wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 30 czerwca 2006
mecz w biurze
moje dziecko nalezy do XXI wieku. biega z wymalowana niemiecka flaga na buzi a ja blagam siebie, zebym jej nie przekazala moich resentymentow. bo nic glupszego ponad to. ona ma stwarzac nowy swiat, swiadoma przeszlosci, ale bez obciazen. z jej podwojnoscia nie bedzie jej latwo. ani tu ani tu. a moze bedzie? daj boze.
niemcy pokonali argentyne. ciesze sie.
do domu na piechote.
cala noc meczylam sie z projektem, ktorego za nic nie moge otworzyc. zamkniety jest takim jakims programem z ktorym moj komputer nie chce miec nic wspolnego. jak klapne tym laptopem dzis wieczorem, to otworze go dopiero w poniedzialek. obiecanki cacanki.
dzis w biurze bedzie wesolo chyba. wczoraj szef kazal zakupic dwa ogromne grille, kilka skrzynek piwa i inne akcesoria niezbedne na dzis na godzine piata. jak dzis sie nie uda, to koniec. kleska m undialowa niemcow. drugi szef jest kompletnie anty – pilkarski. powiedzial wczoraj, ze jest prorokiem i ze niemcy przegraja, bo argentynie sie nalezy zwyciestwo. niemcy do domu! nawet niedaleko maja, na piechote. sebastian, ktoremu co cztery lata odbiera rozum i ktory przed mistrzostwami odliczal czas w sekundach do rozpoczecia mundialu, powiedzial wzburzony:
- wyrzuce cie z pracy za te bluznierstwa!!!
turlalismy sie ze smiechu. dzis pewnie wszyscy przyjda ubrani we flagi. obiecalam malinie, ze ja zabiore po przedszkolu do pracy. bo malina, z milosci do 6-letniego sassiada, strasznie interesuje sie pilka nozna.

czwartek, 29 czerwca 2006
inne ludzie.
poranne dyskusje samochodowe w drodze do przedszkola.
 - lubie twoj samochod.
 - ja tez.
 - ty jedziesz ze mna do przedszkola. i tatus jedzie.
 - tak.
 - inne ludzie nie.
 - nie.
 - inne ludzie nie sa mamusie moje.
 - nie.
 - inne ludzie sa pany i panie. nie mamusie.
 - no nie...
poranek.
poranne szybkie przytulanie. kawa. nowa sukienka turkusowa i takiez kolczyki. podziw w oczach maliny. rozmowki przy stole:
-    czy dzis jest sroda czy czwartek?
-    czwartek – informuje mnie moj maz.
-    oj to dobrze – oddycham z ulga, ale malina jest oburzona: neeeeeeein.....
pytam o co chodzi. odpowiedz:
 - nie lubie cwartek. lubie lato.
do przedszkola podarowalam jej rano czerwona kulke na szczescie. wlozyla do kieszonki. zaraz po przyjsciu prezentuje swoj skarb. wszystkie dzieci zbiegaja sie w koleczko jak kurczaczki i podziwiaja jakby malina miala slonia w karafce.
tak rozpoczety dzien nie moze byc zly. jakos przeleci...

środa, 28 czerwca 2006
okropne corki macochy.
klade sie na podloge. jestem zmeczona i prosze maline o bajeczke. malina opowiada o kopciuszku. mamusia kopciuszka siedzi na chmurce. kopciuszek ma macoche, ktora jest glupia.
 - mamusiu, powiedz: blööööd.
 - blööööd. ale to nieladne slowo.
 - bo macocha nieladna jest i blööööd.
jeszcze nigdy malina nie przebrnela w tej bajce dalej niz przez opis corek macochy, ktore ja fascynuja. sa strasznie brzydkie. od kilku dni malina uzywa do wszytkiego, co jej sie nie podoba NAJWIEKSZEGO bluznierstwa, jakie jej przychodzi do glowy:
 - one sa MALE. maja male szyje, male ocki, male nogi, male wlosy, male zabki, male uszy, male pupy... kwadrans potrafi malina opowiadac o okropnych corkach macochy, ktore nawet USTY maja male i BRZUCHA male maja.
ach jak ja bym chciala byc taka okropna i miec malego brzucha.
wakcaje.
