wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 29 lipca 2011
za kilka godzin.
swiadectwo malinowe jest bardzo dobre ale nie bez skazy. kolejny raz nauczycielka pisze, ze dziecko nie umie usiedziec na tylku. i juz.
spakowalam pol domu i jedziemy nad polskie morze. zrozpaczona patrze na gore walizek:
 - i tak bede latala ciagle w tej samej kiecce.
maz kiwa glowa:
 - pewnie tak, ale chodzi przeciez oto, ze w szafie beda wisialy m o z l i w o s c i.
za nic nie moge znalezc lornetki, nie wiem jakie wziac ksiazki, jestem jakas struta, zmeczona i placzliwa. ostatnie dwa dni w pracy wymeczyly mnie do cna. w domu i ogrodzie zostaje balagan i jakos mnie to zlosci. juz sie boje powrotu. wiem co mnie czeka.
no to hoooooooop!!!!!


malinowy sens wojny. (na poduszki)
malina jest w fazie przyjazni z h. przyciagnely sie na zasadzie magnesu. obie blondynki, obie szczuple i blekitnookie ale o zupelnie odwrotnych charakterach.
 - mamusiu! stalysmy na tym przedstawieniu  d w i e  godziny!!! - gestykuluje zywo malina. a obok spokojna, niskim glosem h.:
 - niecala godzine stalysmy. tak.
zaraz potem:
 - mamusiu! a ten czarodziej mial tak mocno zwiazane rece, ze malo mu nie odpadly!!! no!!!
h. na to:
 - mial tylko tak zaplatany sznur, zeby moc sie z niegio uwolnic. to byl taki trick. tak.
 - mamusiu! h. umiera z glodu! - wpadaja do kuchni, a h. dementuje:
 - troche chce mi sie pic.
h. jest jak drzewo z korzeniami a malina skaczaca dookola wiewiorka.
h. nocowala dzis u nas. zasnely chyba kolo polnocy a o 6 rano obudzily nas jakies huki - zatrzeslo calym pieterkiem, zerwalismy sie na nogi i pobieglismy do dziewczynek. skakaly po lozku i toczyly wojne na poduszki pekajac ze smiechu. przywolalam towarzystwo do porzadku i spobowalam jeszcze troche pospac. przy sniadaniu omawiam sprawe poduszek:
 - nie mozna walic sie poduszkami, bo moga sie podrzec. - argumentuje - h. twoja mama tez by pewnie nie byla zadowolona jakbyscie to robily?
 - u nas mozna, bo my mamy stare poduszki. tak. - odpowiedziala h. a malina popatrzyla na nia z zazdroscia. stare poduszki to jest cos.
 - ale jak macie stare poduszki to tym bardziej nie mozna nimi sie bic, bo moga sie podrzec a pierze bedzie fruwalo po calym domu.
dziewczynki jak komende przestaly jesc i spojrzaly na mnie jakbym sie z choinki urwala. h. pokiwala glowa:
 - tak. no wlasnie. i taki jest sens wojny na poduszki. tak.
z braku argumentow wyslalam panny do lazienki zeby umyly zeby. po czym panie podreptaly do szkoly.
dzis rozdanie swiadectw. a od popoludnia wakacjeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!



