wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
środa, 16 lipca 2008
malinowy obiad.
z przuedszkolnej wycieczki do lasu malina przyniosla z kartoflanego pola trzy wielkie kartofle. ja szukalam jej rzeczy na podroz a ona dobra godzine obierala te kartofle. potem uroczyscie sciela dwa ogorki z naszej pieknej ogorkowej plantacji. (slyszala, ze ogorki na podobienstwo dyni sa swietnym warzywem dla poczatkujacych ogordnikow. czy sie chce czy nie chce wydaja swoje podlozne owoce w ilosci nie do porzetwozenia!!! hmmm ... na 5 roslin urosly nam dwa srednie ogoraski! i wlasnie te dwa malina dzis uroczyscie obciela swoimi dzieciecymi nozyczkami). dobre pol godziny obierala te ogorki a potem starla je na tarce i wymieszala z jogurtem. pokroila mozarelle a ja pomidory. i powiem szczerze, ze duza czesc naszego obiadu przygotowala sama. mimo, ze nie przepada za ziemniakami, kartofelki zniknely co do kawaleczka z talerza a mloda gospodyni tak sie wczula w role, ze nawet wszystko sama sprzatnela do zmywarki. nawet papierowe serwetki znalazlam tam potem stojace na bacznosc! jak zawsze umieram z dumy i ide sie pakowac. lecimy o 8 czyli musze wstac o 5 rano. niedlugo.
wtorek, 15 lipca 2008
malinowy dzien.
wybralysmy sie z malina do miasta zeby kupic babci prezent w podziece, ze zabiera maline nad morze. poszlysmy do cos i znalazlymy piekna mietowa bluzeczke do tego szal w wyblaklym, szarawym blekicie. taki co to mowi: przytul sie do mnie. z jakby spranej bawelny z jedwabiem. mozna sie nim owinac jak chusta ale mozna go zwinac w maly klebuszek do torby. magiczny. zanim zaplacilam, pozazdroscilam i kupilam sobie taki sam. kolorystycznie pasuje do tego nowy turkusowy biotherm (z lekka natchniona mamutkkiem:-) i babcia moze jechac z malina nad morze! malina z poswieceniem targala te tak olbrzymia torbe, ze sama mogla w nia sie schowac. na moja propozycje pomocy odpowiedziala tylko:
- nie. dziekuje. sama niose. to moja babcia przeciez!
potem poszlysmy do kultowego wlocha, do ktorego latalam jak pracowalam w mojej ulubionej produkcji, zanim zglupialam i z niej odeszlam. nieczesto tam bywam teraz, dlatego strasznie mi bylo milo kiedy kelner natychmiast znalazl dla nas miejsce, mimo ze na stolik na zewnatrz czekala kolejka ludzi. zjadlysmy pizze, deser, ja expresso, malina dzieciece (czekoladowe) expresso, ktorego nie zamowilysmy a ktore bylo niespodzianka i wprawilo maline w stan omdlenia:
- kawa? dla mnie? on mysli, ze ja tez jestem mamusia!!!
dla maliny dorosla kobieta to mamusia. a tam niewiele mamus, same fajne dziewczyny i tylko jedno dziecko. za to wniebowziete. potem uciekl nam s-bahn. 20 minut robilysmy sobie zdjecia i czytalysmy numerki na kolejnych pociagach. w domu malina bez dyskusji umyla zabki, wskoczyla do lozeczka i zasnela. juz teraz nie moge odzalowac, ze jedzie na hel. ciesze sie na podroz do warszawy. ale zaraz potem umre z tesknoty.
poniedziałek, 14 lipca 2008
malinowa retoryka
malina idzie przez zycie wciaz cos opowiadajac. to jest zywiol nad ktorym nie moge zapanowac i samej malinie sprawa wciaz wymyka sie spod kontroli. malina je kolacje przy swoim stoliczku, ja prasuje jej ciuszki nad morze. przynioslam sobie deske do kuchni zebysmy byly razem. ale jedzenie jest trudne jak buzia zajeta jest mowieniem.
 - jedz.
 - jem.
 - nie jesz tylko mowisz. najpierw zjedz a potem mi wszytko opowiesz, bardzo jestem ciekawa.
 - jem. - odpowiadama malina i ciagnie opowiesc dalej.