absolutnie nowy pomysl na wakacje. zostaniemy w domu. tak nas ta mysl podniecila, ze gadalismy z pol nocy nad tym genialnym planem. tak tu ladnie a my nigdy nie mamy czasu sie tym nacieszyc.
wtorek, 27 czerwca 2006
kazdy madry szef uzywa asystentki do korespondencji.
moj szef napisal do mnie mail. wyliczyl tam dokladnie za co nie znosi jednego z naszych najwazniejszych klientow i dlaczego uwaza go za idiote. i wyslal ten mail do tegoz klienta. niechcacy.
kask?
stoi malina w kacie ogrodu. trzyma w rekach swoj rowerowy kask. przyglada sie mu i zatacza sie niemal ze smiechu. piszczy. podskakuje. no smieje sie jak nie wiem caly czas przygladajac sie swojemu kaskowi, ktory ma od dawna. nic w tym kasku nadzwyczajnego nie ma. nawet zadnego wzorku, tylko niebieski kolor. boje sie, ze malinie zaszkodzilo slonce i biegne zaciekawiona o co chodzi. malina pokazuje biedroneczke. malenstwo to czerwone spaceruje po kasku, zsuwa sie na raczki maliny i znow na kask. a moje dziecko smieje sie do lez. pokazuje mi robaczka jak odkrycie roku. bo to jest odkrycie zycia dla maliny.
poniedziałek, 26 czerwca 2006
groch?
 - chce bajecke o krolewnie.
co druga bajeczka jest o krolewnie. skad mam wiedziec o ktora chodzi. malina biedzi sie przez chwile. w koncu tlumaczy:
 - ta spiaca krolewna co miala ziarenko!
niedziela, 25 czerwca 2006
prawie koniec.
caly dzien lezelismy na hotelowej plazy i popijalismy rozowego szampana i podgryzajac rozne smakolyki. slady naszych stop na piasku zasypywali dwaj zwawi mezczyzni co i raz wyciskajac stanca nazwe hotelu. troche rzucalimy sie lodem, troche drzemalismy w cieniu parasoli, troche pletlismy trzy po trzy. glownie jednak leniuchowalismy – na wyrazne zyczenie mojego szefa – caly dzien. kupilam malinie talerzyk i kubek z barbapapa. poprzymierzalam niesamowite buty i genialna bielizne. padlam kolo 17. nastepnie jak fenix z popiolow powstalam, umylam wlosy, zrobilam sie na bostwo na szczudlach i poszlam na gale. party odbylo sie tym razem wzdluz croisette. fantastyczna muzyka, perwersyjnie ekskluzywne jedzenie, taniec na podestach ale i na piasku a w koncu z butami w dloniach w morzu. o polnocy fajerwerki zmienily noc w dzien i jak zawsze zrobilo sie cudownie sentymentalnie. i szkoda, ze juz koniec i radosc w nareszcie po wszystkim. niepowtarzalna atmosfera.
za kilka godzin bede w domu. juz nie moge sie doczekac. lece jeszcze na plaze spotkac partnerke z londynu i na pozegnalny lyk szampana. a potem fruuuuuu:-):-):-):-)

(nie mam zajaca dla maliny, moze jakos sie wywine tym barbapapa....)
piątek, 23 czerwca 2006
polka z francuskim akcentem.
faceci w mojej branzy interesuja mnie o tyle o ile mozna ze znajomosci z nimi wyciagnac zyski: fajny projekt, korzystne kontakty. flirtuje sobie ale to tylko sztuka dla sztuki i od lat nikt nigdy nie zarzatnal mojej glowy na dluzej niz taniec, smieszne gadu gadu, bo na madre gadu gadu nie ma czasu. ale komplementy podszyte erotyzmem dodaja chyba urody jesli sa podane w czarujacej formie. skuteczniejsze niz lifting i masaze. mowia ci, ze pieknie wygladasz to wygladasz pieknie. moj polski akcent jest natychmiast rozpoznawalny jako oczywisty francuski a konkurencja chwali francuska elegancje. a ja smieje sie pod nosem i czerpie sobie z tego energie na jesien i zime i staram sie wierzyc w te cudowne klamstewka. sacze sobie biale wino, spogladam na panorame cannes w dole, zazdroszcze paniom, ktore beztrosko zrzucaja sukienki i w cudnej bieliznie wskakuja do basenu a potem wrzucaje te sukienki na mokre cialo. piekny widok. piekna muzyka. weseli ludzie. dzis jeszcze jeszcze marza o nagrodach. jutro bedzie tajemnica poliszynela, kto co dostanie i niektorym nosy opadna na kwinte. w sobote zostana rozdane nagrody. fajerwerki rozwietla cannes i zaglusza smutki. bedziemy pic do rana i tamowac la croisette wokol carltona i martinez. bedziemy sie cieszyc i smucic, ze to juz koniec.
