wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 28 czerwca 2010
mozliwosci morze.


odprowadzilam maline do szkoly i teraz:
 - moglabym pojsc na basen
 - moglabym polozyc sie pod lipa i czytac ksiazke
 - moglabym dokonczyc przesadzanie roz
 - moglabym odpowiedzeic na mily sms i pojechac na starowke na kawe z mila osoba
 - moglabym pojezdzic na rowerze (dobre na serce i na gruby tylek)
 - moglabym ulozyc wreszcie w szafach
 co za stresujacy poranek.


niedziela, 27 czerwca 2010
swiatlo
siedze w ogrodzie. ciemno. na ramieniu usiadl mi swietlik. posiedzial. sliczny jest. taki jak w kreskowce: niby komar, ale ma zarowke zamiast dupki. nigdy nie widzialam go z bliska. posiedzial i odlecial. biore to za dobry znak.


sobota, 26 czerwca 2010
dziekuje.
dziekuje wam serdecznie za kochane komentarze. u mnie nikt w rodzinie nie ma klopotow z sercem, wiec jakos nie sadze, ze to choroba. moje zycie zawirowalo przez chwile, musialam w krotkim czasie przeprowadzic wiele waznych rozmow. decyzje o pracy podjelam pod wplywem impulsu i kilka osob bardzo mnie za to skrytkowalo, ze stchorzylam przed samodzielnoscia, ze przechodzi mi kolo nosa wielka szansa, ze przeskakuje z jednej pracy do drugiej, ze w sumie nic sie nie zmienia. troche mnie to uklulo i troche zwatpilam w swoja intuicje. ale potem przegadalam wszystko z mezem. samodzielna moge byc z dnia na dzien. to mi nigdy nie ucieknie. i jednak zmieni sie duzo, bo inni klienci, bardziej swiatowo, bardziej profesjonalnie, wieksze projekty, wiec akurat nie jest zle, ze mam swoja rutyne, ze dobrze wiem o co chodzi, bo jest malina i nie mam czasu na wywracanie wszystkiego do gory nogami. ani czasu ani sily ani ochoty. 
a w czwartek ide na badania i oczywiscie wszystko bedzie ok.




piątek, 25 czerwca 2010
serce nie sluga.
zbuntowalo sie szarym porankiem i grzmotnelo taka sila, ze malo nie umarlam ni to z bolu ni to ze strachu. przyjechalo pogotowie, bol minal, pozostalo tylko takie dziwne uczucie drewnianych pluc. ekg ujawnilo nierowny rytm, cisnienie wysokie jak giewont, jakies szmery. w czwartek ide na caly dzien na badania kardiologiczne. nie wiem so tam badaja. cale zycie mam niskie cisnienie i nie znam nikogo z klopotami sercowymi. troche sie martwie. lekarz powiedzial, ze albo cos z zastawkami albo stres. smutno mi i widze, ze maz sie przejal i zmartwil. tak sobie czlowiek zyje beztrosko i wkurza, ze na przyklad leje deszcz a tu los niespodziewanie stuka w ramie:
 - halo? czy ty w ogole wiesz o co chodzi?




nie wiem.




 
czwartek, 24 czerwca 2010
skrzydla
polecialam. wyladowalam. sie zameldowalam w moim ulubionym hotelu (skad wiedzieli?). spotkalismy sie o 14:00. biuro fantastyczne. nowoczesne meble polaczone z podrapanymi scianami. 15 lat temu bylismy "dziewczynami od wszystkiego" (mädchen für alles), stawialismy pierwsze kroki w branzy, wozilismy rezyserow, gotowalismy kawe, cale noce drukowalismy na ostatnia chwile plany zdjec. i wtedy przy jakiejs nocnej, wystyglej pizzy po polnocy, padajac ze zmeczenia obiecalismy sobie, ze to wszystko jest po cos, ze kiedys my bedziemy tym businesem krecili. bedziemy? miesiac temu postanowilismy, ze bedziemy. gadalismy jak spiskowcy, cieszac sie na diabelski plan. prosto z biura poszlismy na kolacje swietowac nasza przyszosc. na koniec, dobrze po polnocy pytam kiedy zaczeniemy klocic sie o warunki? my sie nie klocimy, dostaniesz wszystko czego chcesz tylko powiedz tak. wracam do hotelu, nie spie, bo nie moge i i tak zaraz wsiadam w samolot. wracam do domu. maz mowi, ze wyrosly mi skrzydla. popoludniu na dzien dziecka zabralismy maline do ulubionej restauracji i podarowujemy jej obrzydliwa, plastikowa, rozowa barbie. dziecko nie wierzy we wlasne szczescie i komentuje:
 - mamusiu, ale ty sie smiejesz. nie wiedzialam, ze potrafisz sie tak smiac.

