wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 29 czerwca 2007
moje nalogi
1. mycie zebow. czyszczenie na rozne sposoby. jak nie umyje zebow przez dluzej niz 3 godziny czuje sie brudna i spocona. zaleta: malina mysli, ze to cos bardzo waznego i doroslego jak malowanie oczu czy paznokci i tez szoruje zabki z wielkim zapalem.

2. opowiadanie historii, ktora zaczyna sie prostym watkiem i nagle pokretnie rozwija sie w tysiac opowiadan pobocznych, wtracen, zagajen i dygresji. z tego gaju najczesciej wyciaga mnie ktos przyjazny prostym pytaniem: no ale jesli chodzi o... to jak to bylo?

3. kupowanie podwojne. rzecz ktora mi sie bardzo podoba, kupuje w dwoch kolorach.

4. przywiazanie do liczby 4. nieparzyste liczby niepokoja mnie. 4 kwiaty, 4 poduszki, 4 swiece, 4 obrazy. a jak sie nie da to dwie. nie lubie trojki.

5. na wakacjach na poludniu europy pije pernod z orangina. niezmiennie wzbudzam tym zainteresowanie kelnerow, ktorzy kreca glowa z dezaprobata lub obrzydzeniem

6. wieczorem rozbieram sie w dwoch pociagnieciach: od pasa wszystko w gore i od pasa wszystko w dol. staram sie nie musiec wykonac wiecej ruchow. wyjatek robie dla skomplikowanej sukni. dopiero rano porzadkuje garderobe. niebezpieczenstwo: malina moze nie chciec porzadkowac swoich rzeczy wieczorem jak sie o tym dowie.



wiecej nalogow nie pamietam...


czwartek, 28 czerwca 2007
w pospiechu.
jutro koncert red hot chili peppers, pojutrze sommerfest w niemieckim przedszkolu, w niedziele zakonczenie roku w przedszkolu polskim. projekty po cannes plyna jak rzeka... nie wiem za co sie zlapac. ogrod wyglada jak slomiany wdowiec po tygodniu samotnosci: zarosniety ale sexy. biegne jednak dalej i na razie nie mysle. dzialam tylko. i tak do poniedzialku pewnie.
wtorek, 26 czerwca 2007
dziewczynki
malina ma wizyte. przyjaciolka z przedszkola. dwie godziny siedza w pokoiku i bawia sie jak trusie. strasznie sie lubia. dwie dlugowlose krolewny. maluja, lalkuja, ukladaja, ogladaja ksiazeczki. zadnego wandalizmu jak z sasiadeczka.  jestem wzruszona. ale potem cos zaczyna dudnic.
 - malina, co robicie?
 - mamusiu, zjezdzamy po schodach na dupach! - odpowiada wesolo malina.
o mezczyznach.
z ciekawoscia obserwuje kolegow z pracy meza. to jest miala konsutingowa firma. 27 mezczyzn o podobnym statusie spolecznym, wieku, zapale do pracy. kwestia gustu czy przystojni czy nie, ale w dobrych garniturach prawie kazdy facet prezentuje sie niezle. wszyscy maja dzieci. jedno lub dwoje lub troje. jeden zostawil zone i dwoch synkow, w tym jednego chorego na raka, inny wlasnie wczoraj odszedl od swojej zony i dwojga malych dzieci, bo znalazl milosc swego zycia. wieczorem zadzwonil do mojego meza, zeby mu o tym powiedziec, zeby nie bylo plotek za jego plecami. maz sie okropnie przejal. szczegolnie tymi malymi dziecmi. zamiast odsypiac cannes, gadalam pol nocy. jak zyje sie po tym jak sie zmarnowalo zycie swojej zonie i dwojgu dzieciom? czy jego zona musi sie liczyc z tym, ze nowa partnerka zapragnie byc matka? ze tatus oszaleje na punkcie nowych dzieci i zapomni o pierworodnych? co z tego, ze tak sie czesto zdarza. za kazdym razem jest to mala zbrodnia na wlasnych dzieciach. psychiczne okaleczenie na cale zycie. marni mali ludzie, ktorzy w unosza sie na fali porywu uczuc, decyduja na dziecko mimo, ze znaki na niebie i ziemi wskazuja na kryzys w malzenstwie, na bledny wybor, na konflikt. dziecko kojarzy im sie z pieluchami, karmieniem i wozeniem w wozku. ale zapominaja, ze to najwieksza odpowiedzialnosc jaka biora na siebie w zyciu. wieksza niz zarzadzanie firma, niz kariera, niz porywy serca.
inny kolega z firmy wlasnie sie wysterylizowal. maja dwoje dzieci i wiecej miec nie chca, wiec czemu nie? bardzo szanuje jego postawe. kobiety nosza ciaze, przechodza trune porody, cesarki, leczenie hormonalne. dlaczego - skoro ta metoda jest tak dziecinnie prosta, odciazajaca kobiete - tak niewielu mezczyzn sie na nia decyduje? to dowod zaufania, partnerstwa, dojrzalosci. w przyszlym roku koncze 40 lat. wtedy moj maz tez sie wysterylizuje. nigdy nie uzywalam zadnych sztucznych srodkow koncepcyjnych, wiec nie ma mowy o szpikowaniu hormonami. jednak ciesze sie, ze potem nie bedzie juz zadnego ryzyka. maz nie widzi w tym nic nadwyczajnego. a ja jednak widze i ciesze sie, ze moge go i podziwiac i szanowac. bezgranicznie.
utopia
bardzo chcialbym nie myslec o tym o czym mysle. chcialabym zeby wiele okazalo sie nieprawda. zeby moznabylo odwolac rzeczy nieodracalne. chetnie dowiem sie, ze poniektora prawda to klamstwo. ze warto miec nadzieje mimo beznadziejnosci. brak wiary utrudnia zycie.
lody mietowe.
malina gustuje w bardzo dziwnych lodach. nie kusi ja wanilia i truskawki. wybiera odcienie turkusu, blekity i zielenie.
 - jakie jadlas lody?
 - nie wiem.
 - smer...
 - smerfowe! (niebieskie)
 - i pi...
 - pistacjowe! (zielone)
 - i mie...
 - mielone!