 - nie mozna jesc i mowic.
 - ja moge.
 - nie mozesz. przeciez widze.
 - moge i jesc i mowic. a ty zle patrzysz i dlatego nie widzisz, ze jem.


niedziela, 13 lipca 2008
doroslam?
przyszlo mi dzis nagle do glowy, ze mama nie zlozyla mi zyczen urodzinowych. jakos mi to umknelo w wirze zdarzen. kiedys bym sobie poplakala, sie zasmucila, zezloscila, zadzwonila i poklocila. dzis pomyslalam tylko, ze ona inaczej nie umie i ze to jej sprawa a nie moj problem. wcale sie nie przejelam. moze jako 40-latka jestem jednak naprawde dorosla? 
sobota, 12 lipca 2008
sobota pelna wrazen.
skoro swit wsadzilysmy tatusia do samolotu. jezu, jak mu bylo szkoda leciec. moja maz musi regularnie do usa a jest bardzo antyamerykanski, wiec cierpi. potem zabralysmy mirabell do zoo. monachijskie zoo jest klasa sama w sobie i atrakcja nie do opisania. mozna tam spedzic caly dzien i swietnie sie bawic. panny jezdzily samochodami, pociagiem-ciuchcia, chodzily po sciezkach z przeszkodami, wiszacym, rozbujanym mostem nad rzeczka, widzialy sie z pingwinami nos w nos (pingwin normalny nos, dziewczynki noski rozplaszczone o szybe w akwarium), slonie polewajace sie woda, zyrafy z dziecmi o zyrafich, szczudlowatych nozkach, rozowo-pomaranczowe flamingi, niedzwiadki, malpki i inne cuda niewidy.
 - co sie wam najbardziej podobalo?
 - kon.
no comments. zeby sie dzieciom kon spodobal to nie musze jechac na drugi koniec monachium, placic majatku za bilety wstepu i spacerowac z dobra mina do zlej gry w strugach deszczu. koniki mamy za plotem jak idziemy kupic warzywka bio. (a przynajmniej ludzimy sie, ze to bio!)
w domu wzielysmy sie za pieczenie pizzy. mirabell jest bezglutkowa. kupilam specjalne gotowe podklady, ale mama mirabell wygniotla wlasnorecznie ciasto, wiec nie odwazylam sie na "gotowca". ciasto skleilo mi rece, stol, odplyw w zlewozmywaku. dziewczynki udekorowaly je mozarella, salami i papryka a potem poblazliwie obserwowaly jak staram sie oderwac te pizze od papieru. niestety bez skutku. dzieci zjadly miazge: mieszanke serowo-kielbasiano -pomidorowa i w nagrode za wyrozumialosc dostaly lody posypane niebieskimi gwiazdkami. wieczorem malina nagle poczula, ze taty nie ma tak jak zwykle na noc czy dwie tylko na dlugo i rozplaka sie tak, ze nie moglam jej uspokoic. sama sie zasmucilam. szkoda mi czasu na podroze zawodowe. chcialabym zebysmy siedzieli w ogrodku w trojke i sie nudzili. wtedy jest najfajniej.
piątek, 11 lipca 2008
eee tam.
glupi ten wieczor. maz sie pakuje do usa. dwa miesiace mialam tyle pomyslow co ma przywiezc a teraz nic nie przychodzi mi do glowy. tam teraz wszytko tansze. mam taki nerwobol, ze nie moge sie ani schylic ani ruszac glowa. paraliz normalnie. poszlam do lekarza i teraz boli mnie jeszcze bardziej. lekarz powiedzial, ze to psychosomatyczne. w ogrodzie jeze galopuja po trawniku w stachu przed piorunami i gradem. widok surrealistyczny. 
poniedziałek, 07 lipca 2008
malinowe marzenia ortodontyczne
energicznie wycieram maline po kapieli. malina lapie recznik zebami.
 - o matko! nie rob tego wiecej, bo malo ci zebow nie wyrwalalam! - wolam przestraszona. malina smieje sie:
 - ale by bylo fajne. nareszcie bym ich nie miala!
 - czy ty myslisz, ze to tak fajnie jak zeby wypadna?
 - tak!
 - dlaczego?
 - bo mozna pokazywac jezyk przez dziurke!

