wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011
od zawsze
nie lubie jak sie:
 - o polakach mowi: polaczki
 - o rosjanach: ruskie
 - o warszawie: warszawka
 - o niemcach: szwaby
 - o sprzataczce: eine putze
 - o dzieciach: bachory
 - o urzedniczce: biurwa

no nie lubie i juz.

malinowe pytanie na sniadanie
 
- mamusiu, co to jest busz?
 - busz?
 - mhm.
 - bush to byly prezydent stanow zjednoczonych albo chodzi ci o busch czyli krzak?...
 - chodzi mi o ten busz w piosence: zyli wsrod roz, nie znali BUSZ.



środa, 29 czerwca 2011
malinowa moda
 
- kochaneczko, zalozylas bluzke na druga strone!
 - no!!! bo to jest cool!

aha.
ale na dobranoc i tak musze spiewac: byl sobie kroool, byl sobie paaaaz i byla tez krolewnaaaaaaa...





jak co roku o tej porze chcialabym:

 - bujac sie na hamaku
 - podcinac roze i podgladac ich paki, obrywac nadeschle listki
 - chodzic popoludniu z malina na basen
 - cos czytac - byle co
 - wieczorem pobiegac
 - wywalic polowe rzeczy z piwnicy
 - spotkac sie na kawe i zagadac sie smierc
 
 czyli rzucic prace.

o boze, jak sie mecze.


wtorek, 28 czerwca 2011
zdjecie


zielona jednym zdjeciem odebrala mi spokoj duszy...



tym:



poniedziałek, 27 czerwca 2011
nie kazdy umie zlapac swoja szanse za uszy.
15 lat temu moja szefowa zabrala mnie na festiwal w cannes. bylo goraco, bardzo ekskluzywnie i stresujaco, bo wszystkie spotkania byly wazne a ja niewiele mialam do powiedzenia. robilam wiec dobra mine do zlej gry, bylam prawa reka mojej szefowej w ustalaniu planu na nastepny dzien, rezerwacjach najlepszych stolikow, upewnianiu sie, ze zamowiona limuzyna przyjedzie na czas i na umowiony adres.
ani ciuchami, ani butami a przed wszystkim znajomoscia materii nie moglam dorownac mojej szefowej, ale na zakonczenie dowiedzialam sie ze po raz pierwszy od lat tygodniowy pobyt byl tak swietnie zorganizowany i wszystko mialo i sens i oprawe. odtad bylam nieodlacznym cieniem szefowej, podgladalam, uczylam sie, zapamietywalam. zabierala mnie wszedzie. dzis jestesmy konkurentkami, wymieniamy sie usciskami, mamy dla siebie szacunek i respekt.

