wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
wtorek, 31 lipca 2007
midlife.
czytam wspolny list od moich szefow. strasznie mily. chodzilam dzis taka naburmuszona, ze chyba sie zlekli czy co? na kolacje kupilam malutkiego szampana, na poprawe humoru. piccolo na dwa kieliszki. mysle o sensie i bezsensie. chyba mam kryzys wieku sredniego czy co? mysle o starosci, smierci, przemijaniu i nie moge z siebie wykrzesic ani jednej pogodnej mysli.
poniedziałek, 30 lipca 2007
transfer w zürichu
cala noc przegadana. angedotki, historie wazne i niewazne, winko w wielce doborowym towarzystwie. towarzystwo sie rozeszlo a my zostalysmy z kilkoma historiami sekretnymi.  jeszcze nigdy tak mi sie smutno z warszawy nie wyjezdzalo. boli mnie brzuch i jest mi okropnie. na kolacje zazyczylam sobie drinka zeby zapic smutki. kupilam zegarek, ktory marzyl mi sie od dawna. zadzwonilam do meza ze dwadziescia razy. i on dwadziescia razy powiedzial: kup. kup. kup. no to kto jest winien takiemu rozrzutnemu zyciu? siedze z tym cudem na przegubie i znow boli mnie brzuch od wyrzutow sumienia. malina wlasnie dostaje swoja pierwsza w zyciu hulajnoge. na helu zimno ale sucho. i malina i babcia nie umieja normalnie telefonowac tylko wrzeszcza w sluchawke. takie sa szczesliwe i przejete. a ja tesknie, zazdoszcze znow sciska mnie w brzuchu. zastanawiam sie jakie to fajne rzeczy planowalismy tydzien temu. nic fajnego nie przychodzi mi do glowy. tesknie za malina. i maz tez. pewnie sie dzis wieczorem zapijemy ze smutku na smierc.
niedziela, 29 lipca 2007
samotnosc w warszawie
buszowalam po empiku ze trzy godziny. rezultaty marne, dobre ksiazki czekaja na jesien. jakis pan domagal sie anny kareniny. nie ma. niesamowite. w dziale magazynow z kolorowych okladek usmiechaja sie wybielone rowne zabki roznych znajomych. ta byla kumpelka, ta rywalka, z tym trzymalismy sie za rece, tego puscilam z wiatrem, wyretuszowane, nienaganne twarze, przystrzyzone grzywki. i troche zazdroszcze i troche sie ciesze, ze nikt o mnie nie napisze: ta postarzala... - tak wlasnie przeczytalam dzis o jednej z mlodych kolezanek. od samotnego wloczenia sie po wyludnionej, porannej warszawie peka mi kregoslup. zywie sie kawa i wz-tkami i samotnoscia. malina podobno biegala cala droge po pociagu. jak zobaczyla morze, ucieszyla sie:
- jak rok temu! no!
wczoraj w restauracji myslalam, ze sie nudzi, wiec polecilam jej kolege przy stoliku obok.
- pobaw sie z nim. idz i powiedz: jestem malina, a ty? to sie pobawicie.
malina pokrecila glowka:
- nie. nie chce kolegi. ja juz mam kolege. luc. po co mi dwa chlopce? nie potrzebuje. - i zabrala sie do malowania serwetki.

****
wyprzedarze w solarze, simple i reserved - o matko salatko! rylko zszedl na psy moim zdaniem. albo moze oni umieja tylko kozaki? rurki z kremem genialne. kawa u blikle'go i eklerki jeszcze lepsze. czy to mozliwe, ze ja zdecydowalam sie na zycie w kraju, w ktorym nie ma rurek?


piątek, 27 lipca 2007
zakupy w centrum handlowym
 - mamusia, to ty teraz placaj a ja ide na karuzele.
czwartek, 26 lipca 2007
matczyna milosc.
wariujemy na punkcie maliny. nie da sie ukryc a mimo to udaje nam sie zachowac zdrowy rozsadek. wczoraj malina zegnala sie z sasiadeczka. jutro leci do warszawy a potem pociagiem nad morzem.
 - o! to sobie odpoczniecie! - rozmarza sie mama sasiadeczki.
 - ja nie. ja wracam.