czwartek, 22 czerwca 2006
polka z polski
moj szef chodzi tylko za mna i podziwia: i ty ich wszystkich znasz? jezu (o mein gott!). chce przedzierac sie przez tlum. mowie mu na to: stanmy tu i niech oni przechodza obok. i stalismy tak bez stresu, calowalismy sie z co milszymi, mniej waznym rzucalismy nonszalackie: hello! a bardzo waznych od razu zabawialismy niezwykle dowcipna i wyszukana rozmowa albo po niemiecku albo po angiesku. przy polskich klientach moj szef zdebial. przy brazylijczykach tez, amerykanie zapierali mu dech. o boze, powiedzial, jestesmy slawni. wszyscy nas znaja.
środa, 21 czerwca 2006
mamusie.
ostatni raz widzialysmy sie 3 lata temu. trzy babeczki. zydowka, afrykanka i polka. bawilysmy sie tak genialnie w jednej z najlepszych restauracji tu, ze przysiedli sie do nas przypadkowi mili ludzie, bawilismy sie wiec w wiekszym gronie a potem jeszcze w wiekszym. w koncu okazalo sie, ze to wazni potencjalni klienci i swietny rezyser. w drodze do domu przybilysmy sobie piatki. trzy mamusie po 35 urodzinach, zmarszczki mimo fantastycznych kremow, nogi do pokazywania tylko do kolanek, bo zaraz potem cellulitis niezmierzony i prosze bardzo jaki niewymuszony, czarujacy selling. mozemy byc z siebie dumne. mamusie wszystkich krajow laczcie sie. ( ze nie wspomne o polskich producentach toreb. moje pomaranczowo - zielone cacko wzbudzilo ogolny zachwyt)
wtorek, 20 czerwca 2006
bez wiekszego stresu.
na moich szczudlach mam chyba ze dwa metry. uwielbiam to uczucie. wysokosc dodaje mi pewnosci siebie. jutro dojedzie moj szef, ktory ma rzeczywiscie dwa metry. takie dwa wielkoludy bedziemy. i naszych dwoch malych rezyserow. kiecki nosze z simple i jestem prawdziwa elegantka. oczywiscie zawodowe elegantki z branzy wypytuja o wszystkie szczegoly. dumnie tlumacze, ze to polscy krawcy, a ta cudna torba to specjalnie dla mnie szyta z firmy polala. dylu, dylu na badylu, kobieto, tobie gucci ani prada torby pasujacej do twojej osobowosci nie uszyje a tu? prosze bardzo! moja osobowosc w formie prostokata z blekitnymi uszami i wszyscy sie zachwycaja, wiec chyba jednak mam ciekawa osobowosc.
na kolacje ide z zaprzyjaznionymi afrykankami, wszystkie zostalysmy mamami trzy lata temu. zabieram moja polska partnerke i bedzie fajnie. prawdziwy mlyn zaczyna sie jutro.
poniedziałek, 19 czerwca 2006
zajac?
 - dzien dobry mamusiu!
 - dzien dobry malineczko! co tam w domu?
 - mamusiu? slyszysz mnieee?
 - tak.
 - przywiez mi zajaczka. szklanego takiego jak mam duzy, ale maly. szklany, duzy.
 - jakiego zajaczka???
 - no co mam duzy, ale maly. obiecujesz?
 - tak! - wykrzykuje z rozpedu.