pomyslalam, ze oto historia zatoczy krag i zabralam do cannes moja asystentke. pewna siebie, uprzejma, stojaca na dwoch nogach dziewczyna przyjechala do cannes z usmiechem, ktory zamarl jej na ustach jak wysiadla z samolotu i tak zostalo do konca. cos takiego sie stalo, ze ten caly tamtejszy teatr ja wystraszyl, zawstydzil, oniesmielil, normalne ja zatkalo. przed kazdym spotkaniem przebierala sie trzy razy i w koncu wychodzila z nieszczesliwa mina, wiecznie spozniona, wiecznie oniesmielona nie mogla sklecic dwoch zdan z sensem. za to kupowala kartki zeby wyslac do rodziny, poszla na zakupy a kiedy ja siedzialam z wazna klientka i iphone odmowil posluszenstwa i nie chcial przeslac dalej waznego maila, za nic nie moglam jej osiagnac ani smsem ani telefonicznie. na swoje usprawiedliwienie miala, ze siedzala na tarasie a telefon polozyla w pokoju... wylaczony. w czwartek wrocila jako ostatnia z party i okazalo sie, ze zapomniala klucza. o 5 rano dzwonila do drzwi a ja malo nie oszalam, bo wyrwana ze snu myslalam, ze to jakis alarm przeciwpozarowy albo wlamaniowy. moj szef sie wkurzyl i zapytal czemu w ogole otworzylam. rano pytam co sie stalo, dajac jej szanse na przeprosiny i slysze, ze zaczela glosno dzwonic, bo... sie wkurzyla, ze nikt nie otwiera a jest pozno.
sama musialam wszystko organizowac, a na koniec okazalo sie, ze panna wraca do domu pierwszym samolotem i oddanie wynajetej willi spada na mnie.
przed najwazniejszym przyjeciem zabralam ja do baru na rozmowe, zeby cos ratowac, dac do zrozumienia, ze to nie wakacje, choc kazdy wysila sie, zeby udawac, ze tak jest. w czasie krotkiej drogi do stolika moja swietna asystentka trzy razy nadepnela mi na suknie:
 - kochana, to jest moja najlepsza kiecka w tym tygodniu, wiec jak cie sie to zdarzy czwarty raz to sie chyba wkurze.
przeprosila, usiadlysmy, pogadalysmy, dowiedzialam sie, ze ona jakos nie potrafi sie znalezc, ze wszyscy sie znaja, gadaja, sa tacy swiateczni i piekni.
 - piekni? wlasnie tu widac dopiero, ze wszyscy maja forse, ale na brzydote forsa nie pomaga i pamietaj, ze kazdy jest tu tak strasznie zajety soba, swoja fryzura i torebka, ze naprawde nie ma co sie stresowac jak sie wypadlo na przyjeciu.
zrozumiala? moze i zrozumiala, ale jak wstalysmy przydepnela mi sukienke jeszcze raz i to tak, ze zdrapala mi troche zlota ze szpilki. wkurzylam sie.
moze komus sie wydac, ze sie czepiam. sama nie wiem co robic. chcialam dac jej szanse a ten wyjazd bedzie ja chyba kosztowal prace.

piątek, 17 czerwca 2011
malinowa matka.

sukces, sukces. klade sluchawke. serce mi bije. dzwonie do moich chlopakow szefow. teraz im serca bija.
no musze jeszcze o tym pogadac, wiec wolam meza i maline i rozpromieniona im wszystko jeszcze raz opowiadam. maz smieje sie i cieszy ze mna. malina wspol - przezywa bardziej na powaznie. kiwa glowka jakby rozumiala calosc a rozumie pewnie polowe. sciska mnie za reke i wyraza wzruszona uznanie:
 - ty jestes nasza m a m a.
to jest nagroda, co?



++++
ide sobie kupic szpanerskie okulary, bo na moich ostatnich szpanerskich usiadlam niestety wczoraj a jutro jade do goracego kraju, na goracy festiwal.

czwartek, 16 czerwca 2011
malinowe zabki. malinowa dusza.

chwiejne zeby - chwiejna dusza. antropozofia mowi, ze dziecko powinno isc do szkoly kiedy zaczynaja wypadac mleczaki. bez wzgledu na wiek. gdyby sie tego trzymac malina bylaby jeszcze w pierwszej klasie. no trzymaja sie te zebiska ze nie wiem, a malina rzeczywiscie duza ale bardzo dziecinna i szkola nie jest jej zywiolem.
z jednej strony chcialabym oddac sie we wladanie natury z drugiej jednak nie moge patrzec jak w drugim rzedzie rosna nowe zabki. poszlysmy na przeswietlenie. malina jako czlowiek waski i szczuply odziedziczyla moje konskie zeby i cos tu nie pasuje. lekarz polecil wyrwanie 6 mleczakow, ktore siedza jakby nigdy nic, jakby 8 urodzny juz dawno nie minely.
wczoraj poszlysmy na pierwsze 2. pani zabki znieczulila i bierze sie wyrywanie. trzymamy sie za raczki, malina dzielna jak zawsze, ze pani doktor decyduje sie na trzeci zab z rozbiegu. kreci, kreci, malina zamyka oczka a ja splywam potem. pani kreci tym zabkiem, ciagnie, szarpie, druga trzyma malinowa glowe a ja trzymam sie zeby nie zemdlec, bo widok dziecka z ustami pelnymi krwi to koszmar. w koncu zab wychodzi a ja przez chwile mysle, ze moze to byl nowy zab bo jest zwyczajnie olbrzymi!
lekarka jest zadziwiona, takiego dlugasnego mleczaka jeszcze nie widziala. wklada malinie taki supel z gazy i kaze trzymac zabkami, poki nie przestanie krwawic. dopiero w samochodzie malina zaczyna plakac i placze godzine. i to nie z bolu, bo jest jeszcze zneiczulona, ale ze strachu, ze smutku, zeby odregowac to okropne przezycie. to dusza placze. rozchwiana dusza.