 - ???? - zdziwienie? oburzenie? niedowierzanie?
dwa tygodnie z babcia bez mamy. mama sasiadeczki nie wychodzi wieczorem do ogrodu, zeby slyszec oddech swojej spiacej corki. a corka jest dwa lata starsza od maliny. moze dlatego sasiadeczka rozpuszczona jak dziadowski bicz i kiedy jest u nas z wizyta boje sie spuscic dziewczynki z oczu. totalne szalenstwo i pogrom. pewnie mama sasiadeczki (MS) zyje w strachu ile czasu im jeszcze zostalo. pewnie tak. plakac mi sie chce na sama mysl. ale jednak dla dobra dziecka musi starac sie je tez wyhcowywac. bo milosc matczyna to tez rozsadek a nie uleganie nastrojom chwili.
środa, 25 lipca 2007
Schauspieler Ulrich Mühe gestorben
po raz pierwszy tu w niemczech odczuwam smutek.
marzenia o doroslosci.
pisze wazny mail, malina znika na gorze. za chwile widze ja w ogrodzie. biega w bialej sukience i z piersiami. ma na sobie gore od mojego bikini. i przemyka sie za krzakami i szopa, bo nie jest pewna co ja na to. ukrywa sie. a ja tu siedze i sie smieje.
wtorek, 24 lipca 2007
ci prawdziwi mezczyzni.
tu i tam pojawiaja sie wpisy o mezu, przyjacielu czy kochanku, ktory jest meska zmora. a to mu sie wymsknie wyzwisko, a to popija, a to jezdzi z asystentkami w podroze i je przedluza, a to nie zajmuje sie dzieckiem ani troche. rozne przypadki. a pod nimi mnostwo komentarzy takich samych: nie przejmuj sie. no tacy sa faceci. mnostwo kobiet zyje w bolesnych kompromisach. woli sie usprawiedliwiac, ze wszyscy inni tez tacy sa niz zdecydowac sie na samotnosc, samodzielnosc, niezaleznosc, na szanse na spotkanie kogos fantastycznego. rozgladam sie wokol i widze, ze jest mnostwo fajnych facetow. i o nich nie nalezy zapominac. trzeba ich szukac, wyluskiwac z tlumu i brac.
poniedziałek, 23 lipca 2007
tesknota
w piatek malina rozpoczyna wakacje. najpierw nad polskim morzem na helu z babcia, potem na sardynii z nami. wczoraj najpierw snulismy tysiac planow jak wykorzystamy czas bezdzietny: wieczorem kino, sushi, rolki, rower, spontanicznie ze znajomymi, terminy u lekarza, terminy z budowniczymi kominkow, wypad gdziekolwiek niezaplanowany szybki i niezorganizowany. wolnosc taka, ze mimo pracy jawi sie niczym urlop. a potem niemal poklocilismy sie o to kto kladzie maline do lozka bo nagloe zatesknilismy za nia jak szaleni. w rezultacie malina miala wczoraj podwojna obluge. usypialismy ja we dwoje.
niedziela, 22 lipca 2007
nadzieja.
siedzimy przy stole w cudownym domu nad jeziorem bodenskim. trojka bajkowo pieknych, jak z reklamy milka, dzieci bawi sie na dole z malina. jemy ciasto z kruszonka, pijemy kawe. roze, widok az a szwajcarie po drugiej stronie jeziora, dowcipy wesole i dowcipy pikantne. moj maz klepie sie po plecach z przyjacielem z mlodosci. razem dyskotekowali do rana, razem wybrali sie na odkrywanie swiata w hamburgu, reeperbahn, marzenia o wyjezdzie na platforme wiertnicza, zarobienie pieniedzy na harleya i podroz po ameryce. minelo 25 lat. siadamy do wspolnego stolu raz na rok i po kilku minutach zaskakuje zaczarowana klapka, ktora sprawia, ze przerwana przed miesiacami rozmowa zwyczajnie toczy sie dalej. stateczni tatusiowie zakochani w swoich zonach, dumni ze swoich pieknych dzieci, slicznych corek. maz zartuje, ze musza sobie kupic wygodna laweczke. postawia ja za kilka lat w ogrodzie przy wejsciu, co by corki o odpowiedniej porze wracaly do domu i nie calowaly sie pod drzwiami z byle kim. trzeba pilnowac. smiejemy sie i smiejemy. i zaciskamy zeby, zeby smiac sie dalej i nie wybuchnac placzem. smiejemy sie, zeby zagluszyc kazda glupia mysl, zeby sie nie rozplakac, zeby zaczarowac. nie wiadomo czy bedzie boze narodzenie, czy bedzie kolejne lato, a laweczka za ile tam lat? ale choc nie ma zebow, nie ma wlosow, nie ma sily, to jest mala nadzieja na zycie. i tej nadziei chcemy sie trzymac.
