wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2006
bez dziecka mozna

- jakims chemicznym diablem niszczyc mech w ogrodzie
- zamawiac w indyjskiej restauracji prawdziwie ogniste taram masala
- o 9 wieczorem pojsc na spacer przed snem i opowiadac o marzeniach, planach i innych glupotach
- jezdzic na rolkach
- wystroic sie w wysokie obcasy do cudnej restauracji bez leku, ze bedzie trudno biegac miedzy stolikami
- w tejze reastauracji siedziec przy malenkim stoliku patrzyc sobie w oczy, jesc smakolyki i nie mowic nic
- uprawiac seks znienacka gdzie sie chce
- sprzedac zjezdzalnie
- umowic sie po pracy na plotki przy pizzy z hela-wella
- kupowac biurko bez nurkowania pod innymi stolami
- wyskoczyc 10 minut przed zamknieciem sklepow na zakupy.
- sluchac muzyki wieczorem na caly regulator

wszystko juz bylo. bylo cudnie. a teraz malina siedzi w pociagu i mowi ze jedzie do nas. ale do nas to przyleci dopiero w poniedzialek. eh.

środa, 30 sierpnia 2006
malina telefoniczna.
 - mamusiu nie mam czasu! lece do kolezankow! - wola malina w sluchawke i ucieka. od kilku dni udaje nam sie wydusic z niej cos wiecej, glownie dlatego, ze babcia stoi obok i obiecuje, ze jak malina pogada z rodzicami to pojdzie grac w kulki. wiec malina dzielnie walczy z telefonem z ktorego slyszy przekrzykujacych sie mame i tate wolajacych w dwoch jezykach na raz:
 - co tam slychac malineczkooo!!! tesknie za toba. kocham cie. sa dzis fale na morzu???!!!
a malina zdezorientowana nie wie w jakim jezyku odpowiadac. dzis doszla do slowa:
 - widzialam foke, wiesz? jestem teraz w muzeum, wiesz? foka ma zdrowe oczy znow, wiesz? byla chora, bo jej piasek nawlecial do oczof, wiesz? a potem pani doktor przyjedzie...la, wiesz? i teraz foka jest... jest... jest tatus?!
a tatus slyszac slowo "tatus" to wcale slowa z siebie nie moze wydusic, bo mu sie lzy w oczach kreca.
za 4 dni malina bedzie tu. nareszcie.



