wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
poniedziałek, 31 lipca 2006
slomiana i troche smutna a troche szczesliwa.
te szepty nocne. przelatuja jak nocne cmy pol planety. kiedys w srodku nocy maz dzwonil z tokio pijany do cna i szeptal, ze jedza swiezutkie rybki lowione wprost z pieknego akwarium, ze teskni i kocha i w imie naszej milosci wybiera tylko samotne rybki, zeby nie rozdzielac par. nie moglam potem zasnac mimo zmeczenia tak sie smialam. albo jak spiewal karaoke. moj maz nie umie spiewac. imprezy w stylu tanczmy weza, spiewajmy do rana to dla niego horror. w srodku nocy dzwoni telefon: - osmieszylem sie tak, ze teraz tylko moge popelnic harakiri.
 - a co? - pytam i nie wiem czy snie czy rzeczywiscie telefonujemy.
 - wlasnie zaspiewalem piano man. ania, zabierz mnie stad!!!
a teraz siedzi w bombaju chce do domu. zabral sobie dvd z 500 zdjeciami maliny (zrobione w dwa tygodnie!) i sie cieszy, ze zabawianie klientow w indiach wyglada inaczej niz u nas, w usa lub japonii. malo alkoholu i do lozka przed 23.
slomiana wdowa bede do niedzieli. kilka milych babskich spotkan. poranki bez kawy, spanie w poprzek lozka i maseczki roznego rodzaju. tesknota jest dobra mimo, ze bolesna. i chetnie jestesmy od czasu do czasu sami i nie mozemy sie doczekac powrotu.
 - tatus oprzywiezie mni z indii cos?
 - a co byc chciala?
 - cos.
 - ale co?
 - cukierecek!
malina tez teskni i czeka. dzis musialam jej wsmarowac kremik nie tylko na siniaczki i stopki ale tez na plecki, kolanka i brzuszek.
kupilam sobie oklady na oczy z wyciagu ogorka i zielonej herbaty - gwiazdy bede miala potem nie oczy. gwiazdy...

fajpki
od kilku dni malina maluje zapamietale. w skupieniu i ciszy. niektore obrazki bardzo ladne jak na trzylatke. wciaz powtarza, ze jej ulubione "fajpki" to rozowy i lylowy, ale jako pierwsza wymalowala sie zolta. to pewnie dlatego, ze malina czesto maluje sloneczniki, ktore zdobia nasz stol. dokupilam wiec zolta fajpke. malina maluje, ja pisze maile. nagle patrzy na mnie wesolo i cieszy sie:
 - dziekuje ci za zolta fajpka!!! mamusiu, ty jestes moj prawdziwy przyjaciel!

tatus wlasnie zadzwonil z bombaju. czasem nie da sie za duzo myslec, bo mozna zwariowac. czasem trzeba sie skupic na pracy, na sprzataniu, na szorowaniu czarnych piet maliny. pomaga.
piątek, 28 lipca 2006
piatek.
cholerycy nie nadaja sie do prowadzenia interesow, dlatego wygralismy z naszym architektem. byla to godzinne przedstawienie. poczatek przemily, kulturalny i uprzejmy. biale rekawiczki, usmiechy i kawa z pianka. a potem bieganie po pokoju, miny grozne, glos podniesiony i teatralne gesty. mowie mu, ze w moim kraju jak ktos daje slowo to to cos znaczy, bez wzgledu na podpisane papierki. pan architekt malo nie spadl ze swojej laweczki w nowoczesnym design. zaczal na mnie wykrzykiwac, ze to nie jego wina, ze ja sobie nic nie umiem wyobrazic i ze go nie rozumiem. podskakiwal jak pajacyk. wtedy ja zaczelam zbierac moj notesik i okulary i bardzo spokojnym glosem oswiadczylam, ze jesli w tym dziwnym kraju udalo mi sie zrobic kariere, to tylko dzieki temu, ze wlasnie mam wyobraznie i dzieki temu obracam sie wsrod wspanialach artystow. poczatkowo myslalam, ze on jest jednym z nich, ale coz... nawet w moim wieku czlowiek sie moze pomylic. panu zabraklo slow. rzucil szklanka (design!) o podloge i powiedzial, ze mozemy sobie zabrac te nasze pieniadze i to wszystkie. podziekowalismy i wyszlismy. liczylismy na rozwiazanie pol na pol, ale ze pana poniosly nerwy i stracil klase to nie mielismy ochoty na szukanie elegantszych rozwiazan. wlasnie dostalam mail z prosba o zapomnienie calej sprawy i nie rozmawianie o tym z nikim.