poniedziałek, 25 czerwca 2007
amen.
we're so busy watching the future we don't take time to enjoy where we are.

***************************************************************

the best time to plant a tree is 20 years ago, but the second best time is today.

***************************************************************

musze sie skoncetrowac na terazniejszosci, to przestanie mi sie wymykac z rak.


niedziela, 24 czerwca 2007
amen.
wielkie fajerwerki, ostanie party na plazy. sztuczne fontanny zbudowane na tafli morza. krewetki, serwetki, maliny, muzyka. tak konczy sie kolejne cannes. jutro leze tylko na plazy, jem wyrafinowane glupotki i lece do domu. jezu jak sie ciesze. amen.
czwartek, 21 czerwca 2007
praca w cannes.
kolacja w jednej z najszykowniejszych restauracji w cannes. jako degistives prosimy o karte armagnac. moj szef, znajac profesje mojego tescia zwala na mnie wybor rocznika. a ja znam sie na kilku slawnych koniakach ale nie na armagnac... robie dobra mine do zlej gry i wybieram rok urodzenia mojego meza 1962. z mina znawcy stwierdzam, ze to dobry rocznik i trafiam jak slepa kura. trunek jest genialny a ja zbieram punkty za znawstwo. w kibelku zdaje mezowi relacje, zeby mial sie z czego posmiac. udany wieczor. potem ja zawsze piwo w martinez. komplementy od szefa. mily rausz.
środa, 20 czerwca 2007
trzecia w nocy.
nie pije alkoholu. od 4 lat na wszelkich festiwalach pije wode sodowa z cytryna i udaje, ze to gin&tonic. patrze w lusterko. 10 lat temu bylam wdzieczna, ze mnie ta kaprysna branza jakos zaaprobowala, ze powoli wydepuje sobie sciezke. kiedys stalam w martinezie i znalam tylko z 15 osob. dzis moze 15 osob nie znam z tego miedzynarodowego, podpitego tlumu. cmok nonsens, komplementy, zlosliwosci, obietnice, przeprosiny, unikanie nielubianych, cwierkanie do waznych, wcisnieta dvd do torebki, wizytowki, poklepywanie, stukanie szklanek, usmiechy, usmiechy, usmiechy. podpatruje kolezanki. starzejemy sie moje kochane, nie ma co! podpatruje mlode producentki. sa raczej rozebrane niz ubrane i swiat otwiera sie wlasnie przed nimi otworem. uwielbiam ich swiezosc, bo widze siebie sprzed lat. i nienawidze ich swiezosci, bo za bardzo kontrastuje z moim zmeczeniem. jest trzecia w nocy. maz wysyla mi sms-y z irlandii, ze nie moze sie doczekac niedzieli. ja tez nie. tez.
wtorek, 19 czerwca 2007
mysle.
 - mamusiu, fajnie tam masz?
 - fajnie.
 - myslisz o mnie czasami?
makijaz sobie rozmazalam.
cannes
maz polecial wczoraj wieczorem. caly plan dopiety jest prawie na ostatni guzik a i tak pewnie bedzie mnostwo zmian. dzis w nocy przylatuje szef, jutro klienci. dzis caly dzien siedze w kinie z przerwa na lunch. wieczorem kolacja. totalna dekadencja, szpilki w piasku, morze, gra swiatel, batystowe zaslony, baldachimy powiewajace na wietrze. nieczyste sumienie po pelnych wrzutu spojrzeniach langustowych pieknosci zanim zostana wrzucone  do wrzacej wody, zapija sie szampanem. nogi mnie bola od latania na szczudlach, lykam zelazo i licze, ze jakos ten tydzien przezyje. pewnie, ze przezyje. nawet slonce  w koncu wyszlo zza chmur. juz wole skwar niz te ciezka, parna atmosfere i przelotne ulewy.
