako pierwsza i niektpre panie pytaly mnie o przepis. nprmalnie jeszcze nigdy nikt mnie nie pytal o przepis, bo ja jestem typem kucharki, ze jak sie nic sie pali, nie kipi, nie wazy, nie rozplywa, nie zsiada, nie spada na kuchenna podloge, to to juz jest wielki kulinarmny sukces:-)

 

 

dzis bylo wolne,

 

poszlabym spac jak normalny czlowiek, to bym nie przeczytala jednego glupiego maila. a tak to mam za swoje.

to bedzie krotki 4 dniowy tydzien, ale juz widze, ze bedzie okropny.

poniedziałek, 20 maja 2013
malinowe ferie

ferie. pierwszy tydzien malina zegluje codziennie od 8 rano do 17. co i raz leje, wiatr, zimno. juz mielismy ja "wypisac", ale oswiadczyla, ze prawdziwy zeglarz nie boi sie deszczu. wczoraj pojechalismy wczesniej niz trzeba ja odebrac zeby zobaczyc jak sobie radzi. cudny widok: male lodeczki z zagielkami plyna jak po sznurku, jak kaczuszki, gesiego. stoimy na pomoscie i pekamy z dumy, ale po 10 minutach juz nie pekamy tylko umieramy z zimna. wieje, kropi i mimo cieplych kurtek poprostu zamieniamy sie w sopelki. a dzieci robia jeszcze jedno okrazenie boi i jeszcze jedno. usmiech przymarzl mi do twarzy. ok koniec. plyna do brzegu. malina wychodzi z lodki w sandalach wprost do wody i potem lata w mokrych butach (inne dzieci maja neopriny), wyciaga lodke, sklada zagiel - jak widze te mokre nogi to juz sama dostaje zapalenia pluc. w domu goraca wanna.

malina wlasnie sie zastanawia, czy moze zamiast wycieczki: wenecja&verona, ktora mamy w planie na drugi tydzien ferii, nie zostac w domu i pozeglowac tydzien dluzej. wstyd sie przyznac, ale na mysl, ze przez tydzien pomieszkalabym sobie w domu ot tak, bez zadnych obowiazkow, robi mi sie cieplo wokol serca. od czasu do czasu siedzialabym sobie na pomoscie i podziwiala malinowe zmagania z wiatrem, cos czytala, cos dziergala, cos przekopala w ogrodku. no zobaczymy.

musze tez zastanowic sie jak pedagogicznie podejsc do sprawy, ze malinie troche uderzyla woda sodowa do glowy. tydzien temu zawiozla z tatusiem malinowe dokumenty do gimnazjum i nawet pan dyrektor wylonil sie ze swojego gabinetu, zeby malinie pogratulowac swiadectwa i przywitac w swojej szkole. i nagle malina pozjadala wszystkie rozumy, co jest nieco niesympatyczne i wkurzajace. i teraz trzeba poszukac zlotego srodka: z jednej strony pewnosc siebie i swiadomosc swojej sily jest w zyciu potrzebna, ale bieganie z rozlozonym ogonem jak krolewski paw jest niezdrowe.

 

 

 

poniedziałek, 13 maja 2013
poniedzialek.

 

jestem rozdarta na strzepy i zazdroszcze mezowi, ze tak poprostu wie czego w zyciu chce. i malina ma tak samo. cieszy sie na ten swoj klasztorek, wyszukuje lacinskich nazw dla np dzikiej kaczki, przygotowuje sie do 5 godzin laciny tygpdniowo. no nie moze sie doczekac. dzis rano oznajmila, ze chce sie wycieszyc swoja podstawowka ile sie da, bo to ostatnie dwa miesiace. wszystkie kolezanki ida do innej szkoly, wiec tez z nimi chce sie wybawic do cna, ale potem zegna je bez zalu. potem i tak dalej mieszkamy wszyscy w tym grajdolku, wiec tak uzupelnie nie stracimy sie z horyzontu.

ale tez wpisalismy maline na liste czekajacych w tej szkolce nad jeziorem i zobaczymy. czuje jednak, ze jestem jedyna ktora tej szkolki chce. malina i maz juz zdecydowali.

no dobra. lece. przede mna ciezki tydzien pelen glupich spotkach i wieczorow na wysokich obcasach.

piątek, 10 maja 2013
a w nastepnym zyciu...

