wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
piątek, 24 lipca 2015
malinowe szukanie.

 

 

malina ma 10 minut do wyjscia, spieszy sie na zagle. niestety nowe bikini zniknelo - nie ma go nigdzie. no nigdzie!!! a jak ma sie nowe bikini to nie mozna zabrac starego. no pewnie, ze nie! trzeba przeszukac swoj pokoj, lazienke, garaz, piwnice, taras, werande i jeszcze kilka zakatkow. gdzies musi byc. niewatpliwie jest tam gdzie zielony recznik obszyty delfinami. ale ba! recznik tez wyparowal. malina stoi na srodku kuchni, stoi i stoi.

 - malina, co robisz?

 - szukam.

 - stojac w kuchni?

 - szukam w myslach. zastanawiam sie, gdzie to moze byc.

 

 

 

 

czwartek, 23 lipca 2015
tak jak byc powinno.

 

umarl nam sasiad. znalam go tylko z widzenia. staruszek ciagle na rowerze. gadalam dzis z g., moja sasiadka przez plot, i z ta smutna wiadomoscia przybiegla do nas b. boso. nie zeby w pospiechu zapomniala butow. b. nosi buty tylko zima, co rano plywa w jeziorze, ma piekna figure - co piatek wedruje z dwiema kolezankammi po gorach, raz w tygodniu pracuje jako kelnerka w podliskim biergaden. nie zeby musiala zarabiac pieniadze, z ludzmi chce pobyc, plotek posluchac. wszyscy sie tu znaja od pokolen.

i tak sie zasmucilam tym sasiadem a b. sie obruszyla. sama rok temu pochowala tesciowa 101-letnia.

 - kochana, on mial 97 lat. umarl sobie w domu. przeciez to pieknie! das ist doch schön!

okazalo sie, ze 10 lat temu wykryto u niego raka. poddal sie operacji. potem mial przez pol roku dostawac chemie i promieniowanie. nie zgodzil sie na kuracje. lekarze przestrzegali, ze bez chemii daja mu pol roku-rok zycia. z chemia pewnie troche dluzej. wybral krocej, ale z wycieczkami rowerem nad jezioro zamiast w szpitalu. przezyl 10 lat i co rok cieszyl sie z kolejnach urodzin, jakby mu sie udalo wystrychnac lekarzy na dudka.  sasiadki zaczely opowiadac jak 20 lat temu pomagal im dzieciom w pracach domowych. potem dolaczyl do nas inny sasiad i tak od historii do historii przeszli na anegdoty o zmarlym sasiedzie. dzis w noca umarl, jutro pogrzeb a my tu stoimy i sobie o nim gadamy. wesolo.

jak ja bym chciala zeby ktos tak o mnie wesolo pogadal jak mnie juz nie bedzie.

wtorek, 21 lipca 2015
swiety spokoj jest swiety?

 

 

 

 

 

na lunch poszlismy dzis na rybke do mini biergarden w naszej wsi. przychodza tu glownie tubylcy jak do ogrodu u babci. dzieci chlapia sie w wodzie, ktos pije piwo na pomoscie, karta dan jest krociutka i uzalezniona od humoru i szczescia w lowieniu ryb wlasciciela - rybaka z trzeciego pokolenia.

przy stoliku obok nas siada kobieta z synkiem. moglabym ja tu obgadac i opisac, ze sama jadla swieza rybke a dziecku zafundowala tlusta kielbache. no ale raz - jak wszystkim wiadomo, szczegolnie po moim wpisie o polskiej i niemieckiej modzie! - ze nie lubie obgadywac a dwa, ze moze dziecko niejadek? moze boi sie osci? no nie wiadomo, wiec dam spokoj. synek wsunal - bo trudno to nazwac jedzeniem, ale ok maly jest, tak? - kielbache w oszalamiajacym tempie, wyraznie mu sie spieszylo. z ulga wyciagnal instrument wiekszy niz iphone, mniejszy niz ipad i... odplynal a i mamie jakby ulzylo. malutkie raczki, zwinne paluszki zaczely sie pewnie scigac, strzelac, lapac cos albo gonic a mama w spokoju mogla oddac sie kontemplacji wody i smakowaniu obiadu. i wtedy z wody przydreptala do nas kacza mama a za nia sznureczek kaczatek. jeju, jaki widok! kacza rodzina zaczela skubac trawke miedzy stolikami - takze pod krzeslem chlopczyka. nawet moj maz wzruszyl ze zdziwienia ramionami. chlopczyk nie zauwazyl ptaszkow - a mama choc zauwazyla, chyba nie chciala mu przeszkadzac. a moze nie chciala sobie przeszkadzac? nic przeciez swietszego nad swiety spokoj matki, prawda?