POWIEDZIALAM TAK. tak. TAK. wszystkie moje plany wziely w leb, ale zwyczajnie nie moge powiedziec nie. no nie moge.



środa, 16 czerwca 2010
co za wieczor.
myslalam, ze malina juz spi. nie. zostalam wezwana na gore  milosnym:
 - mamusiu. chodz szybko. - ten glosik to ja znam. cos tam sie stalo, ale malina nie jest pewna, czy zrozumiem wazkosc sytuacji, czy sie zezloszcze. no zobaczymy. ide.
jedynka gorna rusza sie od miesiaca i za nic nie chce wyjsc. bylysmy u dentysty, ale dentysta powiedzial, zeby zdac sie na nature. no to czekamy niecierpliwie. malina wierci wsrod ciemnosci lapka w buzi:
 - mamusiu, musze sobie to wyrwac, bo inaczej jeszcze polkne w nocy.
idzie do lusterka a ja mam stac i patrzec. ludzie, chyba zemdleje! ona kreci zebem i to chrzesci tak, ze mam gesia skorke. malina chyba widzi, ze zaraz zemdleje i mowi:
 - idz na dol. jak wyrwe to przyjde.
uffffff, uciekam na dol. za kilka minut malina maszeruje triumfalnie z zakrwawiona chusteczka i zebem w rece i... wielka dziura w buzi. o rany... czy to jest moje dziecko??? ten szczerbulec? cieszymy sie niemal do lez. przyprawiamy niemal o zawal serca oma i opa (bo o tej porze nigdy nie dzwonimy) - malina zbiera gratulacje, kontaktujemy sie skypowo z babcia w warszawie, ktora zalewa nas rozpaczliwymi informacjami jak to moze teraz wejsc zakazenie i czy boli i boze jak to wyglada - wylaczamy sie z ulga. ale najwazniejsze, ze lapiemy tate, ktory rozklada sobie wlasnie lezanke w samolocie do shanghaju. tatus chce wysiadac z samolotu - malina przytomnie zauwaza, ze jak juz wsiadl to ma leciec i szybko wracac. potem dlugo nie moze zasnac i rozwaza co powie sasiadeczka, co powie roza, co powie clara, co powie pani nauczycielka, co...
no co za wieczor.


+++++++++
jutro lub pojutrze wybije godzina szczerosci. szczegoly w poniedzialek.




sobota, 12 czerwca 2010
czy to glod?

pojechalysmy po roze. lazimy po sklepie oszolomione iloscia cudnych kwiatow. widze lawende, ale jakas inna niz nasza, ma ciemnozielone listki i kwiatki lylowe wprawdzie, ale troche wpadajace w granat. pokazuje je malinie.
 - ladne. a co to?
 - nie widzisz co to? to powachaj, od razu bedziesz wiedziala.
malina wsadza nos w krzaczek.
 - no i co? - pytam. dziecko waha sie krotko i rozmarza sie:
 - pieknie pachnie...mmmmm....
 - jak co?
 - jak smazone kartofelki.



środa, 02 czerwca 2010
niezbedne wsparcie w malzenstwie.

poszlam dzis na wielkie zakupy. chodze, chodze. najpierw mysle, ze kupie wszystko co mi sie spodoba, bo przeciez nie mam nigdy czasu na zakupy. potem jednak wszystko wydaje mi sie niepotrzebne albo za drogie. przymierzam jedwabna bluzke blekitna jak chmurke i slysze nadejscie sms-a. sprawdzam. o! to maz:
"nie zastanawiaj sie. kupuj."


wtorek, 01 czerwca 2010
malinowa polszczyzna.

malina odrabia polskie prace domowe. widze wlasnie zmarszczone czolko, bezlitosnie gryziony olowek. dziecko czyta i czyta i nic. zagladam jej przez ramie i widze: "Postaw na końcu odpowiedni znak: . ! lub ?"
 - czego nie rozumiesz? - pytam zdziwiona, bo to juz malina dawno umie.
na to malina niecierpiliwie:
 - no mam tu postawic kropke albo wykrzyknik albo znak zapytania na KONIKU a konika nigdzie nie widze.


Archiwum