 

malina stuka filcowym mlotkiem w mosiezna mise, ktora drga i brzmi i nieodmiennie maline zachwyca. marzy o figurce buddy i o tatuazu na sciane mowiacym cos o szczesciu i wewnetrznej harmonii. tak sobie rozmawiamy z mezem, ze nas to jakos nigdy nie interesowalo i malo wiemy o czakrach i innych czarach marach. pod nieobecnosc maliny maz:

 - no ale reinkarnacja mi sie podoba. w nastepnym zyciu moglbym sie urodzic twoim biustonoszem w tygrysi wzorek.

 

 

o jedna wies za daleko...

przedszkole sliczne, jasne ze slicznym ogrodem, 3 minutki spacerkiem - nie dostalimy miejsca, malina poszla do przedszkola waldorf. mimo, ze przedszkole bylo blisko rejonizacja przypisala nas do innego przedszkola, ktore nam sie nie podobalo.

 

podstawowka ( w czasach, kiedy mieszkalismy w chatce) piekna, nowoczesna, z genialna sala gimnastyczna, muzyczna, zajeciami w piekarni, w szkolce ogrodniczej itp. dzieci z ulicy obok rejonowo nalezaly do tej szkoly, od naszej ulicy rejonizacja sprawila, ze malina wyladowala w szkole integracyjnej. kilka osob w klasie nie mowilo po niemiecku.

 

gimnazjum nad jeziorem, male elitarne, niedaleko... no niedaleko, ale za daleko, bo nalezy do innej gminy. jesli z wlasnej gminy maja za malo dzieci, to przyjmuja dzieci z naszej gminy i przez ostatnie 20 lat nie bylo z tym zadnego klopotu. pan dyrektor jeszcze tydzien temu zapewnial, ze 6-cioro dzieci z od nas ma zapewnione u nich miejsce. zlozylismy wiec papiery i juz opijalismy maline gimnazjalistke szczesliwi z podjetej decyzji. a w srode: BAM!

szkola ma za duzo wlasnych dzieci i wszystkie nasze maja sobie isc do naszej rejonowej szkoly. do widzenia panna genia. adios pomidory.

 

 

cale moje pedagogoczne: "widzisz jak fajnie miec swiadectwo 1,0? masz wolny wybor, robisz co chcesz, co za cudowne uczucie" - diabli wzieli.

najpierw pojechalysmy odebrac papiery. inne mamy odebraly je juz wczesniej i szykowaly sie na rozmowe w domu. ja najpierw odebralam maline ze szkoly i razem pojechalysmy do sekretariatu. w samochodzie malina sie poryczala. odebralysmy papiery, upewnilysmy sie, ze ewentualnie mozemy probowac za rok, bo po 5 klasie (pierwszej gimnazjalnej) duzo dzieci sie wykrusza. po wyjsciu z pieknego sekretariatu malina pokrecila glowka:

 - mysle, ze w tej szkole dobrzy uczniowe nie sa wazni, bo przeciez gdyby tak bylo, to by mnie przyjeli ze wzgledu na swiadectwo.

pojechalysmy na lody, usiadlysmy na lawce i przerobilysmy historie moich dwoch niedanych podejsc na studia aktorskie i co mi daly inne studia i ze nie ma tego zlego i ze zycie to nie koncert zyczen i teraz trzeba sie skupic raczej nad tym co dalej zamiast oplakiwac niespelniony plan.

do wyboru mamy brzydka, ogromna szkole skupiona na fizyce i chemii, do ktorej ida wszystkie dzieczynki z malinowej klasy albo prywatna szkole uwazana za jedna z najlepszych w bawarii. duzo laciny, szkola calodzienna, dojazd eleganckim busikiem - no wszystko co przez dwa tygodnie wysmiewalismy, nie lubilismy coraz bardziej i bardziej a teraz wyciagamy ze skrzyni jak nielubiane rajstopy i wciskamy sie w nie obiema nogami na raz.

 

przedwczoraj wieczorem siedzimy na jeziorem. malina:

 - czasami zycie jest jak pociag, ktory jedzie w zlym kierunku.

wczoraj malina zaczela przypominac sobie jak bylo w czasie probnego dnia w tej szkole: piekny fortepian w koncertowej sali, ogrod rozany, swietnie wyposazona sala gimnastyczna i zajecia z cyrku, zajecia z fotografii, stolowka z pozlacanymi stiukami i pieknym kaflowym piecem, w ktorym zima skwierczy ogien. na koniec swiecily jej sie oczy na wspomnienie fajnej pani od muzyki i dziwnej pani od niemieckiego.

 

 

dzwonimy do szkoly. hmmm, klasy juz skompletowane od ponad tygodnia, listy zamkniete. myslelismy, ze panstwo zrezygnowali. a swiadectwo jakie jest?

 - 1,0.