piątek, 20 lipca 2007
HH.
mieszkam w wiezy wodnej. dookola security. wieczor mit anne, andi, axel - nic ze stresujacej pracy. w spoznionym prezencie urodzinowym dostalam sukienke. musialam sie po polnocy przebrac. cudowna koronka z londynu w kolorze kawy z mlekiem. wykonczona atlasem. na to konto zamowilismy biale wino i szalelismy az nas rozum wyslal do hotelu. jutro wazne prezentacje a ja nie wiem czy sie dobudze. znow mysle, ze moglabym tu mieszkac. moglabym.

(*feliz, za dwa tygodnie bede tu znow i mam nadzieje, ze jakos to nadrobimy:-))
środa, 18 lipca 2007
zupa
juz trzeci wieczor czytamy o zupie smerfowej na dobranoc. malina czerpie z niej natchnienie kulinarne:
 - ... i jutro tez gotowam taka zupe dla moich lalkow.
niedziela, 15 lipca 2007
towarzyskie sie udzielanie
byla hela, z anielska cieprpliwosci do maliny, ktora uznala, ze hela to jej gosc, przyjechala do niej i z nia bedzie sie bawila. i po co hela ma dwa piekne kolana? zeby malina miala na czym, siedziec! hela u nas nocowala, bo sie zagadylasmy a rano polecialysmy na kawe i zakupy prezentu. malina skakala dookola i wygladalam jakbym sie wybrala na zakupy z dwiema corkami, bo hela wyglada na nieletnia.
bylo przyjecie urodzinowe kolezanki z pracy w jej ogrodzie na jeziorem starnberg z paelia, z mohito, z konikami i kucykiem i opowiesciami do rana. szczesliwymi dziecmi, ktore mimo zmroku mogly biegac po trawie.
byla wizyta u luca i nowa przyjazn jak nic.
- luc ma dla mnie dobre serce. - powiedziala malina i teraz jest juz pewna, ze chce sie z nim ozenic. dzieci pobiegly boso w pokrzywy. nowe doswiadczenie dla maliny, ktora nie mogla sie nadziwic czemu luc tak plakal, bo az ak straszeni to przeciez nie boli.
natomiast boli psikanie perfumami w oczy. podarowalam jej pusty, ABSOLUTNIE pusty flakonik po kenzo (ostro rozowy i malina miala na niego chteke juz od dawna). na toaletce postawilam nowy, taki sam. nagle slysze z dolu wrzask maliny, ktory poruszylby umarlego. pedze. malina trzyma sie raczkami za twarz i krzysczy, ze sobie popsikala w oczy. jestem opanoewana, bo wiem, ze flakonik byl pusty, wiec pewnie wiecej strachu niz bolu. napelniam umywalke zimna woda i kaze malinie nurkowac. jeszcze pol godziny pozniej malina ma przekrwione oczy i placze i placze. nawet pozwala sobie wkroplic kropelki, ktorych nienawidzi. zaczynam podejrzewac ja o histerie ale nie mam czasu na zastanawianie, bo musimy wyjsc po hele. biegne do lazienki, zeby sie psikna moimi perfumami, ale... moj flakonik jest pusty. serce mi stanelo na sekunde z bolu, bo zrzumialam, ze malina podmienila buteleczki i rzeczywiscie poperfumowala sobie oczy i musialo ja strasznie piec. o jezu.
dzis za to spedzilysmy caly dzien tylko we dwie. skwar. dobrze, ze ten okropny basen taki duzy. siedzialysmy tam caly dzien. wychodzilysmy tylko po to zeby zjesc ociekajce sokiem brzoskwinie albo pic sok z dzikiej rozy z woda sodowa. ten dzien pachnial dziecinstwem i rozbrzemiewal smiechem maliny takim z brzucha od ktorego trzesie sie caly swiat i nie mozna sie nie WSPOLsmiac.
i tylko nam brakuje tatusia, ktory wlasnie wsiada w samolot i leci z atlanty do domu i dzwoni co pol godziny, bo teskni. zeby sobie uprzyjemnic sluzbowa podroz, wypozyczyl na weekend harleya fat boy i zrobil sobie samotna wycieczke po smoky mountains. wszyscy jestesmy szczesliwi ale wysuszeni z tesknoty.