wtorek, 29 sierpnia 2006
niecierpliwosc.
chyba wyjde dzis wczesniej z biura, bo mnie tak wszyscy wkurzaja, ze chyba to sie zle dla mnie skonczy. 
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
wieczorne , przedwczesne ululanie.
boze, jaki ja piekny dlugi wpis zrobilam. i emocjonalny i ciekawy i smutny i wesoly. o moim pierscionku zareczynowym. i go skasowalo. nie ma. i juz. jutro napisze to od nowa. teraz to mi smutno jest. i w dodatku wypilam czerwonego wina na pusty zoladek i jestem z lekka ululana. a tu wlasnie fajny projekt przylecial mailem. a ja nie moge zadzwonic do agencji i pokazac jak tu sie u nas o klienta dba i o kazdej porze dnia i nocy na posterunku... bo choc to zaprzyjazniona klientka to jednak taka ululana nie zadzwonie.
dni.
sobota zazdroscila piatkowi urody. z godziny na godzine piatek pieknial dobrymi nowinami, sloncem, beztroska, by zakonczyc sie fantastyczna kolacja. sobota obudzila sie leniwie i bez specjalnych ambicji. od razu wiedziala, ze nie ma szans, ale nie wiadomo kiedy tak po porannej kawie, po zdyszanych rajdach na rolkach, wloskim obiedzie nabrala kolorow i uroku. skorzystala na tym niedziela, pojechala na dobrym humorze i cudnej atmosferze. przelewala sie z sofy na fotel, z fotela na krzeslo, z krzesla na sofe... ale niedziela ze swoim przedponiedzialkowym wieczorem nigdy nie dorowna ani piatkow ani sobocie, zeby nie wiem co. a poniedzialek - jak na poniedzialek przystalo - wstal zimny, mokry od deszczu i juz teraz moge wyliczyc 5 nieprzyjemnych rzeczy, ktore musza sie dzis wydarzyc.
czwartek, 24 sierpnia 2006
dzis.
kupilismy chatke puchatka.
tesknimy za malina jak wariaci.
z radosci i smutku idziemy sie najesc i upic.
amen.
sekretarzykowe dopelnienie.
ma podstawke z prawdziwej porcelany, nozke niklowana, kabel opatulony bawelniana nicia, abazurek jak ze starej babcinej porcelany. zachwycilam sie nia pewnego dnia buszujac z malina po cudownym sklepie laura ashley. glownie skupiona bylam na przekonywaniu maliny, ze plastikowy kapelusz przeciwdeszczowy w rozyczki jest dla dzidziusiow i ze ona jest za duza na takie fanaberie. wchodze wczoraj w nocy do sypialni a na moim sekretarzyku stoi ona. taka sliczna. taka zupelnie nieoczekiwana niespodzianka. lampka jak cudem ocalona z poprzedniego wieku. piszczalam z radosci a maz malo sie w drzwi nie miescil, bo tak spuchl z dumy. pieknie...
środa, 23 sierpnia 2006
chwilke przed odlotem.
tydzien bez internetu. prawie bez. przeczytalam dwie ksiazki rownolegle. grube. no nie oszukujmy sie: nie byly to jakies intelektualne wyzwania. zadna wielka swiatowa literatura. ale jednak. w dwoch jezykach. internet kradnie moje zycie i czas. a z drugiej strony. z drugiej strony nie fotografia zatrzymalam w slowach kilka chwil, wzruszen i smiesznych momentow. ktos to przeczytal. ten ktos moze cos. a to cos to moze byc spelnienie jednego z moich marzen. mowi, ze mam lekkie pioro. czyta sie dobrze. mozna sprzedac. no dobrze, niech sie bierze za sprzedawanie, to sie wezme za pisanie. zaraz wsiadam do samolotu i lece na dobre wino, ktore juz oddycha, uwolnione z korka. posiedzimy chwilke, by przed snem przygotowac sie na jutro. bo jutro... podpisujemy cyrograf. i boimy sie i cieszymy. dzwonimy co dwie godziny do siebie, czyli miedzy moimi spotkaniami. zanim podpiszemy cyrograf ide na sniadanie z klientem. i mam czas na myslenie i go nie mam. i sama nie wiem co mnie bardziej martwi. i znow mysle, ze jestem zmeczona bo mysle. i zmeczona jestem, bo sie martwie, ze za malo mysle. kwadratura kola.
telefonowanie.
probuje rozmawiac z malina przez telefon, ale ona nigdy nie ma czasu. raz zdazyla mi opowiedziec, ze idzie brzegiem morza:
 - i ja ciagle chlapala i chlapala!!! - krzyczy podniecona w sluchawke i leci dalej.

wczoraj udalo nam sie zamienic kilka zdan.
-    no co ten desc zrobil mamusiu!!! – wola malina w babcina komorke.
-    co? co zrobil?
-    no zmoknil nas strasznie!