---

siedze teraz w samochodzie. malina spi. maz prowadzi w milczeniu. jego mama idzie w przyszlym tygodniu do szpitala. dzis dostala wyniki i one sa bardzo zle. wrzucilismy kilka rzeczy do samochodu i jedziemy juz czwarta godzine.
noc.
niedawno wrocilam do domu. samolot mial opoznienie. myslalam, ze jajko zniose. a teraz poszukuje pewnego amerykanina w chinach. jezu, jak tych ludzi nosi po swiecie - wlasnie wtedy gdy ja ich potrzebuje. nie wiem czy w ogole pojde spac, bo musze wstac skoro swit. ten piatek, co sie wlasnie zaczal ma o
przyniesc ze trzy wazne decyzje: dwie sluzbowe, jedna prywatna. jak bedzie po wszystkim to sie upije na zaboj.

czwartek, 27 lipca 2006
taki dzien roztagniony.
w wielu sytuacjach zachowuje sie calkiem przytomnie i madrze. "wiele" da sie generalnie zaokraglic do "wszystkie" i wtedy wychodze na calkiem rozumna istote. na ogol udaje mi sie te moja dobra opinie o sobie przed soba sama jakos wybronic. ale czasem to mi rece opadaja.
w ostatniej chwili wyjechalam dzis na lotnisko, bo sie zagadalam z malgo. pedze. pedze. prosto przed siebie, bo po autostradzie. widze drogowskaz wielki jak niebo i takoz niebieski. wskazuje droge na lotnisko. w prawo. w przedostatniej chwili widze strzalke w prawo. dlatego wiec w prawo. jednak w ostatniej chwili widze, ze to nie byla strzalka tylko... samolocik dla tych co nie umieja czytac, zeby potwierdzic, ze to co napisane to onacza lotnisko. a na lotnisko prosto! samolocik podobny jest do strzalki. w prawo. jezu co ja sie napedzilam, zeby zdazyc. zdazylam.
wskakuje do samolotu. siedze. lecimy. turbulencje. jak zawsze przysiegam, ze to moj ostatni lot i ze zmienie zawod. i wyobrazam sobie co bedzie z malina jak zgine w tym wypadku. i jakie mam majtki, zeby nie bylo wstydu jak znajda trupa. i czy mam charakterystyczne rzeczy: obraczke, zegarek, jakie buty - zeby maz mogl mnie zidentyfikowac. po przemysleniu wszystkiego chce wysiasc. ale sie nie da. lecimy. turbulencje. jak zwykle wlacza sie pilot, zeby uspokoic i poprosic o zapiecie pasow. ale nic to nie pomaga, bo... odzywa sie pilotka! jeszcze nigdy nie lecialam z kobieta pilotem. rozgladam se po sasiadach i widze, ze nie jestem sama. wszystkim przypominaja sie typowe kobiety za kierownica. i teraz to juz wiecej osob - nie tylko ja - chce wysiasc. jakos jednak szczesliwie dolatujemy. hotel sliczny. przy meldowaniu dostaje zmrozony reczniczek dla ochlody. wszedzie na korytarzach stoja malenkie lodoweczki a w nich takie male reczniczki frotée subtelnie pachnace cytryna. cudny pomysl na ten upal. poprawia mi sie humor. berlin jak zawsze piekny. umawiam sie z moim rezyserem na spotkanie w agencji. mam mu wyslac sms z adresem. wysylam. dojezdzam. nie ma go. dzwonie. jest pod tym adresem, ale agencji ani widu ani slychu. no ja tez jestem i agencja jest. sprawdzam adres. tak. wyslalam mu adres filli w hamburgu. a jestesmy gdzie? w berlinie. ale poza tym to tez bardzo czesto udaje mi sie byc istota rozumna, rozsadna i dobrze zorganizowana.
potem wszystko poszlo jak po masle. piekny wieczor.
środa, 26 lipca 2006
a to dzis!
wczoraj rano i spiewy i roze i calusy. tak sobie myslalam wczoraj, ze w sumie smutno, ze w niemczech nie obchodzi sie imienin a z polski wszyscy o mnie zapomnieli. dopiero popoludniu zorientowalam sie, ze maz sie pomylil i ze moje imieniny sa dopiero nazajutrz - czyli dzisiaj! na wieczor otworzylismy najlepsze wino jakie mamy i swietowalismy na zas, bo mnie dzis wieczorem nie bedzie i skoro los chcial tej pomylki to niech ja ma!
dedykowane habalowi
moja kolezanka miala stara kocice i kupila malutkiego bokserka - szczeniaczka. bokserek unznal kocice za matke i strasznie cierpial przez to. kocica uwielbiala kaloryfery, wylegiwala sie tam calymi dniami. bokserek myslal, ze tez musi jak mama. i lezal na tych niewygodnych kaloryferach jak umial. a to spadl, a to mu sie lapa gdzies w zeberka zaplatala. cierpial poki nie urosl i zrobil sie wiekszy niz kaloryfery a mama kocica jezdzila mu na plecach.