czwartek, 14 czerwca 2007
ostatnie przygotowania
kupilam torebke. genialna. chyba jak malina pojde z nia spac, bo nie moge sie napatrzyc i nie chce sie z nia rozstawac ani na chwile. i sukienki trzy. wszystko jakos szafirowo - turkusowo - szmaragdowo - powiewne. i buty zwariowane szafirowe. i drewniaki.
mama jest tu juz od wczoraj a jeszcze sie nie poklocilysmy. moze dotrwamy jakos do soboty a sobote lece. byloby milo. maz leci ze mna. pomoze mi przetestowac, restauracje, ktore zarezerwowalismy na caly tydzien. lunche, brunche i kolacje. pojdziemy tez na seminarium z al gorem. starsznie jestem ciekawa. i w niedziele poleniuchujemy na sloncu zanim zacznie byc stresujaco.
środa, 13 czerwca 2007
dla doroslych.
 - a z ta gruba czarnowlosa pieknoscia, co sie pieprzy ze stefem, tez idziemy na kolacje?
 - tak.
 - gruba dupa.
 - tak.
 - niby gruba ale niewygodna.
 - myslisz, ze ja chce o tym sluchac? myslisz, ze mnie to interesuje?
 - nie. i dlatego ci to opowiadam. gruba, ale niewygodna, moj operator zdjec ja przelecial, wiec wiem dokladnie: niewygodna.
 - mnie nie interesuje jej tylek tylko jej projekty.
 - wiem. dlatego ci to opowiadam. uwielbiam twoje zycie, bo jest zywym dowodem na to, ze krasnoludki istnieja. ale nie zapominaj, ze prawdziwe zycie tez istnieje.
 - wiem. wiem przeciez.
 - ale sie zloscisz.
 - nie.
 - tak.
 - nie zloszcze sie. twoj operator moze spac z kim chce. z chuda lub gruba. mnie interesuja projekty a nie zycie seksualne zwierzat.
 - jestes wstretna.
 - za to ty jestes swiety. przyjedz z zona. zalatwilam ci cudowny, wielki apartament.
 - zebys wiedziala, ze zabiore zone.
 - no mowie przeciez: zabierz!
 - zabiore.
 - cudownie. musimy sie starac o uczlowieczenie tej branzy. przejdziemy do historii.
 - glupia idealistka.
 - idealistka. ale nie glupia. licz sie ze slowami.
 - teraz zadzwonie do mojego portugalskiego producenta. z nim moge sobie pgadac o dupach. z toba to jak w kosciele. polska producentka w niemczech. jestes cudownie nierealna.
 - amen.
 - amen
w sobote lece do cannes. tygodniowa karuzela.
kazda potwora znajdzie swego amatora.
za miesiac minie 15 lat od pamietnego lata w anglii, kiedy sie poznalismy. siedzielismy wczoraj w nocy w ogrodzie, ogladalismy blyskawice jak pokaz zimnych ogni i pilismy wino. pokrywka na garnek, dwie polowki jablka, lyse konie,  romeo i julia, slepa kura i ziarno, szostka w totku, trafiona dziesiatka. tyle lat i ani razu nie bylo watpliwosci, rozczarowan, zalu. mielismy szczescie.
wtorek, 12 czerwca 2007
pytanie o sens
taki mam styl, ze jak groze malinie, to na koncu dodaje niezmiennie jak w litanii: bardzo mi przykro! mowie, ze jak nie zje obiadu to nie bedzie deseru, bardzo mi przykro.
nie zauwazylabym tego, gdyby nie po kolejnym: " - malina, jak nie zalozysz kurtki, to nie wolno ci wyjsc do ogrodu, bardzo mi przykro!", moje dziecko nie zapytalo glosem smutnym i tonem pelnym wyrzutu:
 - po co mowisz, ze ci bardzo przykro, a potem to robisz?