+++
wlasnie malo nie umarlam ze strachu, bo roza obok laweczki zaszurala znienacka i myslam ze ktos za mna stoi. patrze, patrze, nic nie wiedze. patrze dokladniej, podswietlam. jez. siedzi to kolo mnie jez. i sam umiera ze strachu, bo go sfotografowalam, ale tylko dwa razy, bo tak sie przestraszyl blysku, ze sie zmartwilam, ze mi tu zejdzie. a co to bylby za niedzielny wieczor ze zmarlym jezem u boku?
jest dziesiata. siedze w ogrodzie w bikini i jest mi za goraco. pije zimne piwo. i nawet nie mam mojej normalnej niedzielno - wieczorowej cholery. malinie niech beda dzieki. i jej zarazliwemu smiechowi.

piątek, 13 lipca 2007
troszke inny.
od dawna malina maluje swietne koty. jej zyrafy sa genialne. mowie dzis, zeby namalowala konia. malina mysli, mysli, mysli. glosno sie zastanawia:
 - konia nie umiem. no nie umiem. hmmm... nie umiem.
 - umiesz! jestem pewna, ze umiesz.
 - hmmm... kon jest taki jak kot tylko troche inny, wiec umiem. no tak. umiem. jak kot tylko inny.
czwartek, 12 lipca 2007
trudne i niebezpieczne
mycie zebow. wyprobowalam rozne sposoby zeby sklonic maline do milczenia w trakcie tej czynnosci. ale dluzsze niemowienie jest dla niej niewykonywalne. dlatego co wieczor musze uwazac, zeby sobie moje dziecko nie polamalo zebow na szczoteczce. robimy krotkie przerwy.
środa, 11 lipca 2007
retoryka kataklizmowa.
 - jestes glodna?
 - tak. zaglodzona.
malina jak kompres
wstretny, zadyszany dzien, pelen spoznien, nieporozumien, niedopowiedzen, zmian w ostatniej chwili, wymuszonych spotkan i wymuszonej uprzejmosci. czterokrotnie odkladany termin u lekarza, w koncu decydujemy ze przyjde spontanicznie popoludniu z malina. pakuje malinie kredki i kartki do torby w pszczolki i swinskim truchtem lecimy do mojego homeopaty. spozniamy sie tylko piec minut, co jest w porownaniu z dzisiejszymi wpadkami niczym. sadzamy maline przy stole pana doktora i malina ma malowac. klade sie na zabieg ratujacy moje chore kolana. malina zamiast malowac zaczyna opowiadac. macha nozkami i snuje opowiesci o wakacjach, o namiocie, o podrozy. na wspomnienie o dzikich swiniach na sardynii wtracam sie, ze one sa glownie na korsyce.
- ano tak - potakuje malina.
- na korsyce bylas juz tez, ale mialas moze z 10 centymetrow. maciupka bylas. w moim brzuchu.
malina na to, zupelnie niezbita z tropu:
- mala bylam, ale tez juz cos widzialam. bo bylam w twoim brzuchu, ale sobie wygladalam przez dziurke.
- dziurke??? - malo nie spadlam ze stolu zabiegowego.
- tak. wyciagnelam sie do twojej szyi i wygladalam sobie przez twoja buzie.
potem malina bierze sie za malowanie a ja oblozona cieplymi kocami, w trakcie masazu kolan, zasypiam. cudowna drzemka. dumna z maliny, jej cierpliwosci i elokwencji, zabralam ja do domu i zrobilam nam kolacje serowo - parowkowa. nasza ulubiona jak nie ma taty - babska kolacja. malina najadla sie po uszy. wstaje od stolu i wypina brzuszek:
- zobacz jakim mam wielki brzuch! wszyscy beda teraz mysleli, ze mam dzidziusia w brzuchu.
po czym podchodzi do mnie z szeroko otwarta paszcza:
- mamusiu, zajrzyj czy tam nie ma moze dzidziusia!
na dobranoc wyspiewalysmy sobie koledy. malina wziela moja twarz w swoje male raczki i wyszeptala:
- wiesz co? ty jestes moja malineczka. dobranoc.
straszenie sie wzruszylam.