przychodzi mi ta historyja do glowy jak widze maline w moich drewniakach. jak sie meczy. i dzis po przeczytaniu o kocie i psie.
wtorek, 25 lipca 2006
o boze.
http://kobieta.interia.pl/news?inf=772463
oddanie.
stoi dwoch mezczyzn. cisza. ide zobaczyc co sie stalo, bo spodziewalam sie raczej huku. w oczach maja milosc. skupienie. przygladaja sie i pozadaja. dziela to pozadanie i rozumieja sie bez slow. ale nienawidza sie jednoczesnie. jeden jeszcze ma a drugi jeszcze nie ma. ale ten stan posiadania zaraz sie zmieni. obaj sa szczesliwi i nieszczesliwi niezmiernie i w powietrzu czuje sie napiecie. az mi sie udzielilo.

wtracam sie wiec zaniepokojona.
pytam co sie dzieje.
 - nic. patrzymy sobie.

moj maz sprzedaje swoje ducati. czerwone, szybkie i szalone. sprzedaje. i cieszy sie i cierpi.
dialogi malinowe
 - oma jest dzis w szpitalu.
 - cos ma w piersi? - upewnia sie malina. czyli zrozumiala co jej mowilam dzis rano.
 - tak. i musza jej to wyciac.
 - pewnie zjadla zielone jabluszko i musza jej wyciac nozyczkami.
 - no... nie wiem...
 - albo moze polknela baka?


-------

 - chcialabys braciszka albo siostrzyczke?
 - nie.
 - dlaczego.
 - bo chce dzidziusia.
 - a co bys z nim robila?
 - lulala. lulala. lulala. potem polozyla do mojego lozeczka. i posla spac do ciebie i tatusia.