jakas mamusia
juz wybiegamy do przedszkola ale przypomina mi sie, ze nie lyknelam zelaza. wolam wiec:
 - ojej! poczekaj kochaneczko chwileczke, bo mamusia zapomniala o tabletce!!!
wskakuje do kuchni lykam, popijam, biegne do samochodu. jedziemy. malina jakas milczaca. nagle pyta:
 - a co to za mamusia?
 - jaka mamusia?
 - no co zapomniala tabletke... co mowilas...
poniedziałek, 11 czerwca 2007
podmuch swiezego powietrza
wzielam wielki oddech i dmuchnelam tak mocno, ze obu panom zakrecilo sie w glowie. najpierw zadzwonil jeden szef, potem drugi. spielam posladki, rozgrzalam mozg, znizylam tembr glosu. gadalam jak za dawnych czasow, kiedy bylam mlodsza, zaangazowana i wydawalo mi sie, ze swiat do mnie nalezy. argumenty rzeczowe, przesortowane, zeby bylo jasno i krotko, bez babskiej gadaniny i mojego typowego rozwlekania. efektem jestem oszolomiona.
maz na motorze.
maz mial pierwszy motorowy wypadek od 25 lat. najpierw sie przerazil, potem wkurzyl, a na koncu dziekowal bogu. wielki, ciezki motor przekoziolkowal. maz ma zadrapania i stluczenia. akurat na te wyscieczke kupil nowe "inteligentne" rekawice z ochraniaczami. motor podrapany, ale nie jest zle.
niedziela, 10 czerwca 2007
zolte i brzydkie.
w sobote skoro swit glaszcze mnie cos po policzku i szepce:
- obudz sie, obudz mamusiu.
otwieram oczy. sen? mara? co to? to malina w okularach do plywania. juz ubrana i gotowa.
- mamusiu, idziemy kupic basen?
idziemy. najpierw kawka, herbatka z soczkiem ale zaraz potem idziemy. sklepy otwieraja dopiero o 9:00. malina tak sie cieszy i przezywa, ze pod wplywem jej entuzjazmu upadam na glowe (czy zamieniam sie glowa z koniem, ze tak sobie czterdziestoletnia pozwole zacytowac) i kupuje najwiekszy dmuchany basen jaki istnieje. 3x2 metry. nie mam zadnej porzadnej pompki. tylko taka srednio dobra. pompuje trzy godziny z przerwami na regeneracje. na duchu podtrzymuje mnie mysl, ze bede miala w cannes piekne, wycwiczone ramiona. basen jest nadmuchany w 60% kiedy pompka sie lamie. mimo wszystko napelniamy basen woda. i malina chlapie sie do wieczora. cala okolica wie, ze mamy basen, bo malina drze sie jakby wskakiwala do wrzatku. a jak jej postawilam zjezdzalnie zaczyna gadac jak katarynka. skacze z trampoliny, zjezdza ze zjezdzalni i gada jak nakrecona. sasiadka - starsza pani - przynosi nam lody i kiedy ja przepraszam za zaklocanie spokoju smieje sie wesolo i dodaje, ze malina jest lepsza niz telewizor. drugi sasiad przylatuje z pompa. dopompowuje basen i widze swoja porazke. mam wielki ogrod. tu skalniaczek z gorka, tu rosarium, tu plac zabaw, gdzie wszystko w szarym turkusie i drewniane, tu szopa zaplatana w dzikim winie. zrobilo sie tego lata naprawde ladnie. ale teraz... teraz na srodku stoi wielki, obrzydliwie zolty prostokatny basen. jumbo normalnie. nie widac poza nim nic. maz wrocil ze swojej wycieczki i dwie godziny bawilismy sie widokiem maliny szalejacej w basenie z siasiadeczka. macham reka na brzydote tego obiektu. jak bede staruszka bede sobie popijala herbatke w perfekcyjnym rosarium i pewnie bede tesknila za tym zoltym obrzydlistwem.
piątek, 08 czerwca 2007
malina filozoficzna
- mamusiu, czy wczoraj bylo naprawde wczoraj?