i jak ja mam teraz pracowac, jak zupelnie nie wiem o jakiego zajczka chodzi? nie mam pojecia.
czeresnie
objedlismy sie roznymi smakolykami a na deser zamowilismy schlodzone czeresnie. czarne jak smola, wielkie jak sliwki i slodkie jak miod. i teraz pewnie wszyscy mnie beda pytac czy jestem w ciazy. pekam w szwach. zaraz lece na kolacje i party. lece to znaczy powolutku stapam na moich szczudlach i udaje, ze sie po prostu nie spiesze, a naprawde staram sie nie zalamac nogi. dobrze, ze tu wszedzie 5 minut drogi. moze teraz ten brzuch mnie tak obciazy, jakby co to wstane jak banka wstanka. strasznie duzo rosyjsko - jezycznych gosci w tym roku a japonczycy dostali nawet oddzielne okienko do rejestracji. najpierw myslalam, ze to dlatego, ze ich tak duzo, ale to dlatego, ze oni strasznie hamuja kolejke. kropi deszcz i w ogole nie ma atmosfery. ale od atmosfery to sa ludzie, a wszyscy zaczna sie zjezdzac jutro. jestem zmeczona na sama mysl, ale jeszcze sie rozkrece.
a drodze do cannes.
jak lecialam pierwszy raz w zyciu do cannes, to nie bylo komorek. umawialismy sie na wszytskie spotkania z tygodniowym wyprzedzeniem albo i miesiecznym. teraz siedze w taksowce z nicei i sprawdzam maile, jestem w internecie. niesamowite.
wczoraj wieczorem wyciagnelam wszystkie spacjalne kiecki i przymierzalam, koktailowe, wieczorowe, sniadaniowe. malina piala z zachwytu, ze ma taka mame krolewne. i probowala sil na moich przeroznych szpilkach, koturnach i blyszyczacych klapkach. wczoraj czulam sie jak najwieksza elegantka monachium, ale mina mi od raz zrzedla jak wsiadlam dzis do samolotu. zawsze sobie poprawiam humor, ze niemki brzydsze, ale kurcze jak sie dobrze ubiora to tez kilka calkiem, calkiem. postanowilam jednak sie nie psuc nimi humoru i skupilam sie na smutnych francuzach, ktorzy wracali z wczorajszego meczu do domu. smutni jak nie wiem. strasznie przygnebieni.
postanowilam prezentowac moje walory wewnetrzne, poczucie humoru i nieprzecietna inteligencje i jakos sie trzymac.
sobota, 17 czerwca 2006
grill
- co bys chciala na kolacje?
- ja chce grylec.
malinie wszystko jedno co wrzucamy na grilla. cukinie, kielbaski, kurczaka. najwazniejsze zeby mogla grylec do woli. odpowiada jej atmosfera.
piątek, 16 czerwca 2006
nic a nic.
wszystko na raz. czuje sie przygnieciona koniecznoscia podejmowania szybkich decyzji, pakowaniem i rozpakowywaniem, czytaniem ponad stu maili dziennie, tym, ze moja mam jutro przylatuje a ja w poniedzialek wylatuje. maz mnie przytrzymal za reke. usiedlismy sobie z bialym winem w cieniu i patrzylismy na maline. dwie chude nozki spod krotkiej sukienki: tup, tup, tup.  mnostwo pracy, wieczorne podlewanie kwiatkow malenka konewka. nasz pracus malutki. nie wyspiewalysmy nawet z 5-ciu koled jak zasnela. potem siedzielismy i obserwowalismy trzy burze hulajace nad nasza prowincja. liczylismy odleglosc piorunow. tak bym sobie siedziala i siedziala i nie robila nic. nic. nic. w domu wszystko do gory nogami a ja zamiast sprzatac i ukladac ide spac.
cyrkowcy.
troszke zaszalelismy. euforia ogrodowa. milosc w lecie. maz wlasnie poszedl do pediatry sportowego. 
czwartek, 15 czerwca 2006
cud swiateczny. dzien zwykly a niebywaly.
kawa w porannym chlodzie we dwoje, kiedy malina jeszcze pochrapywala. potem zbieranie makow na przydroznym polu. potem procesja na boze cialo. paczkow jedzenie na zacienionej laweczce. pozne sniadanie w ogrodzie. basenik na tarasie i skakanie przez nawilzacz trawy do utraty tchu. maz bujal maline na hustawce a mnie na hamaku pod jablonkami. mowie mu:
 - ty to masz z nami zycie.
w sensie, ze ma tyle pracy z nami. a on na to:
 - dwie fajne dziewczyny. inni marzyliby o jednej takiej fajnej.
potem grill. potem lody. boze, jak moze byc czasami w zyciu cudnie. a teraz malina spi a my pijemy wakacyjnego drinka: batida de coco pol na pol z sokiem pomaranczowym zmiksowana z lodem. ide...