czwartek, 28 lipca 2011
malinowy kieł.
poszlysmy na rwanie nastepnego zeba. kla, wiec ogromnego. zdecydowalysmy, ze sprobujemy jeszcze raz bez narkozy. malina lezala na fotelu, spokojna, ale lzy jej ciekly jak groch, choc nie plakala. pani dentystka delikatnie dozowala znieczulenie, ale i na nia tak te lzy zadzialaly, ze popaptrzyla na mnie watpiaco.
 - malina, boli cie?
malina kreci glowka i probuje powiedziec:
 - boje sie.
sciskam jej raczke:
 - pamietasz jak wyciagnelysmy kiedys razem zab? nawet nie poczulas kiedy. ciagniemy?
malina kiwa glowka a lzy jej ciekna a mnie serce peka, ale szkoda mi, ze w nia wpompowane znieczulenie na marne...
dwa razy wycieramy nos.
 - wyciagamy?
znow kiwa.
 - malina zamykaj oczy - mowie i sama zamykam tez.
lekarka wyciaga zab poprostu genialnie a malina nadal zaciska oczy.
 - malina juz po wszystkim!!! zab wyszedl!
 - jaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!! - krzyczy malina buzia pelna krwi i smieje sie od ucha do ucha. w zyciu tego widoku nie zapomne!
oddychamy z ulga. pani doktor spocona, ja mokra po brzuch, malina ze spuchnietymi oczkami, ale szczesliwa.
w samochodzie siedzi z gaza w ustach, co zupelnie nie przeszkadza jej w nieprzerwanym dialogu:
 - nie rozumiem czemu ten chlopiec musi miec narkoze. nie mozna sie tak wszystkiego bac.
cos we mnie nagle peklo i sie poplakalam. bo ja sie balam jak nie wiem.
teraz malina siedzi na sofie z rozowymi sluchawkami i podspiewuje:
  - ho ho ho ho honoratko...
jest wypelniona duma jak pekaty balon. jestem jej absolutnym fanem.



ciekawe mysli


" Człowiek niepewny siebie jest lepszym człowiekiem. Refleksyjnym. Zbyt dobre samopoczucie zagłusza wszelkie ciekawe myśli."

 - z wywiadu z olga lipinska w gazecie. jej autoironia, blyskotliwa inteligencja i dowcip jak zawsze powalaja mnie na kolana.


wtorek, 26 lipca 2011
nie boj sie duchow.

ktos podyskutowal o demokracji, ktos o wolnosci slowa, ktos o tym zeby nie zab za zab, oko za oko. w samolocie wpadla mi w rece notatka jak ojciec rzucil sie przed syna zeby go uratowac od strzalu. niech sobie kazdy wyobrazi, strzal glowe wlasnego dziecka. strzal, dziecko upada zakrwawione i juz nie wstaje. nawet nie zdarzy spojrzec na pozegnanie. a potem zastawiajcie sie nad demokracja, wolnoscia slowa i liberalna sprawiedliwoscia. mnie wcale nie chodzi o zemste, mysle, ze zadna zemsta nie wskrzeszy zmarlych i nie ukoi bolu. ale w tak jasnym przypadku, kiedy wiadomo kto jest morderca musi byc mozliwe zeby wyeliminowac go ze spoleczenstwa. zeby nie powtorzyla sie tragedia.
pamietam jak kiedys bylam w lesie noca i powiedzialam, ze sie boje duchow. i uslyszalam: duchow sie nie boj, ludzi sie boj.


jestem za absolutnym zakazem rozpowszechniania wiadomosci na temat terrorystow. powinna sie nimi zajac policja, sad, wiezienie ale mediom nic do nich. zdjeciem mordercy bylo dzis niemal wytapetowane lotnisko w hamburgu i w monachium. w ciagu dwoch dni stal sie legenda, drugim hitlerem, gwiazda. po co?



czwartek, 21 lipca 2011
wieczorna pobudka.
maz pograza sie w ksiazce. ja w projekcie, ktory przyprawia mnie o mdlosci. kompletna cisza. malina juz od dawna spi.
nagle? taki krzyk, placz, wrzask, ze zrywamy sie na rowne nogi i na przelaj biegniemy na gore, zapalamy lampe - dziecko siedzi w kacie lozka, sciska poduszke i zalewa sie lzmi tak, ze ledwie oddycha. co sie stalo? szczur? kot? ptak? jezu, co?
 - na zajeciach...
umieram ze strachu co ma do powiedzenia.
 - uuu... na zajeciach zrobilam taka piekna bransoletke...uuuuu... w horcie pozyczylam ja sao mai.... a potem ona zapomniala mi oddac .... uuuu... i ona ja pewnie zgubila... uuu...
 - o boze malina. jak sie przestraszylam, ze cos sie stalo!
 - staaalooo sieeee.... tyle tygodni pracy... uuu...
 - jutro poprosisz ja zeby ci oddala.
 - ona pewnie zgubila. zguuuubiiiilaaaa...
maz stoi, rozumie polowe, (bo malina placze dzis po polsku) rozglada sie po pokoju w poszukiwaniu ducha lub weza, czy jakiegos innego powodu takiej malinowej paniki.
obiecalam, ze rano zadzwonie do sao mai, zeby przyniosla bransoletke do szkoly i ze wczesniej pojdziemy do jej klasy. malina chlipie jeszcze i wyciera nos:
 - kocham cie. jak jutro dostaniemy te bransoletke, to ci ja podaruje. chcesz?
 - chce.
jestesmy obudzeni, podniesione cisnienie, maz idzie po wino a ja zamykam laptopa, bo mnie ten projekt mierzi i nie mam juz na niego sily po tej akcji ratowniczej.