 - 1,0?! powaznie? oj to prosze natychmiast przyjechac z dokumentami!!!

 

 

no wiec znow los postanowil nam pokazac, ze ani stopnie, ani forsa, ani chec szczera..., ale moze nie ma tego zlego, co by na dobre?...

gdyby nas wtedy przyjeli do przedszkola, nie byloby w naszym zyciu waldorfu, z intergracyjne szkoly malina ma do dzis najlepsza przyjaciolke vietnamke, ciekawe czy za rok bedziemy uciekac z klasztoru i starac sie znow o szkole nad jeziorem. a moze tak ma byc?

poniedziałek, 06 maja 2013
malinowa mamusia "sie targujaca"

malina od roku przynalezy do bandy dzikich kurczakow. wkurza mnie to, ale nic nie mowie, bo jajk raz sie wtracilam to bylo okropne zamieszanie. od pol roku kurczaki szukaja miejsca w ktorym moglyby sie spotykac i rozmawiac o zyciu. pod uwage zostaly wziete wszelkie strychy oraz domki ogrodowe, ale niestety zadna kurzczakowa mama (a ja to juz w pierwszym rzedzie) nie chce udostepnic swojego domu na regularne spotkania towarzyskie. w ostatnia sobote dziewczyny zebraly sie i kazdy mial poddac pomysl na kwatere. okazalo sie, ze niedaleko pola campingowego stoi przyczepa samochodowa na sprzedarz. o! to jest pomysl!

 - malina, taka przyczepa jest bardzo droga! - studze jej entuzjazm.

 - nie szkodzi. zlozymy sie na to. kazdy da co ma!

 - ok.

 dzis malina oznajmia z triumfem:

 - juz wiemy ile kosztuje ta przyczepa!

 - ile?

 - 3500,- euro. wiec wcale nie tak duzo a poza tym powiedzialam dziewczynom, ze nam pomozesz.

 - ja?!!!

 - tak! powiedzialam im, ze moja mama umie zdobyc wszystko za taka cene jaka sama uzna za stosowna. tak przeciez zawsze mowi tatus! no wiec chcemy zebys nam wytargowala 120 euro, bo tyle mamy. no i k. powiedziala jeszcze, ze jej tatus jest z naszych tatusiow najbogatszy, wiec ona da wiecej.

 

no to sobie dziewczynki porozmawialy. no iciekawe co na to rodzice k.:-)

 

 

 

słowo się rzekło, koby... ... malina u płotu.

 

dzis skonczyly sie dyskusje, dywagacje, porownania, przemyslenia, rozterki, niepewnosc i dzielenie wlosa na czworo.

malinowe gimnazjum. malina do konca miala wolny wybor i zdecydowala sie na szkole na jeziorem: mala, elitarna szkola w slicznej okolicy.

dzis rano zapisalismy ja do klasy z kierunkeim ekonomicznym, francuski i angielski bez laciny.

 

 

 

 

czwartek, 02 maja 2013
malinowe jedyneczki.

obiecalam sobie: malina dostanie z okazji swiadectwa, to o czym marzy. bilety na koncert zawinelam w niebieska folie. rano pojechalam do ogrodniczego sklepu po niebieska orchidee, do ktorej malina wzdycha od czasow przedszkola, a ktorej nie moglam jej kupic, bo... no nie moglam sie przelamac. a dzis? zacinelam zeby, dotarlam do regalu, zignorowalam sniezno biale i wsciekle rozowe kwiaty i wybralam ten szafirowy. wstawilam do koszyka i okopami, zeby nikt mnie nie widzial, przemknelam do kasy. w kasie pani sie rozpromienila:

 - o jaka piekna. marze o niej od dawna...

zlapalam niebieskie szkaradztwo i pojechalam do domu. malina wrocila ze swiadectwem: 1,o. jedynki od gory do dolu. wiedzielismy, ze bedzie dobrze, ale ze az tak? malina orchidea zachwycila sie tak, ze sama popatrzylam na ten kicz od nowa. moze cos w tym jest?

koncert odbedzie sie w lipcu o absolutnie doroslej 20:00 w bardzo kultowym miejscu. malina oszalala z radosci, zapakowala nutki i pojeciala na hulajnodze na pianino. stalismy w drzwiach i wzruszeni patrzylismy na podskakujacy warkoczyk. po drodze pogadala przez plot z angielskojezyczna sasiadka i "si ju lejter" i juz jej nie bylo.

 

a teraz idziemy na kolacje do malinowej, ulubionej restauracji.

 

maz co i raz sie usmiecha: jest fajnie, co?

 

Archiwum