wrzos. malina. wspolnie i osobno.
Kategorie: Wszystkie | Malina | Praca, mąż | Wpisy z TS-u
RSS
czwartek, 21 sierpnia 2008
wielkosc wzgledna.

maz poszedl obejrzec samochod. poniewaz znana jestem z przesadzania maz spodziewal sie jakiegos zadrapania. mowie, ze w dziure w zderzaku mozna wlozyc dwa palce, wiec on mysli, ze chodzi o dziurke wielkosci szpilki. wraca skrecajac sie ze smiechu:
- dwa palce???! ja tam moge cala piesc wsunac!!! jedyna korzysc to to, ze na promie zaoszczedzimy, bo auto krotsze!!!

czy ja juz kiedys pisalam, ze w tym facecie sie zakochalam, bo nie jest malostkowy? uwielbiam to.
ostatnie godziny przed.
rano maz kazal mi jechac jego samochodem do pracy to szybciej wroce. na autostradzie daja mi rade tylko porsche i inne szybkie wariaty. sam zostal w home office i z malina, ktora nie ma przedszkola, bo sa wakacje. parkujac pod biurem walnelam w smietnik i zrobilam dziure w tylnym zderzaku tak, ze wgniecenie ma wielkosc pilki a w dziure mozna wsadzic dwa palce. zaplakana dzwonie do meza a on juz w wakacyjnym nastroju:
- jechac sie nim da?
- da...
- no to co sie martwisz? najwazniejsze, ze jezdzi. a pozytek z dziury taki, ze nikt nam samochodu nie ukradnie. bo kto by chcial taki dziurawy???
podbudowana jego optymistycznym podejsciem do zycia wpadlam na przejezdzajacego rowerzyste. razem wyladowalismy na ziemii, oboje tak przestaszeni, ze tylko sie przeprosilismy i kazde ruszylo w swoja strone. dopiero potem poczulam jak jestem rozbita.
w biurze totalny alarm, dostalam od zaprzjaznionej producentki wielki projekt, wiec wszytko co mialam dzis pieknie zalatwic, zeby miec spokojny urlop odlozylam na bok i bedzie musialo to na mnie czekac trzy tygodnie. potem wstapilam do fryzjera nad podciecie grzywki, wiec wygladam jak swiezo skoszona trawa,
a teraz biore sie za pakowanie. zadanie nielatwe, bo a to musze odpowiadac na jakies wazne maile, telefony albo przeganiac maline, ktora euforycznie wyciaga juz zapakowane kolko-slonko do plywania albo mate w rybki albo siatke na rybki.
maz wlasnie zaoferowal prosecco, zeby sie w wakacyjny nastroj powoli wprowadzic. skoro swit ruszamy. pierwsze wloskie espresso bedzie cos kolo poludnia a noc na olbrzymim promie w slicznej kajucie. malina ma z helu czapke marynarska i marynarska bluze. swiezo uprana i wyprasowana czeka na wyruszenie z portu.
a potem 3 tygodnie na sardynii. woda, woda, slonce, woda i my.


***


środa, 20 sierpnia 2008
rakiety
czytam polskie i niemieckie artykuly i komentarze w internecie. boli mnie brzuch. to strach, ktory moje pokolenie wypilo z mlekiem matki.
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
wieczor z malina.