---
wczorajszy festiwal prowadzil taki niby strasznie dowcipny giftzwerg. maly i taki smieszny, ze az nikt sie nie smial. atmosfera byla wiec lekko napieta. nie odkrylam zadnego mlodego talentu, bo nie bylo czego odkrywac. za to party potem bylo bardzo wytworne i spotkalam kilka waznych osob. kolo 4 w nocy, lekko wstawiona napisalam raport z najnowszych plotek z branzy, ktore moga miec dla nas znaczenie. wyslalam raport do szefow i obaj strasznie sie ciesza z personalnych przesuniec, ktore moga nam ulatwic zycie. dzis spotkam kilka milych osob i wieczorem lece do domu. jutro wazny dzien. potem piatek przeleci szybko i nareszcie weekend. jestem zmeczona, choc nie mam czym. myslami?
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
przypadkiem.
idzie pod slonce. oslepiony mija mnie mruzac oczy. nie poznaje. zwracam na niego uwage, bo odwaracaja sie za nim wszyscy przechodnie, dziewczyny usmiechaja do niego i wzdychaja. po kilku minutach dzwonie:
 - wlasnie minelismy sie na nowym swiecie.
 - wiem.
 - ???
 - masz niebieska sukienke.
 - myslalam, ze mnie nie widzisz.
 - widzialem, choc nie chcialem. pieknie wygladasz.


środa, 16 sierpnia 2006
czarne i brudne.
w niezmiernym smutku i tesknocie za malina, ktora babcia w sobote zabierze na tydzien nad morze, tak wiec w desperacji prawdziwej i zrywie spontanicznym postanowilam upiec malinie racuszki. jej ulubione. z matczynego serca wprost. malina pomagala tluc jajka, wsypac make, wlac mleko. zmiksowala to wszystko pieknie. ale na patelnie to juz wrzucalam sama i pewnie dlatego kilka zupelnie sie nie udalo. badzmy szczerzy: kilka sie spalilo na wegiel i natychmiast wyladowalo w smieniczce. pieke dalej a katem oka widze, ze malina cos zmywa namietnie. widze, ze nie ma w zasiegu jej slicznych raczek zadnych cudnych kieliszkow do cuveé, wiec pieke sobie spokojnie i pytam:
 - co tam tak myjesz, malinko?
 - placuszki - odpowiada rozradowana malina.
rzeczywiscie. placuszki zostaly przemycone ze smietniczki  do umywalki i malina myje je plynem do zmywania naczyn.
 - bardzo brudne sa. - mowi - takie strasnie brudne, ze carne, mamusiu.

myslalm, ze maz bedzie narzekal, ze zasmrodzilam caly dom. zapach spalonego oleju wdarl sie w kazdy zakatek. ale ja wyszlam za optymiste:
 - przynajmniej bede mial po was pamiatke na trzy dni.
wdzieczna mu bylam za taki mily stosunek do moich kulinarnych poczynan, ale zaraz mi minelo, bo nastepne zdanie - choc rzeczone rownie milym tonem - bylo juz nieco kasliwe:
 - ale z ta kuchnia indukcyjna to troche przesadzilas.
rozwiazanie zagadek.
1. lata malina po ogrodzie i robi glupie miny. glownie krzywi sie jak kiszona kapusta. dlaczego?

- w naszym ogrodzie wszystko zaroslo dziko. mielismy sie wyprowadzic i zupelnie zaniedbalam te dzicz. cala szopa zarosla jezynami. jezyny to siostry malin tyle ze nie dziala na nie zaden ariel ani persil. wszystkie sukienki maliny z poprzedniego lata maja fioletowe plamy (lylowe, ze tak powiem). w tym roku przeprowadzilam powazna rozmowe z malina, ze po pierwsze: nie wolno rozgniatac czarnych owocow, po drugie zbierac do miseczki i jesc przy stoliczku, po trzecie zaraz potem umyc raczki. i teraz malina oficjalnie stosuje sie do moich prosb, ale w tajemnicy zrywa pojedyncze jezyny, pakuje je do buzi i jakby nigdy nic, biega po ogrodku. tyle, ze jezyny sa jeszcze czerwone i kwasne jak cytryna. maline podnieca wlasny spryt i je to kwasne swinstwo zeby sobie udowodnic jak jej sie udalo mnie oszukac. niestety jej pokrzywiona buzia zdradza niecny uczynek...