środa, 14 czerwca 2006
polska - niemcy
moj maz trzyma kciuki za polske. nie mamy ARD. sluchamy radia i ogladamy komentarze w intercecie. my, ktorzy w zyciu nie ogladlismy zadnego meczu. swietnie sie bawimy.
slonce.
zabralam maline z przedszkola. czy bede plywac w moim ogrodku? - to pytanie m,alina zadaje od 7 miesiecy raz dziennie. i dzis postanowilam, ze to bedzie ten dzien. 29 stopni w cieniu. poszlam do szopy po basen. tatus zaparkowal motor na zime na basenie, wiec nabiedzilam sie jak nie wiem z wycignieciem go i malo sobie reki nie zlamalam. ale obiecalam dziecku, wiec co tam. nadmuchalam dwa kregi, trzeci zdziurawil sie przez zime, co zwalilam na motor, weic bedzie mial sie tatus z czego tlumaczyc jak wyladuje z wegier. basen jest wiec i jeden krag nizszy. wstawilam do niego zjezdzalnie i teraz malina polewa sobie ja koneka, konewka zjezdza na zjezdzalni a za nia malina. smieje sie, ze cale sasiedztwo podskakuje pewnie przerazone co sie u nas dzieje i laduje tak, ze bryza zalewa drzwi tarasowe, za ktorymi siedze i pracuje, a malina piszczy z zachwytu. na stoliczku stoja gorace od slonca truskawki, ktore malina podjada miedzy jednym a drugim slizgiem. nawet praca nie wydaje mi sie taka beznadziejna jak przed poludniem.
wierczor arcy-przyjemny
calkiem spontanicznie i znienacka umowilysmy sie z hela na wieczorne prosecco w moim ogrodku. mialam ja odebrac z s-bahnu. malina zalozyla sukienke, na ktora czeka juz od bozego narodzenia i nowe sandalki. ja nowa spodnice i tak odpicowane ruszylysmy zrobic na heli od razu dobre wrazenie. malina szarmancko otwiera drzwi, zebym mogla wygodnie wyprowadzic wozek. wyjezdzam. malina zamaszyscie zatrzaskuje drzwi a ja w tym samym momecie serce mam w brzuchu i nogi z waty. klucz zostal w srodku. maz na wegrzech dwa dni a mnie sie chce ryczec. obmacalam wszystkie okna i dziurki. nic. kurcze. probowalam wlamac sie karta kredytowa, tak jak kiedys w stuttgarcie, jak zatrzasnelismy za soba drzwi a potem jak james bond otworzylismy je karta. na prozno. w koncu znalazlam sposob. wlamalam sie profesjonalnie, karkolomnie, przy malej pomocy sasiada, ktoremu bardzo zaimponowalam. malina byla zachwycona. hele spotkalysmy po drodze jak kupowala chleb, nauczona przykrym doswiadczeniem, ze u mnie tylko alkohol i nic do jedzenia.
potem saczylysmy sobie z hela prosecco w ogrodku, podgryzalysmy chleb i oliwki, plotkujac o tym i o tamtym. szczerze mowiac trudno z hela kogos porzadnie oplotkowac, bo hela serce ma czyste i o wszystkich mowi dobrze, ale i tak bylo interesujaco. i truskawki pyszne. i malina latala do pozna boso po trawie, wiec ja potem wsadzilam we wrzatek, zeby mi sie nie przeziebila. taki mily spontaniczny wieczor. trudno o takie w niemczech, bo tu wszyscy bardzo zaplanowani sa dwa tygodnie do przodu.
wtorek, 13 czerwca 2006
siedzac na laweczce.
na tarasie, malina w piaskownicy pod jablonka. upal jak nie wiem. powinnam pracowac, ale nie mam sily. system nam sie popsul i troche mam wymowke, ale tysiac innach rzeczy zawalonych... marzy mi sie emerytura.
 
1 , 2
Archiwum