nie mozem sie nadziwic temu dziecku. dziecku? przy stole siedzi ktos, kto rozumie dowcipy, kto dociekliwie wypytuje o co chodzi, jak akurat sprytni rodzice powiedzili cos, co wydawalo im sie tylko dla nich zrozumiale, ktos kto na pytanie:
 - malinko, chcesz troche salaty?
odpowiada:
 - tak. poprosze. ale tylko troche. wiesz, ze nie przepadam za salata.
a mnie reka zawisa w powietrzu. z kim ja gadam? co to za panna? potem sprzatamy ze stolu. malina bez zachety pomaga znosic naczynia ze stolu do kuchni. usmiecham sie tylko i nagle malina potyka sie na progu i pada w rozpryskujacej sie fontannie z kieliszka i miski, ktore to wlasnie probowala doniesc do zmywarki. to jest ulamek sekundy, przestraszona z okrzykiem podrywam maline w powietrze, zeby sie nie skaleczyla. podloga pelna kawaleczkow szkla. malina placze wniebioglosy.
 - gdzie cie boli? skaleczylas sie? gdzie? gdzie? - wypytuje.
ale malina placze tylko i wyje jak syrena.
 - boli cie cos?
 - nieeeeeeeeeeee......
 - skaleczylas sie?
 - nieeeeeeeeeeee...
 - ojej... - przytulam ja i przytulam, ale ona placze i placze. niezle sie walnela o kamienna podloge.
 - czemu tak placzesz? jeszcze boli?
 - bo ty tak krzyknelaaaaaas i sie przetraszylaaaaamm...
 - oj przepraszam! tak krzyknelam, bo to ja sie przestraszylam.
w sekunde maliny przerazliwy placz przemienia sie w usmiech pelen lez. dziecko wyczuwa dobry moment na zagranie na moich uczuciach. lody? dwie bajki zamiast jednej? jelly belly?
 - no to mnie kap. bo moze jestem skaleczona, ale nic nie widac? jak mnie wykapiesz to zobaczymy. - usmiecha sie malina od ucha do ucha.


malinowe kosci

sztukujemy jak mozemy. przedszkole zamkniete a my nie mozemy wziac urlopu, bo od piatku mamy... urlop. wymieniamy sie malina. praca na tym nie doznaje uszczerbku, a malina bardzo zadowolona. dzis rano byla z tatusiem u fryzjera. potem tatus pedzi na spotkanie ja przechwytuje maline w biegu. malina przejeta opowiada o fotelu do masazu. lezala na nim pol godziny i niemal przysnela na najdelikatniejszym programie: masaz relaksujacy.
 - mamusiu, tak mnie masowalo, trzeslo i kiwalo. i teraz wszystkie moje kosci z tylu sa bardzo szczesliwe!!!


piątek, 15 sierpnia 2008
marzenie malinowe.
 - dziewczynki beda kiedys mamami, chlopcy beda tatusiami...
 - tak.
 - a ja?
 - no a ty?...
 - ja bym chciala byc... hmmmm... policyjka.


czwartek, 14 sierpnia 2008
piatek w czwartek.
jaki cudowny koniec tygodnia. wygrany wielki projekt. ciuchowe i jedzeniowe fantastyczne zakupy z malina i babcia. jutro wycieczka na jezioro bodenskie. prosecco i dobry humor mimo zmeczenia. dzis jest wlasciwie piatek. jutro wolne. uffffff.