2. maz telefonuje. dziwi mnie przyciszony ton, oczy rozmarzone i zmieszanie na moj widok. jestem pelna najgorszych przeczuc. czyzby?...

maz sprzedal dwa tygodnie temu ducati. teraz telefonuje od czasu do czasu z nowym wlascicielem i sobie opowiadaja o slicznej, czerwonej maszynie. a to stanela na zakrecie i nie chciala dalej, a to zaplacil kare za zbyt glosne rury wydechowe, a to nie zapalila, bo bylo za zimno... ale takiej wloskiej slicznotce wszystko sie wybacza i... kocha dalej.
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
mojito
maz lata po ogrodzie mimo ze leje. ale czy to moja wina, ze nazrywal melisy zamiast miety?
bursztynki.
malina codziennie maluje wszystko na niebiesko i mowi, ze to morze. czeka i czeka. poprosilam, zeby mi nazbierala bursztynkow nad morzem.
nie wiem ktora z obu pan jest bardziej przejeta: babcia czy wnuczka. telefonuja codziennie:
  - babciu, zabiezes mnie nad moze?
  - nad morze? tak. juz kupilam bilet na pociag.
  - muse mamusiu burstynki pozabierac. nad morzem.
  - bedziemy zbierac bursztynki! tak.
  - burstynki! lylowe i rozowe!
  - ale bursztynki sa zolte.
  - aaaa.... - malina rozczarowana.

nastepnego dnia:
 - babciu zabiezes mnie na moze?
 - tak. jedziemy pociagiem i bedziemy zbierac bursztynki.
 - bustynki. dla mamusiu.
 - tak malinko. rozowe i liliowe. - bacia nie chce rozczarowac dziecka.
 - babciu! burstynki sa ZOLTE!!!
niedziela, 13 sierpnia 2006
dwie zagadki niedzielne
1. lata malina po ogrodzie i robi glupie miny. glownie krzywi sie jak kiszona kapusta. dlaczegO?

2. maz telefonuje. dziwi mnie przyciszony ton, oczy rozmarzone i zmieszanie na moj widok. jestem pelna najgorszych przeczuc. czyzby?...


rozwiazanie we wtorek.
piątek, 11 sierpnia 2006
po nocnej zmianie.
moja ostatnia rozmowa po polnocy miala decydujace znaczenie. chcieli ze mna wszystkie liczby omawiac. a ja na to, ze i po angielsku i po niemiecku placza mi sie te cyferki bo juz po polnocy i ze moglabym ewentualnie po polsku. i ze nie ma co analizowac tylko sprawa jest jasna: albo spuszcza stowke, albo projekt juz w dzis w nocy jest anulowany. to jedyne co moge o tej porze nocnej, popolnocnej powiedziac, bo juz nie mam sily. albo podejma meska decyzje albo musimy poczekac az sie ogolna sytuacja na rynku poprawi i klienci beda mieli znow forse na piekne filmy. ale to sobie poczekamy kilka lat jeszcze. wzielam ich emocjonalnie i pod meska ambicje. zyczylam im pieknego dnia i sie pozegnalam. poszlam spac. nie moglam spac. o 2 w nocy nalalam sobie wrzatku do wanny bo myslalam, ze moze umieram tak mi bylo zimno. podgotowalam troche cialo i dusze i znow nie moglam spac. tym razem z goraca. o 6 poszlam sprawdzac maile. nic. pusta skrzynka. pomyslalam, ze polece do la na wlasny koszt, zeby im bezposrednio a nie przez zadna kamerke, powiedziec co mysle. wsciekla zrobilam sobie kawy i obudzilam meza zeby sie nie zloscic w samotnosci. a tu? a tu o 9 rano mail, ze udalo im sie spuscic prawie stowke. jezuniu. czyli, ze siedzieli tez do nocy - u nich to juz pierwsza w nocy! - i kalkulowali. chyba z radosci pojde sprzatac piwnice, bo mnie roznosi i moze warto te energie wykorzystac. w koncu mam urlop!!!
czwartek, 10 sierpnia 2006
nocna zmiana.
adrenalina. od jutra mam urlop. ale nie wiem czy sie liczy, bo siedze i pracuje. moj szef wlasnie sie smial, ze ma nadzieje, ze usa sie zdecyduje przed polnoca, bo inaczej przerwa na laczach: urlop! walka trwa. jesli ja wygram, zostane krolowa roku. szanse sa nikle, ale dopoki sa to sa! targuje sie jak jakas przekupka. jak wytarguje to jutro bede lezala caly dzien w wannie i nie bede robila nic.