+++++
ksiazke polecam serdecznie niemieckojezycznym kolezankom:
http://www.amazon.de/Wackeln-die-Z%C3%A4hne-Zahnwechsel-Erziehende/dp/382517297X

środa, 15 czerwca 2011
w sumie co mnei to obchodzi?

w ogole mnie ta sprawa nie dotyczy, bo malina poszla do szkoly jako prawie 7 latka, ale jakos sie wkurzam jak czytam artykuly o wielkim sensie szkoly od 6 lat. i argumenty mam, ktore sie ciesza, ze dzieci tak samo dobrze czytaja i licza jak o rok starsze dzieci. tak jakby w zyciu chodzilo tylko o tabliczke mnozenia i skladanie sylab.
dorosle zycie pokazuje, ze wazna jest osobowosc, wewnetrzna stabilizacja i zdrowy kregoslup.


piątek, 10 czerwca 2011
referat malinowy i ferieeeeeee!!!

malina zabrala dzis swoje stare podkute butki i lylowa spodnice do flamenco. pytam sie po co, przeciez ma tyle pieknych fotografii do pokazania. chciala pokazac nie tylko zdjecia, ale i w rzeczywistosci, co wydalo mi sie dobry, pomyslem. nie wiedzialam, ze... w tornistrze przemycila cd z  muzyka flamenco. wyglosila referat, odpowiedziala na pytania po czym zaproponowala, ze moze tez zatanczyc. pani chyba nie miala serca odmowic i na koniec cala klasa dolaczywszy do maliny przytupywala cos w rodzaju flamenco i w ten sposob rozpoczely sie dzis dwutygodniowe ferie. ze tak powiem... tanczaco.

malina dostala z referatu jedynke z trzema gwiazdkami. jest szczesliwa i dumna. lezy sobie teraz w swoim pokoju i rozmysla nad zyciem i feriami. na kolacje kupilysmy jej ulubione smakolyki i bedziemy swietowac we dwie. tatus szaleje po kosyce na noym motorze i sle nam romatyczne sms-y. jutro jedziemy na festiwal roz. niech no tylko skonczy sie ten zawodowo glupawy dzien i bedzie pieknie.




stuk, stuk, stuk!


w pierwszym polroczu dzieci wyglaszaly referat na temat ulubionego zwierzecia. malina mowila o wiewiorce. pieknie pokazywala obrazki, opowiedziala anegdote, wyliczala wazne do zapamietania fakty.
w tym polroczu temat jest dowolny. dziecko ma prezentowac obrazki i mowic 3-4 minuty pomagajac sobie kluczowymi slowami. malina zdecydowala sie na temat "flamenco". od kilku dni probuje go wyglosic, ale wciaz przeszkadza jej stukajaca pieta, krecace sie biodro, falujace paluszki albo klaszczace dlonie. dzis pomaszerowala do szkoly z wielka pomaranczowo-czerwona plansza i mam nadzieje, ze uda jej sie powiedziec chocby poczatek bez skakania, tupania i pokazywania oczkami, ze nawet kierunek spojrzenia jest we flamenco waznym elementem tanca.
obawiam sie, ze wybrala niewasciwy temat do referowania, ale za to mialysmy swietna zabawe ogladajac w internecie tance, takze w wykonaniu jej przepieknej nauczycielki, drugiej co do szybkosci stukania butami tancerki na swiecie. tu na zdjeciu to wlasnie ona. az sobie pomyslalam, ze moze kurcze szkoda, zesmy tego tanca zaniechaly...