malinowe rozwazania poranne.
w piatek odwiedza nas luc. ten z ktorym malina sie bez przerwy bije, gryzie i szczypie, ale to wszystko nie zlosci go tak strasznie jak to, ze mowi o nim: "jestes schmusekatze". czyli kot do przytulania. ale dzwonia do siebie i od tygodnia luc jest zaproszony na piatek. i tak juz od poniedzialku musze tlumaczyc ile jeszcze do piatku. dzis rano malina kaze sobie znow liczyc ile jeszcze dni i dodaje:
 - a potem ja go chce odwiedzic.
 - dobrze - mowie - ale musimy to wyjasnic z jego mama, ona ma troje dzieci i to jest duzo. trudno tak ich znienacka odwiedzic. musimy sie umowic.
 - troje dzieci?
 - tak. luc ma dwoch braciszkow.
 - tak ma. je tez chce braciszka do tego.
 - do czego?
 - no do mnie. chlopczyk do mnie pasuje, bo ja jestem dziewczynka.
no w sumie logiczne, ale draze dalej:
 - ale taki chlopczyk to jest najpierw dzidziusiem i ciagle placze. i co wtedy?
 - jak placze to ty go musisz przytulac i ja go bede glaskala.
 - a jak dalej placze?
 - to ty dalej przytulasz a ja glaszcze. albo nie. lepiej siostrzyczke. bo chlopcy nie lubia dziewczynkow.

wtorek, 10 lipca 2007
dobrze, ze juz koniec.
wieczor slomiany. maline wlozylam do lozka o godzine wczesniej, bo plakala na wszystko, wiec jej skrocilam te meke. zasnela natychmiast. jem ser, popijam prosecco i sokiem pomaranczowym. mam nadzieje, ze mnie nie zemdli. choc po tym obrzydliwym dniu nic mnie juz nie zdziwi. po angielsku gadam sobie z rezyserem ulubionym, po polsku z florka ulubiona. maz zadzwonil, ze po 12 godzinach lotu wyladowal szczesliwie i leci dalej. a ja tez lece ale do lozka i mam nadzieje, ze jutro bedzie lepiej.
poniedziałek, 09 lipca 2007
wieczor jakich wiele.
boli mnie brzuch. za rok stuknie mi 40 lat a wysluchuje tego samego co 30, 20, 10 lat temu. mdli mnie. zwyczajnie odlozylam sluchawke. od nowa i od nowa. kolejna proba sil. walka o nic. demony powinny byc lekkie, zwiewne. powinnam dmuchnac i juz powinno ich nie byc. one ukladaja sie ciezko na sercu, na zoladku, na mozgu. nosze je jak ciezka torbe i czasem jak dzis bolesnie wrzyna sie w cialo, do krwi, do kosci, do dna. ani tego wyrzucic, ani wyrzygac, ani spalic, ani zgubic, ani zapic, ani utopic, ani zagluszyc. czuje ciezar i bezsilnosc. wscieklosc i smutek. i obrzydzenie.
drobna roznica. malutka.
chlopcy nie tylko bawia sie w rycerzy, krzycza i kopia pilke ale...
- mamusiu, wiesz, ze chlopcy maja inna pupe niz ja?
- tak? no chyba tak! tak.
- tak! widzialam! tu o tu maja taki patyczek i tym patyczkiem robia siusiu.
- to prawda. a gdzie to widzialas?
- widzialam jak moritz zrobil w majtki. tym patyczkiem zrobil!
- aha! no chlopcy tak maja. tatus tez tak ma.
malina kreci glowka. nie raz widziala tatusia nago.
- nie. nie. moritz ma taki malutki! - malina pokazuje maly paluszek. - malutki!