troche to przytlumia tez glupie mysli. i ta naiwna wiara w sile pozytywnego myslenia. jutro operacja mamy meza. kiedy bede miala miec jakas powazna operacje to chyba bede chciala pozegnac sie z malina i mezem, bo przeciez wszystko sie moze stac i nie chce tak poprostu zniknac. trzeba miec sile na pozegnanie i nie zostawiac nikogo z ostatnia niewazna rozmowa o liliowych bucikach.
środa, 09 sierpnia 2006
kokosnuss.
czy mozna byc pileczka, ktora bez przerwy skacze? malina zobaczyla w sklepie orzech kokosowy. natychmiast zapalala do niego miloscia.
 - co to jest? co to?
 - kokosnuss.
 - kokosnuss! kokosnuss! kokosnuss! - malina przeskakala a ten sposob droge do samochodu. potem od samochodu do domu. potem czekala na tatusia z orzechem w ramionach, bo jej powiedzialam, ze sie nie umiem z tym obchodzic.
wraca tatus, malina skacze do niego z orzechem. tatus rozlupuje orzech. malina krzyczy na cala okolice zataczajac sie (wyskakujac sie) ze smiechu:
 - kokosnuss robi siusiu!!!!
a teraz zjadla go niemal sama, bo ja moge tylko kawaleczek. ale jak ktos skacze praktycznie bez przerwy to moze sobie na takiego tlustego orzecha pozwolic.
---
 - mamusiu, pobawis sie ze mna w kocka? co trzeba w sciane rzucac?


poniedziałek, 07 sierpnia 2006
butki.
buty to buty w malinowym trzyletnim swiecie. kupilysmy dzis nowe butki. mieciutkie i wygodne dlatego nie oponowalam kiedy malina sie na nie uparla. a jak zobaczylam, ze obejmuje je obnizka juz sie nie zastanawialam. wsiadamy do samochodu. malina w nowych bialych butkach w rozowe paseczki.
- ale masz adidasy! - krece glowa w podziwie.
malina patrzy sie na mnie pytajaco i zastanawia co ja chcialam przez to powiedziec. w koncu niepewnie wedle najnowszej przedszkolnej mody:
- sama jestes adidasy...

---
- mamusiu, wie heissen diese butki?
- adidasy.
- didasy. didasy. to ja mam te didasy? ha! ha!

---
popludniem gralysmy z malina krola skoczka - pierwszy raz w zyciu maliny. ja cale dziecinstwo gralam w krola skoczka na podworku. i jakos sie wzruszylam, ze wlasnie gram to ze swoja corka.
tata wraca i zamiast powitania slyszy:
 -  mamusiu, kupila mi didasy! - i malina macha nozka zeby tatus lepiej widzial.
i zaraz dodaje:
 - und jetzt spielen wir krolka kroczka!
krolek kroczek sie pewnie dziwi a ja sie smieje znowu.