czwartek, 09 czerwca 2011
wypnij piers!
sama latalam z malina po swiecie i karmilam w roznych przedziwnych miejscach i okolicznosciach. ani nagosc ani karmienie dziecka w publicznym miejscu mnie nie szokuje. coz ma tu szokowac. a jednak nie podoba mi sie idea wieszania kobiet z golymi piersiami w tramwaju czy metrze, nie mam tez ochoty ogladac dziecka ktoremu mleko tryska w twarz. tak samo jak nie podobaloby mi sie ogladanie dwojga calujacych sie ludzi, ktorzy oblizuja sobie wzajemnie wargi i widac ich sline. to co dla dwojga ludzi jest piekne, cieple, radosne nie musi byc takie dla kogos, kto patrzy z boku.

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,9751436,Szokuja_cie_te_zdjecia__Za_ostre__zeby_trafic_do_metra.html

wiele karmiacych kobiet ma taka gleboka potrzebe manifestowania swojego macierzynstwa golymi piersiami.




prawda stara jak swiat

jak twoje dziecko czegos nie lubi to trzeba je zachecic do samodzielnego gotowania tej wlasnie potrawy. pewnie ta zasada nie dziala w wypadku salatki z osmiornicy, bo gotowanie osmiornicy jest jedna z najpbrzydliwszych rzeczy na swiecie, ale juz w przypadku ryzu to owszem, owszem!
wczoraj wieczorem malina odmierzala ryz, wode, sol, wlaczala gaz w kuchence, sprawdzala czy juz zmiekl i czy wyparowala woda a potem filizanka formowala ryzowe pagorki na talerzach. do tego dolozyla indyka w ziolach,  zajadala sie, ze az sie jej uszy trzesly i poprosila o dokladke. malina! ktora od przedszkola nie lubi ryzu i zawsze zuje ziarenko po ziarenku ze smutna mina cierpietnika.


środa, 08 czerwca 2011
"pozna juz godzina..."

u nas godzina osma jest magiczna! to wszystko, co nie wchodzilo w rachube o godzinie piatej czy szostej, nagle staje sie strasznie wazne o osmej:
 - cwiczenie na pianinie
 - cwiczenie czytania
 - posprzatanie pokoju
 - mycie wlosow
 - szukanie kredki zgubionej dwa tygodnie temu, bez ktorej nagle zycie traci sens
 - uczenie sie na pamiec wiersza do polskiej szkoly na za tydzien
 - kolacja
godzina osma to najbardziej inspirujaca godzina ze wszystkich dwudziestu czterech.