macho w biurze
ale sie smieje. kolega wzial dzis wolne, bo jego zona zdaje jakies egzaminy i on zajmuje sie roczna coreczka. wpadl do nas obiad do biura. i teraz my wszystkie kobietki, po obiedzie, pracujemy dalej a nasi cool macho - koledzy wlacznie z szefem pelzaja, leza, kucaja, klecza na podlodze i we czterech zabawiaja mala paule na wyscigi. dziecko jest zachwycone i przewraca sie ze smiechu. cudowny obrazek.

niedziela, 08 lipca 2007
gdyby mnie ktos zapytal o moje zdanie.
czesto w niedzielne wieczory oboje jestesmy w stanie, ktory tradycyjnie juz okreslamy mianem niedzielnej cholery. kontrast miedzy cudownym weekendem a nieprzyjemna bliskoscia kolejnego tygodnia, stresu, terminow, spotkan jest paralizujaco bolesny. kiedys jak nie bylo maliny chodzilismy do kina albo uprawialismy sport albo sluchalismy ulubionej muzyki. zagluszalismy te cholere, stralismy sie nie myslec, skupic sie na atmosferze dnia zamiast myslec o nadchodzacym tygodniu. teraz mamy rozne sposoby, czasami - jak dzis - maz oglada telewizje a ja czytam, pisze, czytam, pisze. telewizora uzywamy glownie do filmow na dvd. wiadomosci ogladamy tylko czasem, jesli wydarzy sie cos tak waznego, ze radiowe wiadomosci nie wystarczaja. i nie wiem czy kiedys bylo inaczej, ale mam wrazenie, ze teraz telewizja pokazuje glownie filmy ociekajace krwia. moze mamy pecha telewizyjnego, ale ilekroc zdecydujemy sie na telewizje, po ekracie rozpryskuja sie mozgi, ktos charczy topiony lub duszony, drga w walce ze smiercia, pada podziurawiony jak sito, plonie, spada, roztrzaskuje sie lub jest miazdzony. i tak sobie mysle jak to by bylo, gdyby w telewizji bylo wiecej seksu, erotyki lub nawet pozna pora porno. wtedy telewizja bylaby niemoralna, wyuzdana, niedozwolona, zla. i tak sie zastanawiam czy gorsze jest strzelanie i totalna, krwawa mielonka, rzeznik i morderczy cynizm niz penis w ustach. stanowczo opowiadam sie za penisem.
stracilam glos, ale bylo genialnie.
z przodu tatus, w srodku malina, z tylu ja - mamusia. tatus niby ma kontrolowac sytuacje z przodu, ale glowe ma ciagle wykrecona do tylu i rzuca intrukcje. w srodku malina skupiona, wzruszona i podniecona. z tylu ja krzyczaca niezmiennie: - patrz na tatusia, za tatusiem! za tatusiem! za tatuuuusieeeem!!!
i tak dojechalismy do ogrodu piwnego. najedlismy sie po uszy i z powrotem.
 - za tatusieeem!!!!
w domu ja padlam na hamak, tatus na wiszace siedzisko i oboje zapadlismy w drzemke. malina hustala to mnie, to tate, ja nawet dostalam kocyk zebym nie zmarzla. tak sobie drzemalismy a malina obluzyla sie bananem i zabrala do malowania mandali. i tak oto mamy za soba pierwsza rowerowa wycieczke.
sobota, 07 lipca 2007
moje miejsce.
o 6 rano malina obudzila nas radosnym oswiadczeniem, ze juz jest jasno, wiec ona idzie jezdzic na rowerze. dzieki temu dzien byl dlugi i zalatwilismy wszystko, co od dawna planowalismy. ponad pol dnia strzyglismy plot. malina jezdzila od jednego do drugiego konca ulicy a my w pocie czola ukrocalismy galeziowe, zielone wybryki naszego plotu. ciezka praca. malina najadla sie tak, ze potem nie chciala obiadu. co i raz jakas sasiadka wybiegala do niej na ulice, wychwalala kolarskie wyczyny i czestowala a to ciasteczkiem, a to wisienka, a to lodem. nas ciagle zagadywal ktos zyczliwy czy mamy dobre nozyce, ze ten plot taki dlugi, ze pogoda dobra na taka robote, ze malina taka zawsze wesola i milo na nas patrzec, czy nam pomoc? i dzis po raz pierwszy odkad jestem w niemczech pomyslalam, ze jestem u siebie. dobre uczucie.
 
1 , 2
Archiwum