wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 23 sierpnia 2007
wakacje.
calkiem niespodziewanie zwykla kolacja w ogrodzie zamienila sie w magiczny, pelen wzruszen wieczor. zrobilo sie ciemno, zapalilismy swiece, malina biegala po krzakach z latarka i szukala jeza. bez skutku. wino, cieply wiatr, tatus spozniony z powodu korkow i nastepne wino. wyciagnelam z piwnicy mini - fajerwerki a babcia z malina zaprezentowaly cala rymowana bajke o kopciuszku. dlugi wiersz pelen trudnych slow (stangret, splonione lica, pasuje jak ulal) z gestykulacja i intonacja. tatus malo nie zjadl tego dziecka na zakonczenie. moja malinka a jednoczesnie odrebny, interesujacy, piekny czlowiek.
dzis wieczorem zadnych recytacji i zabaw do polnocy. skladanie, pakowanie, upychanie i pewnie szukanie ostatnich drobiazgow a skoro swit wyruszamy w droge. najpierw noc na promie potem piekna podroz kretymi drozkami do celu: zagubione wsrod wzgorz miejsce na skraju morza. nieodkryta przez turystow kilometrowa plaza z piaskiem jak maka i druga pelna kamieni glaszczacych oblosciami dlonie. trzy tygodnie na sardynii. pewnie piersze kilka dni bede dusza w monachium ale potem dam sie poniesc rytmowi fal, wiatru, muzyce, smakowi wina. bedzie dobrze.
wtorek, 21 sierpnia 2007
body shop
tak sie krecimy z mama i szukamy pewnej maseczki porzeczkowej. kupujemy maseczke miodowo-chmielowa z powodu genialnego zapachu, szczotke na cellulitis, bo najlepsza na swiecie, krew witaminowy, bo taki rozowy. no i tak sie jezcze rozgladamy. a za nami caly czas drepcze pani sprzedawczyni i ciagle mnie zapewnia:
- ale slodka dziewczynka! no jaka milutka! sliczne dziecko...
przechodzimy do czesci z kosmetykami do wlosow. a pani za nami i nie moze sie malinie nadziwic:
- ale ona fajna!
- no tez tak uwazam. - zgadzam sie uprzejmie.
zbieramy jeszcze kilka drobiazgow i i dziemy placic. pani odprowadza nas do kas y i orzy kasie zaczyna wymyslic czym by maline uszczesliwic. mydelko rumiankowe. kokosowy blyszczyk do ust.
- a jaki zapach lubisz najbardziej? waniliowy? truskawkowy? malinowy?
malina zastanawia sie krotko.
- malinowy, bo mamusia mowi do mnie malinka. ale po polsku. - dodaje jeszcze. pani nalewa jej wiec do buteleczki malinowy plyn do kapieli, do pudeleczka krem malinowy do ciala. w kolejce nikt sie nie niecierpliwi, bo dyskutuje z malina i wszyscy sie smieja. mowie:
 - ojej o jak sie tak malinowo wykapiesz i nakremujesz to tatus cie nie pozna! pomysli moze, ze to jakas malinka lezy w lozeczku?
 - taaak! - smieje sie moje dziecko rozowe, ale zaraz dodaje na powaznie: - ale powiesz mu, ze to ja?! tak?


w domu.
rozpakowujemy skarby znad morza. kamyki, muszelki, pocztowke z piaskiem. jakis dziwaczny zegarek.
 - to jest od rubiku.
 - od czego?
 - od rubiku. bo chodzilam do rubiku
 - do czego?
babcia podpowiada:
 - na aerobik.
z  namaszczeniem malina wrecza statka tatusiowi a tatus - ktory nienawidzi bibelotow - z namaszczeniem stawia sobie to cudo na biurku.
 - a teraz - szepce przejeta malina - dla nas mamusiu. latarnia morska
i malina wyplatuje z bibulki malutka latarnie.
dostaje takze zielone kamienne serduszko po czym malina pada na sofe i zaczyna okropnie plakac. nie wiadomo o co chodzi. nic nie boli a dziecko az nie moze zlapac oddechu od placzu. nic nie pomaga. w koncu przytulam ja i mowie zeby mnie mocno przytulila. bardzo mocno. ze wszystkich sil. pomaga. stawiam na stol zupe dyniowa. malina kreci glowka:
 - za malo...
dokladam. po kolacji dziecko pada i zasypia w trzy minuty.
z nowosci w przemalowanym pokoju z lylowa sciana, z nowym regalem, z nowa posciela najbardziej podoba jej sie papierowy listek z zakonczenia oprzedszkola sprzed miesiaca.
 - no ciagle go szukalam! myslalam, ze zginal.