*****


na zakonczenie dnia, czekajac w kolejce pod wieczorny prysznic zagladam na poczte. wygralam dwa bilety do kina w twoim stylu. piekna pointa tego piatkowego czwartku.
środa, 13 sierpnia 2008
smutny wylot.
mama z malina wyjechaly na hel. wsadzilam je do pociagu i na piechote poszlam na nowy swiat. w niedziele o 8 rano nowy swiat nalezy do mnie w calosci. otwarte jest tylko caffee heaven i jestem jedyna, samotna klientka. zamawiam papierowy kubel kawy, naciagam kapturek na uszy, zeby mi poranny wiatr nie przewial uszu i czytam wysokie obcasy od deski do deski. raz do roku tak tam siedze i tak czytam i robie zdjecie. potem jade do miasta zakupow czyli arkadii. napad na taniutka bielizne z etam i kilka toreb ksiazek dla mnie i dla maliny i na prezenty dla polskich kolezanek malinowych. obladowana jak wielblad jade do domu. potem spotkanie sentymentalne. potem zywiec na dobry sen. sen nie przychodzi. melancholia trzyma mnie w nieprzyjemnym stanie kompletnej rzeskosci, kiedy wlasnie tesknie za zdrowym spaniem, bo skoro swit wskakuje do samolotu a potem prosto z lotniska pedze na bardzo nieprzyjemne spotkanie. blogoslawiony zywiec nie pomaga. wierce sie i wierce a kiedy juz czuje, ze zasypiam, dzwoni budzik. ide pod prysznic. glupich mysli nie da sie zmyc zadnym mydlem. boje sie takiego przyjazdu do polski, kiedy nie bede mogla wsadzic mamy do pociagu, kiedy jesli bede sama w tym mieszkaniu to bede sama, kiedy ta kuchnia przestanie byc jej ulubiona kuchnia a lazienka jej wymarzona lazienka a sasiedzi znani jej z nazwiska i codziennych historii, kiedy obrazy na scianach straca swoj kontekst. dobrze, ze czas mnie goni, bo bym stala pod prysznicem i ryczala bez sensu. oprocz walizy pelnej ksiazek mam wielka torbe pelna ksiazek. jest tak rano, ze mam do wyboru kilka checking desk lufthansy. wloke sie do mlodej dziewczyny. wciskam walize i torbe na tasme i pytam czy moje miejsce to gang, bo boje sie siedziec przy oknie. pani kiwa glowa, ze gang, ale niestety za nadbagaz to bede musiala zaplacic. jestem jakos zniechecona, smutna, zmeczona, jakos strasznie sama na tym pieknym nowiutkim lotnisku, ze jej uwaga jakos nie robi na mnie wrazenia:
 - mam nadbagaz? tak?
 - tak trzeba placic. - pani przebiega palacami po klawiaturze kalkulatorka - 140 euro.
jezu jak mi smutno, ze wylatuje z warszawy, ze malina jest na helu, ze czeka mnie meeting w monachium, przed ktorym trzese sie ze strachu i nawet waga jest przeciwko mnie.
 - tyle pieniedzy? tam sa tylko ksiazki...
 - tak. ksiazki sa zawsze ciezkie. niech pani je komus zostawi.
 - nie mam komu. - nie widziec dlaczego zalamuje mi sie glos.
 - no to trzeba placic, co?
 - trzeba. trzeba. moge karta? - w oczach zbieraja mi sie lzy. ale jest mi wszytko jedno. najchetniej wzielabym taksowke i wrocila do domu. jakies totalne, emocjonalne dno.
 - odejme pani troche, bo nie ma pani bagazu podrecznego. a zaplacic prosze tam! - pani podaje mi karteczke i wskazuje okienko na drugim koncu pustego lotniska. powstrzymuje lzy i wloke sie noga za noga. docieram do okienka. nagle z tylu ktos mnie napada. umieram ze strachu na miejscu. a to ta pani lapie mnie w ramiona i wydziera karteczke-rachunek z reki:
 - niech pani to odda! nic nie bedzie pani placic. tylko cicho.
 - ale czemu?
 - bo pani jest taka smutna, ze nie bede mogla przez pania caly dzien pracowac.
wciska mi do reki bilet. przechodze przez bramke. oczy mi puchna. ogladam stoisko z bizuteria i znow rycze. siadam sobie w kacie, zeby mi nagle nie zaczeli dawac za darmo pierscionkow. bo ja taka smutna.
monachijski meeting jeszcze gorszy niz sie obawialam. deszcz. zimno i maz w usa. i jak uwielbiam samotnosc tak tego dnia smakowala mi ona bardzo, bardzo gorzko.




prasowanie.
co jakis czas odwiedza mnie w niemczech mama. w wielu mieszkaniach , w ktorych mieszkalam, w trzech roznych miastach. i zawsze prosze ja zeby nie pracowala. nienawidze jak ktos prasuje moje rzeczy. nie wiem czemu. jak widze, ze ktos prasuje moje rzeczy to mnie to doprowadza do szalu. niania, ktora przchodzila do maliny kiedys prasowala nawet majtki i skarpetki i az sie we mnie gotowalo, wiec prosilam ja wielokrotnie zeby tego zaprzestala. nie mogla. ciagle musiala cos wyprasowac. moze ja jakas psychiczna jestem czy co? kiedys sie z mama o to klocilam do lez, potem staralam sie ignorowac, samej sobie tlumaczyc, ze kazdy by sie cieszyl z wyreczenia z prasowania. ale ja jakos nie umiem. i choc wiem, ze zawsze bedzie tak samo, zawsze od nowa mnie to zlosci. tym razem wyprasowalam wszystko co do ostatniutkiej rzeczy. ide do pracy. wracam. moja matka stoi w kuchni i prasuje. uprala cala pralke malinowych rzeczy z helu, szybko wysuszyla na sloncu i prasuje. oszaleje chyba. chyba pojde z tym do psychologa, bo zwariuje.
wtorek, 12 sierpnia 2008
droga na wojne.