niedziela, 06 sierpnia 2006
malina indyjska
malina przetanczyla ten dzien w spodnicach do ziemi obszytych dzwoneczkami i cekinami. wepchnelismy ja do szafirowego sari ozdobionego perelkami i szkielkami. gesto tkany jedwab o pieknym kolorze. cudne czerokie spodnie, ale jednak za male. spodnie jakos udalo sie scíagnac, ale gora... raz w panice raz zataczajac sie ze smiechu probowalismy wydostac maline z tego cuda. musielismy jej sprawic mnostwo bolu i bylam o krok i rozciecie jreacji nozyczkami. co i raz upominalismy sie wzajemni:
 - o gooootttt! du machst das kind kaputtttt!!!! - a malina stala cierpliwie znoszac wszelkie tortury, bo juz szykowala sie na spodnice w koleczka z dzwoneczkami. szkoda, ze nie zrobilismy zdjec, bo wiecej juz tego nie zalozy. na koa´lacje ugotowalam kurczaka w kokosowym mleku z chutney, bo mi maz narobil apetytu. szal z jedwabiu i kaszmiru, mimo, ze ogromny mozna zmiescic w garsci. niesamowite. ale zdjecia sa szokujace. maz ma tam leciec za miesiac lub dwa znowu i juz dzis nie ma ochoty. 
sobota, 05 sierpnia 2006
sobota. slonce i deszcz to tecza.
zaspalysmy smacznie. raniutko malina przyniosla bajke o swiniopasie i przysnelysmy jeszcze. malina zwinieta w cieply klebuszek. potem urzadzilysmy sobie sniadanie w kuchni na blekitnym stoliku z ogrodka. malina zrobila mi kawe a ja malinie kakao. raczylysmy sie chyba z godzine. potem wystroilysmy sie jak te lale na lososiowo i rozowo, narwalysmy platkow rozanych do posypywania panny mlodej i ruszylysmy w podroz.
 - mamusiu, my jestesmy takie dwa krolewna. ty jestes snieska krolewna - zachwycala sie malina moja dluga perlowo-losoiowa spodnica, o ktorej istnieniu nie wiedziala.
kierunek: starnberg. jak tylko zjechalysmy z autostrady tak zywo zaczelysmy wymieniac poglady na temat slicznych domkow, krow i kotow, ze zgubilysmy droge.
- chyba zgubilysmy droge. boje sie, ze sie spoznimy.
- o! matkoooo! - wola malina i w placz - uuu... nie ma drogi? uuu... do domu daleko! uuuu... zadzwon na tatusiu. jest w indiach. sybko! zadzwon na tatusiu!
spoznilysmy sie prawie pol godziny. panstwo mlodzi byli juz po slowie. w trzech jezykach, wiec wielu, wielu slowach. niesamowite widoki, alpy w tle, zielone wzgorza, kremowy jedwab powiewajacy na altarze, niedbale porozrzucane bladolososiowe roze. pan mlody z bali, panna niemka. malinie odjelo mowe, scisnela mnie za reke i wyszeptala w naboznym zachwycie:
- ma-mu-siu... krolewna. krolewna.
wszyscy ucieszyli sie, ze malina ma koszyczek pelen rozanych platkow i poprosili zeby posypala do zdjecia. strasznie to oburzylo maline, ktora uwazala, ze koszyczek jest czescia jej stroju i nic tu nikomu nie bedzie sypala. nawet tej krolewnie, ktora w dodatku nie ma butow. panna mloda musiala zadzierac sukienke i udowadniac, ze biale buty ma. potem malina latala i wszystkim opowiadala, ze krolewna ma biale buty. z pikniku nic nie wyszlo, bo strasznie sie rozpadalo, wiec siedzielismy przy stolach obsypanych rozami. altara na lace wygladala jak przygotowana do surrealistycznego filmu: wiatr rozwiewal jedwabne zaslony, roze obsypane perlami kropel deszczu. piekny widok. malina tez sie troche zapatrzyla na powiewajaca malowniczo materie i - pewnie oczarowana i odurzona atmosfera - oznajmila glosno:
- schau mal mamusiu, das gefängnis ist nass.
siedzacy przy stole parskneli smiechem. a nasz sasiad skomentowal, ze tylko dzieci umieja tak szczerze powiedziec to o czym dorosli ledwie maja odwage pomyslec. nie wiem czemu altara skojarzyla sie malinie z wiezieniem, ale bylo smiesznie.
malina zabrala kilka roz do domu. w samochodzie schowala je pod spodniczke i poglaskala:
- rozycki spaja sobie teraz. w ogrodku wsadze je do ziemi i bede ciagle je lewala.
w domu zrobilysmy sobie mala kolacje ze swiecami. nalalam sobie kielszek wina. malina podnosi do nosa szklanke z sokiem jablkowym przed stuknieciem na zdrowie i mowi:
- hmmm dobre. dobre do jedzenia.
alem sie usmiala. to nasze komentarze jak otwieramy nowe wino: albo tak pyszne, ze szkoda do obiadu, albo smaczne i pasuje do jedzenia.
sasiadka jak uslyszala, ze na wieczor jestem zaproszona na wesele zapronowala opieke nad malina, ale podziekowalam. jeszcze nigdy nie zostawilam maliny z kims z powodu zabawy. po takim pieknym dniu nie chcialam tez rezygnowac ze wspolnego wieczoru. juz dawno nie spedzilysmy takiego dnia, ze od rana do wieczora niemal bez przerwy trzymalysmy sie za rece. i juz dawno sie tak duzo nie smialysmy. usmiechy male i pekanie ze smiechu. piekny dzien.
piekny dzien ze smutna wiadomoscia wieczorem. moja tesciowa musiala juz dzis pojsc do szpitala. zamiast w czwartek. nic nie powiedzialam mezowi, ktory wlasnie wsiadal do samolotu. niech leci w spokoju. raniutko jedziemy go odebrac.