poniedziałek, 20 sierpnia 2007
zu wege bringen
Kennst Du das Gedankenspiel mit 10 Minuten, 10 Tage, 10 Monate, 10 Jahre*?
Du stellst Dir eine Situation vor
- die, in der Du steckst
- oder die, für die Du Dich entscheiden könntest
und dann überlegst Du, wie es Dir geht in den verschiedenen Zeitabschnitten (*).

ich habe drei wege. alle sind gut.

niedziela, 19 sierpnia 2007
malinowy powrot.
czuje sie jak kiedys przed gwiazdka. jutro o 2 wsiadaja w samolot i leca. przyleca wreszcie. jutro przed kolacja malina starym, rocznym juz zwyczajem powie: segne vater diese speise... i swiat wroci do swojego rytmu.

czwartek, 16 sierpnia 2007
po slubie - dunska nominacja do oscara
wrzyna sie we wszytskie rany, leki, niepokoje. "po slubie" to film, ktory wyrezyserowala kobieta: susanne bier. juz dawno, dawno nie widzialam filmu, ktory tak by mnie poruszyl. pierwsze zadanie na jutro: odszukac te dunska rezyserke. wszystko mnie boli od tego filmu i jakas oczyszczona jestem. i plakac mi sie chce i smiac. i meza kocham i za malina tesknie i ciesze na jutrzejszy dzien, na prace, na ogrod, na niepogode. choc czuje, ze ten dzien jak wszystkie inne nie ma sensu. wszystko znaczy wszystko i jest niczym. uwazam, ze to powinien byl byc oskar za zagraniczny film. dla mnie jest.
ale sie smieje.
- tatusiu, mam dla ciebie prezent, ale ci nie powiem co bo... to jest ....prezent!
- niespodzianka? tak?
- tak!
- mamusiu?
- tak?
- a dla ciebie mam NIC!
- oj... to chyba jestem smutna....
- nie smucaj sie, bo wiesz, ze my mamy laternie morska. rozowa! nie placz co?
- nie placze!
- slysze, ze placzesz.
- nie! nie!
- nie plakaj. jak chcesz to ci dam ta latarnie. rozowa jest!





prezenty.
dzieki konspiracji telefonicznej wiem, ze malina w koncu znalazla prezent dla tatusia. zaaferowana wola do sluchawki:
 - mamusiu! ich habe...
 - malineczko, uwazaj, bo tatus slucha a to ma byc tajemnica!!! - smieje sie.
wiec malina poufnym szeptem:
 - mamusiu... ich... habe...
 - wiesz co? mow po polsku.
 - mamusiuuuu, kupilam tatusiowi prezent.
 - taaaak? a jaki?
 - kupilam statka.
 - statek? no to pieknie. piekny prezent.
 - statka. tak. a sobie kupilam mala latarnie morska. z kamieni. rozowa.
 - taaaaak? a dla mnie tez cos kupilas?
 - ....hmmm... nie... mmmmmm, ale mozemy podzielic sie latarnia morska. jak chcesz to mozesz ja tez troche uzywac, wiesz?
środa, 15 sierpnia 2007
swietowanie.
swieto. mialam dzis lezec na lezaku i czytac. ale wczoraj do do polnocy szukalam mojego rezysera i producenta po swiecie. dzis rano wyciagam ich telefonicznie z lozek i zmuszam do wzajemnej komunikacji zeby o 14 zagnac do walki o projekt. agencja siedzi w düsseldorfie i nie ma swieta, wiec nie widzi problemu. bezboznicy. dziwia sie czemu rezyser jeszcze nie przeczytal skryptu. no to po co podpisywalam umowe o tajemnicy? no zeby rezyser dowiedzial sie o co chodzi jak przyjdzie pozwolenie z agencji. mialo przyjsc w czwartek, przyszlo wczoraj wieczorem a juz godzine pozniej agencja dziwi sie... niech sie dziwi. niech sie zadziwia na smierc. czuje sie jak pasterz, ktory probuje zagonic owce do zagrody. a kazda owca opieszale, leniwie i bez sensu probuje pojsc w inna strone. 
wtorek, 14 sierpnia 2007
nie wiadomo.
 - mamusiu, moge sobie kupic latawiec?
 - nie tam. po co ci latawiec?
 - do latania po wiatru!
 - ale masz juz jeden.
 - ale ten jest z krolewnami! jak chcesz to ci troche dam polatac.