wojna zaczyna sie w naszych sercach, strachu przed nieznanym, przez lenistwo umyslu, przez rutyne doswiadczen, plemiennym i jaskiniowym: inne jest zle.
wojna zaczyna sie juz tuz obok nas. tu i teraz, kiedy mowimy, ze czarni to brudasy, polacy to pijacy i sprzataczki, rumuni to brudni zlodzieje, zolta bezwladna masa zaleje swiat, amerykanie sa bezmozgowcami co jedza fastfoody i przeskakuja z kanalu na kanal, rosjanki to najlepsze prostytutki, wloszki sie brzydko starzeja, cyganie kradna dzieci. dostaje gesiej skorki nawet wymieniajac te parszywe stereotypy myslenia, przesady, zasciankowe wierzenia.

to slysza nasze dzieci, to powtarzamy przy stole w restauracji, na forum internetowym i nawet nie czujemy jak sie zbroimy, wyjasniamy kto po czyjej stronie, jak brukujemy wlasna glupota i nietoleracja, ciasnym umyslem droge na wojne.


moj swiat wraca do normy.
jak patrzylam wczoraj na te ozlocona sloncem chudzinke, ktora wybiegla do nas na lotnisku to az troche stracilam oddech. w marynarskiej bluzie i czapce marynarskiej jakby dluzsza, oczy jak iskierki, leciutka jak piorko. nie do wiary, to cudo to nasze dziecko! malina na oslep rzucila sie na nas z taka ufnoscia, jakbysmy byli olbrzymim, miekkim materacem. i nagle wszystko zaczelo byc w porzadku.


moj maly swiat zaczyna znow krecic sie w moim rytmie.


tablica z przylotami. loty z tbilisi odwolane. gdyby mozna bylo nie czytac wiadomosci. ale nie mozna. pamietam jak wychowana na polskich drogach i innych wojennnych filmach ciagle balam sie wojny i hitlerowcow. wtedy ojczym pocieszal mnie, ze taka wojna juz sie nigdy nie powtorzy, ze teraz kraje powiazane sa takimi ukladami, przyjazniami, ze nikt nie moze bezkarnie wszczac wojny w europie. to wystarczylo kilkuletniej dziewczynce, zeby spokojnie zasnac. ale to tylko bajki dla malych dzieci. wojna dzis jest tak samo realna jak 60 lat temu.
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
inspiracja kieslowskim
http://www.youtube.com/watch?v=q3kuguvGra4

poszlismy na to w sobote a potam cala noc sluchalismy satie.



malina z czaszka.

- ... i wiesz co?... mam czaszke na oko.
- co masz?
- czaszke.
- jak to?
- takie cos na oko.
- aha... ale co?
- no jak pirat. na oko czaszka!


piątek, 08 sierpnia 2008
widziec wiecej.
poczytalabym o antropozofii po polsku, ale znajduje glownie jakies artykuly o herezji. tylko tyle:

http://www.gnawrocka.com/pdf/rudolfsteiner.pdf

zamowilam, wiec kilka ksiazek po niemiecku.
czwartek, 07 sierpnia 2008
jeszcze trzy dni.
  - mamusiu, jaki bys chciala prezent?
  - ciebie!
  - ale nieeee... taki prawdziwy prezent.
  - no ciebie!
  - ale mam dla ciebie prezent.
  - a jaki???
  - niespodzianka. powiem ci tylko ze jest rozowy i krzywy!!! a dla tatusia jutro kupie prezent! co bys chcial: pirata czy lunete?
 tatus z lekka zaskoczony nie wie co odpowiedziec. z tamtego roku trzyma na swoim biurku, na honorowym miejscu statek z zielonymi zaglami. i ten statek nas niezmeirnie wzrusza, bo moj maz nienawidzi bibelotow i wyrzuca co tylko dostanie, czasem lapie jakis budzik, piekne, wieczne pioro czy notes w skorze w locie do smietniczki. ratuje jak warto i co sie da. a ten statek stoi dumnie wazniejszy niz niz cokolwiek innego na biurku.
 - tatus???
 - no?...
 - pirata czy lunete?
 - no... moze lunete?
  - lunete! i... pirata!!! a lunete taka normalna czy taka co mozna wetknac oba oczy?
 tatus srednio moze mowic, bo cos mu tam gardlo sciska a ja nie moge pomoc, bo mi nie lepiej akurat.
 - lunete...
 - no dobrze! pirata i lunete na dwa oczy!!! - decyduje malina.
schlag.
tego domu!
tego monachium!
tej glupiej pracy!
niemiec!
tego remontu ulicy!
starej kuchni!
piwnicy!
lenistwa!
zmeczenia!
glupich lekarzy!
ogrodu!
samochodu!
komputera!
wszystkiego! wszystkiego! wszystkiego!!!