środa, 20 lipca 2011
przeczekac.

ze pada deszcz - lzy naplywaja mi do oczu
ze malina nie ma pracy domowej  - zbiera mi sie na placz
ze wygralismy projekt - placze
ze maz wczesniej wraca do domu - placze
ze pozniej - placze
ze udalo mi sie odwolac lot do hamburga - placze
ze nie udal mi sie klomb w ogrodzie - placze
od 4 tygodni biore pierwsze w zyciu hormony. na tarczyce. mialam od nich chudnac a na razie tylko mam napady glodu i placzu.

nie wiadomo co robic.

a za dziesiec dni, za dni dziesiec...
jak wieczorem bede wygladac przez okno:



i tego sie dzis trzymam.

wtorek, 19 lipca 2011
malinowy ipod.

malina dostala moj stary ipod - maly rozowy - i dzis do tego rozowe sluchawki. nowe. pol popoludnia spedzila na hustawce bujajac sie pod niebo i wyspiewujac na cala okolice a to czarnego alibabe, a to przystanek happy end, a to rudego, rudego rydza. (malina jest znana fanka heleny majdaniec)
dzieki bogu, ze sasiedzi ja uwielbiaja i jakos cierpliwie to zniesli.

za 10 dni zaczynaja sie wakacje. malina sennie tuz przed zasnieciem: - mamusiu, to beda piekne wakacje. ja i ipod... - mruknela i zasnela.


piątek, 15 lipca 2011
hmmm...

w czasie transfuzji zasnelam. obudzilam sie jeszcze bardziej zmeczona niz przedtem. i wlasnie zasypiam przed komputerem.
a myslalam, ze bede wracac do domu skaczac na jednej nodze.
jestem rozczarowana.
czwartek, 14 lipca 2011
dzien jak codzien?
budze sie wczesniej niz zwykle. gula w zoladku. mam wykonac bardzo wazny telefon sluzbowy.
sa takie dni jak dzis, kiedy oboje jestesmy w home office. ja na dole. maz na gorze.
poranna kawa:
 - dzis masz tam zadzwonic?
druga kawa:
 - kiedy dzwonisz?
herbata:
 - zadzwonilas?
kanapka z serem:
 - zadzwon, bo sie zameczysz.
trzecia kawa z mlekiem:
 - powaznie? nie zadzwonilas? przestan robic inne rzeczy. dzwon i juz.
lunch:
 - dobra, teraz dzwonisz tak?
herbata:
ja ciebie nie rozumiem. jeden glupi telefon i mialabys z glowy.
zejscie na dol bez powodu:
 - zostane tu dopoki nie zadzwonisz, bo juz sam sie zaczynam denerwowac.
drugie zejscie na dol bez powodu:
 - no i?...
 - zadzwonie, ale idz sobie.
poszedl. wystukuje numer po raz kolejny. glos znizam. mozg nastawiam na jezyk niemiecki, uprzejmy, bez zadnych "cool", "super", "geil", pozwalam sobie tylko na "fantastisch". po drugiej stronie mam godnego, uprzejmego przeciwnika, ktory chyba ma zwyczajnie dobry humor i dlatego udaje mi sie strzelic trzy bramki choc planowalam dwie. dziekuje. do zobaczenia. swinskim truchtem biegne na gore sie pochwalic. maz tylko wzrusza ramionami:
 - przeciez juz rano bylo wiadomo, ze tak bedzie.
a do kolacji otwiera cos specjalnego. skypuje chlopakom wynik rozmowy. obaj siedza w studiu i nie moga gadac. gdyby istnial emotikonek ukazujacy opadajaca szczeke do podlogi to obaj by go uzyli. bardzo przyjemne.