takie widoki juz nie dziwia jak kiedys, ale i tak smuca.

w malinowej szkole pan dyrektor wprowadzil akcje porannego witania uczniow u bramy szkoly. najpierw wyslal do dzieci/mlodziezy zartobliwy list (odczytany w kazdej klasie), ze nie moze w spokoju pracowac jak go jakis uczen na korytarzu mija i nie wita, bo nic przyjemniejszego niz pozdrawianie sie wzajemne i wymiana usmiechow. jak go taki uczen mija i nie pozdrawia, to on mysli, ze jest bardzo nielubianym dyrektorem, wiec zeby dzieciom zaoszczedzic klopotu (jak takie zamyslone suna korytarzem pewnie rozwiazujac w glowie skomplikowane zadanie z matematyki albo powtarzajac lacinskie slowka) chce kazdego rano przywitac i sprawa jest zalatwiona na caly dzien.

 

sa dorosli, ktorym nie jest wszystko jedno i dla ktorych "swiety spokoj" nie jest najwazniejszym stanem ducha. dyrektorzy, nauczyciele, rodzice...

 

 

 

 

 

poniedziałek, 20 lipca 2015
malinowo-poniedzialkowy sms.

sms w drodze do domu:

 

siedze w autobusie.

to byl piekny dzien.

idziemy na SUP?

ja dzis gotuje!

a co u was?

 

 

 

 

 

malinowe poslkie i niemieckie zakonczenia.

mamy za soba dwie imprezy o charakterze uroczysto-zakonczeniowym: jedna po polsku i jedna po niemiecku. od lat jest podobnie jesli chodzi chodzi o mode i stylizacje.

impreza polska:

dzieci - elegancko, kolorystycznie stonowane stroje utrzymane w galowym granacie i bieli, mlodsze rodzenstwow falbankach albo koszuli z mini-mucha, odswietne buty - nie wiadomo czy wygodne ale bardzo ladne, dziewczynki w wieku maliny troche bizuterii ale skromnie, duzo pieknych ozdobnych warkoczy albo rozpuszczonych wlosow.

mamy - zadbane wlosy, perfekcyjnie zrobione stopy i dlonie, wyjsciowe kiecki, czesto do kolana lub przed ukazujace nienagannie wypielegnowane zgrabne lydki, dobre makijaze, fatalne torebki

ojcowie - krotkie spodenki lub bermudy a do tego klapki lub sandaly i skarpety, sportowe podkoszulki, w stosunku do zon wygladaja jakby zona szla na koktailowe przyjecie a maz na ryby lub grzyby ale w ostatniej chwili dolaczyl do zony.

 

 

impreza niemiecka:

dzieci - sportowo&wygodnie, krotkie spodenki dla obu plci, wygodne, przewiewne buty watpliwej urody. dziewczynki w wieku maliny maja ostro pomalowane paznokcie u rak i takiez u niedomytych nog. wlosy spiete w praktyczna kitke, sportowe koszulki z kolorowym nadrukiem.

mamy - przewaga siwy odrostow i szybko spiety kok jak "pod prysznic", drogi zegarek i kolczyki takie co sie je nosi przez okragly rok (drobne a cenne), buty wygodne, spodnie wygodne do tego bluzka lepsza niz na wycieczke ale tez raczej wygodna. stonowane kolory.

ojcowie - zawsze dlugie spodnie, wygodne buty, ale o eleganckiej formie, biala lub blekitna koszula nienagannie wyprasowana, jesli tata wlasnie wraca z pracy to i garnitur, dobrze obciete wlosy, generacje ojcow malinowych znajomych ominela moda na drwala.

 

i oczywiscie we wszystkich tych grupach sa wyjatki, ale generalny rys jest wlasnie taki. nic nie jest ani lepsze ani gorsze. tylko troche inne.

 

polskie swiadectwo juz w domu. tu zaczely sie ferie. na niemieckie jeszcze poczekamy dwa tygodnie.