tatus przejmuje sluchawke.
 - tatusiu, moge sbie kupic latawiec.
 - oczywiscie. jaki?
 - kwadratowy.

dopiero po odlozeniu sluchawki okazalo sie, ze wersje sa odmienne. czyli albo malina kupi dwa latawce, albo latawiec kwadratowy w krolewny.
klejnoty.
 - mamusiu, kupilam sobie piekny naszyjnik.
 - tak? jaki?
 - swiecajacy!
plan: przelozenie planu na pozniej.
mojito. i jeszcze jedno. platanie sie wieczorne po uliczkach monachium. i wino w ogrodzie. zajmowanie sie planem przekladam na wrzesien. najpierw wakacje. dzis oglosilam, ze przynajmniej na jeden tydzien wylacze komorke kompletnie. na dzwiek telefonu dostaje skurczu zoladka i nawet zmiana dzwonka nie pomogla. jestem zmeczona. 
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
czekanie.
 - bylam wlasnie w twoim pokoju. twoj misiek polarny bardzo teskni za toba.
 - a amelion tez teskni?
 - tez.
 - a amelia?
 - tez.
 - jak jeszcze raz wyjade to zabiore amelie i ameliona.
i pokoj czeka odmalowany na bialo i jedna lylowa sciana i nowy regal i mamusia i tatus. caly weekend malowalismy, ustawialismy, wieszalismy, ukladalismy.
piątek, 10 sierpnia 2007
plan.
tydzien temu w berlinie przegadalam z przyjaciolka cala noc. omowilysmy plan sprzed dwoch lat, zmodyfikowalysmy go, odjelysmy troche ryzyka, dolozylysmy dwa lata doswiadczen. niestety nastepnego dnia, po otrzezwieniu nadal uwazalysmy, ze plan jest optymalny. dwa dni pozniej opowiedzialam o tym mezowi przy cudownej wloskiej kolacji. ku mojemu przerazeniu zamiast mnie wysmiac jak dwa lata temu, maz z blyskiem w oku pochwalil mnie za genialny plan, dolozyl dwa pomysly i przyznal, ze jest pod wrazeniem. dzis opowiedzialam o tym mojej klientce-przyjaciolce. ona jest za. totalnie za. upilysmy sie na to konto. i teraz to juz naprawde jestem w rozterce. tesknie za weekendem, zeby odpoczac od myslenia.
czwartek, 09 sierpnia 2007
na lotnisku z rana.
jeszcze pol godziny do samolotu. ide sobie ogladac ksiazki. ktos podchodzi z tylu. strasznie blisko. dotyka moich ramion. setna sekundy przemyka mi mysle, ze to maz, ale maz daleko, wiec ktos chce mnie okrasc lub zabic. przestraszona odwracam sie gwaltownie, ksiazki malowniczo sfruwaja na ziemie. natychmiast zjawia sie ochrona lotniska. przede mna stoi moj szef i ma strasznie glupia mine. to mial byc zart a zrobila sie afera. musialam tlumaczyc ochronie, ze znam tego pana i ze nie chcial mnie mnie okrasc. po czym nasze drigi sie rozeszly: ja lece do hamburga, on do londynu. jestem obudzona, nawet nie potrzebuje drugiej kawy.
środa, 08 sierpnia 2007
tesknota
 - u pani karoliny ucze sie tancowac. - relacjonuje malina.
na helu goraco:
 - skakam po falach, mamusiu!
poszly dzis kupic powrotny bilet. malina poplakala sie, bo myslala, ze juz wyjezdzaja. nazbieraly kamyczkow, zeby zobaczyla ile jeszcze dni zostana nad morzem. to ja uspokoilo. a co wieczor chce dzwonic, zeby mamusia przyjechala. i ciesze sie i smuce. za dwa tygodnie sardynia, olbrzymi prom, znow morze, ale cieplejsze, dzieci gadajace po wlosku. trzy tygodnie moze sobie malina skakc, latac robic co chce. ale pierwsze dwa dni musi ze mna siedziec i sie przytulac. czy chce czy nie. ja tu rzadze.
obiecanki cacanki.
skoro swit lece do hamburga. w piatek z hamburga na spotkanie do sztokholmu. tylko trzy godziny i zurück. lepiej bym skoczyla do maliny na hel. jestem strasznie zmeczona. makaron mi napisala, ze gdyby miala moja prace to zostalaby alkoholikiem, bo boi sie latania i bez picia nie poleci. za kazdym razem kiedy startuje samolot obiecuje sobie, ze juz niedlugo dam sobie spokoj, ze to nie jest zawod dla mnie. i tak juz sobie obiecuje kilka lat.