a skad ja mam to wiedziec?...



czwartek, 07 czerwca 2007
drzazga
zbieramy poziomki za szopa. od reszty ogrodu odgradza je malutki plotek. kucam i opieram sie o niego kolanami. malina patrzy na surowe drewno, przed ktorym ja za kazdym razem przestrzegam. kiwa pluszkiem:
 - uwazaj. uwazaj bo ci wejdzie w kolanko... ... ...mmmmm... zarazek!
zuczki.
- mamusiu!!!!
lece po schodach na gore przerazona. oczyma wyobrazni widze maline we krwi. ze zlamana noga. wiszaca przez balkon. no nie wiem! pedze, bo krzyczy jak poparzona. wpadam do pokoju. malina stoi z drewnianym pudelkiem w raczkach. wieczko otworzone, malina zaplakana.
- co sie stalo?
- biedronek! biedronek! poszedl sobie. tu go wlozylam, zeby na mnie czekal i nie ma!!!!!
- biedronka.
- tak! i nie ma!
tlumacze, ze nie wolno ani biedronki ani innego zuczka wkladac do pudelka. i jak tysiace matek przede mna pytam:
- a gdyby ktos ciebie tak zamknal w pudeleczku?
- to bym otworzyla i wyszla.
- ale zuczki nie moga otworzyc i wyjsc i sie mecza.
malina namysla sie chwilke. jeszcze chwilke. i:
- ale ten biedronek wyszedl.
i pociesza sie:
- moze poszedl mi kupic chleba?... do nieba?...

środa, 06 czerwca 2007
czas
"plynie czas, goni czas, czas popedza ciagle nas..."

wszystko jedno czego sobie zycze. czy nie moge sie doczekac weekendu, ze zmeczenia. czy rozciagam minuty i modle sie o trwanie chwili. nieublaganie szybko, nieublaganie wolno. plynie do przodu nic sobie z moich prosb, zaklec i marzen nie robi.
wtorek, 05 czerwca 2007
moje male dziecko.
- za 6 dni przyjedzie babcia, wiesz?
- szesc??? to strasznie dlugo!
- nie. to niecaly tydzien.
- szesc to trzy i trzy. - malina rozcapierza swoje chude, dlugie paluszki. trzy prawej raczki, trzy lewej. jestesmy zaskoczeni.
- a skad ty to wiesz?
- z ksiazki.


mialam dzis spotkanie z przedszkolanka. ogladalysmy malinowe malunki. ona ocenia maline na 6-7 lat. dlatego malina woli bawic sie ze straszymi. ale czesto brakuje jej doswiadczenia 6 - letnich kolezanek. malina czuje, ze jednak nie dorasta i to ja frustruje. a malina pokazuje swoje uczucia. i dobre i zle. i to jest i dobrze i zle.
a ja robie jeden blad. czulam, ze go robie, ale ta rozmowa mi to w pelni uswiadomila. malina jest glownie dobra, radosna, sloneczne dziecko. w konfliktach w przeszkolu jest bezradna, bo mlodsza, wiec dochodzi czasem do rekoczynow. ale to sa przypadki a ja z tego zrobilam problem, ktory przeslonil nam reszte. normalnie zacmienie slonca zorganizowalam. i malina caly dzien jest po presja. moja presja, choc mnie nie ma: ja w pracy, ona w przedszkolu. od dzis bede madrzejsza. ciesze sie, ze to zrozumialam.
 
1 , 2
Archiwum