nie moge sie doczekac jutra. przeczytalam w internecie euforyczne relacje po infuzji zelaza i mam nadzieje, ze u mnie bedzie tak samo. chcialabym przestac walczyc z wlasnym cialem i dusza.
status quo.
nie lubie latac samolotem
nie lubie telefonowac
nie lubie telewizji
nie lubie seriali
nie lubie talk show(ow)
nie lubie ludzi, ktorzy czuja, ze sa pepkiem swiata i ciagle o tym mowia
nie lubie udawac, ze interesuje mnie cos co mnie nie interesuje
nie lubie znanych logo, metek, znaczkow, ktore rzeczy przecietnej nadaja status luksusu lub kultu
nie lubie facetow, ktorzy czuja sie swiatowymi artystami i dlatego nie otwieraja drzwi w taksowce, nie podaja plaszcza
nie lubie facetow, ktorzy stojac bardzo wysoko podejmuja swiatowe decyzje marketingowe, sa moimi klientami i dlatego nie maja odruchu zaplacenia rachunku nawet za drinka czy kawe

trafilam do branzy przez pomylke, przypadek, niechcacy. wpadlam i zostalam.

jutro ide na pierwsza infuzje (transfuzje?) zelaza. podobno od razu mam poczuc zmiane. moze znow wszystko polubie?




środa, 13 lipca 2011
13

dzis jest trzynasty.
zaczal sie jak trzynasty.
trwa jak trzynasty.
i jak dla mnie
moze sie juz skonczyc.
wtorek, 12 lipca 2011
malina skaczaca.


o 19 klapnelam laptopem i polecialysmy na basen. na piechotke mamy jakies 5 minut. majty, recznik i juz. o tej porze prawie pusto. cudnie. w sobote malina skoczyla z trampoliny 1 metrowej. wczoraj postanowila z 3 metrowej. weszla. ja tez na brzegu przygotowana do skoku, zeby w razie czego za nia nurkowac. postala chwilke, myslalam, ze da spokoj i zejdzie tak ja przedwczoraj. kiedy sie tam stoi na gorze, na wysokosci 3 metrow a dno jest 3,5, to to sie wydaje skokiem w przepasc. przynajmniej mnie sie tak wydaje.
ale malina to juz nastepne pokolenie, lepsze, odwazniejsze, wiec hooop! dziecko skoczylo ku mojemu oslupieniu, przerazeniu pomieszanemu z podziwem i radoscia. i hyc! wyplynela jak maly splawik, podplynela do brzegu a z dumy malo nie pekla jak balonik. zaraz tez pobiegla znow na wieze i powtorzyla skok jeszcze kilka razy, wiec jak tylko sie otrzasnelam z pierwszego wrazenia to udalo mi sie ja nawet sfotografowac.

poniedziałek, 11 lipca 2011
zwyczajna malina popoludniowa


powolutku idziemy ze szkoly. nic nie mowie. malian caly czas opowiada a ja sobie na nia patrze. dwa mysie warkoczyki. tornister w kwiatki. na buzi resztki jakiejs czekolady i brokat, bo cos tam malowala zlotymi farbkami. chce sie bawic spryskiwaczem w ogorodzie bo goraco:
 - mooooge?
 - mozesz!
malina z radosci chce sie calowac. wysylam ja zeby najpierw umyla buzie:
 - jestem twoim dzieckiem. musisz mnie calowac zeby nie wiem co.
caluje i zaraz wycieram sie z brokatu i czekolady. malina jak stoi tak rzuca tornister i wszystkie ciuchy, zostaje w majtach, biegnie po ogrodowego weza. a ja wracam do projektu. siedze przed komputerem. malina pod slonce pruszy perelkami wody i produkuje tecze. zagapilam sie. wzruszylam. i jak ja mam w takich warunkach pracowac? no jak?