------

 - pamietasz jak bylas u mnie w brzuszku?
 - taaak!!!!
 - i jak to bylo?
 - bylam malutka i mnie polknelas. ale nie pogryzlas bo nie mialas zebow. i ja tam potem siedziala i siedziala.
waga.
jedyne co mi sie chce to wchodzic od czasu do czasu pod prysznic. pic chlodne, biale wino, gadac o byle czym. w zasadzie o wszystkim, byle to bylo niewazne, bez znaczenia, trywialne i ulotne.
nie chce mi sie ubierac w szykowne ciuchy, gadac z facetami, ktorzy mi dzialaja na nerwy, jesc kolacji z paniami, ktore mnie draznia, telefonowac w sprawie pana, ktoremu sie marzy samochod, ktory nikomu sie nie marzy (czyli nowy projekt). a jutro lece do berlina i dwa dni bede robila tylko to czego mi sie serdecznie nie chce.
kwiatek.
malina wybrala dzis najladniejsza rozyczke w ogrodku, przewiazalysmy ja kokardka i zabralysmy do przedszkola. na dzien dobry poszla do anniki, ktora wczoraj uderzyla w glowe, przeprosila ja i ucalowala. moze to pomoze? moze zrozumie?
poniedziałek, 24 lipca 2006
lato 2006
to lato ma pobic lato 2003. wszyscy narzekaja, ze okropnie. a ja uwielbiam ten skwar, zar, wrzatek. prysznic co godzine. spanie pod kolderka mgielka. sukienki na ramiaczkach. sauna caly dzien. nie rozumiem narzekajacych. uwielbiam upal.
niemoc.
wlasnie mialysmy dluga, powazna rozmowe w 4 oczy. i nie ma dzis ani basenu, ani lodow, ani zadnych innych przyjemnosci. malina plakala godzine, bo nie chciala sie zgodzic z kara. potem prysznic  pozwolenie na malowanie farbkami. smutno nam obu. a mnie najbardziej zle, bo nie wiem czy to cos pomoze. co jakis czas malina zupelnie ni z tego ni z owego bije jakies dziecko w przedszkolu. dzis uderzyla kolezanke w czolo. wielki guz. i nie chciala przeprosic. nie wiem skad w niej takie napady niespodziewanej zlosci. jakby fala jakas. bez przyczyny. jakas frustracja, ktora w niej siedzi. tylko skad?
metoda.
nigdy* nie strofuje maliny ot tak, rzucajac slowa na wiatr, czyli gdzies nad jej glowa. kucam, biore jej twarz w rece i patrze gleboko w oczy. to pomaga nam obu. mnie, bo nie moge na nia nawrzeszczec, mowie najwyzej bardzo stanowczym tonem i jej, bo wie, ze teraz to naprawde mowie bardzo, bardzo serio. dziala prawie zawsze.
wczoraj malina postanowila przetestowac te metode na tatusiu. kiedy polgodzinne spiewanie o pysznych lodach, tralala, prosby wyrazane w roznych tonacjach i skomplikowana mimika nie pomagaly, malina wdrapala sie tatusiowi na kolana. wziela jego twarz w swoje malutkie raczki. zajrzala mu gleboko w oczy:
- cos ci powiem. poprose lody. l o d y.
tatus wstal i dal. amen.



______
* nigdy - no tu chyba troche przesadzilam:-)
piątek, 21 lipca 2006
tesknota.
siedzi malina na krzeselku, czeka az ja uczesze i ma straszne skrzywiona mine.
- co sie stalo?
- ja chce mamusia i tatusia. i babcia tez.
i zaczyna plakac. tak ja jakos smutno naszlo. jeszcze nigdy malina tak nie zatesknila bolesnie.
czwartek, 20 lipca 2006
sie zblamowalam. na calej linii.
nie wiem czy na basen chodzi sie na lody czy do wody. basen jest nowiutki, oddany do uzytku trzy dni temu. jego absolutna atrakcja jest szeroka i falowana zjezdzalnia. jedzie sie razem z plynaca woda. tatus zjezdzal z malina wczoraj i to jakos tak sprytnie, ze ja podnosil w ostatniej chwili do gory jak jakis puchar zdobyty w formule 1. na koncu maline spryskiwala tylko z lekka woda bryzgajaca spod taty. wygladalo to na latwa sztuczke, wiec stanelam dzis w kolejce do przygody ufna swoim silom.
- boisz sie? - pyta malina
- tak. - odpowiadam szczerze.
- nie boj sie mamusiu, jestem tu. ja. - sciska mnie mala raczka. niech nie gada, bo nie bede widziala schodow jak sie jeszcze wzrusze.
zjezdzamy. szybko i wesolo i ladujemy obie pod woda. malina w szoku. nieprzyjemne. zachlysnieta woda, oslepiona. przeciera oczy, patrzy na mnie z wyrzutem i wyciaga raczki do gory:
- ty musisz jak tatus. hoooop! do gory mnie rzucila!!!
no dobrze. rzu-ci-la. sprobuje. idziemy w kolejke. wspinamy sie po schodkach. zjezdzamy. ladujemy pod woda. malina nie wie czy plakac czy wolac o ratunek. mruga oczkami pelnymi wody i na moja propozycje ponownej proby stanowczo kreci glowka i ciagnie mnie do dzieciecego brodzika. trzeciej szansy nie bedzie. jutro przyjdziemy z tatusiem.