piątek, 04 lipca 2008
granica cienia. prog?
na lotnisku mila pani, specjalistka w dziale shisheido doradzila mi krem do oczu dla cery dojrzalej ale nie antyzmarszczkowy. nawilzajacy. schudlam kilka kilo a kosmetyczka wczoraj nadala mojej twarzy wyraz blogi i zrelaksowany. maz twierdzi, ze kwitne. tak oto godnie wkraczam w wiek matrony.
dzis mam sluzbowo wielkie przyjecie galowe, pewnie do rana. rano wskakuje w pierwszy samolot i lece swietowac moje urodziny w ogrodku. dzien pozniej wprawdzie, ale w moim wieku to juz sie wie, ze jeden dzien w te czy wewte nie ma wiekszego znaczenia. spokoj i zyciowy dystans normalnie. nie przywiazuje uwagi do rocznic, ale inni tak, dlatego obaj szefowie nie moga sie nadziekowac, ze jednak biore udzial w uroczystym wieczorze w hamburgu, a koledzy nie moga sie nadziwic jak sie poswiecam dla firmy.
w samolocie przyszlo mi do glowy, ze najlatwiej poznac kto rzadzi swiatem jak sie siedzi w business klasie: jestem jedyna kobieta. wokol duzi chlopcy w wyprasowanych koszulach, lsniacych krawatach poprawionych w ostatniej chwili przez czule zony; sliczne zegarki, pieknie wystrzyzone glowy, dyskretna opalenizna: jestem zadowolony, odnosze sukces, jestem zdrowy i gotowy. a w die zeit artykul o tym, ze kobiety zyja srednio 6 lat dluzej. moze dlatego, ze nie lataja business class? pomysle o tym pozniej.
ide na obiad z kolezanka. nie czuje zadnego przekraczania progu. wczoraj pytalam kosmetyczki co mysli o botoxie. odpowiedziala, ze lepiej, zebym te forse zainwestowala w swieczki i codziennie jedna zapala w kosciele w podziece za dobre geny. no dobra.
środa, 02 lipca 2008
malinowe wycinanki
wielkie party w haus der kunst. genialny olbrzymi taras, na nim calkiem eleganckie towarzystwo saczy rozne chlodzone trunki, czesto z babelkami, ale tez piwo tym razem w staromodnych butelkach z fajansowymi krokami na drucie jak oranzada z mojego dziecinstwa. angielski ogrod sluzy za cudowne tlo. najbardziej lubie fakt, ze nigdzie nie musze leciec a nocna taksowka zawozi mnie prosto do domu. jeszcze kapie maline i czytam jej do snu. jak zawsze przekupuje mnie zeby polezec w naszym lozku i zobaczyc co zaloze. wyjmuje z szafy nowa kiecke, ktora kupilam do cannes, ale jeszcze nie nosilam. na ten wieczor wymarzona. malina robi okragle oczy:
- o! pieknie!
ale nagle jej wzrok wedruje gdzies w okolice moich kolan:
- mamusiu, ktos ci tam cos wycial...
spogladam w dol. tak. w okolicy kolana wycieta jest nierowna dziura cos w rodzaju polkola.
- malina! ktos? kto? kto to wycial?
- nie wiem.
- jak to nie wiesz? tu mieszka tatus, ty i ja, wiec kto to wycial?
- nie wiem. tatus pewnie... nie...
- no tatus nie! to kto???
malina jest wyraznie zmartwiona i juz dawno nie widziala mnie w takim gradowym humorze. ta dziura to okropna pointa wstretnego dnia pelnego klopotow.
- to ja ucielam. ale juz dawno.
- dawno? tydzien temu tego nie bylo. dlaczego to zrobilas?
- chcialam taki piekny material na duszka.
- na duszka?!
- na duszka z materialu...
- gdzie masz tem wyciety kawalek?
malina prowadzi mnie do swojego regalu z ksiazkami, wyciaga dwie drube ksiazki z bajkami. tam lezy kawalek mojej nowej sukienki.
jestem wsciekla. taksowka czeka, wiec ide jak jestem, mam zly humor i wszytko mi jedno. na przyjeciu wszyscy uwazaja, ze to super pomysl i powinnam kiecke do konca podciac i tak zostawic i wtedy dopiero bedzie widac marke i design. sukienka byla za grzeczna.
Archiwum