malinowa biel

przejezdzamy obok wystawy z sukniami slubnymi.
 - dlaczego do slubu trzeba miec biala suknie?
automatycznie odpowiadam:
 - bo biel to symbol czystosci. - i zaraz sie martwie, ze dziecko zacznie dociekac znaczenia czystosci przedmalzenskiej. na szczescie malina zrozumiala to raczej w kategorii higieny i kreci przeczaco glowka:
 - mysle, ze nie chodzi o czystosc.
 - to dlaczego? - zaciekawiam sie.
 - bo bialy to barwa jezusa.

niedziela, 10 lipca 2011
polskie dzieci na obczyznie

zakonczenie roku szkolnego w polskiej szkole. jak zwykle troche chaosu, wszyscy spoceni, troche klotni, polski hymn, bialo czerwone kwiaty, swiadectwo, ksiazki i do domu. zabieramy przyjaciolke maliny na weekend - obie panny szczesliwe i przejete. przyjaciolka z rozowa walizka jakby miala mieszkac u nas tydzien a nie jedna noc. dziewczyny z radosci zaczynaja sobie recytowac wspolnie znane polskie wierszyki, piosenki. repertuar sie powoli wyczerpuje. malina resztka sil wykopuje z pamieci:
 - wina, wina, wina, wina dajcie! a ja umre pochowajcie! na zielonej ukrainie, przy kochaaaaaneeeej mej dziewczynie.. hej! hej! hej! sokoly!!!..
na to zachwycona przyjaciolka:
 - o jaka piekna koleda.


poniedziałek, 04 lipca 2011
dostalam kartke
queen of the day.


sobota, 02 lipca 2011
malinowy sen.


malina kocha sie od zawsze w szczuplych blondynach. czy cale zycie bedzie szukala kogos takiego jak jej tata? bedzie trudno, bo drugiego takiego faceta nie ma i juz. no ale niech probuje. jedno musze przyznac: malina ma gust. podobaja mi sie wszestkie jej sympatie poczawszy o przedszkolnego meza moritza (ktory nota bene wciaz przysyla kartki z pozdrowieniami:)
aktualnie malina kocha sie w laurinie z 4 klasy. wzdycha od dwoch miesiecy chyba, kreci oczkami i marzy jakby mu powiedziec, ze go kocha bo on jej w ogole nie zauwaza. dalam jej rade, zeby go lepiej tez nie zauwazala - to najlepszy sposob na chlopakow. wiec malina kocha sie w laurinie z ukrycia i w tajemnicy. wczoraj wyznala mi, ze kilka razy jej sie snil.
 - tak? i jak ci sie snil?
 - nie moge ci powiedziec, bo to cos okropnego. straszny wstyd.
 - tak? czyli co?
 - nie moge ci powiedziec.
 - oj powiedz. wszystko sobie mowimy przeciez.
 - nie powiem, bo powiesz tatusiowi a to taki wstyd.
 - no pewnie, ze powiem. wszystko sobie mowimy, wiec mow.
 - ale... to jest zwiazane z bolem...
zamarlam. jezu. o co chodzi.
 - mamusi trzeba wszystko opowiadac kochaneczko, wiec mow.
 - no dobrze... snilo mi sie, ze bieglam przez korytarz w szkole i sie przewrocilam. natalia mi zaraz pomogla sie podniesc, ale nie moglam isc, bo strasznie bolala mnie noga. laurin to zobaczyl i od razu przybiegl mi pomoc i razem z natalka pomogli mi pojsc do lazienki. laurin zrobil mi oklad z recznika z zimna woda.
 - no ale to jest piekny sen. czemu nie chcialas go opowiedziec?
malina rozglada sie czy nikt jej w restauracji nie slyszy:
 - no bo on wszedl z nami do dziewczecej lazienki a tam chlopaki nie wchodza, wiec to... s t r a s z n y wstyyyyyd.
aha.
 - to nie jest zaden wstyd. jak ktos jest ranny i trzeba mu pomoc to nie patrzy sie czy to dziewczeca czy chlopieca lazienka. najwazniejsze zeby szybko pomoc.
 - ...hmmm... masz racje. to myslisz, ze moge opowiedziec ten sen natalii i nie bedzie sie smiala?
 - mysle, ze mozesz a jak sie bedzie smiala to jej tez wytlumaczysz. tak?