+++
zamiast lodow lizak. wszystkie wieksze dzieci liza cos w rodzaju turkusowo - bialego swiderka i malina w ostatniej chwili rezygnuje z lodow na rzecz nowosci. lize. lize. lize.
- dobre? - pytam
- tak. smakuje jak guma do zucia.
- ??? jak guma do zucia?! a skad ty wiesz jak smakuje guma do zucia?
- wiem.
- jak?
- tak samo. bialo i niebiesko.


+++
na dobranoc czytam opowiastke ze starego elementarza o piotrusiu i kotku bimbusiu. na obrazku maly, czarny kot.
- ja chce w domu tez.
- co?
- taki kot.


+++
po wieczornej opowiesci od kilku dni lulam maline jak malutkiego dzidziusia i nuce aaa kotki dwa. co maline rozczula, uspokaja i usypia. ale czasy wzruszen mijaja. malina dorasta w przedszkolu i humor jej sie wyostrza. nuce dzis:
- aaa kotki dwa. szarobure obydwa. mmmm mmmm mmmm. jeden pobiegl do lasu, narobil tam halasu...
- i kupke. - dospiewuje malina strasznie zadowolona z dowcipu.
- jeden bury drugi bialy. oba mi sie spodobaly mmmm mmmm mmmm.
malina dopowiada:
- i lylowy i rozowy i bury i bialy...


+++
co do lakrycji. musialam je schowac, bo malina wziela sie za ich jedzenie jakby to byl chleb.





malowanie
w drodze z przedszkola zaopatrzylasmy sie w niezbedne rekwizyty. po wejsciu do domu polecialam pod prysznic bo myslalm, ze padne ugotowana we wrzatku. malina niecierpliwie otworzyla blok i pudelko i... slysze nagle rozpaczliwy placz:
 - zepsute. zepsute te farbki. nie maluja!!!...
biegne na dol. malina szoruje pedzelkiem po suchych okraglych kolorkach i probuje potem tym suchym pedzelkiem malowac - bez skutku.
co piatek malina maluje w przedszkolu akwarelami, wiec myslalam, ze sie zna na rzeczy. tyle jeszcze trzeba sie nauczyc.
poranne rozmowy samochodowe.
- gdzie masz prawa nozke?
- tu.
- a lewa?
- tu.

- gdzie masz prawa raczke?
- tu.
- a lewa?
- tu.

- gdzie masz prawe ucho?
- tu.
- a lewe?
- tu.

- gdzie masz nosek?
- ...
- gdzie masz nosek?
- ...
- no gdzie masz nosek?

- ... NA GORZE!