konsekwentna mama.
 o 18:00: malina, robi kolacje. co bys chciala?
 - nic. nie jestem glodna.
o 18.30: malina, zrobie ci chociaz kanapeczke, co?
 - nie, dziekuje. nie jestem glodna.
o 19:00: malina, zjedz chociaz jogurt, bo nagle bedziesz glodna a o 8 musisz isc spac.
 - nieeee, nic nie moge jesc... nie jestem glodna.
o 19:30: malina, zebys pozniej nie mowila, ze jestes glodna! zjedz przynajmniej chrupki ryzowe. zaraz idziesz spac!
 - nie. nieee... nie jestem glodna.
o 20:00:
 - MAMUSIU, cos bym zjadla, co?
panie boze, daj mi cierpliwosc do tego dziecka i niezbedna dla dobrego wychowania konsekwencje.
 - malina, jest osma. praktycznie lezysz juz w lozku. zadnego jedzenia. pytalam cie przeciez...
malina w ryk.
 - daj spokoj. jest osma. o tej porze nie ma kolacji tylko mycie zebow.
malina sie obraza. biegnie na srodek ogrodu. placze.
czy ja tu juz kiedys pisalam, ze maina wlaciwie nogdy nie placze? to jest nieprawda. ona placze jak syrena przeciwpozarowa. o ludzie. mieszkamy w niemczech. zaraz ktos pewnie nasle na mnie policje albo kuratora albo burmistrza albo nianie z telewizji. sama nie wiem kogo jeszcze, a malina stoi na srodku ogrodu, zalewa sie lzami i teatralnie rozpacza:
 - jestem glooodnaaa!!!! uuuuuuu glonaaaaa!!!!! chce mi sie jeeeescccccccccc!!!! uuuuu!!!!
jestem w rozterce. jestem konsekwentna, odpowiedzialna matka. jestem tez nadal cudzoziemka ( po 18 latach nadal dumna polka:-), maz daleko, dziecko umiera z glodu na srodku ogrodu i zakloca wieczorna cisze znakomitym niemieckim sasiadom. wyladuje w wiezieniu jak nic a malina w domu dziecka.
no nic to. wychowanie maliny jest dobrem nadrzednym a wiezienie mi nie straszne. maszeruje do mojej syreny alarmowej:
 - malina, im dluzej placzesz tym bardziej jestem na ciebie zla. jeszcze pol godziny temu nie bylas glodna. masz zegarek? masz! pol godziny temu moglas przewidziec, ze jestes glodna a zaraz trzeba do lozka. ryczenie nic tu nie pomoze. nic a nic. wiesz co, ja jade z toba przez pol monachium po karty star wars a ty taki cyrk urzadzasz? radze cie isc myc zeby, bo sie w koncu zezloszcze.
malina opuszcza plac boju. idzie na gore. przebiera sie w pizame. schodzi.
 - umylas zeby?
 - nie. myslalam, ze zmienisz zdanie.
 - nie zmienie. jest pozno. myj zabki i hop: do lozeczka.
zeby. dr. dollitle. wieczorne przytulanki i ostatnie:
 - mamusiu, jutro musze duzo müsli na sniadanie.
utulam dziecko, a targaja mna takie wyrzuty sumeinia, ze zaraz rozbudze ja i nakarmie parowka jakas czy co? albo kartoflami?

na wszelki wypadek dzwonie do meza. stoi na promie na korsyke. gdyby mogl spalby ze swoim nowym motorem w kajucie, ale nie moze:-)
opowiadam mu historie "bezkolacyjna". dostaje rozgrzeszenie:
 - zycie, nie jest takie, ze wszystko wolno. czasem trzeba ponosic konsekwencje.
aha? 
no to opowiadam mu historie o pszczole. jak malina wolala: mamuuusiuuuu i ani drgnela. mezowi tez glupio:
 - o gott...
moglam jej dac te kolacje. kurde no!



 


wtorek, 07 czerwca 2011
i wish.

postanowilam rozszerzyc malinowe muzyczne horyzonty, bo dziecko nie moze przeciez na okraglo sluchac red hot chili peppers, shakiry i heleny majdaniec. do samochodu zabieram pink floyd. zaczynamy od i wish you were here bo wydaje mi sie, ze to troche gust malinowy, wiec moze od razu polubi? malina slucha. slucha.
 - o! i wish!
 - mhm.
 - pusc natepna piosenke. bo te to znam juz.
 - tak? a skad? - moze tatus juz chcial dziecko wyedukowac na wlasna reke.
 - no znam... podobna. i wish you a merry christmas.





malinowy w ogrodzie

lezy na fotelu i czyta. ja pracuje. nagle slysze cichutkie:
 - mamusiu... mamusiuuuu...
kiwam reka, ze nie telefonuje i ze nie musi byc tak cichutko, ale malina niemal nieruchoma wola, ale najcszej jak moze:
 - mamuuusiuuuu...
ide wiec a malina patrzy na swoja dlon i cicho dodaje:
 - pszczola siedzi mi na palcu. nie chce sie ruszac.
malina jak z kamienia. pszczole przegonilam a malinie po policzkach splynely nagle dwie olbrzymie lzy.