 

wtorek, 14 lipca 2015
reset. ale tez update.

za wszystko co malina osiaga w szkole moze podziekowac tylko i wylacznie sobie. za dwa tygodnie dostanie swiadectwo. same jedynki i dwojki.

w sobote poszlismy na przedstawienie w naszej wsi. od dwoch lat malina chodzi na zajecia taneczne. w tamtym roku dziewczynki zaprezentowaly dwa uklady taneczne. calkiem fajne, ale nikt nie oszalal. w tym roku mial byc musical. malina przyniosla jakies okropne ciuchy teatralne, ktore przede szybko upralam i wyprasowalam, bo myslalam ze zemdleje. spodziewalismy sie typowego teatrzyku szkolnego - w sobote na przedstawienie przyszla cala wies. w pierwszej chwili maliny nie poznalam: czarne spodnie, bluzka z bialym zabotem, szara kamizelke, wlosy sciagniete w kok na czubku glowy przebity olowkiem jak strzala. malina grala jedna z dwoch glownych rol, surowa dyrektorke szkoly - usobienie zla - a potem - kiedy akcja przeniosla sie ze szkoly do zaczarowego lasu - zla moc, ktora dobre elfy musialy pokonac. kiedy pokonanana malina wila sie po podlodze ryczalam jak bobr. wszyscy rodzice byli zaskoczeni. dziewczynki przygotowaly 1,5 godzinny spektakt z niesamowicie dlugimi tekstami, piekna muzyka i z bardzo dowcipnymi momentami. co ja sie jako matka nazbieralam komplementow! bylo mi troszke glupio, bo ciagle bylam sceptyczna w sprawie tych zajec. a tu takie cos. no!

w piatek poczulam sie cos sie we mnie wypalilo i ze jak jeszcze raz zadzwoni telefon albo bede musiala odpowiedziec na jakis glupi mail to oszaleje. oszaleje jak nic! zadzwonilam do szefa z prosba o tygodniowy urlop. i latwosc z jaka go od reki dostalam (z przykazaniem zebym porzadnie odpoczela i nie odbierala telefonu) zaraz poruszyla we mnie lawine milosci do mojego zawodu i firmy. to jest jednak dobre zycie! malina poszla dzis rano do szkoly a ja z mezem pojechalam do pobliskiego klasztoru na lunch. potem na spacer. potem zawislam na tarasie w hamaku z polska ksiazka. potem maz ugotowal mi kawy o 5 wieczorem. urlop to taki czas kiedy moge zyc wedle swojego zegara biologicznego: siedziec do 4 w nocy i spac do 11 rano. potem przygotowalismy miseczki z "glupotami" do skubania (zamiast obiadu) i gralismy z malina w scrabble. 

no dobra. ide spac.

piątek, 03 lipca 2015
cyber mobbing.

w tym roku na festiwalu widzialam wiele filmow o cyber mobbing. szczegolnie dotkniete sa tym szkoly. w przecietnej amerykanskiej szkole okolo 70-80% mlodziezy mialo do czynienia z internetowym mobbingiem. podobal mi sie film, w ktorym zebrano cala szkole, w ktorej anonimowa ankieta wykazala 90% doswiadczenia z aktywnym mobbigiem i powiedziano dzieciom wprost: 90% to znaczy WY, prawie wszyscy uprawiacie mobbing. TERAZ, natychmiast jak tu siedzicie wyciagnijcie komorki i tablety z tornistrow. dzieci przerazone - moze beda musialy oddac telefony, albo co? nie. kazdy ma NATYCHMIAST napisac cos milego o swojej klasie, o osobie z ktora ma w szkole malo do czynienia. reakcja byla oszalamiajaca. ale sie zrobilo... milo? fajnie?

dzieci ucza sie dzis na ironii, na grach, na talkshowach, ich idole spiewaja o zabijaniu, o smierci, o gwaltach - gdzie maja doswiadczac uprzejmosci i przyjemnego uczucia z bycia milym i reakcji na bycie milym?

zapytalam maline jak to u nich jest. malina, ze w szkole to nie wie, ale w klasie nic takiego sie nie dzieje.

 - wszystkich lubicie? z nikogo sie nie smiejecie? nikogo nie przezywacie?

 - no nie. tylko c. ciagle mowi, ze jej nie lubimy, ale ona sie myli. lubimy ja, wiec niech sobie gada co chce!

 

postanowilam byc czujna. cudow nie ma.

 

 

 

środa, 01 lipca 2015
czas.

 

obudzilam sie jak zawsze o 6:15. prysznic, malinowa pobudka. robie kawe i malinowe sniadanie i katem oka widze na komorce, ze dzis pierwszy. pierwszy... o kurcze, dzien dziecka. ale ja jestem! znow zapomnialam o dniu dziecka. no nic. nie powiem malinie teraz tylko cos przygotuje na powrot ze szkoly. wyprawilam maline i wrocilam dopic kawe. pewnie dzieki tej kawie dotarlo do mnie, ze to juz lipiec.

czas zastyga co i raz w bezruchu a jednoczesnie mknie jak strzala.

 

Archiwum