piątek, 04 sierpnia 2006
slub.
jestem niepraktyczna do granic mozliwosci. uwazam i sie narazam. jestem pewna. ale trudno.
otoz uwazam, ze oficjalne oswiadczenie, ze w prezencie slubnym chce sie pieniedzy jest w zlym stylu. ja wiem, ze taka praktyka, ze blizej zycia itp. ale trzymanie nog na stole tez jest w sumie wygodne a nawet zdrowe dla ludzi z zylakami i kobiet w ciazy. a mimo to jest przejawem zlego wychowania. podobnie z pieniedzmi slubnymi. moim zdaniem.
moja najlepsza przyjaciolka niemiecka tez sobie tak zazyczyla, wiec dostala a wesele bylo moja najlepsza zabawa w niemczech, ale mimo wszystko to zyczenie mi sie nie podobalo. przedyskutowalysmy to potem przy winie. dlaczego zyjemy w czasach, w ktorych za nic, ale to za nic nie mozemy przyjac prezentu, ktory nam sie ewentualnie nie podoba? dlaczego jestesmy tak do bolu praktyczni? w mojej niemieckiej rodzinie poprosilam, zeby nie obdarowywac sie wcale. wystarczy mi stres z wymyslaniem prezentow dla nich. po co mi stres z wymyslaniem prezentow dla mnie? zeby mi sie podobalo i zeby nie bylo za drogo i nie za tanio i zeby nie trzeba bylo szukac. to wole nic nie dostac. darowanemu koniowi... trzeba zaryzykowac. zdac sie na fantazje przyjaciol i rodziny. to moze wzbogacic nasze zycie. to nie jest projekt architektoniczny, gdzie wszystko musi byc zaplanowane. to jest zycie i trzeba od czasu do czasu poddac sie przypadkowi i polubic cos w innym guscie niz nasz.
naszly mnie te refleksje, bo wlasnie studiuje droge na slub kolezanki z pracy. jutro. i w koncu mam czas na dokladne przeczytanie zaproszenia. a tam jest napisane, ze zaraz po slubie bedzie lunch na trawie. pieknie, mysle sobie. i zaraz potem czytam, ze prosi sie o przyniesienie pledow na trawe w kolorach pastelowych, zeby nie burzyc pastelowego wystroju. kurcze, az mi sie jakos odechcialo. moj pled na trawe jest blekitno-kremowy, wiec pewnie ujdzie ale jakby byl pomaranczowo-czerwony to mam z malina lepiej siedziec na trawie? zimno i niezdrowo. albo trzeba bylo zapewnic pledy dla gosci albo zyc z tym co maja. kiedys myslalam, ze to jakies niemieckie zboczenie. jednak po  kilku slubach w anglii, alzacjii i hiszpanii nic mnie nie zdziwi. niezmiennie dziwi mnie jednak, ze calkiem mili, sympatyczni ludzie nagle z powodu swojego slubu traca cala klase i robia dziwne rzeczy. dla mnie dziwne.
daleko i blisko. z trudnego w latwe.