piątek, 01 lipca 2011
piatek wczesnym wieczorem.
malina wygrala w miedzyklasowych zawodach sportowych. zajela drugie miejsce i dostala jakis straszenie powaznie wygladajacy dyplom ze znakami wodnymi i podpisem samego prezydenta bawarii. postanowilam moja dumna corke zaprosic wiec na obiad, bo:
 - dziecko bylo wzruszone niemal do lez
 - tatus dzis baluje sluzbowo w pieknym zameczku pod stuttgartem
 - nic nie ma w lodowce poza jakas stara saladka ziemniaczana i dzemem.
 - nie mam sily na zakupy, bo dzien mam za soba ciezki (poza bardzo sympatyczna kawa z agnes!)
 - koniec tygodnia! ciezkiego!
poszlysmy na orgie czosnkowa do greckiej ulubionej restauracji za rogiem. mimo braku miejsc maly stolik zostal wyczarowany dla ulubionego goscia malinowego ku niezadowoleniu pozostalych czekajacych. grecy jak polacy: jak pokochaja to juz nieroztropnie, romantycznie i bez konca. dlatego chodzimy tam ciagle. po te milosc.
pijemy piwo i fante, malina opowiada swoje sny o ukochanym, ktory opatruje jej stluczone kolanko. tatus przysyla nam zdjecie ze swojej uczty, my odsylamy zdjecie z naszej. jest jak zawsze za duzo, za ostro, czosnkowo a wraz z rachunkiem malina dostaje wrzaskliwie rozowy napitek, ktory sklada sie chyba tylko z cukru, troche wody i farby. rzucam okiem na sasiedni stolik: malzenstwo z niemowlaczkiem. takim moze 10 dniowym. mama zabiera sie do karmienia. w przepascistego biustonosza wyjmuje stare wkladki laktacyjne i kladzie na stol. lekko zolte, obrzydliwe jak gacie starego dziada. karmi dziecko, karmi, karmi. na koniec przeciera sobie piersi tymi obrzydliwymi wkladkami a ja ciesze sie, ze ludzkie oczy maja taka funkcje jak: odwrocenie, z ktorej natychmiast korzystam. pani wrzuca stare wkladki na talerz razem z serwetkami i znow grzebie w piersiach ukladajac sobie swieze wkladeczki. a ja sie zastanawiam, czy poprawic sobie podpaske na oczach jej meza. postanawiam nie poprawiac, bo co sobie o mnie malina pomysli, tak?

malina spi. ja slomka zastanawiam sie co zrobie jutro szalonego, bo jutro po polskiej szkole malina jedzie z polska przyjaciolka z wizyta a my dopiero wieczorem dojezdzamy z mezem na wspolnego grilla. caly dzien bez: maliny, meza i nic sie pali tak zebym musiala pracowac. ide do kina? leze do gory brzuchem? czytam? sprzatam w koncu piwnice? jade po posrebrzany dzbanuszek na ktorego czaje sie juz od dwoch miesiecy a ktory jest mi zupelnie niepotrzebny i wyglda jak dla starej ciotki?
no jade. kurcze no.

od jutra.


od jutra biore hormony na tarczyce oraz zamiast kolejnej trzymiesiecznej kuracji zelazem w tabletkach dostane co trzy tygodnie transfuzje. mam bardzo silna anemie. to dlatego moje zycie odczuwam jako toczenie ciezkiego kamienia pod gore a nie bieg w podskokach. moze teraz to sie zmieni?


Archiwum