wtorek, 07 sierpnia 2007
nareszcie pada deszcz!
krecimy spot dla waznego klienta. jedna lokacja zewnetrzna. pogoda w bawarii genialna i wyglada na stabilna. asystent produkcji ma zadanie doglebne badanie pogody, bo jakby mialo padac to musimy zmienic lokacje na inna, bardzo droga. klient musi doplacic kupe forsy a nie chce i tlumaczy, ze pogoda jak drut. a tu wczoraj calkiem normalne wiadomosci radiowe komunikuje, ze popoludniu deszcz. klient na to, ze eeeeetam. no to my oficjalna prognoze pogody zamawiamy potwierdzona przez notariusza i zmieniamy lokacje. klient ponosi koszty. a dzis slonce jak malowane i okropna atmosfera na planie. az o 5 spadly pierwsze krople. kap. kap. kap. na dusze producenta. na dusze szefa i moja. chyba nikt tak dzis nie wyczekiwal deszczu jak my. po pierwszych kropelkach moj producent nie wytrzymal i rzucil w klienta spojrzeniem: a widzisz ty! i nagle zrobilo sie strasznie milo. a my jestesmy najlepiej planujaca produkcja na swiecie.
znajomosci mojej mamy.
mama stala sie gwiazda na helu. dom za siatka wynajmuje pewien bardzo znany pan. pan przyjrzal sie mamie i mama nie wytrzymala:
 - tak. tak. pewnie mnie pan poznaje. jestem mama lylowej.
 - no... no wlasnie tak myslalem.
 - a to jest jej coreczka. malina.
 - o rany! jaka ladna! - zawolal pan i zlapal sie za glowe. sam ma dwoje dzieci. powspominali sobie przez siatke jak go moja mama nie lubila i nie wolno mu bylo mnie odwiedzac i musialam sie z nim spotykac w tajemnicy.
mama szczesliwa, zrobila prawdziwa kariere wsrod swoich wakacyjnych kolezanek od kawusi. (wszedzie indziej pije sie kawe, ale na helu kawusie. to wymysl maliny, ktory przyjal sie wsrod znajomych). tylko na samej malinie nie zrobilo to najmniejszego wrazenia, bo dzieci sasiada troche dla niej za stare.

czwartek, 02 sierpnia 2007
berlin
gdyby moj maz znalazl tu prace, przeprowadzilabym sie jutro. to byloby moje miejsce na ziemi. tetno warszawy, macosza warszawa, ersatz, plaster na dusze. trendy, easy, cool. tu mozna stapac po ziemi i bujac w chmurach.
Archiwum