to bylo najtrudniejsze pol roku odkad jestesmy razem. wystawiona na probe nasza cierpliwosc i poczucie wlasnej wartosci. swiat zawirowal wszystkimi atomami. kazdy kamyk sie poruszyl i wlasnie chyba huragan ustaje, piach opada, wszystko sie uspokaja. czujemy sie jak po walce. z kurzu wylaniaja sie bohaterowie: umorusani, zmeczeni ale szczesliwi. a od wtorku chyba nawet wezma urlop. na cztery dni. na wiecej nie ma czasu.
wlasnie pomilczelismy sobie na linii monachium bombai. takie milczenie: tesknie i wracaj. najpierw obgadalismy blekitne sari dla maliny i bialy szal z kaszmiru z jedwabiem. a potem pogratulowalismy sobie sukcesu. a potem nie moglismy juz nic mowic, bo nagle odleglosc od wieczornego piatku do porannej niedzieli wydala nam sie nie do przezycia.
verliebt.
dzis pozegnalismy wychowawczynie maliny. idzie na emeryture i w przyszlym roku bedzie przychodzila tylko w czwartkowe popoludnia zeby z dziecmi rzezbic i malowac. byly spiewy, skrzypce, flet, ciasta i kompot truskawkowy. dzieci bardzo przejete i skupione. kazde podarowalo pani symbopliczny prezent na nowa droge: biedronke, zeby szczescie przynosila, slonia zeby troszczyl sie o dobra pamiec, siec ktora ma trzymac spelcione wiezy przyjazni, slonce, usmiech... bardzo wzruszajace i piekne pozegnanie. malina nie umie stac jak inne dzieci. podskakuje, wierci sie, macha raczkami, kreci glowka. tlumacze sobie, ze choc jedna z wiekszych to najmlodsza a uroczystosc byla dosc dluga. potem stala z kolega za raczke. strasznie grzecznie. tak sobie myslalam, ze bardzo mi sie ten 5-letni mlodzieniec podoba i ze... bardzo podobny do mojego meza. smieszne.
jedziemy do domu. opowiadam, ze tatus wraca pojutrze i pojedziemy po niego na lotnisko. malina zamyslona patrzy przez okno:
 - tatus, ty i ja... wir haben uns verliebt, oder?
i lapie mnie za reke i tak jedziemy w milczeniu. i znow musze zmieniac biegi lewa reka.
czwartek, 03 sierpnia 2006
gladiole.
nigdy w zyciu nie kupilabym gladiolii z wlasnej woli. takie mi sie wydaja koscielne i nie pasuja do domu. ale co dzien przejezdzamy w drodze do przedszkola kolo pol kwiatowych, gdzie wrzuca sie pieniazek do puszki, bierze nozyk i wycina 6 albo 10 kwiatkow. taka samoobsluga i kwiaty tanie a swiezutkie. kilka razy nazbieralysmy slonecznikow. teraz wyrosly gladiole. malina marzy o nich co rano. wczoraj ucielysmy 10 sztuk. takie zielone badylki z zielonymi paczkami. wsadzilysmy w wielki szklany wazon i dzis rano paki buchnely czerwienia, rozem i fioletem. naprawde pieknie i wcale niekoscielnie. malina oniemiala rano z zachwytu i z przejecia wszystko jej sie pomylilo:
- mamusiu, popatrz. jak sie kwiatki ROZWIEDNELY!!!!
 
1 , 2
Archiwum