 - jak tego wszystkiego tak nie mozesz zniesc, to musimy to wszystko zmienic. - odpowiedzial moj maz i przytulil mnie mocno. dopiero dzis powiedzial, ze go niezle wystraszylam. wyszlam z siebie i stanelam obok, czego on przedtem nigdy nie widzial. bo od dobrych 20 lat mi sie nie zdazylo. czy to juz menopauza?

środa, 06 sierpnia 2008
uwaga na avenke w warszawie!

spotkalysmy sie miejscu, ktore zeby co miesiac nazywalo sie inaczej dla mnie na zawsze pozostanie europejskim i jest najlepszym miejscem na spotkanie w warszawie. ale spotkanie z avenka to niebezpieczna przygoda!!! avenka jest fanatyczka ciastkowa, tyle ze to nie ma zadnego wplywu na jej smukla sylwetke. avenka postanowila zostac ostatnia szczupla warszawianka i tak nas natchnela ciastkowo, ze zjadlysmy z malina jakas gore slodkosci i to bez zadnych wyrzutow sumienia. a wiec osoby dbajace o linie ostrzegam: lepiej sie omowcie z avenka na spacer inaczej macie przechlapane.

+++(malina obdarowana kocurkiem podobnym do bandyty, przez trzy dni nie mogla sie zdecydowac jak go nazwac i po wielu namyslach, wielkim wysilku intelektualnym moje dziecko zdecydowalo sie - jakze kreatywnie!!! - nazwac kota mruczkiem. czyli nowy kotek nazywa sie dokladnie jak rudy kotek, ktorego ma juz trzy lata. na tym jednak nie skonczyly sie problemy z kotem, bo malina do dzis zastanawia sie czy mruczek jest siostra mruczka, czy zona czy tez coreczka. avenko, wiec jak malina bedzie miala podkrazone oczy z niewyspania i od rozwazania trudnych problemow to juz sama wiesz przez kogo!!!)+++



ostrzegam lojalnie, zeby potem nie bylo, ze nie ostrzeglam!
wtorek, 05 sierpnia 2008
zarazliwa choroba
wlasnie rozmawialam przez telefon z pewna angielska rezyserka. jej cudowny akcent, wysublimowana angielszczyzna, wypieszczony ton sprawily, ze niemal w sekunde zasnulam sie devonska mgla, poczulam ciemnozielona wilgotnosc powietrza i aromat zlocisto bursztynowego earl greya. i nagle sama zaczelam formulowac okragle zdania i szafowac slowami, o ktorych dawno zapomnialam. nie musialam szukac zastepczych wyrazen, odpowiednie slowka miekko splywaly w bialy mikrofonik iphona. to zupelnie co innego niz nerwowe staccato z amerykanami: yeah, yeah, cool, cool! moglabym tak rozmawiac i rozmawiac w nieskonczonosc i naiwnie wierzyc, ze pieknie wladam ta szlachetna mowa. jak niezdarna adeptka sztuki tanecznej wierzy, ze umie tanczyc, bo wiruje w ramionach wytrawnego tancerza. bardzo przyjemne uczucie. zarazliwosc pieknej mowy.

zaraz potem przeczytalam wpis o chamskim zachowaniu na sali porodowej. i nagle przyszly mi do glowy tak wstretne, rownie chamskie i prymitywne sposoby zareagowania na taka sytuacje, ze sama sie o taka inwencje nie podejrzewalam. chamstwo jest zarazliwe, prowokuje i wywoluje we mnie zle emocje. pod ich wplywem moglabym zejsc do poziomu ponizej zera, tez rzucic blotem, wylac wiadro pomyj.