środa, 19 lipca 2006
czy tak juz bedzie zawsze?
 - to chce. to.
 - nie bedzie ci smakowalo. to jest lakrycja, troche gorzka.
 - ale ja to lubie. to chce. tylko to.
kupuje czarne sprezynki i az mi jezyk ciepnie na ten widok. nie znosze lakrycji. malina wniebowzieta. drzacymi raczkami otwiera paczuszke z czarna slodycza. lize, podgryza a w koncu pakuje sobie to smoliste, gumiaste cudo do buzi. najpierw stara sie pokazac, ze to pycha. kilka sekund pozniej powaznieje i zrezygnowana kreci glowka:
 - nie lubie - steka z pelna buzia.
 - mowilam? - reaguje niezmiernie oryginalnie. jak 50 tysiecy innych matek w takiej sytuacji. malina zabiera paczuszke do swojego pokoju ze slowami:
 - jutro rano bede ja to lubila. - zeby nie stracic twarzy.
wtorek, 18 lipca 2006
wieczory z malina
roze obcielysmy do cna i juz sie po niej niczego nie spodziewalysmy tego sezonu. a tu krolowa kwiatow strzelila do gory jak tancerka jakas i wybuchla pieknym lososiowym kwiatem. malina zachwycona, co wieczor:
- mamusiu, chodz, chodz, popachnimy rozycke!


+++

na wieczorne lody i expresso poszlysmy bez tatusia. samotne takie dwie. dla otuchy malina zabrala barbie. i nagle jej sie przypomnialo:
- mamusiu, a gdzie jest moja barbie nurek?
ojej. wiem gdzie jest noga od barbie nurka, bo malina spala z z ta noga przez jaki czas, ale reszta?
- nie wiem.
- no to mam barbie krolewna. tez lubi ja ja.
ufff.
- czy barbie jest taka duza jak ja?
- nie ty jestes znacznie wieksza!
- taaaaak?
nie czesto slyszy malina, ze jest od kogos wieksza i to wyraznie wprawilo ja w szampanski humor. siedzimy sobie na laweczce. ja popijam kawke, podkradam troche z waniliowej kulki, ktora lize malina i ponosze konsekwecje mojego wczorajszego filozofowania. wczoraj malina pytala czy jest wieksza od pewnej dziewczynki lizacej lody na laweczce obok. a ja na to, ze to nie tylko chodzi o to zeby byc wieksza - w sensie wyzsza, tylko trzeba miec duzo rozumu w glowie. jak sie jest madrym to jest sie wiekszym - staralam sie to wyjasniej najprosciej jak mozna, na uzytek trzyletniego, malinowegop rozumku. malina to przetrawila i pyta dzis na caly glos:
- czy ta pani jest duza?
- tak. duza. - odszeptuje.
- ale glowe ma mala! - wola malina triumfalnie pelna piersia.
pani spoglada na nas pytajaco, niezbyt zadowolona, bo wszyscy wokol oceniaja wlasnie wielkosc jej glowy.
- pani ma mala glowe i ma malo wie. nic nie wie! - cieszy sie moje dziecko.
usmiechnelam sie milo i poszlysmy do domu. ja i moja malinka o duzym rozumku!
wolna wola.
raz na tydzien w niemieckiej gazecie pojawia sie artykul o starzejacym sie spoleczenstwie. za malo dzieci. kobiety z wyzszym wyksztalceniem coraz czesciej decyduja sie na bezdzietnosc. analizy, pytania, statystyki - dlaczego, pytaja w sondazach, jestesmy sie taka egoistyczna generacja? chcemy bawic sie do smierci, boimy sie odpowiedzialnosci za drugiego czlowieka, wolimy samochod i wycieczki nad morze. mnostwo teorii a wszystkie podobne: konsumpcyjne spoleczenstwo.
smiac mi sie chce z tych teorii. jak malina byla maciupka, to myslalam, ze do przedszkola pojdzie rok przed szkola (tak jak ja). teraz wiem, ze przedszkole jest absolutnie konieczne, niezbedne, zbawienne i daje jej mnostwo radosci. przypadkowo - bo tylko tam znalazlam miejsce w kwietniu - malina trafila do przedszkola waldorff. moze to normalne, ale jestem oczarowana, ze malina je nozem i widelcem, wyciera buzie serwetka, czeka az wszyscy siada do stolu i poprawia mnie jak trzymam lokcie na stole. ciesze sie, ze poznala rytm tygodnia: poniedzialki - zawsze wycieczka do lasu, wtorek - taniec, sroda - pieczenia buleczek, czwartek - przedstawianie bajeczki, piatek - malowanie akwarelami. na kazdy dzien malina cieszy sie od nowa. wioze ja tam codziennie daleko, ale okazuje sie, ze to bardzo mily czas dla nas obu. wybieram droge przez laki i pola i sobie rozmawiamy o roznych waznych sprawach.
a tu nagle sie okazalo, ze moje podanie z kwietnia o miejsce w przedszkolu na naszej ulicy zostalo pozytywnie rozpatrzone i malina moze tam isc od wrzesnia. poszlam uradowana na spotkanie informacyjne. w sali 3 razy mniejszej niz w przedszkolu waldorff codziennie spotyka sie 25 dzieci i zostaje pod opieka dwoch osob. teraz malina ma 15 dzieci w grupie. roznica jest ogromna. dzieci przynosza wlasne sniadanie i jedza je kiedy chca. i w zasadzie caly dzien robia co chca. decyzja nie jest trudna: oczywiscie waldorff. niestety, skoro dostalam tu miejsce, to za waldorff bede musiala sobie placic sama. do tej pory polowe miesiecznego czesnego placi gmina. ale pod warunkiem, ze dziecko chodzi do sobie przypisanego miejsca. napisalismy do burmistrza, ze jak szukalismy tego miesca to go nie bylo i jak po pol roku moje dziecko sie zaklimatyzowalo, to musze je wysylac gdzie indziej. prawo niemieckie mowi, ze rodzice maja wolnosc wyboru metody pedagogicznej i na to prawo teraz sie powolujemy. bardzo podoba mi sie, ze malina o 10 zasiada z innymi dziecmi do sniadania, zycza sobie smacznego a potem po sobie sprzataja. z plastikowym pudelkiem z kanapka jeszcze sie w przyszlosci nabiega.
pewnie bede musiala doplacic do przedszkola od przyszlego roku. ale to tylko jedna z niewielu trudnosci... kolejnej gazety z tytulowam artykulem o kryzysie naszego starzejacego sie spoleczenstwa nie kupie.
poniedziałek, 17 lipca 2006
bez
kiedy widze usmiechnietych politykow G8. kiedy slysze slowa, niechcacy zaplatane w mikrofon, wielkich tego swiata, ktorzy o wojnie prowadza cos w rodzaju small talk jak o kolejnej partii szachow. a potem ranne dzieci w beirucie.
to wtedy marzy mi sie swiat bez politykow i bez religii. swiat bez pomyji w krysztalowych kieliszkach.