poniedziałek, 06 czerwca 2011
kondolencje


juz sam wyraz "wspolczuje" wyraza to o czym wlasnie mysle. o tym ze skladajacy kondolecje glownie zastanawia sie nad tym co sam CZUJE, przezywa, wspolCZUJE, wyobraza sobie co by bylo gdyby to na niego spadl ten smutny los. w moim odczuciu juz lepsza jest sztywna formulka: prosze przyjac kondolecje.
a najbardziej to rozumiem ludzi, ktorzy prosza o nieskladanie kondolencji.



kim jest malina
moze inni rodzice jakos widza w swoim dziecku talent. potrafia go dostrzec, wyluskac wsrod reszty upodoban i sklonnosci, wesprzec zyczliwoscia i odpowiednimi zajeciami i poprowadzic dziecko sciezka do szczescia, satysfakcji z ulubionego zajecia, hobby, zawodu, ba moze nawet kariery.
ja nie umiem. malina chodzila w tamtym roku na sport z grupa chlopcow, bo inne nie pasowaly do jej planu zajec. caly rok grala w pilke nozna i to tak znakomicie, ze chlopaki dzielac sie na druzyny natychmiast wybierali ja do swojej, malina strzelala bramki, zwinnie sie kiwala sie a nawet jako bramkarz nieze dawala sobie rade. wrecz przeciwnie z pianinem: po roku postanowilam ten piekny intrument sprzedac - dziecko nie ma poczucia rytmu natomiast ja poczucie, ze realizuje swoj plan a nie plan maliny. w miedzyczasie malina przeszla do mieszanej grupy sportowej i znow gra w dwa ognie, berka, skacze przez kozla itp a pani od pianina z przemilej, slicznej nauczycielki zmienila sie na starsza, oschla i surowa pianistke. wynik? hmmm malina ublagala mnie na zmiene 30 minut lekcji pianina na 45, cwiczy, improwizuje, siedzi przy pianinie i wydaje jej sie, ze gra red hot chilli peppeprs, wyciaga jakies stare moje nuty i probuje je odczytac. a pilka nozna? w piatek byly zawody pilkarskie w szkole. swietna zabawa, podekscytowani rodzice, zdzierajacy gardla zeby zdopingowac dzieci ze swojej klasy. a malina? glownie stala kolo bramki i kiedy pilka turlala sie po stronie przeciwnika proboala stanac na rekach, wywinagc gwiazde albo wyklocala sie o cos z bramkarzem.

a rok temu szukalam juz kupca na pianino i rozmyslalam czy nie zapisac jej do klubu pilkarskiego jak to sugerowala nauczycielka od sportu.

no wiec tylko moge sobie sobie stac z boku i obserwowac co sie z tym malym czlowiekiem dzieje. zyjemy intensywnie razem, blisko ciasno a ja i tak wiem, ze nic nie wiem.


czwartek, 02 czerwca 2011
malinowe kwiatki (z polskiego)

 - marynarz, stolarz, piekarz... pamietaj, nazwy zawodow maja zawsze, z a w s z e  RZ na koncu.
 - nie.
 - tak.
 - nie! pilot nie!!!

------------------

 - dRZewo. malina, czemu drzewo jest przez RZ?
 - bo ma liscie.


------------------

linie sa równoległe i prostopadłe. które sa które?
 - te, które leza koło siebie równo sa równoległe a prostopadłe lezały równo, ale jedna upadła.



środa, 01 czerwca 2011
bez

moge zyc bez miesa, bez telewizji, bez slonca w lato, bez makijazu, bez truskawek, bez klotni, bez sniadania, bez latania samolotem, bez wielkiej rodziny, bez alkoholu a jak sie upre to nawet bez kawy.
ale nie przezyje lata bez pomidorow i ogorkow. kupilam wielkie donice. pomidory juz w nich siedza. ogorki sadze dzis. jakos przezyjemy, co?


Archiwum