dlatego trzeba sie starac otaczac ludzmi dobrymi, madrymi i milymi i zarazac sie usmiechem. amen.

wesole ladowanie w warszawie.
ladujemy w warszawie. sprawdzania paszportu. w malinowym paszporcie widoczne jest zdjecie 3-miesiecznego dziecka, wiec pan celnik wyhyla sie, zeby porownac to niemowle do rozesmianej panny z rozowym plecakiem. malina grzecznie kiwa mu raczka. korzystam z okazji, ze mi sie taki mily trafil i pytam, czy powinnam jakis dokument podpisac na powrot, bo malina bedzie lecieciala z moja mama i rok temu byly na lotnisku klopoty, ze nie ma poswiadczenia rodzicow i skad wiadomo, ze to wnuczka babci. pan celnik kreci glowa:
 - eee nieee. nic nie potrzeba.  - i zwraca sie ni to do mnie ni do maliny - a dziecko mowi troche po polsku?
malina macha poblazliwie raczka:
 - mowi! mowi!
ludzie za nami w kolejce zamiast sie niecierpliwic sie podsmiewuja i to jakby maline zbija z tropu. ma niepewna mine. pan celnik na to:
 - eee no to nie ma problemu! najwyzej cos sie ja zapytaja przy odprawie. jak sie babcia nazywa albo cos takiego.
na to malina wypreza sie dumnie i wykrzykuje:
 - marysia! babcia marysia!!! - no teraz to juz wszyscy wiedza kto i co.
czekamy na walizki. sa. wyjezdzamy wprost w objecia mojej mamy z bukietem fiolkow dla maliny. obok nas przechodzi jakis uprzejmy pan: aaaa to TA babcia marysia?


z gdynia zadzwonila
 - gdzie jestes malinko?
 - w domu czekolady.
 - tak? i co jesz? - (pyta wysoce inteligentna matka!)
 - ... czekolade..

*****

 - ale fale hulaly!
 - i bujalo statkiem?
 - baaaaardzo!!!
 - i balas sie troszke?
 - nie! babcia sie troche BOILA, wiec ja trzymalam za raczke, zeby sie nie BOILA.




poniedziałek, 04 sierpnia 2008
malina marynarska
 - mamusia?
 - tak
 - jestem na statku!!!!
 - pieknie! a dokad plyniecie?
 - no zaraz pojechamy do gdynia! i fala hula!!! siedze przy okienku i patrze! ale hula! zadzwonie z gdynia!!!


rozne srodki platnicze.
po drodze na nowe miasto wstepujemy do wiezy kolo sw.jacka. kafejka: na dole dwa stoliki zajete, zapach swiezego sernika i kawy, wspinamy sie po schodach na pieterko. schody jak u mnei w domu. a na pieterku tak jak sobie kiedys marzylam:





troje okien a kazde z widokiem na starowke. mila pani kelnerka musi biegac po tych schodach w gore i w dol. zatrudniam wiec maline do skladania dodatkowych zamowien. malina strasznie dumna biegnie po schodkach a zaraz potem pani kelnerka maszeruje a to dodatkowa kawa, a to herbata a to czekolada z miodem piernikowym. malina cos tam maluje, za oknem chlupie letni deszcz. moglabym tam siedziec caly dzien jak jakas kobieta przy oknie i czytac ksiazke, otulona zapachem swiezego ciasta i wonia mokrego miasta wplatujaca sie przez uchylone okno. ale musimy dalej. wysylam maline na dol z misja - pytaniem czy mozna tu placic karta. malina wraca z wielka beza. jestem zaskoczona, jak mozna bylo przekrecic pytanie o karte w zamowienie bezy wielkiej jak tort? za chwile pojawia sie pani kelnerka i tlumaczy, ze beza jest prezentem dla maliny. na dole wszyscy smieja sie do lez, bo moje dziecko zapytalo czy tu mozna placic kartonem.
- czym?
- kartonem. mamusia sie pyta.
swieta matka
dziwi mnie taka starodawna wiara (tradycja, zwyczaj?) w uswiecenie macierzynstwem. zeby nie wiem jaka idiotka zaszla w ciaze i urodzila dziecko, staje sie nagle swieta, nietykalna matka zaraz po porodzie. nagle ma racje a priori we wszytkim. 
Archiwum