nienawidze ogladac wiadomosci. sieczka bez moralu. bez refleksji. dzieci rozrywane bombami a potem - dzis autentyczne - ze raststätten w niemczech sa nieprzyjazne podrozujacym rodzinom. tylko co trzecia ma plac zabaw.
malinowe bajeczki.
co wieczor czytam malinie bajeczke. ostatnio ulubione sa opowiesci o psie reksiu. malina rewanzuje sie zwykle tez krotka bajeczka. wczoraj bylo o krolewnie:
 - byla sobie raz krolewna. mieskala w warszawa. i byl krolewic. i mial wielki patyk. najpierw ja pobil tym patyk a potem pozarl.

no czy ja moge spokojnie spac po takich bajkach?


+++

malina uwielbia laure i jej gwiazde (lauras stern):
 - mama laury ma taki patyk i wieeeeelka gitare. i jak zgubila ten patyk to byla smutna. i laura pobiegala za nia do pracy. 
zielone - i jablko i zaba.
wgryzc sie w zielone jablko, mowia niemcy jak maja na mysli polkniecie zaby. dwie zaby mamy do polkniecia. pierwsza poszla dzis rano. druga moze poleci dzis wieczorem. az mam gesia skorke na sama mysl. ble. ale potem bedzie juz tylko dobrze. (az do nastepnej zaby)
 
1 , 2 , 3
Archiwum